czwartek, 19 lutego 2009

18 luty – Safari i gorące źródła







Nad ranem budzą nas pawiany, które dobrały się do naszych śmieci. Wyrzuciliśmy spore kawałki trzciny cukrowej wczoraj, która zwabiła przechadzające się tutaj wszędzie pawiany. Nasze śmieci za chwilę były rozrzucone wokół auta, a baboony raz za razem wskakiwały na Montka, zaglądając do środka, co za skarby tam mamy. No, w takich warunkach się nie da się już dalej spać. Podjeżdżamy więc pod recepcję, aby wybrać się na safari. To się też zmieniło. Kiedyś była stara zdezelowana ciężarówka za 100N (1E=200N) od osoby, minimum jednak 1500N jeśli nie było chętnych. Teraz się czarteruje toyoty landcruisery za jedyne 7000N. Na szczęście my mamy 4x4, więc potrzebujemy tylko przewodnika. W takim wypadku 300N za osobę, więc całkiem rozsądnie. Ruszamy na safari. Widzimy oczywiście pawiany i małpy czerwone (red monkey, nie wiem czy one się tak po polsku nazywają), cała masę guźców (w obozie taplają się w wyciekającej z hydrantów wodzie), antylopy bush buck oraz antylopy roan. Zauważamy grupę słoni, ale niestety wchodzą już w las, więc widzimy niewiele. Po hipopotamach też ani śladu. Po dwóch godzinach wracamy. Idziemy na śniadanie. Zamawiamy omlet z frytkami (lepsze to, niż ten ich biały słodki pseudo tostowy chleb, nie utostowany, bo nie ma prądu). W czasie jak nasze śniadanie się robi, idziemy zapłacić za pokój na dzisiejszą noc. Rzeczywiście zmiany są wielkie. Pokoje za 12 tys. N są znacznie mniejsze i brzydsze niż te za 14 tys. Decydujemy się zapłacić więcej. Podaruj sobie odrobinę luksusu za jedyne 70E! Po śniadaniu idziemy do źródełka. Woda ma 31 stopni i fantastyczny turkusowy kolor. Ala widziała wiele zdjęć z Yankari, ale nadal robi to wielkie wrażenie, szczególnie, że to nie żaden basen, a naturalne źródełko, które przeradza się w rzekę, z piaszczysto-kamienistym dnem. Zapomnieliśmy jeszcze dodać, że pozbieraliśmy śmieci rozwalone przez pawiany i chcieliśmy je wyrzucić, niestety jak pawiany zobaczyły, że Ala wychodzi z auta z reklamówką to ją obskoczyły i wyglądały tak groźnie, że musiała wyrzucić torbę, na którą one się natychmiast rzuciły. W wodzie też cały czas patrzymy na olbrzymią grupę pawianów przechodzących obok. Niektóre są dość agresywne. Jedna z samic mających ruję, chyba bierze Alę za rywalkę i zaczyna się agresywnie zachowywać i zbliżać do nas. Musimy rzucać w nią kamieniami. Chwilę później olbrzymi samiec (takie pawiany mogą mieć nawet metr jak stoją na dwóch łapach) idzie w kierunku naszych ubrań. Ala jest już na brzegu i ich pilnuje. Ja w wodzie też z kamieniami. Rzucamy obok niego, a on zupełnie jakby nigdy nic idzie dalej w naszym kierunku i bierze jakiś plastikowy woreczek. Tutaj nazywają pawiany area boys (tak jak gangi młodzieżowe w Lagos). Rzeczywiście coś w tym jest. Wychodzimy z wody, trzeba się przygotować do popołudniowego safari.
Tym razem jedzie z nami mniej elokwentny przewodnik, ale w sumie dobrze – ten poranny miał czasem słowotok, więc wspólne milczenie jest dobre. Jadąc bardzo wyboistą, NIE asfaltową drogą, przewodnik widzi jakieś słonie za krzakami. Jedziemy dalej, bo tam jest zakole rzeki bez żadnych drzew i dojeżdżamy do punktu, gdzie widzimy doskonale całą grupę słoni – w sumie około 40. Widok niesamowity. Przez dłuższą chwilę oglądamy słonie, które dostojnie przechodzą wzdłuż rzeki, a następnie jedziemy dalej. Widzimy jeszcze parę prześlicznych ptaków (trudno zrobić niestety zdjęcie) oraz antylopy. Zadowoleni wracamy do ośrodka. Bardzo udane safari.
Wieczór spędzamy pracowicie, pisząc relacje z wszystkich zaległych dni, żebyście nie mówili, że się obijamy:) Jutro czeka na nas Kano. Musimy jeszcze zmienić domek, bo w naszym klima nie działa (no tak, magiczny nigeryjski elektryk podłączał – pewnie spalił kompresor). Mebelki są fantastyczne i tak gustownie dobrane, że aż ciężko uwierzyć, iż mógł to robić czarny człowiek. Pomimo całej naszej sympatii do nich trzeba wyraźnie stwierdzić, że nie mają za grosz gustu ani pojęcia o wykończeniu prac budowlanych. Nasz domek pomimo tego, że ma niewiele ponad pół roku jest już brudny, a kafelki oraz prysznic są tak wykończone, jakby małe dziecko bawiło się plasteliną i zapychało dziury. Woda z prysznica leci wszędzie, ale nie z czaszy. Można by jeszcze długo wymieniać te cuda nigeryjskiej techniki. Po krótkiej rozmowie w recepcji, gdzie dzielę się moimi uwagami i spostrzeżeniami oczywiście okazuje się, że domki są meblowane przez niemiecką firmę. Nawet nie trzeba pytać kto robił roboty wykończeniowe. To widać na pierwszy rzut oka......
A, jeszcze jedna ważna kwestia. Nasza podróż dobiega końca. Ala wykupiła bilet powrotny do Polski na 24 lutego i 25 po południu będzie w kraju. Nasza wspólna podróż dobiegnie końca. Ja zostanę jeszcze chwilę w Nigerii, żeby sprzedać Montka. Jeżeli będzie się tutaj coś ciekawego działo, to wrzucę na bloga.

7 komentarzy:

Anonimowy pisze...

o kurde, już koniec?! w Polsce właśnie największe opady śniegu w tym roku,ciężko będzie się przestawić.

Anonimowy pisze...

no i niestety sie kończy.... fajnie było poczytać o Waszych wojażach i oderwać sie od lotusa, targetów, datapacków, boxchartów, E2 itp. pierdoł.
Po powrocie zapraszamy go "Dżiemu" na jakieś "Wednesday Table"... obowiązkowo musisz przygotować prezentację ... wiesz jak jest - u nas bez powerpointa ani rusz '-)

Piotrek - Sędzia

Goga pisze...

Co do red monkey to jest to chyba "koczkodan rudy" :)
Czekamy Aluś z niecierpliwością. A Ty Filip, poszukaj tam czegoś ciekawego...

Bomba pisze...

Filipku,stwierdzilem ze nie moge komentowac wszystkich Twoich (Waszych) wpisow bo glupio to wyglada ale teraz musze nabazgrac - mam nabyty bilet na WDŚ ! :) daliscie nam tylko (az!!!) 7500 biletow w tym roku, to nikczemnie malo, ale jakbys jednak znalazl w Afryce kabine teleportacyjna - to sie teleportuj , zalatwie Ci wjazd na 3-kolorowe sektory, na ktore bileciki zeszly w 4 godziny :D sciskam Was serdecznie !!!! Torcida pozdrawia Niebieskiego Kamrata :D

Malajkat pisze...

Hejka no jak to bywa wszystko co dobre szybko się kończy i tym razem wspaniała przygoda dobiegła końca. Czekamy na Was serdecznie. Filip w sobotę mecz wielkie derby Maciek załatwił mi bilety więc będę Cię reprezentował. To tyle pozdrawiamy i do zobaczenia Ania i Witold.

Anonimowy pisze...

No moi drodzy, wszystko sie konczy! Ja na szczescie do Polski nie wracam jeszcze. Sedzia, pojawie sie w dżiemie kiedys inshallah! U nas bileciki tez sie super sprzedaja i bedzie komplecik. Macius dla Ciebie to bym chyba nawet poszedl na te kolorowe, choc pewnie mialbym sraczke pozniej przez pol roku. Witold doping na pelnej ku...ie i jedziemy z tymi zabolami.

f

www.juliamolner.com pisze...

rany jak ja Wam zazdroszcze! ale na nastepna zime tez wybiore sie do Afryki ;)
super macie te podroze!
pozdrawiam!
julia