wtorek, 24 lutego 2009

24 luty – Koniec podróży

I oto nadszedł ostatni dzień naszej podróży po Afryce Zachodniej. Z planowanych 10 tys. mil zrobiło się prawie 13 000. Dziś pakowanie, trochę pluskania się w basenie u znajomych i oczywiście ostatni obiad. Tym razem fresh fish pepper soup. Z akwarium kelner wyławia pokaźnego suma, z którego kucharz robi pyszną, szalenie ostrą zupę. Przy jedzeniu człowiek płacze, leje mu się z nosa, pot leje się z całego ciała, ale pomimo tego – dalej je, tak smaczne to danie. Ale żołądek trzeba mieć żelazny, żeby wytrzymał taką ilość ostrej papryki. Koło 19 wyjedziemy na lotnisko.
Wyprawa dobiegła końca, ale blog nie. Filip zostaje jeszcze w Nigerii na chwilę, więc jak coś ciekawego będzie się działo – będzie pisał.
W każdym razie dziękujemy naszym wszystkim wiernym czytelnikom za towarzyszenie nam w tej wyprawie. Mamy nadzieję, że może udało nam się przekonać szerszą rzeszę, że podróżowanie to jedna z najlepszych rzeczy w życiu, że marzenia się spełniają i że nie ma rzeczy niemożliwych!
Po powrocie Filipa urządzimy pokaz slajdów i opowieści, więc z góry zapraszamy!
Do zobaczenia!

23 luty – Sungbo Eredo, czyli atrakcje turystyczne Nigerii




Dzisiejszy plan mamy bardzo ambitny – znalezienie mało znanego w świecie zabytku Nigerii: Sungbo Eredo, czyli wg naszego przewodnika: największej budowli w Afryce zrobionej rękami człowieka, o długości ok. 160km i wysokości nawet do 7 pięter. Zaopatrzeni w takie informacje i lokalizację 'mniej więcej', jedziemy do miejscowości Ijebu-Ode, gdzie mamy podobno znaleźć Sungbo Eredo. Pytamy parę osób po kolei, niestety nikt nie słyszał o czymś takim. Tłumaczę, że ma to być wysoki mur, długi na 160km, więc chyba powinni wiedzieć o czymś takim. Po kolejnej nieudanej próbie udaje nam się znaleźć grupkę przy jednym ze sklepików, w której wiedzą o co nam chodzi i jeden z dziadków proponuje, że z nami pojedzie i pokaże nam drogę. Jedziemy więc we trójkę i rzeczywiście dojeżdżamy do miejsca, które oznaczone jest napisem Sungbo Eredo oraz firmowane nazwą ministerstwa turystyki. Lokalni tłumaczą nam, że jest to domniemany grób Królowej Saby, do którego rokrocznie pielgrzymi muzułmańscy i chrześcijańscy ciągną tysiącami, oddając jej hołd. Okazuje się, że kobiety nie mają tam wstępu i tylko Filip może wejść do świętego miejsca. Ja czekam przy aucie zabawiając wnuczkę jednego z lokalnych dziadków. Po 10 min. wraca Filip ze zdegustowaną miną. Nie ma śladu po żadnym murze – niskim, czy wysokim, tylko parę słupków otoczonych drutem. Część trasy trzeba pokonywać boso po dżungli, ale podobno dobrze się idzie. Pytamy obecnych tam panów jak to jest z tym murem. Nikt nic nie wie, nikt nic nie widział. Jak można zgubić 160km mur?? Jedziemy z powrotem do miasta i znów pytamy. Kierują nas w pewne miejsce 30km dalej, które odnajdujemy bez trudu, ale na miejscu zamiast 'wall' czyli muru widzimy 'war monument', czyli pomnik wojenny. Ale na szczęście obecny tam pracownik jakiegoś hotelu kojarzy nazwę Sungbo Eredo i tłumaczy nam, że to nie jest mur (faktycznie w przewodniku nie została użyta taka nazwa, jedynie 'budowla wysoka na 7 pięter'), a głęboki rów, który był zbudowany 1000 lat temu najprawdopodobniej w celach obronnych ówczesnego królestwa. Tłumaczy nam dokładnie gdzie go znaleźć. Jedziemy kolejne 30km i rzeczywiście znajdujemy zardzewiałą tabliczkę z nazwą Sungbo Eredo. Wchodzimy po spróchniałej desce w dżunglę. Tam ścieżka się kończy, bo zarosła różnymi zielskami. Nie mamy żadnej maczety, więc rękami przedzieramy się przez busz. Po kilku metrach widzimy jakiś rów, ale tak całkowicie zarośnięty, że właściwie gdybyśmy nie wiedzieli, że jest to robota tysięcy ludzi sprzed 1000 lat, to w życiu nie zwrócilibyśmy na to uwagi. Nawet zdjęć nie robimy, bo nie ma czemu.... I tak właśnie wyglądają atrakcje turystyczne w tak nieturystycznym kraju, jakim jest Nigeria. W Mali oczyścili by rów, podkreślając jego imponującą długość 160km oraz głębokość, zrobili obok jakąś rekonstrukcję dawnych zabudowań i kasowali grube pieniądze za możliwość podziwiania tego, a tutaj – nie dość, że mało kto z lokalnych wie, że coś takiego istnieje, a jak się już po wielkich trudach odnajdzie, to się okazuje, że nie warto było jechać 300km, żeby to oglądać...
Po dojechaniu do domu sprawdzamy stan licznika: nasza cała podróż od wyjazdu z domu wyniosła 20 482 km!! Jeszcze szykuje się dodatkowe 1200km, żeby zawieźć auto kupcowi, ale to już jakby poza licznikiem 'turystycznym'. Cóż, wszystko, co piękne ma swój koniec....

21 i 22 luty – Wyścig z czasem i Lagos

Godzina 5:30 – pobudka. Żeby zdążyć na imprezę urodzinową Krzysia musimy wyjechać jak najwcześniej. Trasa ma 800km, a drogi tutaj bywają różne – parędziesiąt kilometrów świetnego, nowiutkiego asfaltu, a potem same dziury. Wyruszamy jeszcze przed wschodem słońca. Wybieramy inną trasę niż tę, którą jechaliśmy do Abudży, bo był dość długi odcinek bardzo złej drogi. Mamy nadzieję, że teraz będzie już lepsza. Początkowo jedzie się super, bo drogi puste (sobota rano) oraz w miarę dobry asfalt. Niestety, w miarę upływu czasu droga się coraz bardziej zapełnia psychopatycznymi kierowcami ciężarówek, a asfalt zaczyna być wypierany przez ogromne dziury. Na całym świecie jest zasada, że duży może więcej, ale tutaj dochodzi to do granic możliwości. Ciężarówki zaczynają wyprzedzać pod górkę, wlokąc się 20km na godzinę, albo też z górki, mając ograniczoną widoczność, pędząc dla odmiany 100km na godzinę. Oczywiście wszystko odbywa się na naszym pasie i co rusz musimy gwałtownie zjeżdżać na pobocze, które często jest strome albo bardzo dziurawe. Taka jazda może wykończyć nawet kierowcę rajdowego! W pewnym momencie, po 7h jazdy wjeżdżamy na nowiusieńką 2-pasmową autostradę. Jedzie się rewelacyjnie. Ale co z tego, skoro od czasu do czasu na jednym z dwóch pasów w naszą stronę jedzie samochód pod prąd, bo nie chce mu się jechać prawidłowo do zjazdu i jedzie sobie szybko naszym pasem. Nagle, zupełnie niespodziewanie kończy się droga. Jest lateryt i wielki murowany płot. Jak się okazuje, prace właśnie się tutaj skończyły, ale kiedyś się rozpoczną Insallah! Zawracamy więc i jedziemy za pewnym Nigeryjczykiem, który pokazuje nam drogę. Niestety ta już wraca do afrykańskich standardów. Jednopasmowa, prowadząca przez miasta i wiochy, okropnie dziurawa i jeszcze bardziej zatłoczona. Po drodze jeszcze dwa małe korki i po 12h docieramy do Lagos. Szybki prysznic, bierzemy taksówkę i na imprezę. Biba nazywa się Small World i różne kraje mają swoje stanowiska, w których serwują narodowe przysmaki oraz alkohol. Krzyś częstuje swoich gości tortem urodzinowym, a cała zabawa kończymy u sąsiada Krzysia - Andrzeja, również z Polski, nad ranem.
W niedzielę jak już dochodzimy do siebie po sobotnich baletach jedziemy na plażę. Krzysiu zamawia rybę z grilla z frytkami u sprawdzonej wcześniej pani prowadzącej knajpkę „Ble Ble”. W miłym towarzystwie kończymy ten sympatyczny dzień w domu.

poniedziałek, 23 lutego 2009

20 luty – Kano i droga na południe








Po śniadaniu ruszamy na zwiedzanie Kano. Pani Hania jedzie z nami. Odwiedzamy tradycyjną farbiarnię. Kierownik mnie poznaje (w sumie każdy biały jest podobny) i zaczynamy rozmowę na temat cen za fotografowanie. Mówię mu, że jesteśmy turystami i przyjechaliśmy autem z Polski. Nie wierzy i idzie oglądać samochód. Montek bardzo mu się podoba i natychmiast oferuje zakup. Rozmawiamy chwilę, ale stwierdzam, że jeszcze do Lagos musimy jakoś wrócić. Dla niego to żaden problem, od razu proponuje, że załatwi specjalne auto z kierowcą, nawet na pięć dni, żeby nas zawiozło. W sumie prosi mnie o przysięgę: ja na Boga, on na Allaha, że auto jest dla niego zarezerwowane. Jestem zadowolony, bo cena jest praktycznie taka, jaką chcieliśmy dostać. Kupujemy dwa obrusy wyrabiane i farbowane tutaj. Jeden dla nas, jeden dla naszych gospodarzy. Cena rozsądna i mamy za to zdjęcia gratis (trzeba się umieć targować:). Odwiedzamy jeszcze Dala Hill skąd jest widok na całe Kano. Niestety banda kilkunastu chłopaków psuje nam sielankową atmosferę i szybko musimy się ewakuować, dodatkowo wiejący harmattan mocno ogranicza widoczność. Wracamy do domu, żegnamy się z naszymi fantastycznymi gospodarzami (jeszcze raz przepraszam, że tak krótko) i koło 14:30 ruszamy. Chcemy dojechać do Abudży z przystankiem w Kadunie (tam kiedyś mieszkałem), a to jakieś 400km. Ruszamy więc za panem Mietkiem, który pokazuje nam drogę wyjazdową. Do Kaduny jest świetna trasa i docieramy tam po 2h. Objeżdżamy szybko miasto, pokazuję Ali gdzie mieszkałem, jedziemy na sławetny pounded yam i egusi soup (nigeryjski przysmak). Jedzenie jest fantastyczne, Ala tylko mlaska. Ja niestety zaprawiłem się klimą w Yankari i mam katar, więc smaku nie czuję. Jedziemy dalej do Abudży, ale zastaje nas już zmrok. Na szczęście ta droga ma być bezpieczna. Wczoraj bandyci postrzelili Chińczyka pod Ibadanem. Podróżowanie w nocy w Nigerii to wielkie ryzyko. Trasa to Abudży jest dalej dobra. Dojeżdżamy do Sulejy i zatrzymujemy się w pierwszym hoteliku. Ceny o ponad połowę niższe niż w Abudży. Jutro musimy dojechać do Lagos. Nasz kolega ma 30 lat i jesteśmy zaproszeni na imprezę. W sumie to tylko 800km do przejechania... Trzeba wcześnie wstać, żeby dojechać tam na czas.

niedziela, 22 lutego 2009

19 luty – Z Yankari do Kano



Rano postanawiamy jeszcze wykorzystać luksus gorących źródeł i spędzamy ze 2 godziny pływając w zielono-błękitnej ciepłej wodzie. Tak naenergetyzowani pakujemy się i ruszamy w dalszą drogę. Naszym celem jest Kano – miasto na północy kraju, zdominowanej już przez islam. Zatrzymamy się tam u znajomych Filipa: p.Hani i p.Mietka, którzy mieszkają w Nigerii od 20 lat. Wg mapy mamy 2 trasy do wyboru: dłuższa, ale po lepszej drodze i znacznie krótsza, ale w większości po drugo- i trzeciorzędnych drogach. Jako, że Montek ma już tylne zawieszenie konkretnie wyeksploatowane, raczej nie chcemy ryzykować jazdy bo wielkich wybojach. Dojechawszy do Bauchi pytamy policjanta o kierunek i okazuje się, że ta krótsza trasa jest podobno bardzo dobra i bardzo nam poleca tę właśnie drogę. Cóż, ryzyk-fizyk. Jedziemy więc wg wskazówek policjanta. I to jest bardzo dobry wybór, bo rzeczywiście na drodze położony jest nowiuteńki asfalt. Jednak mapom, o czym się już wcześniej wielokrotnie przekonaliśmy, nie należy za bardzo ufać. Tutaj się wszystko tak szybko zmienia, że nawet najnowsza edycja jest już mało aktualna. Koło godziny 17 dojeżdżamy do celu, gdzie p. Mietek spotyka się z nami w centrum miasta, żeby poprowadzić nas przez miasto do domu. Kano ma niską zabudowę, oprócz paru wysokich budynków w samym centrum. Rozciąga się wiele kilometrów w każdą stronę. Kano było pierwszą osadą dla karawan wyjeżdżających z Sahary. Miasto ma więcej niż 5 milionów mieszkańców, ale dokładnie ile - tego nie wie nikt. No może tylko Allah! Panuje tutaj prawo shariatu i od czasu do czasu policja religijna robi akcje typu: koniec sprzedaży alkoholu. Dowiedzieliśmy się też, że niedawno ta sama policja rozbijała ciężarówki wiozące piwo do Kano. Sytuacja zawsze jednak wraca do normy i alkohol jest ogólnie dostępny w części chrześcijańskiej. Kano jest ważnym punktem dla świata arabskiego, wizytował je niedawno Kadafi, który funduje tutaj szkoły i szpitale muzułmańskie, aby przyciągnąć coraz więcej ludzi do islamu. W domu czeka już na nas pyszny obiad, a cały wieczór spędzamy na wielu rozmowach o Nigerii, Polsce i świecie. Na kolację jemy tutejszą słynną rybę o specyficznej nazwie: słonia wodnego. Naprawdę pyszna – polecamy bardzo, trzeba spróbować!
Na jutro mamy ambitny plan zwiedzenia Kano, i dojechania przynajmniej do Abudży, a po drodze chcemy jeszcze odwiedzić Kadunę.

czwartek, 19 lutego 2009

18 luty – Safari i gorące źródła







Nad ranem budzą nas pawiany, które dobrały się do naszych śmieci. Wyrzuciliśmy spore kawałki trzciny cukrowej wczoraj, która zwabiła przechadzające się tutaj wszędzie pawiany. Nasze śmieci za chwilę były rozrzucone wokół auta, a baboony raz za razem wskakiwały na Montka, zaglądając do środka, co za skarby tam mamy. No, w takich warunkach się nie da się już dalej spać. Podjeżdżamy więc pod recepcję, aby wybrać się na safari. To się też zmieniło. Kiedyś była stara zdezelowana ciężarówka za 100N (1E=200N) od osoby, minimum jednak 1500N jeśli nie było chętnych. Teraz się czarteruje toyoty landcruisery za jedyne 7000N. Na szczęście my mamy 4x4, więc potrzebujemy tylko przewodnika. W takim wypadku 300N za osobę, więc całkiem rozsądnie. Ruszamy na safari. Widzimy oczywiście pawiany i małpy czerwone (red monkey, nie wiem czy one się tak po polsku nazywają), cała masę guźców (w obozie taplają się w wyciekającej z hydrantów wodzie), antylopy bush buck oraz antylopy roan. Zauważamy grupę słoni, ale niestety wchodzą już w las, więc widzimy niewiele. Po hipopotamach też ani śladu. Po dwóch godzinach wracamy. Idziemy na śniadanie. Zamawiamy omlet z frytkami (lepsze to, niż ten ich biały słodki pseudo tostowy chleb, nie utostowany, bo nie ma prądu). W czasie jak nasze śniadanie się robi, idziemy zapłacić za pokój na dzisiejszą noc. Rzeczywiście zmiany są wielkie. Pokoje za 12 tys. N są znacznie mniejsze i brzydsze niż te za 14 tys. Decydujemy się zapłacić więcej. Podaruj sobie odrobinę luksusu za jedyne 70E! Po śniadaniu idziemy do źródełka. Woda ma 31 stopni i fantastyczny turkusowy kolor. Ala widziała wiele zdjęć z Yankari, ale nadal robi to wielkie wrażenie, szczególnie, że to nie żaden basen, a naturalne źródełko, które przeradza się w rzekę, z piaszczysto-kamienistym dnem. Zapomnieliśmy jeszcze dodać, że pozbieraliśmy śmieci rozwalone przez pawiany i chcieliśmy je wyrzucić, niestety jak pawiany zobaczyły, że Ala wychodzi z auta z reklamówką to ją obskoczyły i wyglądały tak groźnie, że musiała wyrzucić torbę, na którą one się natychmiast rzuciły. W wodzie też cały czas patrzymy na olbrzymią grupę pawianów przechodzących obok. Niektóre są dość agresywne. Jedna z samic mających ruję, chyba bierze Alę za rywalkę i zaczyna się agresywnie zachowywać i zbliżać do nas. Musimy rzucać w nią kamieniami. Chwilę później olbrzymi samiec (takie pawiany mogą mieć nawet metr jak stoją na dwóch łapach) idzie w kierunku naszych ubrań. Ala jest już na brzegu i ich pilnuje. Ja w wodzie też z kamieniami. Rzucamy obok niego, a on zupełnie jakby nigdy nic idzie dalej w naszym kierunku i bierze jakiś plastikowy woreczek. Tutaj nazywają pawiany area boys (tak jak gangi młodzieżowe w Lagos). Rzeczywiście coś w tym jest. Wychodzimy z wody, trzeba się przygotować do popołudniowego safari.
Tym razem jedzie z nami mniej elokwentny przewodnik, ale w sumie dobrze – ten poranny miał czasem słowotok, więc wspólne milczenie jest dobre. Jadąc bardzo wyboistą, NIE asfaltową drogą, przewodnik widzi jakieś słonie za krzakami. Jedziemy dalej, bo tam jest zakole rzeki bez żadnych drzew i dojeżdżamy do punktu, gdzie widzimy doskonale całą grupę słoni – w sumie około 40. Widok niesamowity. Przez dłuższą chwilę oglądamy słonie, które dostojnie przechodzą wzdłuż rzeki, a następnie jedziemy dalej. Widzimy jeszcze parę prześlicznych ptaków (trudno zrobić niestety zdjęcie) oraz antylopy. Zadowoleni wracamy do ośrodka. Bardzo udane safari.
Wieczór spędzamy pracowicie, pisząc relacje z wszystkich zaległych dni, żebyście nie mówili, że się obijamy:) Jutro czeka na nas Kano. Musimy jeszcze zmienić domek, bo w naszym klima nie działa (no tak, magiczny nigeryjski elektryk podłączał – pewnie spalił kompresor). Mebelki są fantastyczne i tak gustownie dobrane, że aż ciężko uwierzyć, iż mógł to robić czarny człowiek. Pomimo całej naszej sympatii do nich trzeba wyraźnie stwierdzić, że nie mają za grosz gustu ani pojęcia o wykończeniu prac budowlanych. Nasz domek pomimo tego, że ma niewiele ponad pół roku jest już brudny, a kafelki oraz prysznic są tak wykończone, jakby małe dziecko bawiło się plasteliną i zapychało dziury. Woda z prysznica leci wszędzie, ale nie z czaszy. Można by jeszcze długo wymieniać te cuda nigeryjskiej techniki. Po krótkiej rozmowie w recepcji, gdzie dzielę się moimi uwagami i spostrzeżeniami oczywiście okazuje się, że domki są meblowane przez niemiecką firmę. Nawet nie trzeba pytać kto robił roboty wykończeniowe. To widać na pierwszy rzut oka......
A, jeszcze jedna ważna kwestia. Nasza podróż dobiega końca. Ala wykupiła bilet powrotny do Polski na 24 lutego i 25 po południu będzie w kraju. Nasza wspólna podróż dobiegnie końca. Ja zostanę jeszcze chwilę w Nigerii, żeby sprzedać Montka. Jeżeli będzie się tutaj coś ciekawego działo, to wrzucę na bloga.

17 luty – Yankari wita




Po porannym spotkaniu w biurze Mohammeda z nim samym i jego bratem oraz zakupie pokaźnej ilości pamiątek, ruszamy na północ – do Yankari National Park. Zwierzyna jest tam podobna jak w ghańskim Mole National Park, ale dodatkową atrakcją są gorące źródła. Trasa do parku wiedzie przez malownicze okolice, wspinamy się coraz wyżej. Montek nadal spisuje się świetnie, ale coraz bardziej martwimy się, żeby na sam koniec coś się nie zepsuło. Jest już mocno zmęczony trasą. W końcu na naszym liczniku wyprawy mamy już ponad 18 000 km. Na późny obiad zatrzymujemy się w mieście Jos. Filip chce, żebym koniecznie spróbowała okropnego jedzenia w lokalnej podróbce Mc Donald's – Mr Bigg's. Jedzenie jest rzeczywiście z serii 'na przetrwanie', ale nawet dla samego zdjęcia warto było się zatrzymać. Mc Shit to jak restauracja kategorii „S” przy Mister Biggsie! Od Abudży do Josu nie spotykamy ani jednego patrolu policyjnego. Od Josu zaczynają się kontrole, ale policja jest tutaj tak uprzejma, że aż nie wierzymy własnym oczom – w żadnym kraju wcześniej nie spotkaliśmy się z taką sympatią policji! W poprzednich krajach byli poprawni, czasem mniej bądź bardziej uprzejmi, ale ci tutaj są po prostu do rany przyłóż! Niesamowite. Tym bardziej, że spodziewamy się wiadomego: What do you bring for us? A tutaj nam machają, salutują, śmieją się od ucha do ucha i tylko pokazują, żeby się nie zatrzymywać i jechać dalej. Widocznie na granicy już 'wyrobiliśmy' swoją normę wrednych patroli i na razie mamy spokój. Po obiedzie w Josie pędzimy do Bauchi, które jest 110km od Yankari. Zaczyna się powoli ściemniać. Trasę pomiędzy Josem a Bauchi (112km) pokonujemy w godzinę. Potem, wg Filipa ostatnich wspomnień z 2006 ma się zacząć odcinek z dziurami w asfalcie. Jedziemy, jedziemy, droga cały czas dobra. Na chwilę zaczynają się dziury, ale za moment jest już zjazd na park. Ostatnio droga była dziurawa, a potem przechodziła w lateryt. Jednak w 2008 podobno został przeprowadzony remont drogi i samego ośrodka w parku. Rzeczywiście, droga do bramy wjazdowej do parku jest zrobiona z nowiuśkiego asfaltu. Zapadła już totalna ciemność. Płacimy za wstęp do parku. Wjeżdżamy za bramę i...... tutaj też asfalt!!! To już jest totalna profanacja!! Jak można w parku narodowym, w którym żyją dzikie zwierzęta zbudować prawdziwą asfaltową drogę!!??? Przecież wielkie, głośne maszyny przepędzą zwierzęta!! Jesteśmy naprawdę źli, że coś takiego zostało tutaj zrobione. Jedzie za nami Nigeryjczyk, który jest pierwszy raz w Yankari i bardzo się boi, że zwierzęta zaatakują jego auto. Jak słyszy, że Filip byl tutaj już 3 razy to zaraz się pyta, czy może jechać za nami. Jasne, czemu nie. Aha, w czasie kupowania biletów pokazano nam tabelę z cenami pokoi w parku. W 2006 roku domek w parku kosztował ok. 10E, a teraz podobno kosztuje 60E najtańszy!!! No, zaczyna się super. Podczas jazdy podejmujemy decyzję, że skoro i tak jest już późno i ciemno, dziś spędzimy noc w samochodzie, a na jutro wynajmiemy domek. Budżet trzeba trzymać, nie będziemy się tutaj rozpasali. Dojeżdżamy do ośrodka. Pomimo ciemności dokoła, Filip szeroko otwiera oczy: wszystko się pozmieniało. Nowe budynki, nowe drogi, ośrodek powiększył się mocno. No i oczywiście ceny... Idziemy do recepcji, próbując wynegocjować jakąś zniżkę. Nie ma takiej możliwości. Madame z recepcji, mimo że już nas polubiła (czytaj oczywiście – Filipa), nie ma takiej mocy. Nic to, będziemy spać w aucie. Na takie stwierdzenie madame coś tam mruczy o opłacie za camping, ale zbywamy ją, a i ona nie nalega za bardzo. Idziemy do baru czegoś się napić. Tam przysiada się do nas jakiś lokalny, pytając o szczegóły naszego tutaj pobytu, a po długim monologu Filipa na temat asfaltu w parku i cenach pokoi pyta, czy w takim razie, skoro nie bierzemy pokoju, zapłaciliśmy za camping. My na to, że spanie w aucie na parkingu, to nie camping, bo takowy wymaga specjalnych warunków zapewnionych przez ośrodek, jak toaleta czy prysznice, a my chcemy tylko spać na parkingu. Facet jest dość uparty. Nic nie wskórawszy znika, a po chwili wraca z jakimś przełożonym, który jest na początku zły, usłyszawszy wersję naszego wcześniejszego rozmówcy, ale po chwili konwersacji stwierdza, że bez problemu możemy nocować w naszym samochodzie bez dodatkowych opłat. Nie ma to jak urok osobisty:) Filipa w tym wypadku....
Po posiedzeniu w barze idziemy do samochodu, przeparkowujemy go, w środku układamy graty tak, żeby móc rozłożyć fotele i kładziemy się spać. To będzie nasza druga noc w Montku. Pierwszą spędziliśmy w Hiszpanii, zatrzymani w nocy przez śnieżycę....