niedziela, 28 grudnia 2008

26 grudnia – Ouadane






Pojechaliśmy dziś do oddalonego o 140km od Chinguetti miasteczka Ouadane. Droga była okropna, po garbach na drodze nie dało się po prostu jechać. Często zjeżdżaliśmy na bok, widząc ślady innych samochodów, które też próbowały omijać ten koszmar, żeby im się auta nie rozleciały. Dobrze, że dzień wcześniej przymocowaliśmy drutami kratę wlotu powietrza z przodu samochodu, która nam się trochę już obluzowała, bo na pewno by na tej drodze odpadła. A i tak puścił nam jakiś spaw w tłumiku albo dziurę zrobiliśmy o jakiś kamień, bo Montek wydaje dźwięki jak po home tuningu.
Miasteczko Ouadane to kolejna oaza. Została założona w XII wieku przez Berberów i przez wiele wieków stanowiła ważny punkt tranzytowy dla karawan przewożących złoto, sól i daktyle. Do dziś zachowały się bardzo malownicze ruiny starego miasta. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na mały obiad w przydrożnej restauracji. Zaserwowali nam lokalny przysmak: ksour – naleśnik na słono, zrobiony z ciemnej mąki, podawany z gulaszem warzywno-mięsnym. Bardzo pyszna potrawa. Jeszcze chyba tego nie pisaliśmy, ale w tej części świata (jak i zresztą w Azji), ziemniak traktowany jest jako zwykłe warzywo, na równi z marchewką czy kapustą, tak więc występuje jako składnik wszelkich warzywnych mieszanek. Te z kolei je się z ryżem, chlebem czy innymi tzw. 'zapychaczami', ale ziemniak w tej roli nie występuje.
Niestety do Chinguetti musieliśmy wracać tą samą koszmarną drogą, chyba że zdecydowalibyśmy się na wzięcie przewodnika, który by nam wskazał drogę przez pustynię, ale po przygodach w parku mamy na razie dość jeżdżenia po piasku.
Wieczór spędziliśmy znów u Aishy, jedząc tym razem tagine z kozy. Jednak części kozy, które zostały użyte do przygotowania potrawy odbiegają od tego, co jestem w stanie przełknąć i na Filipa talerzu wylądowały jelita, ogon i inne dziwne kawałki kozy. Filip dzielnie poradził sobie z jedzeniem i pokazał zadowolonej gospodyni pusty talerz. Jak do tej pory, to było nasze najgorsze jedzenie. W kolacji uczestniczyli też dwaj Amerykanie, podróżujący po świecie od 10 miesięcy. Dali nam kilka cennych rad dotyczących Mali, skąd właśnie przyjechali.
Na nocleg zostaliśmy zaproszeni do Ahmeda, z którym jutro mamy się udać na wycieczkę po pustyni na wielbłądach, do oazy, gdzie podobno jest basen!
Domostwo Ahmeda okazało się bardzo tradycyjne – układ podobny jak u Aishy. Spaliśmy w dużym pokoju, chyba gościnnym, gdzie czuło się mocno zapach kóz, a much latało setki. Wychodek, gdzie mieliśmy się też myć, odstraszył nas od wszelkich ablucji i zadowoliliśmy się wilgotnymi chusteczkami dla niemowląt, których na szczęście wielką paczkę wzięliśmy z domu.

2 komentarze:

MarkPunk pisze...

kurde, aż mi smak przyszedł na ten ogon kozy :P
mam nadzieje, że wzieliście przepis :)

Lulu pisze...

o matko