czwartek, 26 lutego 2009

Farewell i welcome

Ano jak się Filip obawiał – niestety problemy w dalszej części odprawy się pojawiły. Po przejściu przez odprawę paszportową, przy skanowaniu bagażu podręcznego pojawiły się znowu problemy, bo celniczka uparła się, że pamiątek nie można brać na pokład samolotu. Tłumaczyłam jej, że drewnianą miską nie zrobię napadu terrorystycznego, ale była nieugięta i dała dwie opcje: albo zostawiam pamiątki albo płacę 50E. Pierwsza z nich nie wchodziła w rachubę, druga tym bardziej. Niestety nie miałam ze sobą telefonu ani też nr na Filipa nigeryjską komórkę, więc nie mogłam do niego zadzwonić, żeby przyszedł i zabrał pamiątki. Pozostało tylko płacić. Powiedziałam celniczce, że wydałam w ich kraju wszystkie pieniądze i zostało mi 5E. Marudziła, marudziła, ale wzięła na szczęście. Niezłe pożegnanie mi Nigeria zafundowała…. Poszłam dalej, do gate, a tu widzę kolejną kontrolę bagażu. Serce mi już zamarło i pomyślałam, że jak któryś znów będzie chciał ode mnie łapówkę, to mu chyba tą miską drewnianą przywalę. Moja cierpliwość dobiegła końca. A gdybym tak zrobiła, to pewnie od razu deportację by mi zafundowali, więc i tak bym do domu poleciała:) Ale na szczęście ostatnia kontrola była już z Lufthansy i sprawdzali tylko czy nie ma płynów powyżej 100ml i ostrych narzędzi.
Polska powitała mnie na wpół roztopionym śniegiem, szarością i smutnymi ludźmi na lotnisku. Ale jakoś to przetrzymam – mam nadzieję, że moja energia nazbierana przez te 2,5 miesiąca pomoże mi rozjaśnić i ocieplić trochę otoczenie:) Jeszcze raz dziękujemy za kibicowanie i wierne czytanie naszych przygód. Na pewno będą następne!!

środa, 25 lutego 2009

Na lotnisku - czyli Pożegnanie z Afryką

Wyjeżdżamy z domu koło 19:20. Niby na lotnisko jedzie się pół godziny, ale w Lagos potrafią być takie korki, że ta sama trasa może zająć 2.5h. W każdym razie droga przez miasto jest w miarę przejezdna. W powietrzu da się już wyczuć ciężką atmosferę powrotu. Pożegnanie z Afryką. Ja jeszcze zostaję, ale też wiem że pewien etap się zakończył. Pierwszy raz od wyjazdu, właśnie w ostatni poniedziałek od rana czułem się jak to w poniedziałki – oj nie lubię poniedziałków, nie lubię.... Skończyły się nasze piątki i soboty niestety....
Na lotnisku na szczęście nie ma kolejki do check-in, ale musimy najpierw otworzyć nasz plecak przed służbami celnymi. Jak się okazuje nie mają dla naszego misternie zapakowanego plecaka żadnej litości. Wciskają swoje łapska do środka i brutalnie wywalają wszystko z niego. Oczywiście każdą pamiątkę (a szczególnie jedną dużą maskę z kraju Dogonów) odkładają na bok i zdenerwowanym tonem żądają zaświadczenia z muzeum, że to nie są antyki. Nie pomagają nasze tłumaczenia, że jesteśmy turystami, że te pamiątki są kupione w innych krajach (pokazujemy wizy w paszporcie). To są pamiątki po kilka E, tłumaczę. Czy ja wyglądam na kogoś kto płaci tysiące dolarów za antyki? Złodzieje (bo nie można ich inaczej nazwać) na granicy po długich dyskusjach pozwalają nam się spakować, ale jeszcze chcą nas zabrać do jakiegoś szefa. Krzysiek w tym momencie traci cierpliwość i wręcza jednemu z nich 2 tysiące N – 10E. Celnik zupełnie bez zażenowania przyjmuje pieniądze, nie zwracając uwagi na wszystkich ludzi wokół. W tym samym momencie nasze antyki zmieniają się w zwykłe pamiątki, które możemy swobodnie wywieźć z Nigerii. Ja już w międzyczasie idę do stanowiska check-in i chcę skasować bilet i odzyskać natychmiast pieniądze za niego. Strasznie mnie to wszystko wkurzyło. Taki syf na sam koniec. Dla mnie to pierwsza styczność z lotniskiem w Lagos (poprzednie razy latałem z Abudży) i pomimo ostrzeżeń, takiego czegoś się nie spodziewałem. Na szczęście panowie oficjalnie wymuszający haracz na lotnisku, pod egidą Nigerian customs, po otrzymaniu pieniędzy zupełnie stracili zainteresowanie nami. Plecak już nie tak dobrze spakowany trafia na wagę. Reszta idzie gładko. Idziemy jeszcze poczekać razem do knajpki, bo do odlotu jest sporo czasu. Emocje trochę z nas zeszły. Koło 22 następuje pożegnanie. Niestety Ala nie ma ze sobą telefonu, więc nie wiem czy nie miała żadnych problemów dalej. W sumie w podręcznym też były jakieś suweniry. Mam nadzieję, że dzisiaj coś napisze o swoim locie..... Mnie czeka chyba jeszcze samotna droga na północ do Kano. Jak o tym pomyślę, to aż mnie ciarki przechodzą. Znów tysiące psychicznych kierowców ciężarówek, setki kilometrów dziur, upał i huśtający Montek. Byle go tylko w całości tam dostarczyć. W każdym razie będę co jeszcze pisał i dam znać jak poszło ze sprzedażą. Dzięki jeszcze raz za świetne komentarze, słowa otuchy i Wasz czas.....

wtorek, 24 lutego 2009

24 luty – Koniec podróży

I oto nadszedł ostatni dzień naszej podróży po Afryce Zachodniej. Z planowanych 10 tys. mil zrobiło się prawie 13 000. Dziś pakowanie, trochę pluskania się w basenie u znajomych i oczywiście ostatni obiad. Tym razem fresh fish pepper soup. Z akwarium kelner wyławia pokaźnego suma, z którego kucharz robi pyszną, szalenie ostrą zupę. Przy jedzeniu człowiek płacze, leje mu się z nosa, pot leje się z całego ciała, ale pomimo tego – dalej je, tak smaczne to danie. Ale żołądek trzeba mieć żelazny, żeby wytrzymał taką ilość ostrej papryki. Koło 19 wyjedziemy na lotnisko.
Wyprawa dobiegła końca, ale blog nie. Filip zostaje jeszcze w Nigerii na chwilę, więc jak coś ciekawego będzie się działo – będzie pisał.
W każdym razie dziękujemy naszym wszystkim wiernym czytelnikom za towarzyszenie nam w tej wyprawie. Mamy nadzieję, że może udało nam się przekonać szerszą rzeszę, że podróżowanie to jedna z najlepszych rzeczy w życiu, że marzenia się spełniają i że nie ma rzeczy niemożliwych!
Po powrocie Filipa urządzimy pokaz slajdów i opowieści, więc z góry zapraszamy!
Do zobaczenia!

23 luty – Sungbo Eredo, czyli atrakcje turystyczne Nigerii




Dzisiejszy plan mamy bardzo ambitny – znalezienie mało znanego w świecie zabytku Nigerii: Sungbo Eredo, czyli wg naszego przewodnika: największej budowli w Afryce zrobionej rękami człowieka, o długości ok. 160km i wysokości nawet do 7 pięter. Zaopatrzeni w takie informacje i lokalizację 'mniej więcej', jedziemy do miejscowości Ijebu-Ode, gdzie mamy podobno znaleźć Sungbo Eredo. Pytamy parę osób po kolei, niestety nikt nie słyszał o czymś takim. Tłumaczę, że ma to być wysoki mur, długi na 160km, więc chyba powinni wiedzieć o czymś takim. Po kolejnej nieudanej próbie udaje nam się znaleźć grupkę przy jednym ze sklepików, w której wiedzą o co nam chodzi i jeden z dziadków proponuje, że z nami pojedzie i pokaże nam drogę. Jedziemy więc we trójkę i rzeczywiście dojeżdżamy do miejsca, które oznaczone jest napisem Sungbo Eredo oraz firmowane nazwą ministerstwa turystyki. Lokalni tłumaczą nam, że jest to domniemany grób Królowej Saby, do którego rokrocznie pielgrzymi muzułmańscy i chrześcijańscy ciągną tysiącami, oddając jej hołd. Okazuje się, że kobiety nie mają tam wstępu i tylko Filip może wejść do świętego miejsca. Ja czekam przy aucie zabawiając wnuczkę jednego z lokalnych dziadków. Po 10 min. wraca Filip ze zdegustowaną miną. Nie ma śladu po żadnym murze – niskim, czy wysokim, tylko parę słupków otoczonych drutem. Część trasy trzeba pokonywać boso po dżungli, ale podobno dobrze się idzie. Pytamy obecnych tam panów jak to jest z tym murem. Nikt nic nie wie, nikt nic nie widział. Jak można zgubić 160km mur?? Jedziemy z powrotem do miasta i znów pytamy. Kierują nas w pewne miejsce 30km dalej, które odnajdujemy bez trudu, ale na miejscu zamiast 'wall' czyli muru widzimy 'war monument', czyli pomnik wojenny. Ale na szczęście obecny tam pracownik jakiegoś hotelu kojarzy nazwę Sungbo Eredo i tłumaczy nam, że to nie jest mur (faktycznie w przewodniku nie została użyta taka nazwa, jedynie 'budowla wysoka na 7 pięter'), a głęboki rów, który był zbudowany 1000 lat temu najprawdopodobniej w celach obronnych ówczesnego królestwa. Tłumaczy nam dokładnie gdzie go znaleźć. Jedziemy kolejne 30km i rzeczywiście znajdujemy zardzewiałą tabliczkę z nazwą Sungbo Eredo. Wchodzimy po spróchniałej desce w dżunglę. Tam ścieżka się kończy, bo zarosła różnymi zielskami. Nie mamy żadnej maczety, więc rękami przedzieramy się przez busz. Po kilku metrach widzimy jakiś rów, ale tak całkowicie zarośnięty, że właściwie gdybyśmy nie wiedzieli, że jest to robota tysięcy ludzi sprzed 1000 lat, to w życiu nie zwrócilibyśmy na to uwagi. Nawet zdjęć nie robimy, bo nie ma czemu.... I tak właśnie wyglądają atrakcje turystyczne w tak nieturystycznym kraju, jakim jest Nigeria. W Mali oczyścili by rów, podkreślając jego imponującą długość 160km oraz głębokość, zrobili obok jakąś rekonstrukcję dawnych zabudowań i kasowali grube pieniądze za możliwość podziwiania tego, a tutaj – nie dość, że mało kto z lokalnych wie, że coś takiego istnieje, a jak się już po wielkich trudach odnajdzie, to się okazuje, że nie warto było jechać 300km, żeby to oglądać...
Po dojechaniu do domu sprawdzamy stan licznika: nasza cała podróż od wyjazdu z domu wyniosła 20 482 km!! Jeszcze szykuje się dodatkowe 1200km, żeby zawieźć auto kupcowi, ale to już jakby poza licznikiem 'turystycznym'. Cóż, wszystko, co piękne ma swój koniec....

21 i 22 luty – Wyścig z czasem i Lagos

Godzina 5:30 – pobudka. Żeby zdążyć na imprezę urodzinową Krzysia musimy wyjechać jak najwcześniej. Trasa ma 800km, a drogi tutaj bywają różne – parędziesiąt kilometrów świetnego, nowiutkiego asfaltu, a potem same dziury. Wyruszamy jeszcze przed wschodem słońca. Wybieramy inną trasę niż tę, którą jechaliśmy do Abudży, bo był dość długi odcinek bardzo złej drogi. Mamy nadzieję, że teraz będzie już lepsza. Początkowo jedzie się super, bo drogi puste (sobota rano) oraz w miarę dobry asfalt. Niestety, w miarę upływu czasu droga się coraz bardziej zapełnia psychopatycznymi kierowcami ciężarówek, a asfalt zaczyna być wypierany przez ogromne dziury. Na całym świecie jest zasada, że duży może więcej, ale tutaj dochodzi to do granic możliwości. Ciężarówki zaczynają wyprzedzać pod górkę, wlokąc się 20km na godzinę, albo też z górki, mając ograniczoną widoczność, pędząc dla odmiany 100km na godzinę. Oczywiście wszystko odbywa się na naszym pasie i co rusz musimy gwałtownie zjeżdżać na pobocze, które często jest strome albo bardzo dziurawe. Taka jazda może wykończyć nawet kierowcę rajdowego! W pewnym momencie, po 7h jazdy wjeżdżamy na nowiusieńką 2-pasmową autostradę. Jedzie się rewelacyjnie. Ale co z tego, skoro od czasu do czasu na jednym z dwóch pasów w naszą stronę jedzie samochód pod prąd, bo nie chce mu się jechać prawidłowo do zjazdu i jedzie sobie szybko naszym pasem. Nagle, zupełnie niespodziewanie kończy się droga. Jest lateryt i wielki murowany płot. Jak się okazuje, prace właśnie się tutaj skończyły, ale kiedyś się rozpoczną Insallah! Zawracamy więc i jedziemy za pewnym Nigeryjczykiem, który pokazuje nam drogę. Niestety ta już wraca do afrykańskich standardów. Jednopasmowa, prowadząca przez miasta i wiochy, okropnie dziurawa i jeszcze bardziej zatłoczona. Po drodze jeszcze dwa małe korki i po 12h docieramy do Lagos. Szybki prysznic, bierzemy taksówkę i na imprezę. Biba nazywa się Small World i różne kraje mają swoje stanowiska, w których serwują narodowe przysmaki oraz alkohol. Krzyś częstuje swoich gości tortem urodzinowym, a cała zabawa kończymy u sąsiada Krzysia - Andrzeja, również z Polski, nad ranem.
W niedzielę jak już dochodzimy do siebie po sobotnich baletach jedziemy na plażę. Krzysiu zamawia rybę z grilla z frytkami u sprawdzonej wcześniej pani prowadzącej knajpkę „Ble Ble”. W miłym towarzystwie kończymy ten sympatyczny dzień w domu.

poniedziałek, 23 lutego 2009

20 luty – Kano i droga na południe








Po śniadaniu ruszamy na zwiedzanie Kano. Pani Hania jedzie z nami. Odwiedzamy tradycyjną farbiarnię. Kierownik mnie poznaje (w sumie każdy biały jest podobny) i zaczynamy rozmowę na temat cen za fotografowanie. Mówię mu, że jesteśmy turystami i przyjechaliśmy autem z Polski. Nie wierzy i idzie oglądać samochód. Montek bardzo mu się podoba i natychmiast oferuje zakup. Rozmawiamy chwilę, ale stwierdzam, że jeszcze do Lagos musimy jakoś wrócić. Dla niego to żaden problem, od razu proponuje, że załatwi specjalne auto z kierowcą, nawet na pięć dni, żeby nas zawiozło. W sumie prosi mnie o przysięgę: ja na Boga, on na Allaha, że auto jest dla niego zarezerwowane. Jestem zadowolony, bo cena jest praktycznie taka, jaką chcieliśmy dostać. Kupujemy dwa obrusy wyrabiane i farbowane tutaj. Jeden dla nas, jeden dla naszych gospodarzy. Cena rozsądna i mamy za to zdjęcia gratis (trzeba się umieć targować:). Odwiedzamy jeszcze Dala Hill skąd jest widok na całe Kano. Niestety banda kilkunastu chłopaków psuje nam sielankową atmosferę i szybko musimy się ewakuować, dodatkowo wiejący harmattan mocno ogranicza widoczność. Wracamy do domu, żegnamy się z naszymi fantastycznymi gospodarzami (jeszcze raz przepraszam, że tak krótko) i koło 14:30 ruszamy. Chcemy dojechać do Abudży z przystankiem w Kadunie (tam kiedyś mieszkałem), a to jakieś 400km. Ruszamy więc za panem Mietkiem, który pokazuje nam drogę wyjazdową. Do Kaduny jest świetna trasa i docieramy tam po 2h. Objeżdżamy szybko miasto, pokazuję Ali gdzie mieszkałem, jedziemy na sławetny pounded yam i egusi soup (nigeryjski przysmak). Jedzenie jest fantastyczne, Ala tylko mlaska. Ja niestety zaprawiłem się klimą w Yankari i mam katar, więc smaku nie czuję. Jedziemy dalej do Abudży, ale zastaje nas już zmrok. Na szczęście ta droga ma być bezpieczna. Wczoraj bandyci postrzelili Chińczyka pod Ibadanem. Podróżowanie w nocy w Nigerii to wielkie ryzyko. Trasa to Abudży jest dalej dobra. Dojeżdżamy do Sulejy i zatrzymujemy się w pierwszym hoteliku. Ceny o ponad połowę niższe niż w Abudży. Jutro musimy dojechać do Lagos. Nasz kolega ma 30 lat i jesteśmy zaproszeni na imprezę. W sumie to tylko 800km do przejechania... Trzeba wcześnie wstać, żeby dojechać tam na czas.

niedziela, 22 lutego 2009

19 luty – Z Yankari do Kano



Rano postanawiamy jeszcze wykorzystać luksus gorących źródeł i spędzamy ze 2 godziny pływając w zielono-błękitnej ciepłej wodzie. Tak naenergetyzowani pakujemy się i ruszamy w dalszą drogę. Naszym celem jest Kano – miasto na północy kraju, zdominowanej już przez islam. Zatrzymamy się tam u znajomych Filipa: p.Hani i p.Mietka, którzy mieszkają w Nigerii od 20 lat. Wg mapy mamy 2 trasy do wyboru: dłuższa, ale po lepszej drodze i znacznie krótsza, ale w większości po drugo- i trzeciorzędnych drogach. Jako, że Montek ma już tylne zawieszenie konkretnie wyeksploatowane, raczej nie chcemy ryzykować jazdy bo wielkich wybojach. Dojechawszy do Bauchi pytamy policjanta o kierunek i okazuje się, że ta krótsza trasa jest podobno bardzo dobra i bardzo nam poleca tę właśnie drogę. Cóż, ryzyk-fizyk. Jedziemy więc wg wskazówek policjanta. I to jest bardzo dobry wybór, bo rzeczywiście na drodze położony jest nowiuteńki asfalt. Jednak mapom, o czym się już wcześniej wielokrotnie przekonaliśmy, nie należy za bardzo ufać. Tutaj się wszystko tak szybko zmienia, że nawet najnowsza edycja jest już mało aktualna. Koło godziny 17 dojeżdżamy do celu, gdzie p. Mietek spotyka się z nami w centrum miasta, żeby poprowadzić nas przez miasto do domu. Kano ma niską zabudowę, oprócz paru wysokich budynków w samym centrum. Rozciąga się wiele kilometrów w każdą stronę. Kano było pierwszą osadą dla karawan wyjeżdżających z Sahary. Miasto ma więcej niż 5 milionów mieszkańców, ale dokładnie ile - tego nie wie nikt. No może tylko Allah! Panuje tutaj prawo shariatu i od czasu do czasu policja religijna robi akcje typu: koniec sprzedaży alkoholu. Dowiedzieliśmy się też, że niedawno ta sama policja rozbijała ciężarówki wiozące piwo do Kano. Sytuacja zawsze jednak wraca do normy i alkohol jest ogólnie dostępny w części chrześcijańskiej. Kano jest ważnym punktem dla świata arabskiego, wizytował je niedawno Kadafi, który funduje tutaj szkoły i szpitale muzułmańskie, aby przyciągnąć coraz więcej ludzi do islamu. W domu czeka już na nas pyszny obiad, a cały wieczór spędzamy na wielu rozmowach o Nigerii, Polsce i świecie. Na kolację jemy tutejszą słynną rybę o specyficznej nazwie: słonia wodnego. Naprawdę pyszna – polecamy bardzo, trzeba spróbować!
Na jutro mamy ambitny plan zwiedzenia Kano, i dojechania przynajmniej do Abudży, a po drodze chcemy jeszcze odwiedzić Kadunę.

czwartek, 19 lutego 2009

18 luty – Safari i gorące źródła







Nad ranem budzą nas pawiany, które dobrały się do naszych śmieci. Wyrzuciliśmy spore kawałki trzciny cukrowej wczoraj, która zwabiła przechadzające się tutaj wszędzie pawiany. Nasze śmieci za chwilę były rozrzucone wokół auta, a baboony raz za razem wskakiwały na Montka, zaglądając do środka, co za skarby tam mamy. No, w takich warunkach się nie da się już dalej spać. Podjeżdżamy więc pod recepcję, aby wybrać się na safari. To się też zmieniło. Kiedyś była stara zdezelowana ciężarówka za 100N (1E=200N) od osoby, minimum jednak 1500N jeśli nie było chętnych. Teraz się czarteruje toyoty landcruisery za jedyne 7000N. Na szczęście my mamy 4x4, więc potrzebujemy tylko przewodnika. W takim wypadku 300N za osobę, więc całkiem rozsądnie. Ruszamy na safari. Widzimy oczywiście pawiany i małpy czerwone (red monkey, nie wiem czy one się tak po polsku nazywają), cała masę guźców (w obozie taplają się w wyciekającej z hydrantów wodzie), antylopy bush buck oraz antylopy roan. Zauważamy grupę słoni, ale niestety wchodzą już w las, więc widzimy niewiele. Po hipopotamach też ani śladu. Po dwóch godzinach wracamy. Idziemy na śniadanie. Zamawiamy omlet z frytkami (lepsze to, niż ten ich biały słodki pseudo tostowy chleb, nie utostowany, bo nie ma prądu). W czasie jak nasze śniadanie się robi, idziemy zapłacić za pokój na dzisiejszą noc. Rzeczywiście zmiany są wielkie. Pokoje za 12 tys. N są znacznie mniejsze i brzydsze niż te za 14 tys. Decydujemy się zapłacić więcej. Podaruj sobie odrobinę luksusu za jedyne 70E! Po śniadaniu idziemy do źródełka. Woda ma 31 stopni i fantastyczny turkusowy kolor. Ala widziała wiele zdjęć z Yankari, ale nadal robi to wielkie wrażenie, szczególnie, że to nie żaden basen, a naturalne źródełko, które przeradza się w rzekę, z piaszczysto-kamienistym dnem. Zapomnieliśmy jeszcze dodać, że pozbieraliśmy śmieci rozwalone przez pawiany i chcieliśmy je wyrzucić, niestety jak pawiany zobaczyły, że Ala wychodzi z auta z reklamówką to ją obskoczyły i wyglądały tak groźnie, że musiała wyrzucić torbę, na którą one się natychmiast rzuciły. W wodzie też cały czas patrzymy na olbrzymią grupę pawianów przechodzących obok. Niektóre są dość agresywne. Jedna z samic mających ruję, chyba bierze Alę za rywalkę i zaczyna się agresywnie zachowywać i zbliżać do nas. Musimy rzucać w nią kamieniami. Chwilę później olbrzymi samiec (takie pawiany mogą mieć nawet metr jak stoją na dwóch łapach) idzie w kierunku naszych ubrań. Ala jest już na brzegu i ich pilnuje. Ja w wodzie też z kamieniami. Rzucamy obok niego, a on zupełnie jakby nigdy nic idzie dalej w naszym kierunku i bierze jakiś plastikowy woreczek. Tutaj nazywają pawiany area boys (tak jak gangi młodzieżowe w Lagos). Rzeczywiście coś w tym jest. Wychodzimy z wody, trzeba się przygotować do popołudniowego safari.
Tym razem jedzie z nami mniej elokwentny przewodnik, ale w sumie dobrze – ten poranny miał czasem słowotok, więc wspólne milczenie jest dobre. Jadąc bardzo wyboistą, NIE asfaltową drogą, przewodnik widzi jakieś słonie za krzakami. Jedziemy dalej, bo tam jest zakole rzeki bez żadnych drzew i dojeżdżamy do punktu, gdzie widzimy doskonale całą grupę słoni – w sumie około 40. Widok niesamowity. Przez dłuższą chwilę oglądamy słonie, które dostojnie przechodzą wzdłuż rzeki, a następnie jedziemy dalej. Widzimy jeszcze parę prześlicznych ptaków (trudno zrobić niestety zdjęcie) oraz antylopy. Zadowoleni wracamy do ośrodka. Bardzo udane safari.
Wieczór spędzamy pracowicie, pisząc relacje z wszystkich zaległych dni, żebyście nie mówili, że się obijamy:) Jutro czeka na nas Kano. Musimy jeszcze zmienić domek, bo w naszym klima nie działa (no tak, magiczny nigeryjski elektryk podłączał – pewnie spalił kompresor). Mebelki są fantastyczne i tak gustownie dobrane, że aż ciężko uwierzyć, iż mógł to robić czarny człowiek. Pomimo całej naszej sympatii do nich trzeba wyraźnie stwierdzić, że nie mają za grosz gustu ani pojęcia o wykończeniu prac budowlanych. Nasz domek pomimo tego, że ma niewiele ponad pół roku jest już brudny, a kafelki oraz prysznic są tak wykończone, jakby małe dziecko bawiło się plasteliną i zapychało dziury. Woda z prysznica leci wszędzie, ale nie z czaszy. Można by jeszcze długo wymieniać te cuda nigeryjskiej techniki. Po krótkiej rozmowie w recepcji, gdzie dzielę się moimi uwagami i spostrzeżeniami oczywiście okazuje się, że domki są meblowane przez niemiecką firmę. Nawet nie trzeba pytać kto robił roboty wykończeniowe. To widać na pierwszy rzut oka......
A, jeszcze jedna ważna kwestia. Nasza podróż dobiega końca. Ala wykupiła bilet powrotny do Polski na 24 lutego i 25 po południu będzie w kraju. Nasza wspólna podróż dobiegnie końca. Ja zostanę jeszcze chwilę w Nigerii, żeby sprzedać Montka. Jeżeli będzie się tutaj coś ciekawego działo, to wrzucę na bloga.

17 luty – Yankari wita




Po porannym spotkaniu w biurze Mohammeda z nim samym i jego bratem oraz zakupie pokaźnej ilości pamiątek, ruszamy na północ – do Yankari National Park. Zwierzyna jest tam podobna jak w ghańskim Mole National Park, ale dodatkową atrakcją są gorące źródła. Trasa do parku wiedzie przez malownicze okolice, wspinamy się coraz wyżej. Montek nadal spisuje się świetnie, ale coraz bardziej martwimy się, żeby na sam koniec coś się nie zepsuło. Jest już mocno zmęczony trasą. W końcu na naszym liczniku wyprawy mamy już ponad 18 000 km. Na późny obiad zatrzymujemy się w mieście Jos. Filip chce, żebym koniecznie spróbowała okropnego jedzenia w lokalnej podróbce Mc Donald's – Mr Bigg's. Jedzenie jest rzeczywiście z serii 'na przetrwanie', ale nawet dla samego zdjęcia warto było się zatrzymać. Mc Shit to jak restauracja kategorii „S” przy Mister Biggsie! Od Abudży do Josu nie spotykamy ani jednego patrolu policyjnego. Od Josu zaczynają się kontrole, ale policja jest tutaj tak uprzejma, że aż nie wierzymy własnym oczom – w żadnym kraju wcześniej nie spotkaliśmy się z taką sympatią policji! W poprzednich krajach byli poprawni, czasem mniej bądź bardziej uprzejmi, ale ci tutaj są po prostu do rany przyłóż! Niesamowite. Tym bardziej, że spodziewamy się wiadomego: What do you bring for us? A tutaj nam machają, salutują, śmieją się od ucha do ucha i tylko pokazują, żeby się nie zatrzymywać i jechać dalej. Widocznie na granicy już 'wyrobiliśmy' swoją normę wrednych patroli i na razie mamy spokój. Po obiedzie w Josie pędzimy do Bauchi, które jest 110km od Yankari. Zaczyna się powoli ściemniać. Trasę pomiędzy Josem a Bauchi (112km) pokonujemy w godzinę. Potem, wg Filipa ostatnich wspomnień z 2006 ma się zacząć odcinek z dziurami w asfalcie. Jedziemy, jedziemy, droga cały czas dobra. Na chwilę zaczynają się dziury, ale za moment jest już zjazd na park. Ostatnio droga była dziurawa, a potem przechodziła w lateryt. Jednak w 2008 podobno został przeprowadzony remont drogi i samego ośrodka w parku. Rzeczywiście, droga do bramy wjazdowej do parku jest zrobiona z nowiuśkiego asfaltu. Zapadła już totalna ciemność. Płacimy za wstęp do parku. Wjeżdżamy za bramę i...... tutaj też asfalt!!! To już jest totalna profanacja!! Jak można w parku narodowym, w którym żyją dzikie zwierzęta zbudować prawdziwą asfaltową drogę!!??? Przecież wielkie, głośne maszyny przepędzą zwierzęta!! Jesteśmy naprawdę źli, że coś takiego zostało tutaj zrobione. Jedzie za nami Nigeryjczyk, który jest pierwszy raz w Yankari i bardzo się boi, że zwierzęta zaatakują jego auto. Jak słyszy, że Filip byl tutaj już 3 razy to zaraz się pyta, czy może jechać za nami. Jasne, czemu nie. Aha, w czasie kupowania biletów pokazano nam tabelę z cenami pokoi w parku. W 2006 roku domek w parku kosztował ok. 10E, a teraz podobno kosztuje 60E najtańszy!!! No, zaczyna się super. Podczas jazdy podejmujemy decyzję, że skoro i tak jest już późno i ciemno, dziś spędzimy noc w samochodzie, a na jutro wynajmiemy domek. Budżet trzeba trzymać, nie będziemy się tutaj rozpasali. Dojeżdżamy do ośrodka. Pomimo ciemności dokoła, Filip szeroko otwiera oczy: wszystko się pozmieniało. Nowe budynki, nowe drogi, ośrodek powiększył się mocno. No i oczywiście ceny... Idziemy do recepcji, próbując wynegocjować jakąś zniżkę. Nie ma takiej możliwości. Madame z recepcji, mimo że już nas polubiła (czytaj oczywiście – Filipa), nie ma takiej mocy. Nic to, będziemy spać w aucie. Na takie stwierdzenie madame coś tam mruczy o opłacie za camping, ale zbywamy ją, a i ona nie nalega za bardzo. Idziemy do baru czegoś się napić. Tam przysiada się do nas jakiś lokalny, pytając o szczegóły naszego tutaj pobytu, a po długim monologu Filipa na temat asfaltu w parku i cenach pokoi pyta, czy w takim razie, skoro nie bierzemy pokoju, zapłaciliśmy za camping. My na to, że spanie w aucie na parkingu, to nie camping, bo takowy wymaga specjalnych warunków zapewnionych przez ośrodek, jak toaleta czy prysznice, a my chcemy tylko spać na parkingu. Facet jest dość uparty. Nic nie wskórawszy znika, a po chwili wraca z jakimś przełożonym, który jest na początku zły, usłyszawszy wersję naszego wcześniejszego rozmówcy, ale po chwili konwersacji stwierdza, że bez problemu możemy nocować w naszym samochodzie bez dodatkowych opłat. Nie ma to jak urok osobisty:) Filipa w tym wypadku....
Po posiedzeniu w barze idziemy do samochodu, przeparkowujemy go, w środku układamy graty tak, żeby móc rozłożyć fotele i kładziemy się spać. To będzie nasza druga noc w Montku. Pierwszą spędziliśmy w Hiszpanii, zatrzymani w nocy przez śnieżycę....

16 luty – W stronę stolicy






Rano idziemy jeszcze na plac budowy Marka. Jest to Centralny Bank Nigerii, oddział w Ibadanie. Budynek przechodzi bardzo gruntowny remont połączony również z rozbudową. Budowa prowadzona z wielkim rozmachem i olbrzymimi kosztami, ale przecież Nigeria to cholernie bogaty kraj (mówię poważnie) i kto by się tam liczył z pieniędzmi. Ma być wszystko najlepsze i najdroższe. Żegnamy się z Markiem i wyruszamy z Ibadanu. To jakieś 600km do stolicy. Wyjazd z miasta (należy przypomnieć, że Ibadan to drugie największe miasto w Nigerii 7-8 milionów ludzi, aczkolwiek króluje niska zabudowa) zajmuje godzinę, więc właściwie na drodze jesteśmy o 10 rano.
Początkowo droga jest niezła, później jednak kończy się dwupasmówka i nasze tempo spada. W pewnym momencie widzimy samochód policyjny jadący po poboczu omijając dziury. Nagle samochód przyspiesza, oddala się od nas na jakieś 10 metrów i wyskakuje z niego 4 policjantów z karabinami i bardzo ostro kierują się w naszą stronę. Wygląda to nieciekawie, ale ja od razu otwieram okno i wołam do jednego z nich: Officer how now? On trochę skonfudowany, ale zdecydowanie bardziej rozluźniony odpowiada. Zaczyna się rozmowa. Twierdzą, że się zatrzymali, żeby pozdrowić Oibo (biały człowiek). Niestety jeden z nich nie jest już taki miły i zdecydowanym tonem woła: „Oibo bring dollars!”, odpowiadam, że nie mam dolarów, że jestem turystą. On jednak jest uparty: „Oibo bring nigeria money now!”. Jakoś udaje się sytuację opanować, bo reszta jak usłyszała, że Ala przywiezie im siostrę (której oczywiście nie ma, chyba że Maćka przebierzemy), to aż z radości zaczęli mlaskać. Reszta drogi mija dość spokojnie, choć czasami drogi brak. Jedziemy znów asfalto-laterytem. Godziny mijają, a my nadal dość daleko od Abudży. Na drodze mnóstwo wraków: spalonych, porzuconych, zepsutych. Nikt tego tutaj nie sprząta. Na drodze spory ruch. Im bliżej miasta tym więcej patroli policyjnych. Nie mamy jednak żadnych problemów. Wreszcie dojeżdżamy do Abudży. Na wielkiej bramie wjazdowej widać duży napis: You are welcome!. Trochę dalej mijamy ogromny, zadaszony stadion (w Polsce jeszcze takiego nie mamy). Został zbudowany na All Africa Games, które miały miejsce w Nigerii w 2003 roku. Zapada już zmierzch, ale jeszcze można zobaczyć imponującą panoramę Abudży. Czy my nadal jesteśmy w Afryce? Jedziemy do polskiej ambasady, bo mamy tam kilka spraw do załatwienia, a następnie szukamy noclegu i jest problem. Te najtańsze z przewodnika to kiepskie nory, a na dodatek ceny zaczynają się od 30E! Wykonuję jeszcze jeden telefon do starego szefa, a obecnie przyjaciela – Mohammeda. Do dzisiaj jesteśmy w kontakcie i spotkanie z nim to ważny punkt programu. Okazuje się, że akurat teraz też jest w Abudży. Pyta się o moje plany i nalega na spotkanie (mówię mu, że rano wyjeżdżamy do Yankari National Park). Wspominam, że muszę jeszcze znaleźć spanie, więc dzisiaj raczej nie damy rady się spotkać. On natychmiast proponuje nam nocleg. Spotykamy się pół godziny później. Ala wiele o nim słyszała, ale po naszej krótkiej rozmowie z nim, mówi jedno zdanie: ”Konkret facet”! Taki właśnie jest Mohammed. Po zostawieniu plecaków jedziemy na poszukiwanie specjalnej suyi. Tylko w Abudży był kiedyś gość, który robił małe roladki z grilla. Znajduję miejsce bez większego problemu i facet nadal tam jest (Marek, stał w tym samym miejscu i nas pamiętał – nadal ma po 100N). Kupujemy prowiant (pokazałem, Ali gdzie mieszkała Jadźka) i jedziemy do baru, gdzie ostatnim razem często chadzaliśmy z Markiem. Mają tam świetne ryby z grilla, ale jakoś wolimy roladki. Wieczór wspomnień bardzo sympatyczny. I mam obiecaną zniżkę na roladki jak znów wrócę! Jutro ruszamy do Yankari.
To teraz ja, Jarząbek: Nigerię znam z opowiadań. Wielokrotnie słyszałam przygody i przeróżne historie z Filipa dwóch pobytów w tym kraju. W mojej głowie zrodziło się jakieś wyobrażenie, które teraz przychodzi mi konfrontować z rzeczywistością. Jest to bardzo ciekawe doświadczenie, bo Filip zawsze idealizował swój raj utracony, co ja oczywiście brałam pod uwagę, troszkę 'uziemiając' jego wrażenia, tworząc swój własny obraz tego kraju. No, więc jestem tu i teraz i porównuję. Jedziemy, a Filip mówi: tu jest most, na którym brakowało przęsła jak jechaliśmy z rodzicami w 2003. A ja na to: a, to ten most. I już wszystko jasne. A tutaj kupowaliśmy z Mateuszem piwo na trasie do parku Yankari. Ja na to: to, które było tak mocno schłodzone, że aż się pić nie dało? Tak więc znam wiele szczegółów. Taki obraz z puzzli, w którym brakuje jednak bardzo wielu elementów, żeby utworzył całość. No i teraz uzupełniam te brakujące kawałki, a niektóre istniejące koryguję. Abudża to miasto, gdzie Filip spędził najwięcej czasu i najwięcej mi o nim opowiadał. O przygodach, miejscach, ludziach. Z ludzi poznałam już tego najważniejszego – Marka, który wprowadzał Filipa w ten świat i nauczył wielu rzeczy, które sprawiają, że Filip potrafi się tutaj poruszać i rozmawiać z lokalnymi ludźmi – umiejętność, którą niewielu białych posiada, a może raczej: chce posiadać. Więc teraz kolej na najważniejsze miasto. Wjeżdżamy czteropasmową ulicą (w każdą stronę oczywiście) do centrum. Ruch dość spory, ale nieporównywalny z Lagos. Nie ma motorków, czyli 'okada', których poruszanie się po mieście jest całkowicie zabronione. Nie ma otwartych rowów kanalizacyjnych, jest czysto, nie ma śmieci. Wszyściutko poukładane, wyrównane, nowoczesna zabudowa. W Afryce byłam w 14 krajach, ale czegoś takiego nie widziałam. Wygląda tak, jakby ktoś przeniósł kawałek Europy i wrzucił w sam środek Nigerii. Praktycznie nie ma charakterystycznych targowisk, zostały zastąpione nowoczesnymi boksami, ulice są czyste, są chodniki, światła dla pieszych... Dla nas niby to normalka, ale tutaj to naprawdę ewenement. W latach 80-tych XX w. ówczesny prezydent postanowił przenieść stolicę z portowego molocha Lagos, w sam środek kraju. Miasto zostało stworzone od zera. W 2002 roku, w czasie pierwszego pobytu Filipa w Nigerii, Abudża miała ok. 300tys. mieszkańców, a ulice były praktycznie puste. 4 lata później liczba mieszkańców się potroiła, a ulice bardziej się zapełniły. Dziś – nie wiemy ile jest mieszkańców, ale ulice są już dużo bardziej zapełnione. Jednak nie ma nadal porównania nawet z Katowicami, nie mówiąc o Warszawie, pod względem korków. Ja porównałabym to do Rudy Śląskiej, gdzie w pewnych miejscach tworzą się korki, ale nie jakieś bardzo czasochłonne, a przez resztę miasta przejeżdża się płynnie. Drogi zaplanowali naprawdę bardzo dobrze (oczywiście biały człowiek), nie widziałam nic węższego niż 2 pasma, a 3-4 to standard. I ciągle dobudowują nowe. W ogóle miasto to nadal jeden wielki plac budowy. Oczywiście najważniejsze budowle od dawna już stoją, ale ciągle dobudowywane są nowe biurowce i budynki mieszkalne. W każdym razie Abudża w moim wyobrażeniu wyglądała trochę bardziej po afrykańsku. Muszę kilka puzzli jednak zmienić na lepsze:)

15 luty – Ibadan i wizyta u Marka



W niedzielę rano ruszamy do Abudży. W Lagos pytamy policjantów o drogę, gdyż wjechaliśmy na zły most. Ci eskortują nas i wyprowadzą na express road. O dziwo chłopcy nic nie chcą za to, ale w imię międzynarodowej współpracy dajemy im odblaskowe misie sagowe dla dzieci, żeby były lepiej widoczne, jak po zmroku będą chodzić. Niestety niewiele za Lagos zaczyna się korek. W remoncie jest jeden pas jezdni, więc tracimy sporo czasu, ale jedziemy dalej. No jasne, niech to szlag. Nie ujechaliśmy zbyt daleko, a tu kolejny korek. Czas leci, a my stoimy. Jesteśmy świadkami awantury między Nigeryjczykami. Kierowca audi TT, chcąc skrócić sobie trasę wjeżdża na stację benzynową, ale chyba to się komuś nie spodobało (w sumie cała masa ich tak robiła) i zaczyna się awantura. W pewnym momencie kierowca TeTetki nie wytrzymuje i wyskakuje z auta. Od razu ściąga koszulkę (chyba trochę rzucał na siłowni, bo mięśniak był konkretny) i jak wściekły byk na corridzie rusza na swojego oponenta. Ale jak to bywa w Nigerii od razu znajduje się kilku gości, którzy go powstrzymują. Oczywiście do starcia nie dochodzi, a szkoda, bo to by była jedyna rozrywka w tym korku. No coś się rusza, więc trzeba wisieć na zderzaku wcześniejszego samochodu, bo inaczej zaraz jakiś magiczny nigeryjski busik pojawi się znikąd i wepchnie przed nas. Walczę o swoje pool position prawie jak Kubica, no niestety czasami zdezelowane busiki mniej dbają o swoją blacharkę i muszę dać za wygraną. Oczywiście, z olbrzymimi autobusami nie mam żadnych szans (widać, że niektórzy próbowali starcia, bo autobusy są mocno poobijane), ale przyznam, że kilka małych bitewek w korku też wygrywam, a to dopiero mój 3 dzień w Nigerii po prawie trzyletniej nieobecności. Będzie dobrze:)
Nasz dojazd do Abudży wygląda coraz mniej realnie. To jakieś 800km, a droga bywa bardzo różna. Robi się już 13:00 a my nadal w korku. Wyjechaliśmy z Lagos o 10 rano, a licznik nieubłaganie pokazuje, że przejechaliśmy 100km. Podejmujemy decyzję, że jedziemy odwiedzić naszego przyjaciela Marka, który jest weteranem nigeryjskim. Mieszka w Nigerii prawie 30 lat - obecnie w Ibadanie, jakieś 150km od Lagos. Marka poznałem na imprezie w polskiej ambasadzie w Abudży w 2002. Od tego czasu utrzymujemy bardzo bliski kontakt i dość regularnie się widujemy. Wiem, że na Marka zawsze mogę liczyć i zawsze jestem u niego mile widziany. Dzwonię więc do niego i komunikuję, że za jakieś 2h będziemy u niego. W słuchawce bardzo zadowolony głos odpowiada, jasne przyjeżdżaj, dwie skrzynki Guldera się chłodzą. Korek pomału się luzuje. Okazuje się, że był wypadek. Ciężarówka z puszkowym piwem się wywróciła. Wszędzie walają się puszki po piwie Star (oczywiście już opróżnione). Z autobusu przed nami przez okno wypadają puszki. Na barierkach siedzą zadowoleni ludzie, każdy dzierży puchę Stara. No niezła impreza, szkoda, że my tak daleko byliśmy, ale ja za Starem w sumie nie przepadam. Staliśmy w korku do 14:30, ale to nic dziwnego, skoro każdy pomagający usunąć skutki wypadku wychylił kilka puszek piwa. Mnie by się też nie spieszyło przy takim wypadku. Z naszej strony to była świetna decyzja o postoju w Ibadanie, gdyż do Abudży nie mamy żadnych szans dojechać. Mnie zaraz wraca humor na samą myśl o spotkaniu z Markiem, a poza tym stresował mnie ten mijający czas i duża odległość dzieląca nas od stolicy. Umawiamy się z Markiem w restauracji w centrum Ibadanu. Jesteśmy tam o 16:30. Marek pojawia się ze swoim kolegą Włochem. Jemy fantastyczne steki, pijemy piwo i rozmawiamy o starych czasach oraz naszych przygodach na trasie. Nagle zaczyna grać bardzo głośna muzyka, więc dopijamy piwo i jedziemy do Marka. To duży pokolonialny dom, gdzie Marek mieszka ze wspomnianym Włochem Antonio. Długo rozmawiamy i kończymy niesamowicie przyjemny wieczór dość późno, Marek rano idzie do pracy, a my ruszamy do Abudży.
Aha, pamiętacie historię z aresztowaną kozą? Jak się okazało, to jednak nie była koza tylko baran. Pracownik Marka opowiadał, że widział wywiad w telewizji z owym baranem posądzanym o rabunek banku, ale baran się do niczego nie przyznał! No pech co zrobić. Takie rzeczy to tylko w......Nigerii.

niedziela, 15 lutego 2009

14 luty – Impreza polonijno-podróżnicza




Dziś wstajemy koło 9, po nocnych podbojach klubów w Lagos. Filip wysyła stewarda (tutaj standardem jest posiadanie stewarda w domu, który gotuje, sprząta i pierze) do sklepu po prowiant na śniadanie i instruuje go jak przygotować nam omlet. Jemy pyszne śniadanie. Krzyś przyjeżdża do nas w czasie przerwy w pracy i bierze nas na zwiedzanie swojego miejsca pracy, czyli młynów nigeryjskich, największego takiego przedsiębiorstwa w kraju. Wjeżdżamy specjalnym taśmociągiem (na zdjęciu – stoi się na tej małej platformie, trzymać się trzeba za rączkę powyżej, sama konstrukcja wydaje się dość niebezpieczna, ale uczucie niezłe) na kolejne piętra i oglądamy proces mielenia zboża na mąkę (dopiero później dowiadujemy się, że awaryjność tej windy jest dość spora i były już wypadki śmiertelne). Ogromne hale z dziesiątkami maszyn, każdy proces odbywa się na innym piętrze, by na parterze uzyskać finalny produkt. Po zwiedzaniu fabryki jedziemy na małe zakupy do supermarketu (tak, jest tu właśnie coś takiego, z cenami trzy razy wyższymi niż u nas) bo dziś wieczorem Krzyś wydaje na naszą cześć imprezę, na którą zaprosił swoich polskich znajomych mieszkających i pracujących w Lagos.
Impreza udaje się świetnie. Frekwencja dopisuje, nasze zdjęcia budzą spore zainteresowanie. Kończymy dość późno i w świetnych humorach idziemy spać. Rano planujemy dojechać do Abudży.

sobota, 14 lutego 2009

13 luty – granica benińsko-nigeryjska challenge




Rano Filip budzi się jak nowo narodzony (nie dziwota, bo takich końskich dawkach antymalaryku, który sam w sobie jest antybiotykiem + dodatkowego antybiotyku, pewnie wszystkie bakterie zostały wyplenione na długi czas). Zbieramy się sprawnie i jedziemy do odległej do 20km granicy nigeryjskiej. To jest przejście graniczne, którego się boję od początku, bo wiem z opowieści, jak oni chcą pieniądze za wszystko, a granica zawsze jest dobrą okazją do oskubania turysty, nawet w bardziej 'cywilizowanych' afrykańskich krajach. Tym bardziej, że nie mamy wspominanego już wcześniej carnet de passage, czyli owego dokumentu wystawianego w Polsce (za sowitą kaucję), który utwierdza władze celne w poszczególnych krajach, że nie sprzedamy u nich samochodu. No a wiadomo, że właśnie tak w Nigerii chcemy zrobić... A do tego wszystkiego, przejście, które chcemy przekroczyć jest najbardziej ruchliwym między Beninem a Nigerią (pewnie jedno z najruchliwszych w Afryce), bo tam właśnie z portu w Cotonu przewożone są do Nigerii samochody starsze niż 10-letnie, których tam oficjalnie sprowadzać nie wolno. Ale nic to, raz kozie śmierć.
Wjeżdżamy w duże zagęszczenie ludzi, co oznacza, że dotarliśmy do przejścia. Widzimy pierwszy szlaban, zrobiony z gałęzi oczywiście. Zatrzymuje nas jakiś człowiek w cywilu, który żąda okazania benińskiego lasser passez. Pokazujemy mu, na co on mówi, że nie mamy jakiegoś tam kwitka. Na co ja mu odpowiadam, że przy wjeździe do Beninu pytałam dwukrotnie (co jest szczerą prawdą), czy na pewno nam celnicy wszystko wypisali i wystawili, żebyśmy nie mieli później żadnych problemów. Więc wiem, że nie potrzebujemy już żadnego innego świstka. Ale mimo to facet chce nas skasować prawie 10E za brak papierka. Ignoruję go i każę Filipowi powoli jechać pod szlaban. Facet szlaban podnosi, leci przed nami do jakiegoś mundurowego, coś mu tam szepcze, wraca z mundurowym, który sprawdza nasze dokumenty i mówi OK. Facet w cywilu, po odejściu funkcjonariusza chce znów kasę. Ja mu mówię, że nic nie dostanie i odjeżdżamy. Po prawej stronie widzimy budynek z napisem 'Immigration', parkujemy samochód i idziemy załatwiać formalności. Podchodzimy do okienka, gdzie wbijane są pieczątki wyjazdowe. Podaję paszporty celnikowi, a on na to, że za wbicie pieczątki do paszportu mam zapłacić 1000Naira (5E)!!!! Nie dość, że operuje już nigeryjską walutą, to jeszcze ma czelność żądać opłaty za wstawienie pieczątki WYJAZDOWEJ. Oj, tego już za wiele. Mam gdzieś ich wyjazdową pieczątkę! Niech nie wstawia jak nie chce, bo ja mu nic nie zapłacę! Zaczyna się we mnie gotować, już chcę wołać jego przełożonego. Ale widzę, że wbił pieczątki i powoli podaje mi paszporty. Zdecydowanym ruchem wyciągam je z jego ręki i idziemy dalej. 2m za okienkiem stoi stolik, przy którym siedzą 2 osoby. Facet nas zatrzymuje i każe pokazać paszporty (jest w cywilu). Otwiera je, sprawdza pieczątkę i mówi, że mamy zapłacić 200Naira (1E) za to, że on to obejrzał. Jeszcze moment i wybuchnę. Teraz się już nie patyczkuję i wyrywam facetowi paszporty z ręki i idziemy dalej, na stronę nigeryjską. Tu już pałeczkę przejmuje Filip. To w końcu jego kraj:) Ja jak na razie mam dość. Pierwszy urzędnik imigracyjny, kolejny, całkiem miło. W każdym razie dużo lepiej niż po benińskiej stronie. Nigeryjski show trwa! Madame celniczka wbija nam pobyt na 90 dni (zawsze chcemy maksymalną ilość na jaką pozwala nasza wiza, bo nie wiadomo czy się nie przyda), rzuca coś o napiwku na colę, ale Filip przybija jej piątkę i idziemy dalej. Teraz głęboki oddech, bo musimy załatwić sprawy samochodu. Idziemy od jednego celnika do drugiego, i wreszcie trafiamy do docelowego biura, gdzie siedzi 2 mundurowych i 1 cywil. Wyłuszczamy sprawę. Celnik pyta o carnet de passage. My na to, że nie mamy, bo nie jest to nigdzie potrzebne, a i tak nam wszędzie wystawiają nam lasser passez. Celnik odpowiada, że dla turystów jest obowiązkowy carnet i w takim wypadku mamy problem. Dobrze, że siedzimy, bo ja mam już miękkie nogi. Filip mówi, czy nie mógłby nam wystawić w takim razie lasser passez, jak to zrobili w Ghanie, gdzie też coś o karnecie wspominali na granicy. On na to, że i owszem, ale trzeba zapłacić. Na pytanie ile pada odpowiedz: 500E.... Zamieniamy się w dwa słupy soli. 500E, on chyba zwariował! Filip na to, odpowiada, że w poprzednich krajach płaciliśmy, i owszem, ale po 10E i że jak mamy płacić 500, to zostawiamy tutaj auto i jedziemy dalej stopem. Celnik się cieszy, mówi: to dawajcie kluczyki. Filip zaczyna się też śmiać i atmosfera się trochę rozluźnia. Celnik bierze jakieś papiery do wypisywania ignorując nas. Filip zaczyna zagajać przyjazną rozmowę, a po jakimś czasie wszyscy się śmiejemy, celnik wręcz się łapie za brzuch i mówi: you are my brother now! No, to teraz już go mamy. Brata przecież nie można oskubać, nie? Więc Filip dalej urabia celnika i wszystkich wokoło. W międzyczasie przewija się parę osób, które wręczają naszemu celnikowi grube zwitki pieniędzy, lądujące od razu w czeluściach szuflady, w zamian za pieczątkę na ich dokumentach. Mija około godziny. Celnik w tym czasie wypisuje parę druczków. W pewnym momencie sięga po nasz dowód rejestracyjny i zaczyna wypisywać formularz dla nas! Pisze powoli, sprawdza wszystkie informacje z dowodu (bo oczywiście jak to na polskich dokumentach, ciężko się połapać). Przybija powoli i precyzyjnie pieczątki. Chucha na tusz pieczątki, żeby wysechł. Serca nam biją coraz szybciej. Jaka kwota padnie? Celnik: bring the money. Filip wyciąga z sakwy 10E i mu wręcza. Ten, bez mrugnięcia okiem wrzuca je do szuflady. Mamy lasser passez!!!!! Chyba słychać te kamienie spadające nam z serca. Nasz celnik mówi, że potrzebujemy na tym papierku jeszcze jednej pieczątki. Dzwoni do jakiegoś swojego kolegi, który przychodzi do biura. Oczywiście musi mu wytłumaczyć całą historię. Tamten na to, że turyści muszą mieć carnet de passage itp. Ale nasz mówi, że nalegaliśmy na wystawienie lasser passez, więc wystawił. A tamten ma tylko przybić pieczątkę. Niezadowolony, ale godzi się łaskawie na to i każe nam iść za sobą. W swojej kanciapie przybija ostatnią pieczątkę i jesteśmy wolni! Mamy papier, o który na pewno wszyscy będą pytać. A do tego jesteśmy przekonani, że nawet gdybyśmy mieli carnet de passage, to i tak chciałby kasę za przybicie na nim pieczątki albo jeszcze coś ciekawszego by wymyślił. Welcome to Nigeria!!! Land of beauty! Tak się reklamują. Zapominają jeszcze tylko dokończyć tego zdania: and of corruption. Ale – najgorsze już za nami. W każdym razie tak mi się wydaje przez pierwsze 5m przejechanych po nigeryjskim asfalcie. W tym momencie przypomina nam się, że nie mamy jeszcze żadnych lokalnych pieniędzy i jakieś parę E i pozostałe CFA trzeba wymienić. Pytamy pewnego człowieka o wymianę, wskazuje w kierunku granicy. Więc trzeba się wrócić... Filip parkuje tam gdzie stoimy i biegnie wymienić pieniądze. Ja blokuję zamki w aucie i obserwuję drogę przed nami. A tu 2m w przód, ten sam facet, którego pytaliśmy o wymianę pieniędzy, podstawia pod przejeżdżające samochody taką bardzo profesjonalną dechę najeżoną grubymi gwoździskami. I wymusza od nich pieniądze. Niektórzy płacą, niektórzy nie. Ci, którzy nie płacą – dostają parę 'klapsów' ręką po masce i jadą dalej. W pewnym momencie widzę motorek jadący z 2 osobami. Podstawiają deskę. Kierowca zaczyna gestykulować, widać, że nie chce zapłacić. Ale on nie może się schować w swoim samochodzie niestety. Wymuszaszcze próbują wyrwać torebkę jego pasażerce. Zaczyna się przepychanka, której końca nie widzę, bo przejeżdża jakiś duży samochód i tracę ich z widoku na chwilę, a po jego przejeździe para na motorku już zniknęła. No ładnie się zaczyna! Filip wraca z wymienionymi pieniędzmi, ale ja już mam nietęgą minę. Opowiadam co widziałam, Filip się śmieje i mówi – zobaczysz, to tutaj normalka. Dziękuję za taką normalkę! Ruszamy. Oczywiście facet chce od nas kasę. Filip rzuca mu nigeryjskie pozdrowienie, pyta co on ma dla nas za prezent z Nigerii (to zawsze się oni pytają pierwsi: Poland na beautiful contry! Masta what you dey bring for us from Poland?), przybija piątkę i jedziemy. Za 5m, kolejna blokada z gwoździami, kolejna szybka rozmowa, piątka przybita i jedziemy. I tak parę dobrych razy. A po blokadach wymuszaczy zaczynają się blokady (już bez gwoździ, za to z karabinami na ramieniu) różnych funkcjonariuszy: policja, celnicy, służba narkotykowa, służba zdrowotna i wszelkie mundurowe (prawdziwe albo i nie) służby tego kraju. Każdy chce sprawdzić coś innego, każdy oczywiście chce kasę. Nie płacimy nic, Filip ich tylko pozdrawia, rozśmiesza i jedziemy dalej. Bez białego Nigeryjczyka, ta granica i droga mogłaby być dramatem i odcisnąć się takim piętnem, że Nigeria by już nigdy nie znalazła się na liście krajów do zobaczenia. Z granicy do Lagos jest jakieś 70km. Na tym odcinku, a najwięcej przez pierwsze 20km, zostaliśmy zatrzymani, i to bez żadnej przesady, jakieś 30-40 razy!!! Straciliśmy w pewnym momencie rachubę. Ja po paru kontrolach ochłonęłam i zaczęłam też już powoli traktować to jako normalkę. Ale przyznam, że ci wymuszacze z deskami z gwoździami zrobili na mnie piorunujące, oczywiście negatywne, wrażenie.
W Lagos jesteśmy umówieni z naszym kolegą Krzysiem, który mieszka i pracuje tam. Mamy się spotkać na którymś z dużych dworców autobusowych. Po wjechaniu do miasta odnajdujemy dworzec, ale Krzyś utknął w dużym korku (nie dziwna rzecz w tym prawie 20-milionowym mieście) i powoli kierujemy się wg jego wskazówek dalej. W końcu udaje nam się spotkać niedaleko jego domu i szczęśliwi jedziemy do jego mieszkania. Uff, pełen wrażeń dzień. A tu dopiero 14. Gdzie tam wieczór! Krzyś częstuje nas lunchem, trochę się ogarniamy i każe nam się przygotować na nocne zwiedzanie Lagos, a właściwie jego klubów nocnych. To dla nas nie lada wyzwanie, biorąc pod uwagę, że w podróży mamy rytm wczesnego wstawania, ale też wczesnego chodzenia spać. Nie będzie łatwo, tym bardziej po tylu emocjach na granicy. Ale co tam, żyje się raz – wszystkiego trzeba spróbować!:)
Lagos pokazuje nam zupełnie inne oblicze. Odwiedzamy klub, w którym ochrona napakowana co najmniej jak „Pudzian”, uzbrojona w karabiny maszynowe, lustruje nas z góry na dół. W sumie pozwalają nam wejść, ale stwierdzają: „Make sure you spend 1 milion Naira” (no jasne, w sumie to tylko 50 tys. E). Knajpa znajduje się nad salonem Bentleya. W środku poraża nas przepych. Sami czarni, ubrani w markowe ciuchy. W menu pozycja numer jeden to szampan za 1 tys. dolarów. Niestety to miejsce nie jest dla nas i to nie tylko z powodu cen (aha, drinków nie sprzedają tyko całe butelki trzeba kupować), ale bardzo fajnie było coś takiego zobaczyć. Tak się bawi biedna Afryka.
Odwiedzamy kolejne kluby. Niektóre aż pękają w szwach, od starszych, białych facetów otoczonych czarnymi młodymi dziewczynami. No taki folklor! Lądujemy wreszcie w klubie z lokalną muzyką. Ceny już rozsądniejsze, bo tylko 3E za piwo i gra muzyka na żywo. Szczególnie wciągające są covery najbardziej znanego, nieżyjącego już muzyka nigeryjskiego Fela Kuti. Na koniec gitarę przejmuje człowiek, który twierdzi, że grał kiedyś z Felą. Zapowiada, że zagra kawałek Jimiego Hendrixa. Ja od razu się napalam na „Hey Joe”! Lecą pierwsze nuty i pojawia się wielki banan na mojej twarzy. Aranżacja jest fantastyczna. Wszyscy zaczynają się bujać, a niektórzy rzucają pieniądze wykonawcy. Na koniec nabywamy jego płytę. Miejmy nadzieję, że będzie równie dobra. Wracamy w środku nocy, pustymi ulicami Lagos, zwalniając tylko na policyjnych kontrolach. Teraz to już na dobre Welcome to Nigeria, land of beauty!

12 luty – wioska na palach i szpital






Jedziemy dalej. Jedziemy drogą kierując się na główne miasto–port w tym kraju: Cotonou. Nie jest to jednak stolica Togo. Stolica to Porto Nuovo, które znajduje się również na wybrzeżu tylko 30km dalej w stronę Nigerii. Droga niezła, więc szybko docieramy do rozjazdu, gdzie zbaczamy na drogę w budowie aby dotrzeć do rozlewiska oceanu, które utworzyło bardzo płytkie jezioro, na którym powstała wioska na palach. Geneza założenia wioski, jest podobna jak ta z wiosek z domkami 'tata', czyli ucieczka przed niewolnictwem.
Zapłaciliśmy za bilety i przewodnik zabrał nas na „przystań”. Czekało tam sporo łódek zwanych pirogami, napędzanych wiosłami oraz żaglem. Wsiedliśmy do naszej łajby i zaczęliśmy rejs w kierunku wioski Ganvie. Oczywiście przewodnik na starcie zaznaczył, że on nie jest płacony i jak nam się będzie podobało to mamy mu coś dać. Jak zwykle w Afryce, to już się robi nudne, wstęp zawiera przewodnika, a przewodnik zanim się przedstawi, to żąda kasy! No nic, jedziemy, to znaczy płyniemy dalej. Wioska całkiem ciekawa, oczywiście pierwszy przystanek w sklepie z pamiątkami. Za chwilę pada pytanie, czy chcemy pojechać na targ pływający w tej wiosce (znamy już coś takiego z Tajlandii). Oczywiście, to już nie jest w standardowym programie i nasz przewodnik oraz „wiosłowy” wyraźnie sugerują, że to będzie ekstra płatne. No nie, tego już za wiele. Prosimy, aby nas wieźli normalną trasą, na jaką obowiązuje nasz bilet. Na koniec przewodnik przypomina, że jeśli chcemy mu coś dać to teraz, bo później będzie musiał się dzielić z kobietami na brzegu. Po krótkiej konsultacji decydujemy: żadnej kasy dla obiboków, leserów, naciągaczy i pseudo przewodników. Bardzo grzecznie puszczam moją przemowę. W związku z bardzo krótką wizytą w wiosce (około 15 minut na miejscu), brakiem jakichkolwiek dodatkowych informacji (te podstawowe wyczytaliśmy w przewodniku) nie czujemy, że należy się jakakolwiek dodatkowa opłata. Przewodnik zdegustowany na nasze 'dziękuję' wycedza odpowiedź, na co już nie stać naszego łódkowego. Ja nie jestem agresywny. Agresywność „1”! Idziemy czym prędzej do biura z biletami. Tam się wypytujemy o szczegóły naszej wycieczki. Okazuje się, że wszystko było w cenie, przewodnik, pływający targ itd. Zostajemy przeproszeni, a nasz leniwy przewodnik dostaje burę. Wracamy do auta jednak w nie najlepszych nastrojach. Jeszcze się dużo muszą Afrykańczycy uczyć w sferze obsługi turystów...
Przez Cotonu przejeżdżamy ekspresem, jako że naszym celem jest Porto Novo. Znajdujemy miły hotelik. Ale pobyt jest mało przyjemny, bo Filip zaczyna się coraz gorzej czuć. Już od paru dni pobolewa go brzuch, a dziś do tego dochodzi gorączka, łamanie w kościach i nudności. Zauważamy też wysypkę, która wg opisu, może być, razem z innymi objawami – symptomem duru brzusznego. Filip czuje się jednak bardziej 'malarycznie', bo podobne objawy miał już przy poprzednich atakach malarii. Nie zwlekając idziemy do szpitala. Jako że jest już 18, tylko ostry dyżur jest czynny. Znajduję lekarza, któremu staram się po francusku wyjaśnić objawy (P. Urszulo – zapomniałam jak jest ból brzucha!), co się na szczęście udaje i mówimy, że chcemy zrobić test na malarię. Filip czuje się coraz słabiej. Pielęgniarz chodzi z nami od okienka do okienka, bo trzeba pobrać ampułkę, wypisać 100 wniosków, wnieść opłatę itp. Wracamy do lekarza z druczkami, dowodami wpłaty i ampułką do pobrania krwi. Pielęgniarz sterylną igłą pobiera Filipowi krew, idziemy znów do ambulatorium. Wynik ma być za godzinę. Idziemy poszukać jakiegoś internetu, co nie okazuje się łatwe, więc wracamy z niczym do szpitala. Muszę dodać, że to nie jest budynek szpitalny, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni, ale parterowa zabudowa, częściowo zamknięta, ale też częściowo otwarta. Na dworze jakieś 30 stopni, więc w tej otwartej części podobna temperatura, a do tego brak przewiewu. Filip słaby, komary nas gryzą, a godzina już minęła i wyniku nadal brak. Madame z recepcji laboratoryjnej mówi, że ciągle jeszcze badają. Wreszcie po 1,5 godzinie jest wynik – negatywny. Czyli to nie malaria. Idziemy z wynikiem do lekarza. Mówi, że we krwi nie wykryto pasożyta malarii, ale mimo to może być obecny, na razie jeszcze w szczątkowej postaci, więc warto wziąć dawkę antymalaryku, a do tego przepisuje jeszcze antybiotyk, bo podejrzewa że to albo dur brzuszny, ale tego nie jest pewien, albo jakieś zatrucie pokarmowe. Biegiem więc jeszcze do apteki. Antymalaryki mamy swoje, lekarz potwierdził, że są OK, więc Filip je od razu zażywa. Idziemy do hotelu, żeby wcześnie się położyć, bo sen to najlepsze lekarstwo.

piątek, 13 lutego 2009

11 luty – Ouidah, historia niewolnictwa






Śniadanie, kąpiel w basenie i leniwie opuszczamy kurort w Grand Popo. Dzisiaj mamy do przejechania zaledwie 40km, więc nie trzeba się spieszyć z wyjazdem. Droga dobra, więc szybko docieramy do Ouidah. Znajdujemy nocleg i już pieszo idziemy zobaczyć lokalne muzeum – stary fort portugalski. Niestety po raz kolejny trafiamy na przerwę. Muzeum otwiera się dopiero od 15. No cóż szybka zmiana planów. Ruszamy w stronę hotelu aby przejść drogę niewolników, aż do „Wrót bez powrotu”, skąd niewolnicy byli wysyłani do różnych zakątków świata. Upał jest tak niemiłosierny, że decydujemy się wziąć auto. Po drodze zauważamy spotkanego wcześniej na targu voodoo Anglika oraz Amerykankę. Idziemy razem do naszego hotelu, oni aby coś zjeść, bo nasza restauracja wygląda sensownie, a my aby pojechać stamtąd nad ocean. Siadamy jednak z nimi, pijemy colę, a po 30min. nabieramy już dość mocy i jednak decydujemy się iść pieszo. Upał bardzo solidny, droga laterytowa, ciągle jeżdżą nią motorki i auta, a my musimy uskakiwać na bok. W czasie marszu widzimy różne symbole, które później są nam tłumaczone przez przewodnika u „Wrót bez powrotu”. Robimy jeszcze zdjęcia krajobrazom, oraz w połowie roznegliżowanej kobiecie, która płynie łódką. Niestety ta się zorientowała, że jest przez nas „ostrzelana” i wydzierając się zaczyna gwałtownie płynąć do brzegu. My w międzyczasie spokojnie chowamy aparat i ruszamy w dalszą drogę. Po dopłynięciu do brzegu, kobiecina łapie za kamień i odgraża się w naszym kierunku. No tego już za wiele. Wkraczam więc do akcji opierając się na płocie jak rozdrażniony byk i puszczam w jej kierunku konkretniejszą wiązankę po polsku, popartą do tego gestykulacja i intonacją! Pozwolicie, że nie będę cytował, bo ponoć uczniowie czytają bloga. Pewnie wyglądało to komicznie jak czerwony jak cegła yovo (tak tu na białego wołają), w okularach słonecznych i koszulce „I love India”, wydziera się w jakimś niesamowitym języku i dość jednoznacznie gestykuluje. No najważniejsze, że zadziałało. Kobiecina kompletnie zdezorientowana coś tam jeszcze mruczy pod nosem, ale kamień ląduje już na ziemi. Zadowoleni ze swojego zwycięskiego starcia ruszamy dalej, a obok dwóch lokalusów pchających wózek ma z całej akcji niezły ubaw. Liczy się jednak efekt. Nikt za nami nie woła, nikt nie goni, nikt nie ciska kamieniami. Udało się pokonać babkę w „kwiecie wieku”, na pół nagą dzikuskę, która na dodatek była kilkanaście metrów pod nami. Niezły ze mnie twardziel! No ale w sumie to dość duża była. Chyba nawet wyższa kategoria wagowa niż ja, no i konkretne bimbały miała, niby obwisłe, ale pewnie w bezpośrednim starciu z nimi miałbym bankowy wstrząs mózgu (tutaj pewnie grupka żartownisiów powie: „wstrząs mózgu? Ee tam tobie coś takiego nie grozi!”). Bogdan jednak mówi bankowy i tyle. Miała kilka zdecydowanych atrybutów, więc zwycięstwo nad nią jest tym cenniejsze! Reszta drogi to już tylko kurz i upał. Na miejscu nie ma nic porywającego. Postawiono bramę aby upamiętnić los niewolników, widać jakieś ruiny domku po pierwszych misjonarzach z 1861 roku. Na bramie są symbole oznaczające niewolników z Dahomeju, czyli obecnego Beninu, Nigerii, Nigru oraz Ghany, z których właśnie to terenów była większość pojmanych Afrykańczyków, sprzedawanych później w Ouidach. Miasteczko Ouidah było centrum niewolnictwa w Beninie. Takich głównych ośrodków było kilka, właśnie Dahomej, czyli obecny Benin, Senegal, Ghana i Angola, wywieziono z nich w sumie około 20 mln ludzi do obydwu Ameryk i Europy. Właśnie w Ouidach Dahomejczycy, o których była mowa w poprzednich postach sprzedawali niewolników. W mieście swoje siedziby mieli Portugalczycy, Brytyjczycy, Holendrzy, Duńczycy i Francuzi. Niewolników kupowało się na odległym o 4km targu aby następnie spętanych prowadzić do portu skąd odpływali. Po drodze były odprawiane różnego rodzaju ceremonie, np. niewolnicy musieli kilkukrotnie okrążyć tzw. drzewo zapomnienia, co miało sprawić, że zapominali oni o swoich rodzinach w Afryce i posłusznie pracowali na farmach. Po tych wyjaśnieniach wracamy sprawnie do miasteczka i idziemy od razu do muzeum. Tutaj bardzo sympatyczna przewodniczka, która ruszała się jakby każdy krok był jej ostatnim, a na dodatek największą karą w życiu, opowiada nam różne szczegóły z tamtych czasów. Niewolnicy byli wywożeni nie tylko do USA i Europy, ale również do Brazylii, Haiti i na Kubę. W muzeum są przedstawione różne tradycje przeniesione przez lokalnych ludzi w tamte rejony. Stolicą voodoo obecnie jest Haiti, gdzie zostało zesłanych bardzo wielu niewolników z tych okolic. Dowiedzieliśmy się, że niewolnicy byli „stemplowani” rozpalonym do czerwoności żelazem, przed wejściem na statek. Każdy handlarz miał swoje logo, a niewolnicy płynęli jednym statkiem, więc aby uniknąć nieporozumień po dopłynięciu, każdy z niewolników był oznaczany. W czasie trwającego 12 tygodni rejsu niewolnicy byli trzymani pod pokładem, częściowo skuci, karmieni chlebem i wodą. Ci, którzy umierali (a była to często nawet połowa) byli wyrzucani za burtę. Obecne muzeum to stary portugalski fort. Oglądamy pokoje gubernatora, koszary dla wojska oraz plac, na którym trzymani byli niewolnicy. Przez pewien okres trzymano ich na zewnątrz narażonych na deszcz, wiatr i słońce. Miało to zahartować ich organizmy, a dodatkowo wyeliminować słabsze jednostki. W forcie można zobaczyć cała masę armat, które Portugalczycy wymieniali z królami Dahomeju na niewolników. Jedna armata to 15 silnych i zdrowych mężczyzn lub 21 kobiet (widzicie, już nawet wtedy bardzo dobrze wiedzieli jaka jest wartość chłopa! Tak, tak a może Curie-Skłodowska też była kobietą!!!! Sfiksowałyście boście dawno chłopa nie miały! Chłopa wam trzeba!). Wizyta w forcie - muzeum ciekawa, ale my już się słaniamy na nogach, po dzisiejszym „spacerku” w upale. Jeszcze tylko internet i wracamy do hotelu. Tutaj kolacja: dwie sałatki z awokado, stek, frytki i po tak zakończonym dniu można iść spać.

środa, 11 lutego 2009

9/10 luty – Grand Popo, czyli plaże w Beninie




2 leniwe dni. W poniedziałek rano zbieramy się z Abomey i kierujemy się na wybrzeże. Do Grand Popo dojeżdżamy dość wcześnie, więc jest dużo czasu na wybranie dobrego lokum. A to na plaży jest ważne. Okazuje się, że ocean tutaj ma ogromne fale, więc kąpanie się jest bardzo utrudnione. Do tego plaża nie grzeszy czystością. Chodzimy od hotelu do pensjonatu. Ceny wysokie, plaża średnia – oj, stajemy się coraz bardziej wymagający... W końcu docieramy do hotelu Awale Plage, który ma nawet basen. Ceny pokoi (a właściwie połówek bungalowów) są do przyjęcia, plaża oczyszczona. Wiele się nie zastanawiając postanawiamy tutaj zostać. Grand Popo trudno nazwać miasteczkiem, jest to po prostu kurort z dużą ilością restauracji, barów i pensjonatów. Poza tym nic innego tutaj nie ma. Po południu ruszamy na kolację. Ceny w naszym hotelu są zaporowe, poza tym warto dać zarobić komuś na zewnątrz. Trafiamy do fufu baru. Big mama serwuje fufu z sosem oraz mięsem albo rybą. Decydujemy się na posiłek u niej, do tego po rewelacyjnej cenie, czyli niecałe 1E od osoby. Fufu niezłe, sos też. Mięso jak zwykle składa się w 80% z kości. W pewnym momencie mała córeczka właścicielki przynosi nam wykałaczki i biały proszek w kubeczku. Jako, że fufu wydawało mi się mało słone, dosalam troszeczkę. Biorę kawałek do ust i ...... to nie była sól, a proszek do prania, do umycia rąk po obiedzie!!!! Jak dobrze, że nie 'posoliłam' całości, a tylko małą część. To właściwie jedyna przygoda tego dnia:) Wieczór spędzamy w kolejnym barze 'Carrefour'.
Następnego dnia od rana zażywamy kąpieli słonecznych i próbujemy się wykąpać w oceanie, ale jest to bardzo trudne, bo fale i prąd są bardzo duże. Dlatego przenosimy się nad basen, gdzie woda ma temperaturę zupy, ale przynajmniej fale człowieka nie zalewają. Obiad jemy w naszym ulubionym barze 'Carrefour', który jak się okazuje ma świetnego kucharza i ryba oraz miło brzmiące rognon, które okazało się żołądkami, są bardzo dobrze przyprawione, co tu nie zdarza się za często. Należy jeszcze nadmienić, że VanPur reklamuje się tutaj w każdym sklepie i barze. Wszędzie można go tez nabyć. Jak się okazało ma trzy wersje zwykłe jasne, mocne 10% i bezalkoholowe (że też im nie wstyd takiego czegoś eksportować, bezalkoholowym to się człowiek tylko zatruć może).
Takie leniwe dni są fajne, ale nam brakuje już aktywności, więc jutro jedziemy dalej, do Ouidah, aby przejść słynną drogą niewolników, którą miliony ludzi przechodziły po raz ostatni, żeby opuścić Afrykę w podróż na nieznany kontynent, gdzie czekała ich katorżnicza praca albo śmierć podczas drogi.

poniedziałek, 9 lutego 2009

8 luty – Królestwo Dahomejów



Ruszamy rano. Dzisiaj na szczęście mamy niewiele kilometrów do przejechania, jakieś 150. Droga cały czas dobra, więc w miarę szybko dostajemy się do miasteczka Abomey. To tutaj właśnie są dwa odrestaurowane „pałace” królów Dahomejskich (proszę nie mylić z pałacami w naszym wyobrażeniu) oraz 9 ruin pałaców, każdy wybudowany przez innego króla. Dość łatwo znajdujemy przyjemne i tanie lokum, więc ruszamy do muzeum. Niestety tu zabierają nam aparat, gdyż zdjęć nie wolno robić, a po dobrych kilku minutach przychodzi przewodnik Alexandre i to było wszystko co zrowumiałem. Najgorsze jest to, że w Beninie mają silne naleciałości ze swoich plemiennych języków, co przekłada się na swoiste seplenienie. Ala wielokrotnie prosi naszego sepleniacza, który dodatkowo informacjami to nie grzeszy, o powtórzenie. Jeśli są jakieś nieznane słowa i pytamy co to znaczy, nasz gwiazdor powtarza dokładnie tę samą sentencję co przedtem, nadal używając tych samych nieznanych słów. No cóż, jakie pałace, taki przewodnik. Prawdę mówiąc jesteśmy rozczarowani. Niby obiekt Unesco, a wygląda tragicznie. Gliniane ściany pomalowane na biało, słomiane dachy, zamienione na te z blachy falistej, a na nasze pytanie dlaczego tak to zmieniają (zardzewiała blacha falista wygląda obrzydliwie na tych budynkach), stwierdził, że te ze słomy mogą gnić albo się zapalić w porze suchej. Typowy objaw ignorancji i lenistwa. Jakoś Dahomejowie przez wieki mieli słomę i dawali sobie radę. Dodatkowo sufity są pokryte bambusowymi matami, bo ponoć oryginalne się waliły. Większość eksponatów wewnątrz to repliki, a oryginały zawłaszczyli Francuzi i już nigdy nie oddali. W sumie to ciekawe, że jak Hitlerowcy mordowali i grabili w Europie, to ściga się ich do dzisiaj i nazywa zbrodniarzami (zresztą słusznie). A Francuzi i reszta kolonialistów wybiła znacznie więcej Afrykańczyków i rozkradła dzieła tego kontynentu, to o tym się nie mówi i Francuzi to nadal są ci dobrzy. Ale wracając do pałaców, w sumie to dziwne, że Unesco daje patronat i swoją nazwą firmuje tego typu pseudo renowacje. Po godzinie chodzenia opuszczamy pałac, kupując jeszcze kilka pamiątek. Na pewno warto wiedzieć, że Dahomejowie istnieli, jak żyli i czym się zajmowali, ale zdecydowanie nie jest to miejsce gdzie się będzie chciało wrócić. Umieszczamy tylko jedno zdjęcie, gdyż w środku nie można było ich robić. Jest to zdjęcie okolicznego płotu z charakterystycznymi dla Dahomejów, infantylnymi płaskorzeźbami.
Zrobiło się popołudnie, a my dalej nic nie jedliśmy. Pora nie jest najlepsza, bo jeszcze za wcześnie na wieczorne kramiki, a za późno na te obiadowe. Znajdujemy wreszcie jakąś lokalną jadłodajnię. Madame z wielkich garów nakłada ryż, białe ciasto i czarne. Właśnie tak to nazywa. Ja biorę jasne, do tego sos i kawałek mięsa, Ala czarne i tylko sos. Z tym mięsem to delikatna wtopa, bo mój kawałek to mięsa nie widział, a nie będę już zupełnie jak lokalny kości wcinał. Zęby białego mogłyby sobie z tym wyzwaniem nie poradzić.
Po drodze jeszcze kupujemy smażony maniok i pyszne, chrupiące kuleczki z fasoli. Udajemy się w stronę baru Carrefour (skrzyżowanie), gdzie zamierzamy skończyć wieczór. Muszę przyznać, że nie kryję zaskoczenia, jak idę do baru zamówić kolejne piwo Awooyo, które zasmakowało mi w Togo, gdy widzę na podłodze leżącą całą zgrzewkę zielonych puszek Van Pur, z napisem 'Szlachetny smak'! W tym przypadku nie mogłem się oprzeć pokusie i zamawiam takie piwo. Cóż, nad walorami Van Pura może nie będę się rozpisywał, bo każdy to piwo zna. Jedna puszeczka zupełnie wystarczyła i przy kolejnych wróciłem już do Awooyo. W każdym razie fajnie się napić polskiego piwa w Afryce. Tak gwoli informacji sporo lokalnych piło to piwo. Może dlatego, że było słodkawe. W pewnym momencie podchodzi do nas Ghańczyk i oferuje zakup lampki. Zupełnie prosta, wykonana z puszki po mleku i pojemnika po lekarstwach. Reklamuje ją jako produkt 100% afrykański. Cenę podaje też rozsądną, więc nawet się nie wahamy. Robi to własnoręcznie i z tego żyje. Poza tym mamy do Ghany wielki sentyment, bo kraj rzeczywiście jest kilka lepiej zorganizowany niż pozostałe, a ludzie byli niesamowicie mili i szczerzy. W chwili, kiedy przynosi nam resztę do wydania, dokładam mu kasy i proszę o drugą lampkę, każę też wyciągnąć baterie, bo dla niego to dodatkowy koszt, a ja wolę aby to było lżejsze. Patrzy na nas całkowicie zaskoczony i zadaje pytanie: Who are you? (no jak to kto, przecież nie święty Mikołaj!) I want to know you better! Tak więc daję mu email i mówię, żeby się odezwał i jak będę w okolicy to znów kupię coś od niego. Wieczór kończymy koło 23, konsumując jeszcze bagietkę z grillowaną wołowiną, a na koniec kurczaka z rusztu. Jutro jedziemy na wybrzeże Beninu, poleżeć znów trochę na plaży.

7 luty – Domostwa 'tata' i Benin






Rano dość wcześnie opuszczamy hotel, ponieważ przed nami aktywny dzień i wiele kilometrów do pokonania. Po 2 godzinach jazdy docieramy do miejscowości Kande, skąd jest zjazd laterytową drogą w stronę Beninu oraz wiosek ludu Tamberma. Cała laterytowa trasa ma 29km po stronie togijskiej, a po około 20km mają zacząć się wioski z zabudowaniami 'tata'. Na samym początku drogi jest szlaban i budka z napisem „Ministerstwo turystyki Togo” i coś o biletach za wjazd do doliny. Zatrzymujemy się przed szlabanem i momentalnie obskakuje nas parę osób. Mamy kupić bilet, co wydaje się sensowne, bo jest klarownie rozpisane, ceny dla Togijczyków, uczniów i turystów zagranicznych, ale jednocześnie mówią, że naszym obowiązkiem jest wzięcie przewodnika, który nam pokaże gdzie są wioski z domkami i oprowadzi po okolicach. Ich nachalność od razu wyzwala we mnie dużą niechęć i mówię im, że nikt nie będzie mnie zmuszał do brania przewodnika, bo po pierwsze jest jedna droga, więc wioski znajdziemy bez problemu, a po drugie, wolimy na miejscu zobaczyć czy rzeczywiście trzeba przewodnika wynajmować, a jeżeli tak, to zrobimy to w konkretnej wiosce. Na to 'przewodnicy' podnieśli krzyki, że tak nie wolno, każdy turysta ma obowiązek właśnie w tym miejscu wynająć przewodnika (za 15E oczywiście) i nie pojedziemy dalej, bo oni nas nie puszczą. Tłumaczę im, że gdyby był obowiązek brania przewodnika, to ministerstwo turystyki poinformowałoby o tym turystów, tak jak o konieczności kupienia biletów. Nie przemawia to do nich wcale, więc w końcu mówimy, że nie chcemy jechać do wiosek, jedziemy prosto do Beninu, bez zatrzymywania się po drodze. Po kolejnych kilku minutach słownych przepychanek 'przewodnicy' dają za wygraną i sprzedają nam same bilety oraz otwierają szlaban. Taka mafia jest zmorą niezależnych turystów i niestety często trzeba przejść gehennę, żeby się od nich uwolnić. Nam się to na szczęście po raz kolejny udaje. Wjeżdżamy do doliny. Historia tych terenów jest bardzo interesująca. W XVIIw., w szczytowym okresie handlu niewolnikami ludy z południa Togo uciekały na północ, w mniej dostępne tereny i zaczęły budować ufortyfikowane domostwa, które miały chronić ich przed atakiem Dahomejów, największych na tych terenach łowców i handlarzy żywym towarem. W tym celu parter domu przeznaczony jest dla zwierząt, a ludzie mieszkają, śpią i jedzą na dachu. Jest to swoista druga kondygnacja, bo oprócz otwartej przestrzeni, na dachu buduje się okrągłe spichlerze oraz pomieszczenia do spania w porze deszczowej. Przejścia wszędzie są małe, żeby atakujący nie byli w stanie użyć łuków czy dzid. W takim domu mieszka tylko jedna rodzina. Po parunastu kilometrach jazdy zaczynają się zabudowania. Z daleka wyglądają jak małe zameczki. Docieramy do jednej z wiosek – Nadoby, gdzie widzimy sklep z pamiątkami i bar. Zatrzymujemy się, bo upał daje się mocno we znaki. Termometr samochodowy pokazuje 47 stopni na dworze. Przy sklepie siedzi na schodach biała dziewczyna, którą po obejrzeniu ekspozycji sklepikowej pytam, czy wchodziła do któregoś domostwa. Na to ona odpowiada, że owszem, ale ona tutaj mieszka! Pytamy ze zdziwieniem o więcej szczegółów. Okazuje się, że przyjechała 2 miesiące temu w ramach projektu rozwojowego amerykańskiego Peace Core, który ma trwać dwa lata. Jej celem jest pomoc lokalnej wspólnocie w zdobywaniu funduszy na rozwój infrastruktury, rolnictwa i turystyki. Mieszka w „nowoczesnym” domku – w znaczeniu nie tata, nie ma jednak bieżącej wody ani prądu. Wyzwanie na dwa lata niezłe. Dodatkowo wynagrodzenie jest płacone w lokalnej walucie i pozwala tylko na utrzymanie się. Plusem takiego wyjazdu (poza doświadczeniem, poznaniem nowych kultur itd.) jest na przykład zniesienie opłaty za studia jeśli wytrzyma się do końca projektu. Zapraszamy ją na colę do baru, żeby porozmawiać, a ona opowiada nam wiele szczegółów z życia tutejszych ludzi, historię doliny oraz domostw. Bardzo ciekawe spotkanie, no i przy okazji przewodnik:). Po jakiejś godzinie ruszamy dalej, a za jej radą – domostwo 'tata' zwiedzimy już za granicą, w Beninie, gdzie jest mniej turystycznie. Zatrzymuje nas kolejny szlaban, tym razem to kontrola policyjna. Policjant pyta czy w Kande, skąd zjechaliśmy na tę drogę, poszliśmy na komisariat dopełnić formalności wyjazdowe z kraju. Zdziwieni odpowiadamy, że nie. Nikt nas nie zatrzymał, o niczym nie poinformował. Faktem jest, że w trakcie naszej żywej rozmowy z mafią przewodników przy wjeździe do doliny jeden z nich zapytał mnie czy byliśmy na policji po pieczątkę. Myślałam, że chodzi im o jakąś pieczątkę, która niby pozwoli nam wjechać na te tereny, więc ich zignorowałam, a jak się okazało chodziło o pieczątkę wyjazdową do paszportu. Uśmiecham się miło do policjanta, który początkowo chce nas odesłać z powrotem 29km. Udaje się i z obietnicą poprawy następnym razem, ruszamy dalej. Za chwilę kolejny szlaban (oczywiście zrobiony z gałęzi, bo tu szlabany są albo z gałęzi albo ze sznurka), krzywy napis na budynku głosi, że to siedziba benińskich celników. Więc jesteśmy już w Beninie! Celnicy są zainteresowani tylko samochodem, mówią, że formalności wizowych dokonuje policja, parę kilometrów dalej. Kupujemy dla Montka 'laisser-passer' i jedziemy dalej na poszukiwanie policji. W miarę szybko udaje się namierzyć komisariat. Wchodzimy akurat w trakcie obiadu jedynego funkcjonariusza, ale na szczęście jest bardzo sympatyczny, więc nie robi z tego powodu żadnych problemów. Przy przechodzeniu granicy nigdy nie wiadomo, co się komu spodoba albo nie i mogą w najlepszym wypadku przetrzymywać nas godzinami albo kazać płacić jakieś łapówki. Do tego brakuje nam pieczątki wyjazdowej z Togo. Ale miły policjant ogląda tylko wizę, wbija swoją pieczątkę i po bólu. Życzy miłego pobytu w Beninie i zabiera się do dalszej konsumpcji obiadu. Jesteśmy w miejscowości Boukombe. Po tej stronie granicy ludzie mieszkający w domostwach 'tata' są nazywani Somba, ale ich domy nie różnią się od tych po stronie togijskiej. Zatrzymujemy się przy jednym z nich i wychodzę przeprowadzić negocjacje cenowe za zwiedzenie domku. Podbiega do mnie od razu cała gromadka dzieci mieszkająca w tym domu i najstarszy z nich rzuca kwotę 15000CFA, czyli prawie 25E za samo zobaczenie domku! Wybucham gromkim śmiechem, wszyscy dokoła też i pada kwota 2000 CFA. To już brzmi lepiej. Akceptujemy tę ofertę i idziemy zwiedzać domek. Na parterze są 3 pomieszczenia. W dwóch z nich mieszkają kozy, kury i barany, trzecie to kuchnia, gdzie gotują tylko podczas pory deszczowej. Wszędzie wiszą amulety i fetysze mające chronić przed złymi mocami. Z kuchni wchodzi się wąskim przejściem na dach. Tam znajdują się okrągłe spichlerze na zapasy oraz 3 budki – sypialnie. Po zejściu na dół pojawia się ojciec rodziny, który chce nagle 3000CFA za zwiedzanie jego domostwa. Targujemy się i staje na 2tys., ale dodajemy 2 koszulki i spodenki. Idziemy do samochodu, a dzieciaki biegną za nami, każde wołając, że też chce jeszcze jakieś pieniądze. Dwaj najstarsi chłopcy, którzy nam pokazywali dom są bliscy łez, bo powiedzieli, że ojciec im pieniędzy nie da. Więc dorzucamy po 100CFA dla chłopców i jedziemy dalej. Chcemy dziś przejechać jak najwięcej się da, bo w niedzielę chcielibyśmy już być w Abomey, stolicy dawnego królestwa Dahomejów. Po 40km laterytu zaczyna się asfalt. I to całkiem dobry, pewnie niedawno położony. Po szybkim obiedzie jedziemy przez kilka godzin bez przerwy, by już po zmroku dotrzeć do miejscowości Save. Udało nam się dziś pokonać 500km, co jest nie lada wyczynem, biorąc pod uwagę, ile dziś zobaczyliśmy i dowiedzieliśmy się. W Save znajdujemy przyjemny hotel i idziemy w okolice targu coś zjeść i wypić. Namierzamy sprzedawcę grillowanego mięsa, tym razem wołowiny, i kupujemy i niego piękny kawał ugrillowanej polędwicy. Kolacja jak się patrzy.
A teraz kilka słów o Beninie. Statystycznie, PKB per capita jest prawie dwukrotnie wyższe niż w sąsiednim Togo i wynosi USD 709, ale na ulicach tego nie widać. W ogóle te dwa kraje są do siebie bardzo podobne. Za czasów kolonialnych nie było między nimi granicy, dopiero po uzyskaniu niepodległości nastąpił podział na dwa kraje: Dahomej i Togo. W 1975 r. porucznik Kerekou, który był wtedy u władzy, zmienił nazwę kraju na Benin, żeby odciąć się od ciemnej przeszłości królów Dahomeju, znanych głównie jako okrutnych handlarzy niewolnikami oraz wyznaczyć nowy kierunek rozwoju kraju, z marksizmem-leninizmem jako główną ideologią. Po wielu latach rządów porucznika Kerekou i kilku przewrotach, dziś Benin jest jednym z najstabilniejszych politycznie krajów w Afryce Zachodniej. Ekonomia opiera się na rolnictwie, a głównym towarem eksportowym jest bawełna. Obszar kraju to 112tys. km2, a zamieszkuje go prawie 8 mln ludzi.