środa, 17 grudnia 2008

Maroko pierwsza odsłona







15 grudnia wieczorem dotarliśmy do Algeciras, ale że była już 21, zdecydowaliśmy się na zostanie ostatni dzień w Hiszpanii. Znaleźliśmy hostel (bez ogrzewania, a na dworze ok 6-8 st. w nocy) za 30 E po wielkich negocjacjach, ale za to 50m od portu. Prom kosztuje słono (152E za 2 osoby i samochód), ale był bardzo ekskluzywny, w porównaniu do tego, czym pływaliśmy do tej pory...Ceuta, do której płynęliśmy jest terytorium hiszpańskim, więc nie poczuliśmy od razu tego, że jesteśmy już w Afryce. Zaczęliśmy od zakupów w Lidlu (strasznie kusiła nas taka ogromna szynka – cała noga krowia wędzona – ale transport tego by nas chyba zabił) uzupełniając wodę i jakieś wędliny. Wydaliśmy ostatnie Euro w monetach, bo po drugiej stronie będzie to już nieużyteczne. Zaskoczyła nas cena paliwa, około 0.65 EUR. Już zacieraliśmy ręce, bo skoro tyle kosztuje w Ceucie to poza nią będzie pewnie jeszcze taniej – budżet kalkulowaliśmy po średniej cenie 0.8E/litr. Ale jak to mówi stare porzekadło: już był w ogródku już witał się z gąską!!! Po przekroczeniu granicy (o tym za chwilkę) okazało się, ze po stronie marokańskiej zapłaciliśmy za paliwo 11.36 dirham (1Eur=11MAD – przeliczcie sobie sami, bo ja się nawet nie chcę denerwować). Teraz trochę o przejściu granicznym w Ceucie. W sumie poszło sprawnie, ale ci wszyscy ludzie z tobołkami, niosący biznes swojego życia na plecach, druty kolczaste, betonowe mury i bramki obrotowe jak na stadionach przypomniały nam, że tutaj łączą się ze sobą dwa światy. Bogaty, „zepsuty i zgniły” zachód z biedną, „poszkodowaną przez los i lokalizację oraz zniszczoną przez dobra naturalne” Afryką. Zaraz po przejechaniu granicy, zaczął się afrykański rozpiździel. Błoto, worki plastikowe i oczywiście wszechobecnie królująca „beczka”, czyli kultowy mercedes 123. Tutaj to zdecydowanie królowa szos! Kto miał beczkę pewnie zrozumie sentyment do tych niezniszczalnych czołgów:) Droga mijała nam całkiem dobrze. Czasami brakowało asfaltu, ale ogólnie nie było źle. Wszędzie otaczały nas gaje oliwne i pomarańczowe. Po drodze mały lancz (którego częścią obowiązkową jest lokalny chleb, oliwki i oliwa).
Wylądowaliśmy wreszcie w Fez, gdzie potwierdziliśmy wcześniejszą informację o przesunięciu zegarka o godzinę wstecz. Za 120MAD znaleźliśmy nocleg (nawet ciepła woda jest w prysznicu – oczywiście prysznic na zewnątrz), w sumie to pomógł nam gość na motorku, który „przyatakował” nas na jednym ze skrzyżowań. On też za 120MAD naraił nam przewodnika po Medinie – starym mieście w Fezie. Stare numery jak zwykle działają niezależnie od kraju, więc odwiedziliśmy garbarnię i farbiarnię skóry ze sklepikiem, gdzie chcieli nam wcisnąć torby, paski, kurtki, płaszcze i inne skórzane gadżety, następnie sklep z materiałami (najlepszy był jedwab z kaktusa!) aby skończyć w sklepiku z pachnidłami i przyprawami. Tam chłop bardzo dobrą angielszczyzną starał się wcisnąć nam różne kremy (chyba miał na wszystko jakieś mazidło, no może z wyjątkiem hemoroidów albo po prostu wstydził się o tym wspomnieć:). Tak bajerował, tak bajerował, ze skusił Alę na krem o zapachu różanym niewiadomego pochodzenia i zastosowania oraz mazidło (niby ma być do masażu moich pleców – teraz do zestawu brakuje tylko 18-letniej Tajki, ale damy radę:) Cena wyjściowa 130MAD za komplet, ale po wielkich negocjacjach oraz kompletnym brakiem zainteresowania z mojej strony, a wręcz irytacją, gościu po raz kolejny wyskoczył ze sklepiku, tym razem z zapakowanym zestawem obowiązkowym (i nie była to WuZetka:) i ceną 40MAD. W sumie jak się zaczyna negocjować i dostaje się żądaną kwotę to powinno się dokonać zakupu. Tak też robimy i wracamy zadowoleni z naszym przewodnikiem do hotelu (nadal jednak brakuje Tajki do moich pleców:(. Sprzedawca bardzo mocno zawiązał woreczek z mazidłami, a jak Ala chciała otworzyć, to spytał: Madam, you don't trust me? No i coś w tym było oczywiście! W pokoju okazało się, że zapakowany krem to był próbnik, wyśmigany przez setki ludzi i w 4/5 zużyty. No cóż, człowiek cały czas się uczy. Człowiekowi się wydaje, że widział już różne numery (na kwiaty ofiarne w Pushkarze, sklep jubilerski w Bangkoku itp.), ale jak widać inwencja ludzka w oszukiwaniu nie zna granic. Co jest niestety bardzo smutne, bo musimy być nieufni i czujni na każdym kroku, żeby nie dać się nabrać i nie stracić w najlepszym wypadku pieniędzy.
A propos pogody, to nadal dość chłodno, a ogrzewania w pokojach ani słychu ani widu. Czekamy z niecierpliwością na upały, ale i one pewnie niedługo dadzą nam się we znaki...

1 komentarz:

Krzysztof Kondratowicz pisze...

Jak pieknie tam macie! Nie ma nic lepszefo jak nocna (juz druga, po wczorajszej) lektura i porcja dobrych wiesci. Cieszymy sie tez ze energii do twoeczosci epistolograficznej wam nie brakuje. z powlaczanymi na kazdym kompie i komorce rss'ami czekamy na dalsze czesci! Szerokiej drogi pod montym!Pozdrawiamy. U&K