niedziela, 15 lutego 2009

14 luty – Impreza polonijno-podróżnicza




Dziś wstajemy koło 9, po nocnych podbojach klubów w Lagos. Filip wysyła stewarda (tutaj standardem jest posiadanie stewarda w domu, który gotuje, sprząta i pierze) do sklepu po prowiant na śniadanie i instruuje go jak przygotować nam omlet. Jemy pyszne śniadanie. Krzyś przyjeżdża do nas w czasie przerwy w pracy i bierze nas na zwiedzanie swojego miejsca pracy, czyli młynów nigeryjskich, największego takiego przedsiębiorstwa w kraju. Wjeżdżamy specjalnym taśmociągiem (na zdjęciu – stoi się na tej małej platformie, trzymać się trzeba za rączkę powyżej, sama konstrukcja wydaje się dość niebezpieczna, ale uczucie niezłe) na kolejne piętra i oglądamy proces mielenia zboża na mąkę (dopiero później dowiadujemy się, że awaryjność tej windy jest dość spora i były już wypadki śmiertelne). Ogromne hale z dziesiątkami maszyn, każdy proces odbywa się na innym piętrze, by na parterze uzyskać finalny produkt. Po zwiedzaniu fabryki jedziemy na małe zakupy do supermarketu (tak, jest tu właśnie coś takiego, z cenami trzy razy wyższymi niż u nas) bo dziś wieczorem Krzyś wydaje na naszą cześć imprezę, na którą zaprosił swoich polskich znajomych mieszkających i pracujących w Lagos.
Impreza udaje się świetnie. Frekwencja dopisuje, nasze zdjęcia budzą spore zainteresowanie. Kończymy dość późno i w świetnych humorach idziemy spać. Rano planujemy dojechać do Abudży.

sobota, 14 lutego 2009

13 luty – granica benińsko-nigeryjska challenge




Rano Filip budzi się jak nowo narodzony (nie dziwota, bo takich końskich dawkach antymalaryku, który sam w sobie jest antybiotykiem + dodatkowego antybiotyku, pewnie wszystkie bakterie zostały wyplenione na długi czas). Zbieramy się sprawnie i jedziemy do odległej do 20km granicy nigeryjskiej. To jest przejście graniczne, którego się boję od początku, bo wiem z opowieści, jak oni chcą pieniądze za wszystko, a granica zawsze jest dobrą okazją do oskubania turysty, nawet w bardziej 'cywilizowanych' afrykańskich krajach. Tym bardziej, że nie mamy wspominanego już wcześniej carnet de passage, czyli owego dokumentu wystawianego w Polsce (za sowitą kaucję), który utwierdza władze celne w poszczególnych krajach, że nie sprzedamy u nich samochodu. No a wiadomo, że właśnie tak w Nigerii chcemy zrobić... A do tego wszystkiego, przejście, które chcemy przekroczyć jest najbardziej ruchliwym między Beninem a Nigerią (pewnie jedno z najruchliwszych w Afryce), bo tam właśnie z portu w Cotonu przewożone są do Nigerii samochody starsze niż 10-letnie, których tam oficjalnie sprowadzać nie wolno. Ale nic to, raz kozie śmierć.
Wjeżdżamy w duże zagęszczenie ludzi, co oznacza, że dotarliśmy do przejścia. Widzimy pierwszy szlaban, zrobiony z gałęzi oczywiście. Zatrzymuje nas jakiś człowiek w cywilu, który żąda okazania benińskiego lasser passez. Pokazujemy mu, na co on mówi, że nie mamy jakiegoś tam kwitka. Na co ja mu odpowiadam, że przy wjeździe do Beninu pytałam dwukrotnie (co jest szczerą prawdą), czy na pewno nam celnicy wszystko wypisali i wystawili, żebyśmy nie mieli później żadnych problemów. Więc wiem, że nie potrzebujemy już żadnego innego świstka. Ale mimo to facet chce nas skasować prawie 10E za brak papierka. Ignoruję go i każę Filipowi powoli jechać pod szlaban. Facet szlaban podnosi, leci przed nami do jakiegoś mundurowego, coś mu tam szepcze, wraca z mundurowym, który sprawdza nasze dokumenty i mówi OK. Facet w cywilu, po odejściu funkcjonariusza chce znów kasę. Ja mu mówię, że nic nie dostanie i odjeżdżamy. Po prawej stronie widzimy budynek z napisem 'Immigration', parkujemy samochód i idziemy załatwiać formalności. Podchodzimy do okienka, gdzie wbijane są pieczątki wyjazdowe. Podaję paszporty celnikowi, a on na to, że za wbicie pieczątki do paszportu mam zapłacić 1000Naira (5E)!!!! Nie dość, że operuje już nigeryjską walutą, to jeszcze ma czelność żądać opłaty za wstawienie pieczątki WYJAZDOWEJ. Oj, tego już za wiele. Mam gdzieś ich wyjazdową pieczątkę! Niech nie wstawia jak nie chce, bo ja mu nic nie zapłacę! Zaczyna się we mnie gotować, już chcę wołać jego przełożonego. Ale widzę, że wbił pieczątki i powoli podaje mi paszporty. Zdecydowanym ruchem wyciągam je z jego ręki i idziemy dalej. 2m za okienkiem stoi stolik, przy którym siedzą 2 osoby. Facet nas zatrzymuje i każe pokazać paszporty (jest w cywilu). Otwiera je, sprawdza pieczątkę i mówi, że mamy zapłacić 200Naira (1E) za to, że on to obejrzał. Jeszcze moment i wybuchnę. Teraz się już nie patyczkuję i wyrywam facetowi paszporty z ręki i idziemy dalej, na stronę nigeryjską. Tu już pałeczkę przejmuje Filip. To w końcu jego kraj:) Ja jak na razie mam dość. Pierwszy urzędnik imigracyjny, kolejny, całkiem miło. W każdym razie dużo lepiej niż po benińskiej stronie. Nigeryjski show trwa! Madame celniczka wbija nam pobyt na 90 dni (zawsze chcemy maksymalną ilość na jaką pozwala nasza wiza, bo nie wiadomo czy się nie przyda), rzuca coś o napiwku na colę, ale Filip przybija jej piątkę i idziemy dalej. Teraz głęboki oddech, bo musimy załatwić sprawy samochodu. Idziemy od jednego celnika do drugiego, i wreszcie trafiamy do docelowego biura, gdzie siedzi 2 mundurowych i 1 cywil. Wyłuszczamy sprawę. Celnik pyta o carnet de passage. My na to, że nie mamy, bo nie jest to nigdzie potrzebne, a i tak nam wszędzie wystawiają nam lasser passez. Celnik odpowiada, że dla turystów jest obowiązkowy carnet i w takim wypadku mamy problem. Dobrze, że siedzimy, bo ja mam już miękkie nogi. Filip mówi, czy nie mógłby nam wystawić w takim razie lasser passez, jak to zrobili w Ghanie, gdzie też coś o karnecie wspominali na granicy. On na to, że i owszem, ale trzeba zapłacić. Na pytanie ile pada odpowiedz: 500E.... Zamieniamy się w dwa słupy soli. 500E, on chyba zwariował! Filip na to, odpowiada, że w poprzednich krajach płaciliśmy, i owszem, ale po 10E i że jak mamy płacić 500, to zostawiamy tutaj auto i jedziemy dalej stopem. Celnik się cieszy, mówi: to dawajcie kluczyki. Filip zaczyna się też śmiać i atmosfera się trochę rozluźnia. Celnik bierze jakieś papiery do wypisywania ignorując nas. Filip zaczyna zagajać przyjazną rozmowę, a po jakimś czasie wszyscy się śmiejemy, celnik wręcz się łapie za brzuch i mówi: you are my brother now! No, to teraz już go mamy. Brata przecież nie można oskubać, nie? Więc Filip dalej urabia celnika i wszystkich wokoło. W międzyczasie przewija się parę osób, które wręczają naszemu celnikowi grube zwitki pieniędzy, lądujące od razu w czeluściach szuflady, w zamian za pieczątkę na ich dokumentach. Mija około godziny. Celnik w tym czasie wypisuje parę druczków. W pewnym momencie sięga po nasz dowód rejestracyjny i zaczyna wypisywać formularz dla nas! Pisze powoli, sprawdza wszystkie informacje z dowodu (bo oczywiście jak to na polskich dokumentach, ciężko się połapać). Przybija powoli i precyzyjnie pieczątki. Chucha na tusz pieczątki, żeby wysechł. Serca nam biją coraz szybciej. Jaka kwota padnie? Celnik: bring the money. Filip wyciąga z sakwy 10E i mu wręcza. Ten, bez mrugnięcia okiem wrzuca je do szuflady. Mamy lasser passez!!!!! Chyba słychać te kamienie spadające nam z serca. Nasz celnik mówi, że potrzebujemy na tym papierku jeszcze jednej pieczątki. Dzwoni do jakiegoś swojego kolegi, który przychodzi do biura. Oczywiście musi mu wytłumaczyć całą historię. Tamten na to, że turyści muszą mieć carnet de passage itp. Ale nasz mówi, że nalegaliśmy na wystawienie lasser passez, więc wystawił. A tamten ma tylko przybić pieczątkę. Niezadowolony, ale godzi się łaskawie na to i każe nam iść za sobą. W swojej kanciapie przybija ostatnią pieczątkę i jesteśmy wolni! Mamy papier, o który na pewno wszyscy będą pytać. A do tego jesteśmy przekonani, że nawet gdybyśmy mieli carnet de passage, to i tak chciałby kasę za przybicie na nim pieczątki albo jeszcze coś ciekawszego by wymyślił. Welcome to Nigeria!!! Land of beauty! Tak się reklamują. Zapominają jeszcze tylko dokończyć tego zdania: and of corruption. Ale – najgorsze już za nami. W każdym razie tak mi się wydaje przez pierwsze 5m przejechanych po nigeryjskim asfalcie. W tym momencie przypomina nam się, że nie mamy jeszcze żadnych lokalnych pieniędzy i jakieś parę E i pozostałe CFA trzeba wymienić. Pytamy pewnego człowieka o wymianę, wskazuje w kierunku granicy. Więc trzeba się wrócić... Filip parkuje tam gdzie stoimy i biegnie wymienić pieniądze. Ja blokuję zamki w aucie i obserwuję drogę przed nami. A tu 2m w przód, ten sam facet, którego pytaliśmy o wymianę pieniędzy, podstawia pod przejeżdżające samochody taką bardzo profesjonalną dechę najeżoną grubymi gwoździskami. I wymusza od nich pieniądze. Niektórzy płacą, niektórzy nie. Ci, którzy nie płacą – dostają parę 'klapsów' ręką po masce i jadą dalej. W pewnym momencie widzę motorek jadący z 2 osobami. Podstawiają deskę. Kierowca zaczyna gestykulować, widać, że nie chce zapłacić. Ale on nie może się schować w swoim samochodzie niestety. Wymuszaszcze próbują wyrwać torebkę jego pasażerce. Zaczyna się przepychanka, której końca nie widzę, bo przejeżdża jakiś duży samochód i tracę ich z widoku na chwilę, a po jego przejeździe para na motorku już zniknęła. No ładnie się zaczyna! Filip wraca z wymienionymi pieniędzmi, ale ja już mam nietęgą minę. Opowiadam co widziałam, Filip się śmieje i mówi – zobaczysz, to tutaj normalka. Dziękuję za taką normalkę! Ruszamy. Oczywiście facet chce od nas kasę. Filip rzuca mu nigeryjskie pozdrowienie, pyta co on ma dla nas za prezent z Nigerii (to zawsze się oni pytają pierwsi: Poland na beautiful contry! Masta what you dey bring for us from Poland?), przybija piątkę i jedziemy. Za 5m, kolejna blokada z gwoździami, kolejna szybka rozmowa, piątka przybita i jedziemy. I tak parę dobrych razy. A po blokadach wymuszaczy zaczynają się blokady (już bez gwoździ, za to z karabinami na ramieniu) różnych funkcjonariuszy: policja, celnicy, służba narkotykowa, służba zdrowotna i wszelkie mundurowe (prawdziwe albo i nie) służby tego kraju. Każdy chce sprawdzić coś innego, każdy oczywiście chce kasę. Nie płacimy nic, Filip ich tylko pozdrawia, rozśmiesza i jedziemy dalej. Bez białego Nigeryjczyka, ta granica i droga mogłaby być dramatem i odcisnąć się takim piętnem, że Nigeria by już nigdy nie znalazła się na liście krajów do zobaczenia. Z granicy do Lagos jest jakieś 70km. Na tym odcinku, a najwięcej przez pierwsze 20km, zostaliśmy zatrzymani, i to bez żadnej przesady, jakieś 30-40 razy!!! Straciliśmy w pewnym momencie rachubę. Ja po paru kontrolach ochłonęłam i zaczęłam też już powoli traktować to jako normalkę. Ale przyznam, że ci wymuszacze z deskami z gwoździami zrobili na mnie piorunujące, oczywiście negatywne, wrażenie.
W Lagos jesteśmy umówieni z naszym kolegą Krzysiem, który mieszka i pracuje tam. Mamy się spotkać na którymś z dużych dworców autobusowych. Po wjechaniu do miasta odnajdujemy dworzec, ale Krzyś utknął w dużym korku (nie dziwna rzecz w tym prawie 20-milionowym mieście) i powoli kierujemy się wg jego wskazówek dalej. W końcu udaje nam się spotkać niedaleko jego domu i szczęśliwi jedziemy do jego mieszkania. Uff, pełen wrażeń dzień. A tu dopiero 14. Gdzie tam wieczór! Krzyś częstuje nas lunchem, trochę się ogarniamy i każe nam się przygotować na nocne zwiedzanie Lagos, a właściwie jego klubów nocnych. To dla nas nie lada wyzwanie, biorąc pod uwagę, że w podróży mamy rytm wczesnego wstawania, ale też wczesnego chodzenia spać. Nie będzie łatwo, tym bardziej po tylu emocjach na granicy. Ale co tam, żyje się raz – wszystkiego trzeba spróbować!:)
Lagos pokazuje nam zupełnie inne oblicze. Odwiedzamy klub, w którym ochrona napakowana co najmniej jak „Pudzian”, uzbrojona w karabiny maszynowe, lustruje nas z góry na dół. W sumie pozwalają nam wejść, ale stwierdzają: „Make sure you spend 1 milion Naira” (no jasne, w sumie to tylko 50 tys. E). Knajpa znajduje się nad salonem Bentleya. W środku poraża nas przepych. Sami czarni, ubrani w markowe ciuchy. W menu pozycja numer jeden to szampan za 1 tys. dolarów. Niestety to miejsce nie jest dla nas i to nie tylko z powodu cen (aha, drinków nie sprzedają tyko całe butelki trzeba kupować), ale bardzo fajnie było coś takiego zobaczyć. Tak się bawi biedna Afryka.
Odwiedzamy kolejne kluby. Niektóre aż pękają w szwach, od starszych, białych facetów otoczonych czarnymi młodymi dziewczynami. No taki folklor! Lądujemy wreszcie w klubie z lokalną muzyką. Ceny już rozsądniejsze, bo tylko 3E za piwo i gra muzyka na żywo. Szczególnie wciągające są covery najbardziej znanego, nieżyjącego już muzyka nigeryjskiego Fela Kuti. Na koniec gitarę przejmuje człowiek, który twierdzi, że grał kiedyś z Felą. Zapowiada, że zagra kawałek Jimiego Hendrixa. Ja od razu się napalam na „Hey Joe”! Lecą pierwsze nuty i pojawia się wielki banan na mojej twarzy. Aranżacja jest fantastyczna. Wszyscy zaczynają się bujać, a niektórzy rzucają pieniądze wykonawcy. Na koniec nabywamy jego płytę. Miejmy nadzieję, że będzie równie dobra. Wracamy w środku nocy, pustymi ulicami Lagos, zwalniając tylko na policyjnych kontrolach. Teraz to już na dobre Welcome to Nigeria, land of beauty!

12 luty – wioska na palach i szpital






Jedziemy dalej. Jedziemy drogą kierując się na główne miasto–port w tym kraju: Cotonou. Nie jest to jednak stolica Togo. Stolica to Porto Nuovo, które znajduje się również na wybrzeżu tylko 30km dalej w stronę Nigerii. Droga niezła, więc szybko docieramy do rozjazdu, gdzie zbaczamy na drogę w budowie aby dotrzeć do rozlewiska oceanu, które utworzyło bardzo płytkie jezioro, na którym powstała wioska na palach. Geneza założenia wioski, jest podobna jak ta z wiosek z domkami 'tata', czyli ucieczka przed niewolnictwem.
Zapłaciliśmy za bilety i przewodnik zabrał nas na „przystań”. Czekało tam sporo łódek zwanych pirogami, napędzanych wiosłami oraz żaglem. Wsiedliśmy do naszej łajby i zaczęliśmy rejs w kierunku wioski Ganvie. Oczywiście przewodnik na starcie zaznaczył, że on nie jest płacony i jak nam się będzie podobało to mamy mu coś dać. Jak zwykle w Afryce, to już się robi nudne, wstęp zawiera przewodnika, a przewodnik zanim się przedstawi, to żąda kasy! No nic, jedziemy, to znaczy płyniemy dalej. Wioska całkiem ciekawa, oczywiście pierwszy przystanek w sklepie z pamiątkami. Za chwilę pada pytanie, czy chcemy pojechać na targ pływający w tej wiosce (znamy już coś takiego z Tajlandii). Oczywiście, to już nie jest w standardowym programie i nasz przewodnik oraz „wiosłowy” wyraźnie sugerują, że to będzie ekstra płatne. No nie, tego już za wiele. Prosimy, aby nas wieźli normalną trasą, na jaką obowiązuje nasz bilet. Na koniec przewodnik przypomina, że jeśli chcemy mu coś dać to teraz, bo później będzie musiał się dzielić z kobietami na brzegu. Po krótkiej konsultacji decydujemy: żadnej kasy dla obiboków, leserów, naciągaczy i pseudo przewodników. Bardzo grzecznie puszczam moją przemowę. W związku z bardzo krótką wizytą w wiosce (około 15 minut na miejscu), brakiem jakichkolwiek dodatkowych informacji (te podstawowe wyczytaliśmy w przewodniku) nie czujemy, że należy się jakakolwiek dodatkowa opłata. Przewodnik zdegustowany na nasze 'dziękuję' wycedza odpowiedź, na co już nie stać naszego łódkowego. Ja nie jestem agresywny. Agresywność „1”! Idziemy czym prędzej do biura z biletami. Tam się wypytujemy o szczegóły naszej wycieczki. Okazuje się, że wszystko było w cenie, przewodnik, pływający targ itd. Zostajemy przeproszeni, a nasz leniwy przewodnik dostaje burę. Wracamy do auta jednak w nie najlepszych nastrojach. Jeszcze się dużo muszą Afrykańczycy uczyć w sferze obsługi turystów...
Przez Cotonu przejeżdżamy ekspresem, jako że naszym celem jest Porto Novo. Znajdujemy miły hotelik. Ale pobyt jest mało przyjemny, bo Filip zaczyna się coraz gorzej czuć. Już od paru dni pobolewa go brzuch, a dziś do tego dochodzi gorączka, łamanie w kościach i nudności. Zauważamy też wysypkę, która wg opisu, może być, razem z innymi objawami – symptomem duru brzusznego. Filip czuje się jednak bardziej 'malarycznie', bo podobne objawy miał już przy poprzednich atakach malarii. Nie zwlekając idziemy do szpitala. Jako że jest już 18, tylko ostry dyżur jest czynny. Znajduję lekarza, któremu staram się po francusku wyjaśnić objawy (P. Urszulo – zapomniałam jak jest ból brzucha!), co się na szczęście udaje i mówimy, że chcemy zrobić test na malarię. Filip czuje się coraz słabiej. Pielęgniarz chodzi z nami od okienka do okienka, bo trzeba pobrać ampułkę, wypisać 100 wniosków, wnieść opłatę itp. Wracamy do lekarza z druczkami, dowodami wpłaty i ampułką do pobrania krwi. Pielęgniarz sterylną igłą pobiera Filipowi krew, idziemy znów do ambulatorium. Wynik ma być za godzinę. Idziemy poszukać jakiegoś internetu, co nie okazuje się łatwe, więc wracamy z niczym do szpitala. Muszę dodać, że to nie jest budynek szpitalny, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni, ale parterowa zabudowa, częściowo zamknięta, ale też częściowo otwarta. Na dworze jakieś 30 stopni, więc w tej otwartej części podobna temperatura, a do tego brak przewiewu. Filip słaby, komary nas gryzą, a godzina już minęła i wyniku nadal brak. Madame z recepcji laboratoryjnej mówi, że ciągle jeszcze badają. Wreszcie po 1,5 godzinie jest wynik – negatywny. Czyli to nie malaria. Idziemy z wynikiem do lekarza. Mówi, że we krwi nie wykryto pasożyta malarii, ale mimo to może być obecny, na razie jeszcze w szczątkowej postaci, więc warto wziąć dawkę antymalaryku, a do tego przepisuje jeszcze antybiotyk, bo podejrzewa że to albo dur brzuszny, ale tego nie jest pewien, albo jakieś zatrucie pokarmowe. Biegiem więc jeszcze do apteki. Antymalaryki mamy swoje, lekarz potwierdził, że są OK, więc Filip je od razu zażywa. Idziemy do hotelu, żeby wcześnie się położyć, bo sen to najlepsze lekarstwo.

piątek, 13 lutego 2009

11 luty – Ouidah, historia niewolnictwa






Śniadanie, kąpiel w basenie i leniwie opuszczamy kurort w Grand Popo. Dzisiaj mamy do przejechania zaledwie 40km, więc nie trzeba się spieszyć z wyjazdem. Droga dobra, więc szybko docieramy do Ouidah. Znajdujemy nocleg i już pieszo idziemy zobaczyć lokalne muzeum – stary fort portugalski. Niestety po raz kolejny trafiamy na przerwę. Muzeum otwiera się dopiero od 15. No cóż szybka zmiana planów. Ruszamy w stronę hotelu aby przejść drogę niewolników, aż do „Wrót bez powrotu”, skąd niewolnicy byli wysyłani do różnych zakątków świata. Upał jest tak niemiłosierny, że decydujemy się wziąć auto. Po drodze zauważamy spotkanego wcześniej na targu voodoo Anglika oraz Amerykankę. Idziemy razem do naszego hotelu, oni aby coś zjeść, bo nasza restauracja wygląda sensownie, a my aby pojechać stamtąd nad ocean. Siadamy jednak z nimi, pijemy colę, a po 30min. nabieramy już dość mocy i jednak decydujemy się iść pieszo. Upał bardzo solidny, droga laterytowa, ciągle jeżdżą nią motorki i auta, a my musimy uskakiwać na bok. W czasie marszu widzimy różne symbole, które później są nam tłumaczone przez przewodnika u „Wrót bez powrotu”. Robimy jeszcze zdjęcia krajobrazom, oraz w połowie roznegliżowanej kobiecie, która płynie łódką. Niestety ta się zorientowała, że jest przez nas „ostrzelana” i wydzierając się zaczyna gwałtownie płynąć do brzegu. My w międzyczasie spokojnie chowamy aparat i ruszamy w dalszą drogę. Po dopłynięciu do brzegu, kobiecina łapie za kamień i odgraża się w naszym kierunku. No tego już za wiele. Wkraczam więc do akcji opierając się na płocie jak rozdrażniony byk i puszczam w jej kierunku konkretniejszą wiązankę po polsku, popartą do tego gestykulacja i intonacją! Pozwolicie, że nie będę cytował, bo ponoć uczniowie czytają bloga. Pewnie wyglądało to komicznie jak czerwony jak cegła yovo (tak tu na białego wołają), w okularach słonecznych i koszulce „I love India”, wydziera się w jakimś niesamowitym języku i dość jednoznacznie gestykuluje. No najważniejsze, że zadziałało. Kobiecina kompletnie zdezorientowana coś tam jeszcze mruczy pod nosem, ale kamień ląduje już na ziemi. Zadowoleni ze swojego zwycięskiego starcia ruszamy dalej, a obok dwóch lokalusów pchających wózek ma z całej akcji niezły ubaw. Liczy się jednak efekt. Nikt za nami nie woła, nikt nie goni, nikt nie ciska kamieniami. Udało się pokonać babkę w „kwiecie wieku”, na pół nagą dzikuskę, która na dodatek była kilkanaście metrów pod nami. Niezły ze mnie twardziel! No ale w sumie to dość duża była. Chyba nawet wyższa kategoria wagowa niż ja, no i konkretne bimbały miała, niby obwisłe, ale pewnie w bezpośrednim starciu z nimi miałbym bankowy wstrząs mózgu (tutaj pewnie grupka żartownisiów powie: „wstrząs mózgu? Ee tam tobie coś takiego nie grozi!”). Bogdan jednak mówi bankowy i tyle. Miała kilka zdecydowanych atrybutów, więc zwycięstwo nad nią jest tym cenniejsze! Reszta drogi to już tylko kurz i upał. Na miejscu nie ma nic porywającego. Postawiono bramę aby upamiętnić los niewolników, widać jakieś ruiny domku po pierwszych misjonarzach z 1861 roku. Na bramie są symbole oznaczające niewolników z Dahomeju, czyli obecnego Beninu, Nigerii, Nigru oraz Ghany, z których właśnie to terenów była większość pojmanych Afrykańczyków, sprzedawanych później w Ouidach. Miasteczko Ouidah było centrum niewolnictwa w Beninie. Takich głównych ośrodków było kilka, właśnie Dahomej, czyli obecny Benin, Senegal, Ghana i Angola, wywieziono z nich w sumie około 20 mln ludzi do obydwu Ameryk i Europy. Właśnie w Ouidach Dahomejczycy, o których była mowa w poprzednich postach sprzedawali niewolników. W mieście swoje siedziby mieli Portugalczycy, Brytyjczycy, Holendrzy, Duńczycy i Francuzi. Niewolników kupowało się na odległym o 4km targu aby następnie spętanych prowadzić do portu skąd odpływali. Po drodze były odprawiane różnego rodzaju ceremonie, np. niewolnicy musieli kilkukrotnie okrążyć tzw. drzewo zapomnienia, co miało sprawić, że zapominali oni o swoich rodzinach w Afryce i posłusznie pracowali na farmach. Po tych wyjaśnieniach wracamy sprawnie do miasteczka i idziemy od razu do muzeum. Tutaj bardzo sympatyczna przewodniczka, która ruszała się jakby każdy krok był jej ostatnim, a na dodatek największą karą w życiu, opowiada nam różne szczegóły z tamtych czasów. Niewolnicy byli wywożeni nie tylko do USA i Europy, ale również do Brazylii, Haiti i na Kubę. W muzeum są przedstawione różne tradycje przeniesione przez lokalnych ludzi w tamte rejony. Stolicą voodoo obecnie jest Haiti, gdzie zostało zesłanych bardzo wielu niewolników z tych okolic. Dowiedzieliśmy się, że niewolnicy byli „stemplowani” rozpalonym do czerwoności żelazem, przed wejściem na statek. Każdy handlarz miał swoje logo, a niewolnicy płynęli jednym statkiem, więc aby uniknąć nieporozumień po dopłynięciu, każdy z niewolników był oznaczany. W czasie trwającego 12 tygodni rejsu niewolnicy byli trzymani pod pokładem, częściowo skuci, karmieni chlebem i wodą. Ci, którzy umierali (a była to często nawet połowa) byli wyrzucani za burtę. Obecne muzeum to stary portugalski fort. Oglądamy pokoje gubernatora, koszary dla wojska oraz plac, na którym trzymani byli niewolnicy. Przez pewien okres trzymano ich na zewnątrz narażonych na deszcz, wiatr i słońce. Miało to zahartować ich organizmy, a dodatkowo wyeliminować słabsze jednostki. W forcie można zobaczyć cała masę armat, które Portugalczycy wymieniali z królami Dahomeju na niewolników. Jedna armata to 15 silnych i zdrowych mężczyzn lub 21 kobiet (widzicie, już nawet wtedy bardzo dobrze wiedzieli jaka jest wartość chłopa! Tak, tak a może Curie-Skłodowska też była kobietą!!!! Sfiksowałyście boście dawno chłopa nie miały! Chłopa wam trzeba!). Wizyta w forcie - muzeum ciekawa, ale my już się słaniamy na nogach, po dzisiejszym „spacerku” w upale. Jeszcze tylko internet i wracamy do hotelu. Tutaj kolacja: dwie sałatki z awokado, stek, frytki i po tak zakończonym dniu można iść spać.

środa, 11 lutego 2009

9/10 luty – Grand Popo, czyli plaże w Beninie




2 leniwe dni. W poniedziałek rano zbieramy się z Abomey i kierujemy się na wybrzeże. Do Grand Popo dojeżdżamy dość wcześnie, więc jest dużo czasu na wybranie dobrego lokum. A to na plaży jest ważne. Okazuje się, że ocean tutaj ma ogromne fale, więc kąpanie się jest bardzo utrudnione. Do tego plaża nie grzeszy czystością. Chodzimy od hotelu do pensjonatu. Ceny wysokie, plaża średnia – oj, stajemy się coraz bardziej wymagający... W końcu docieramy do hotelu Awale Plage, który ma nawet basen. Ceny pokoi (a właściwie połówek bungalowów) są do przyjęcia, plaża oczyszczona. Wiele się nie zastanawiając postanawiamy tutaj zostać. Grand Popo trudno nazwać miasteczkiem, jest to po prostu kurort z dużą ilością restauracji, barów i pensjonatów. Poza tym nic innego tutaj nie ma. Po południu ruszamy na kolację. Ceny w naszym hotelu są zaporowe, poza tym warto dać zarobić komuś na zewnątrz. Trafiamy do fufu baru. Big mama serwuje fufu z sosem oraz mięsem albo rybą. Decydujemy się na posiłek u niej, do tego po rewelacyjnej cenie, czyli niecałe 1E od osoby. Fufu niezłe, sos też. Mięso jak zwykle składa się w 80% z kości. W pewnym momencie mała córeczka właścicielki przynosi nam wykałaczki i biały proszek w kubeczku. Jako, że fufu wydawało mi się mało słone, dosalam troszeczkę. Biorę kawałek do ust i ...... to nie była sól, a proszek do prania, do umycia rąk po obiedzie!!!! Jak dobrze, że nie 'posoliłam' całości, a tylko małą część. To właściwie jedyna przygoda tego dnia:) Wieczór spędzamy w kolejnym barze 'Carrefour'.
Następnego dnia od rana zażywamy kąpieli słonecznych i próbujemy się wykąpać w oceanie, ale jest to bardzo trudne, bo fale i prąd są bardzo duże. Dlatego przenosimy się nad basen, gdzie woda ma temperaturę zupy, ale przynajmniej fale człowieka nie zalewają. Obiad jemy w naszym ulubionym barze 'Carrefour', który jak się okazuje ma świetnego kucharza i ryba oraz miło brzmiące rognon, które okazało się żołądkami, są bardzo dobrze przyprawione, co tu nie zdarza się za często. Należy jeszcze nadmienić, że VanPur reklamuje się tutaj w każdym sklepie i barze. Wszędzie można go tez nabyć. Jak się okazało ma trzy wersje zwykłe jasne, mocne 10% i bezalkoholowe (że też im nie wstyd takiego czegoś eksportować, bezalkoholowym to się człowiek tylko zatruć może).
Takie leniwe dni są fajne, ale nam brakuje już aktywności, więc jutro jedziemy dalej, do Ouidah, aby przejść słynną drogą niewolników, którą miliony ludzi przechodziły po raz ostatni, żeby opuścić Afrykę w podróż na nieznany kontynent, gdzie czekała ich katorżnicza praca albo śmierć podczas drogi.

poniedziałek, 9 lutego 2009

8 luty – Królestwo Dahomejów



Ruszamy rano. Dzisiaj na szczęście mamy niewiele kilometrów do przejechania, jakieś 150. Droga cały czas dobra, więc w miarę szybko dostajemy się do miasteczka Abomey. To tutaj właśnie są dwa odrestaurowane „pałace” królów Dahomejskich (proszę nie mylić z pałacami w naszym wyobrażeniu) oraz 9 ruin pałaców, każdy wybudowany przez innego króla. Dość łatwo znajdujemy przyjemne i tanie lokum, więc ruszamy do muzeum. Niestety tu zabierają nam aparat, gdyż zdjęć nie wolno robić, a po dobrych kilku minutach przychodzi przewodnik Alexandre i to było wszystko co zrowumiałem. Najgorsze jest to, że w Beninie mają silne naleciałości ze swoich plemiennych języków, co przekłada się na swoiste seplenienie. Ala wielokrotnie prosi naszego sepleniacza, który dodatkowo informacjami to nie grzeszy, o powtórzenie. Jeśli są jakieś nieznane słowa i pytamy co to znaczy, nasz gwiazdor powtarza dokładnie tę samą sentencję co przedtem, nadal używając tych samych nieznanych słów. No cóż, jakie pałace, taki przewodnik. Prawdę mówiąc jesteśmy rozczarowani. Niby obiekt Unesco, a wygląda tragicznie. Gliniane ściany pomalowane na biało, słomiane dachy, zamienione na te z blachy falistej, a na nasze pytanie dlaczego tak to zmieniają (zardzewiała blacha falista wygląda obrzydliwie na tych budynkach), stwierdził, że te ze słomy mogą gnić albo się zapalić w porze suchej. Typowy objaw ignorancji i lenistwa. Jakoś Dahomejowie przez wieki mieli słomę i dawali sobie radę. Dodatkowo sufity są pokryte bambusowymi matami, bo ponoć oryginalne się waliły. Większość eksponatów wewnątrz to repliki, a oryginały zawłaszczyli Francuzi i już nigdy nie oddali. W sumie to ciekawe, że jak Hitlerowcy mordowali i grabili w Europie, to ściga się ich do dzisiaj i nazywa zbrodniarzami (zresztą słusznie). A Francuzi i reszta kolonialistów wybiła znacznie więcej Afrykańczyków i rozkradła dzieła tego kontynentu, to o tym się nie mówi i Francuzi to nadal są ci dobrzy. Ale wracając do pałaców, w sumie to dziwne, że Unesco daje patronat i swoją nazwą firmuje tego typu pseudo renowacje. Po godzinie chodzenia opuszczamy pałac, kupując jeszcze kilka pamiątek. Na pewno warto wiedzieć, że Dahomejowie istnieli, jak żyli i czym się zajmowali, ale zdecydowanie nie jest to miejsce gdzie się będzie chciało wrócić. Umieszczamy tylko jedno zdjęcie, gdyż w środku nie można było ich robić. Jest to zdjęcie okolicznego płotu z charakterystycznymi dla Dahomejów, infantylnymi płaskorzeźbami.
Zrobiło się popołudnie, a my dalej nic nie jedliśmy. Pora nie jest najlepsza, bo jeszcze za wcześnie na wieczorne kramiki, a za późno na te obiadowe. Znajdujemy wreszcie jakąś lokalną jadłodajnię. Madame z wielkich garów nakłada ryż, białe ciasto i czarne. Właśnie tak to nazywa. Ja biorę jasne, do tego sos i kawałek mięsa, Ala czarne i tylko sos. Z tym mięsem to delikatna wtopa, bo mój kawałek to mięsa nie widział, a nie będę już zupełnie jak lokalny kości wcinał. Zęby białego mogłyby sobie z tym wyzwaniem nie poradzić.
Po drodze jeszcze kupujemy smażony maniok i pyszne, chrupiące kuleczki z fasoli. Udajemy się w stronę baru Carrefour (skrzyżowanie), gdzie zamierzamy skończyć wieczór. Muszę przyznać, że nie kryję zaskoczenia, jak idę do baru zamówić kolejne piwo Awooyo, które zasmakowało mi w Togo, gdy widzę na podłodze leżącą całą zgrzewkę zielonych puszek Van Pur, z napisem 'Szlachetny smak'! W tym przypadku nie mogłem się oprzeć pokusie i zamawiam takie piwo. Cóż, nad walorami Van Pura może nie będę się rozpisywał, bo każdy to piwo zna. Jedna puszeczka zupełnie wystarczyła i przy kolejnych wróciłem już do Awooyo. W każdym razie fajnie się napić polskiego piwa w Afryce. Tak gwoli informacji sporo lokalnych piło to piwo. Może dlatego, że było słodkawe. W pewnym momencie podchodzi do nas Ghańczyk i oferuje zakup lampki. Zupełnie prosta, wykonana z puszki po mleku i pojemnika po lekarstwach. Reklamuje ją jako produkt 100% afrykański. Cenę podaje też rozsądną, więc nawet się nie wahamy. Robi to własnoręcznie i z tego żyje. Poza tym mamy do Ghany wielki sentyment, bo kraj rzeczywiście jest kilka lepiej zorganizowany niż pozostałe, a ludzie byli niesamowicie mili i szczerzy. W chwili, kiedy przynosi nam resztę do wydania, dokładam mu kasy i proszę o drugą lampkę, każę też wyciągnąć baterie, bo dla niego to dodatkowy koszt, a ja wolę aby to było lżejsze. Patrzy na nas całkowicie zaskoczony i zadaje pytanie: Who are you? (no jak to kto, przecież nie święty Mikołaj!) I want to know you better! Tak więc daję mu email i mówię, żeby się odezwał i jak będę w okolicy to znów kupię coś od niego. Wieczór kończymy koło 23, konsumując jeszcze bagietkę z grillowaną wołowiną, a na koniec kurczaka z rusztu. Jutro jedziemy na wybrzeże Beninu, poleżeć znów trochę na plaży.

7 luty – Domostwa 'tata' i Benin






Rano dość wcześnie opuszczamy hotel, ponieważ przed nami aktywny dzień i wiele kilometrów do pokonania. Po 2 godzinach jazdy docieramy do miejscowości Kande, skąd jest zjazd laterytową drogą w stronę Beninu oraz wiosek ludu Tamberma. Cała laterytowa trasa ma 29km po stronie togijskiej, a po około 20km mają zacząć się wioski z zabudowaniami 'tata'. Na samym początku drogi jest szlaban i budka z napisem „Ministerstwo turystyki Togo” i coś o biletach za wjazd do doliny. Zatrzymujemy się przed szlabanem i momentalnie obskakuje nas parę osób. Mamy kupić bilet, co wydaje się sensowne, bo jest klarownie rozpisane, ceny dla Togijczyków, uczniów i turystów zagranicznych, ale jednocześnie mówią, że naszym obowiązkiem jest wzięcie przewodnika, który nam pokaże gdzie są wioski z domkami i oprowadzi po okolicach. Ich nachalność od razu wyzwala we mnie dużą niechęć i mówię im, że nikt nie będzie mnie zmuszał do brania przewodnika, bo po pierwsze jest jedna droga, więc wioski znajdziemy bez problemu, a po drugie, wolimy na miejscu zobaczyć czy rzeczywiście trzeba przewodnika wynajmować, a jeżeli tak, to zrobimy to w konkretnej wiosce. Na to 'przewodnicy' podnieśli krzyki, że tak nie wolno, każdy turysta ma obowiązek właśnie w tym miejscu wynająć przewodnika (za 15E oczywiście) i nie pojedziemy dalej, bo oni nas nie puszczą. Tłumaczę im, że gdyby był obowiązek brania przewodnika, to ministerstwo turystyki poinformowałoby o tym turystów, tak jak o konieczności kupienia biletów. Nie przemawia to do nich wcale, więc w końcu mówimy, że nie chcemy jechać do wiosek, jedziemy prosto do Beninu, bez zatrzymywania się po drodze. Po kolejnych kilku minutach słownych przepychanek 'przewodnicy' dają za wygraną i sprzedają nam same bilety oraz otwierają szlaban. Taka mafia jest zmorą niezależnych turystów i niestety często trzeba przejść gehennę, żeby się od nich uwolnić. Nam się to na szczęście po raz kolejny udaje. Wjeżdżamy do doliny. Historia tych terenów jest bardzo interesująca. W XVIIw., w szczytowym okresie handlu niewolnikami ludy z południa Togo uciekały na północ, w mniej dostępne tereny i zaczęły budować ufortyfikowane domostwa, które miały chronić ich przed atakiem Dahomejów, największych na tych terenach łowców i handlarzy żywym towarem. W tym celu parter domu przeznaczony jest dla zwierząt, a ludzie mieszkają, śpią i jedzą na dachu. Jest to swoista druga kondygnacja, bo oprócz otwartej przestrzeni, na dachu buduje się okrągłe spichlerze oraz pomieszczenia do spania w porze deszczowej. Przejścia wszędzie są małe, żeby atakujący nie byli w stanie użyć łuków czy dzid. W takim domu mieszka tylko jedna rodzina. Po parunastu kilometrach jazdy zaczynają się zabudowania. Z daleka wyglądają jak małe zameczki. Docieramy do jednej z wiosek – Nadoby, gdzie widzimy sklep z pamiątkami i bar. Zatrzymujemy się, bo upał daje się mocno we znaki. Termometr samochodowy pokazuje 47 stopni na dworze. Przy sklepie siedzi na schodach biała dziewczyna, którą po obejrzeniu ekspozycji sklepikowej pytam, czy wchodziła do któregoś domostwa. Na to ona odpowiada, że owszem, ale ona tutaj mieszka! Pytamy ze zdziwieniem o więcej szczegółów. Okazuje się, że przyjechała 2 miesiące temu w ramach projektu rozwojowego amerykańskiego Peace Core, który ma trwać dwa lata. Jej celem jest pomoc lokalnej wspólnocie w zdobywaniu funduszy na rozwój infrastruktury, rolnictwa i turystyki. Mieszka w „nowoczesnym” domku – w znaczeniu nie tata, nie ma jednak bieżącej wody ani prądu. Wyzwanie na dwa lata niezłe. Dodatkowo wynagrodzenie jest płacone w lokalnej walucie i pozwala tylko na utrzymanie się. Plusem takiego wyjazdu (poza doświadczeniem, poznaniem nowych kultur itd.) jest na przykład zniesienie opłaty za studia jeśli wytrzyma się do końca projektu. Zapraszamy ją na colę do baru, żeby porozmawiać, a ona opowiada nam wiele szczegółów z życia tutejszych ludzi, historię doliny oraz domostw. Bardzo ciekawe spotkanie, no i przy okazji przewodnik:). Po jakiejś godzinie ruszamy dalej, a za jej radą – domostwo 'tata' zwiedzimy już za granicą, w Beninie, gdzie jest mniej turystycznie. Zatrzymuje nas kolejny szlaban, tym razem to kontrola policyjna. Policjant pyta czy w Kande, skąd zjechaliśmy na tę drogę, poszliśmy na komisariat dopełnić formalności wyjazdowe z kraju. Zdziwieni odpowiadamy, że nie. Nikt nas nie zatrzymał, o niczym nie poinformował. Faktem jest, że w trakcie naszej żywej rozmowy z mafią przewodników przy wjeździe do doliny jeden z nich zapytał mnie czy byliśmy na policji po pieczątkę. Myślałam, że chodzi im o jakąś pieczątkę, która niby pozwoli nam wjechać na te tereny, więc ich zignorowałam, a jak się okazało chodziło o pieczątkę wyjazdową do paszportu. Uśmiecham się miło do policjanta, który początkowo chce nas odesłać z powrotem 29km. Udaje się i z obietnicą poprawy następnym razem, ruszamy dalej. Za chwilę kolejny szlaban (oczywiście zrobiony z gałęzi, bo tu szlabany są albo z gałęzi albo ze sznurka), krzywy napis na budynku głosi, że to siedziba benińskich celników. Więc jesteśmy już w Beninie! Celnicy są zainteresowani tylko samochodem, mówią, że formalności wizowych dokonuje policja, parę kilometrów dalej. Kupujemy dla Montka 'laisser-passer' i jedziemy dalej na poszukiwanie policji. W miarę szybko udaje się namierzyć komisariat. Wchodzimy akurat w trakcie obiadu jedynego funkcjonariusza, ale na szczęście jest bardzo sympatyczny, więc nie robi z tego powodu żadnych problemów. Przy przechodzeniu granicy nigdy nie wiadomo, co się komu spodoba albo nie i mogą w najlepszym wypadku przetrzymywać nas godzinami albo kazać płacić jakieś łapówki. Do tego brakuje nam pieczątki wyjazdowej z Togo. Ale miły policjant ogląda tylko wizę, wbija swoją pieczątkę i po bólu. Życzy miłego pobytu w Beninie i zabiera się do dalszej konsumpcji obiadu. Jesteśmy w miejscowości Boukombe. Po tej stronie granicy ludzie mieszkający w domostwach 'tata' są nazywani Somba, ale ich domy nie różnią się od tych po stronie togijskiej. Zatrzymujemy się przy jednym z nich i wychodzę przeprowadzić negocjacje cenowe za zwiedzenie domku. Podbiega do mnie od razu cała gromadka dzieci mieszkająca w tym domu i najstarszy z nich rzuca kwotę 15000CFA, czyli prawie 25E za samo zobaczenie domku! Wybucham gromkim śmiechem, wszyscy dokoła też i pada kwota 2000 CFA. To już brzmi lepiej. Akceptujemy tę ofertę i idziemy zwiedzać domek. Na parterze są 3 pomieszczenia. W dwóch z nich mieszkają kozy, kury i barany, trzecie to kuchnia, gdzie gotują tylko podczas pory deszczowej. Wszędzie wiszą amulety i fetysze mające chronić przed złymi mocami. Z kuchni wchodzi się wąskim przejściem na dach. Tam znajdują się okrągłe spichlerze na zapasy oraz 3 budki – sypialnie. Po zejściu na dół pojawia się ojciec rodziny, który chce nagle 3000CFA za zwiedzanie jego domostwa. Targujemy się i staje na 2tys., ale dodajemy 2 koszulki i spodenki. Idziemy do samochodu, a dzieciaki biegną za nami, każde wołając, że też chce jeszcze jakieś pieniądze. Dwaj najstarsi chłopcy, którzy nam pokazywali dom są bliscy łez, bo powiedzieli, że ojciec im pieniędzy nie da. Więc dorzucamy po 100CFA dla chłopców i jedziemy dalej. Chcemy dziś przejechać jak najwięcej się da, bo w niedzielę chcielibyśmy już być w Abomey, stolicy dawnego królestwa Dahomejów. Po 40km laterytu zaczyna się asfalt. I to całkiem dobry, pewnie niedawno położony. Po szybkim obiedzie jedziemy przez kilka godzin bez przerwy, by już po zmroku dotrzeć do miejscowości Save. Udało nam się dziś pokonać 500km, co jest nie lada wyczynem, biorąc pod uwagę, ile dziś zobaczyliśmy i dowiedzieliśmy się. W Save znajdujemy przyjemny hotel i idziemy w okolice targu coś zjeść i wypić. Namierzamy sprzedawcę grillowanego mięsa, tym razem wołowiny, i kupujemy i niego piękny kawał ugrillowanej polędwicy. Kolacja jak się patrzy.
A teraz kilka słów o Beninie. Statystycznie, PKB per capita jest prawie dwukrotnie wyższe niż w sąsiednim Togo i wynosi USD 709, ale na ulicach tego nie widać. W ogóle te dwa kraje są do siebie bardzo podobne. Za czasów kolonialnych nie było między nimi granicy, dopiero po uzyskaniu niepodległości nastąpił podział na dwa kraje: Dahomej i Togo. W 1975 r. porucznik Kerekou, który był wtedy u władzy, zmienił nazwę kraju na Benin, żeby odciąć się od ciemnej przeszłości królów Dahomeju, znanych głównie jako okrutnych handlarzy niewolnikami oraz wyznaczyć nowy kierunek rozwoju kraju, z marksizmem-leninizmem jako główną ideologią. Po wielu latach rządów porucznika Kerekou i kilku przewrotach, dziś Benin jest jednym z najstabilniejszych politycznie krajów w Afryce Zachodniej. Ekonomia opiera się na rolnictwie, a głównym towarem eksportowym jest bawełna. Obszar kraju to 112tys. km2, a zamieszkuje go prawie 8 mln ludzi.