sobota, 13 grudnia 2008

Nadejszła wiekopomna chwila


Po pierwsze chcieliśmy podziękować firmie Opel Kanclerz za wykonanie serwisu i koniecznych napraw przed wyjazdem. A tak się prezentuje nasz Montek, na zdjęciu powyżej.
Teraz trochę o ostatnich dniach. Adrenalinka zaczęła skakać. Ogólnie panowała dość zawiesista atmosfera i każdy temat dotyczący wyjazdu był jak bomba zegarowa:) Czasu było coraz mniej a przygotowań sporo. Postanowiliśmy wyrobić sobie międzynarodowe prawo jazdy, które miało być do odbioru w piątek 12 grudnia. No i czara goryczy się przelała. W tym całym ferworze walki zapomniałem pojechać do Urzędu Miejskiego. W momencie jak się zorientowałem, była 16:05, niestety. Mamy jednak jeszcze nasze stare polskie prawa jazdy (te książeczkowe), które nieźle imitują międzynarodowe książeczki, tym bardziej, że mają francuski napis 'permis de conduire'. Już wcześniej wypróbowaliśmy ten sposób parokrotnie w Malezji czy Nigerii i zawsze działał, więc jest nadzieja, że teraz będzie podobnie. Niestety mój błąd miał wpływ na nasz pożegnalny obiad u moich rodziców, a najgorsze, ze brakło sosu do rolad, toż to dramat już był!
Czas niemiłosiernie upływał, a my nadal w fazie pożegnań. Już wtedy wiedzieliśmy, ze będzie wielki problem zapakować 3 rezerwowe opony do auta i jeszcze 3 – 20 litrowe baniaki na paliwo, plus cala masę innych gratów. Początkowo wydawało się to niewykonalne. Na szczęście po kilku kombinacjach, rozłożeniu siedzeń jakoś wszystko upchaliśmy. No, będzie miał Montek co ciągnąć.
Niestety plan wyjazdu o 6 rano legł w gruzach z bardzo banalnej przyczyny. W sklepiku obok skończyły się bułki, więc jak tu jechać w taką trasę bez wałówy:) Tak poważnie, to jest już prawie pierwsza ja pije piwo (co miałem zrobić jak się puszka rozwaliła, przypadkowo, poważnie!) i klikam w tego hebla (żebyśmy rano go tylko nie zapomnieli zabrać, bo wtedy nici z relacji:) żebyście byli na bieżąco.
Tak więc wystartujemy pewnie kolo 8, ale w sumie lepiej się dobrze wyspać niż dziczyć, przecież to nie Paryż – Dakar!
Taka jeszcze mała dygresja. Wyjazd własnym środkiem transportu, nie dość że jest dużo droższy, bardziej absorbujący jeśli chodzi o przygotowania, to na dodatek dużo bardziej stresujący. Miejmy nadzieję, że nie będziemy żałowali tej decyzji....
Dobra idę spać, bo jak tak jeszcze trochę będę Wam pisał, to jutro najwyżej na zamek w Chudowie z namiotem będę mógł pojechać....poza tym piwo się skończyło (pytanko do ekspertów - czy Calsberg to jest piwo, bo ja jednak mam wątpliwości....).
Następny wpis prawdopodobnie z Maroka, Inshallah!

4 komentarze:

Jan pisze...

trzimcie sie luftu i patrzcie tam jako, kibicujemy wom cobyście zajechali tam a nazot bez szwanku. Czekomy z utęsknieniem na jokoś relacyjo z frontu. Śledzymy cały czos bloga. Żałuja że my sie nie spikli przed wyjazdem, ale co sie odwlecze to nie uciecze.
Pozdrawiom, Jasiu Jasiu i Ania

Goga pisze...

szerokiej drogi Kochani!

Magda pisze...

Zycze szerokiej drogi i wielu przygod! Trzeba sie bedzie spotkac kiedys i wymienic sie doswiadczeniami :)

Ala i Filip pisze...

Czimiemy sie. Fest kiepsko sie pisze na tych klawiaturach z arabskimi szlaczkami. Dzisiaj wjechalismy do Maroka, jutro kolejne info....