niedziela, 1 lutego 2009

31 styczeń – Cape Coast i canopy walk







Jeszcze gwoli wyjaśnienia do wczorajszych zdjęć, dla tych co są na bakier z językiem ślonskim. Górny Ślonsku jo Ci pszaja, znaczy kocham Cię Górny Śląsku!
Po śniadaniu ruszamy do lasu tropikalnego na „spacer” po wiszących nad buszem mostach. Park Kakum jest oddalony o 35km. Płacimy wstęp i razem w Amerykanami, Brazylijczykami, Chińczykami, Hindusami i jedną Holenderką ruszamy w busz. Wilgotność jest niesamowita. Ze wszystkich pot się leje strumieniami. Po kilkunastu minutach marszu docieramy do pierwszego mostu. Ma być ich 7 połączonych ze sobą. Przewodnik przestrzega, że może bujać i każe wchodzić parami, aby za bardzo nie obciążać konstrukcji. My już takie gadżety znamy z Parku Taman Negara w Malezji. Oczywiście pierwsze co robię, to zaczynam huśtać mostkiem. Niestety jesteśmy tylko we dwójkę, więc nikt nie panikuje. W sumie było sympatycznie, ale nasz przewodnik był trochę zdziwiony jak zobaczył nasze uśmiechnięte gęby i z rozczarowaniem dodaliśmy, że to była bułka z masłem. Stwierdził, że niektórzy to prawie płaczą.....ciekawe....
Wracając kupujemy miód z lasu tropikalnego (bardzo ciekawy smak) i wielki owoc kakaowca. Dostajemy instrukcje, że mamy tylko ssać (bez podtekstów proszę) pestki, a później je wypluwać. Smak kwaskowo-orzeźwiający. Całkiem przyjemny. Aby otrzymać kakao, należy pestki bardzo dobrze wysuszyć, a następnie przemielić, aby otrzymać kakaowy proszek. W drodze powrotnej już na przedmieściach Cape Coast zauważmy przyzwoitego wulkanizatora, bo znów nam powietrze ucieka z tej samej opony, w którą wbił się gwóźdź, więc zawracamy. W czasie naprawy idziemy do baru naprzeciwko (tylko Afryka jest tak fantastycznie zorganizowana, że można się czegoś napić zawsze naprzeciw warsztatu w którym stoi auto). Niestety okazuje się, że mój Gulder stracił ważność w 2007, więc rezygnuję z jakiegokolwiek napoju. W trakcie, gdy koło jest ściągnięte sprawdzam jak wygląda sprężyna i amortyzator, bo na ostatnich dziurach zawieszenie zaczęło mocno walić i tył Montka znacznie się obniżył. No niestety, sprężyna jest już pęknięta i tak naprawdę stanowi dwa kawałki. Pewnie po drugiej stronie jest to samo, bo właśnie od tamtej się wszystko zaczęło. Wulkanizator zaraz dzwoni po mechanika. Ściągają drugą oponę i moje przypuszczenia się potwierdzają. Mechanik twierdzi, że są to w stanie naprawić w 2h. Jedziemy więc 200m dalej do ich „warsztatu” (wulkanizator już naprawił nam oponę, znów tkwił w niej wielki gwoźdź, zakrzywiony na końcu na dodatek). Nasz warsztat ma znaczącą nazwę „Victory in the Blood of Jesus”. W Ghanie większość small biznesów ma nazwy wzięte z Biblii. Np. fryzjer 'Holy Mary's Grace Ltd.' albo sklep z chemią 'Jesus Christ Enterprise', czy budka gdzie sprzedaje się pomidory – 'Only God Can Save Us Ltd.'. Naprawę zaczynają od pożyczenia mojego lewarka i klucza do kół. No będzie wesoło. Każemy jednemu z nich zaprowadzić się do baru i wyraźnie stwierdzam, że mają mnie zawołać jak będzie wszystko rozebrane i będą mieli sprężyny. W barze trafiamy na pogrzeb. Tutaj wygląda to jak u nas wesele. Biba na 102. Wchodzimy do budynku, bo na zewnątrz gra orkiestra i jest niemiłosiernie głośno. Gdyby nie to, że Afrykańczycy mają taką krótką średnią życia to większość by chyba była głucha. Dramat zaczyna się jak orkiestra przestaje grać i DJ robi użytek z głośników zaraz koło okien gdzie siedzimy. Dopijamy co trzeba i wracamy do warsztatu. Okazuje się, że nasze zuchy już są gotowe z jedną stroną. Sprężyna jest używana i krótsza na moje oko. Szef mechanik jest zdziwiony, że ma też naprawić drugą stronę. Wysyła brata po drugą sprężynę. Cena miała być 30GH za jedną, ale za używane i za krótkie jak na moje oko za żadne skarby tyle nie zapłacę! W każdym razie po mniej niż dwóch godzinach chłopcy są gotowi. Pada cena 20GH za sprężyny i 30 za robociznę. Zaczynam się śmiać i mówię, że za takie ekscesy to im wyślę area boys z Nigerii i oni im zrobią porządek w tym grajdołku. Negocjacje trwają, dodaję starą koszulkę (mam kilka już do wyrzucenia). Wszyscy mają niezły ubaw. Finalnie daję im ofertę 33GH + dwie (stare) koszulki albo 35GH i jedna koszulka. Dla mnie to świetna zabawa, bo już dawno postanowiłem im dać dwie koszulki. Oczywiście oni mówią, że mam płacić 35GH+koszulkę, a o drugą mnie błagają, poza tym twierdzą, że ich lubię (to prawda) i spełnię ich błaganie. Ja uderzam w drugą nutę i mówię, że oni mnie też lubią i powinni przystać na moją ofertę. Wreszcie wzbogacam ofertę. 33GH+dwie koszulki+gadżet. Oni oczywiście chcą wiedzieć, co jest gadżetem, ale to nie byłaby frajda. Murzyni są trochę jak dzieci, więc zgadzają się na niespodziankę. Dodajemy im dwa odblaskowe misie sagowe i jakieś kolczyki dla żony. Wszyscy są zadowoleni. Dają mi wizytówkę i proszą o telefon jak zajedziemy bez awarii do Nigerii. Po niecałych 2h jedziemy dalej. Kosztowało nas to 33GH, czyli ok. 20E+2 koszulki (i tak były do wydania) + gadżety też przygotowane na te cele. Zabawy za to co niemiara. Wracamy do Cape Coast, zostawiamy auto i idziemy na kolację. Znów pęka homar i ryba snapper. Żarcie mają tutaj bezbłędne....
Jutro jedziemy do Akry i tam będziemy się starali o wizę do Nigerii. Dzwoniliśmy już do ambasady. Wiza to koszt 86USD (przyjmują tylko dolary) i trzeba mieć zaproszenie lub rezerwację hotelu. Nie mamy rezerwacji, nie mamy hotelu i nie mamy USD (wzięliśmy tylko Euro na wyprawę), ciekawe jak będzie.....

sobota, 31 stycznia 2009

29/30 styczeń – Elmina i Cape Coast








Kolacja była wyśmienita. Zarówno homar jak i ryba najwyższej jakości. Togijski kucharz w Lou Moon zna się na swoim fachu.
Rano się jeszcze opalamy i bardzo leniwie opuszczamy nasz ghański raj. Jesteśmy umówieni na frytki z yamu z ostrygami. Po tym pysznym posiłku koło 15 ruszamy do Elminy. Elmina to miasto na wybrzeżu, bardzo znane z powodu pewnej budowli. Jest to zamek zbudowany przez Portugalczyków w 1482 roku. Przez wieki spełniał zadanie handlowe, najpierw handlowano alkoholami, bronią i tytoniem przywożonymi z Europy, a wywożono złoto, kość słoniową i przyprawy. Od momentu rozpoczęcia procederu handlu niewolnikami, ten najbardziej intratny biznes wyparł pozostałe gałęzie. Zamek/fort w Elminie to najstarszy europejski budynek w całej Afryce na południe od Sahary. Holendrzy zdobyli ten fort 1637 roku aby na jeszcze większą skalę zająć się handlem niewolnikami. Rozbudowali go, rezygnując z wielu portugalskich rozwiązań. Między innymi w obawie przed zatruciem wody wybudowali nowy zbiornik wodny, zostawiając ten portugalski bezużytecznym. Również umocnili fortyfikacje, aby tym razem oni nie padli łupem nowego najeźdźcy, np. Brytyjczyków którzy stacjonowali w pobliskim Cape Coast. Tak się jednak nie stało i gdy w XIX wieku zakazano handlu niewolnikami, fort okazał się zbyt drogi w utrzymaniu dla Holendrów, którzy sprzedali go Brytyjczykom, a ci przemianowali go na swoje biura, a później na akademię wojskową, gdzie szkolili żołnierzy do Western Africa Royal Corps walczących w Indiach i Birmie. Fort został przekazany rządowi Ghany po odzyskaniu przez nią niepodległości w 1957 roku. Podczas rządów Holendrów w zamku przetrzymywano jednocześnie około 1000 niewolników. 400 kobiet i 600 mężczyzn trzymanych w osobnych pomieszczeniach. Wielu umierało z powodu tragicznych warunków sanitarnych, zero wody, zero toalet, tylko w rogach stały kubły, znikomych porcji żywnościowych oraz bardzo słabej wentylacji. Wszystko to było robione specjalnie, aby niewolnicy byli za słabi, żeby wszczynać bunt. W forcie było tylko 200 holenderskich żołnierzy, więc około 5 razy mniej niż niewolników. Muszę jeszcze zaznaczyć, że w większości niewolnicy byli tutaj sprzedawani przez inne plemiona afrykańskie. Biali kolonizatorzy rzadko zapuszczali się w busz w celu pojmania lokalnych ludzi. Bardzo często antagonistycznie nastawione do siebie plemiona walczyły, napadając wzajemnie na swoje wioski, a zwycięska strona porywała kobiety i mężczyzn i sprzedawała je Holendrom. Sam zamek nie jest w najlepszej kondycji, oryginalne cegły (z czerwonych budowali Portugalczycy, a żółtych używali Holendrzy) zostały pokryte grubą warstwą białej farby. Podobnie podłogi ceglane zostały zalane betonem w celach konserwacyjnych. Na moje pytanie, czy jest szansa aby kiedykolwiek zamek wyglądał tak jak w oryginale przewodnik stwierdził, że nie jest konserwatorem i nie wie, a poza tym to oni go odnawiają regularnie tą białą farbą. Nie mówię już nawet o świetlówkach zamontowanych na niektórych sufitach (ponoć były te pomieszczania wykorzystywane przez jakieś lokalne parlamenty). Niestety w Afryce pokutuje mentalność, że stare jest złe i brzydkie i lepiej to zburzyć i postawić nowe...Wiadomo aby zmienić mentalność potrzeba pokoleń. U nas dopiero obecne pokolenie będzie chyba zupełnie wyleczone z symptomów komunizmu.
W każdym razie po zwiedzeniu fortu wracamy do naszego hoteliku i ruszamy do Cape Coast. Odległość minimalna bo 10km. W Cape Coast znajdujemy dość szybko sensowne zakwaterowanie. Niestety okazuje się, że mają w sprzedaży tylko piwo Star, ale chłopina widząc moją minę od razu deklaruje się, że załatwi Guldera. No to, to rozumiem....
Włóczymy się po mieście. Chcemy wymienić pieniądze i wrzucić pierwszą partię kartek pocztowych. Kusimy się po drodze na świeżutkiego ananasa. Jeszcze słodszy i bardziej soczysty niż u nas puszkowany:) Niesamowite. Wymieniamy pieniądze po niezłym kursie. Pocztę też znajdujemy. Kierujemy się pomału w stronę pokoju, ale chcemy jeszcze o jakąś knajpkę zahaczyć. Jest restauracja z widokiem na ocean. Menu bardzo bogate. Zamawiamy napoje i przystawki w postaci smażonych krewetek i sałatki z krewetkami. Na drugie chcemy owoce morza w kokosowym sosie curry i duże krewetki w sosie imbirowym z frytkami. Niestety okazuje się, że krewetek nie ma, ale może być homar. No dobra niech będzie homar. Co gorsza okazuje się, że nie mają już Guldera. W takim przypadku ja dziękuję, poczekam i napiję się w hotelu. Oczywiście przy rachunku okazuje się, że ceny na naszych obydwu menu nie były pozmieniane i mamy zapłacić więcej. Jedzenie było rzeczywiście pyszne i sycące, ale sytuacja jest niezręczna. Tłumaczymy kulturalnie kelnerce, że nie robi się takich rzeczy. A jeśli tak często zmieniają ceny (taka była jej argumentacja), to niech zmienią na wszystkich menu, a nie tylko na tych przynoszonych na koniec przy weryfikacji cen. No cóż, niestety biedna kelnerka (całkiem ładna i sympatyczna notabene), która nie jest winna tej sytuacji nie dostaje napiwku. Musimy się ciężko zastanowić, czy jutro tam wrócimy. Aczkolwiek jedzenie pierwsza klasa.
Jutro trochę Cape Coast pozwiedzamy.
Aha jeszcze jedno. Ruch oficjalnie poinformował, że w pierwszym tygodniu sprzedał już ponad 10tyś biletów na deRby. Oj znów będzie komplecik w naszych sektorach! Tak więc spieszyć się do kas!

środa, 28 stycznia 2009

28 styczeń – Raj z WiFi, czyli Lou Moon






A Eva Cassidy właśnie śpiewa: „Heaven, I am in heaven”. W sumie trochę dziwne, bo nie widzę jej tutaj. A no tak, ona umarła i jest w niebie dla białych, a my jesteśmy w niebie dla czarnych. Zawsze mówię, że oni mają lepiej. W zimę nie zamarzną, śpią pod palmą, to im mango na głowę spadnie, więc z głodu też nie umrą. A ty człowieku walcz o przetrwanie. Chałupy nie ogrzejesz, to zimy nie przetrwasz. Z drzewa to ci najwyżej niejadalny kasztan spadnie, a nawet już nie to, bo kasztany gnębi jakaś zaraza. Ta Europa, same problemy....
Dziś już totalna laba. Fajnie tak zwolnić po ciągłej jeździe, codziennie w inne miejsce, codziennie nowe wrażenia. Plaża, zatoczka, słońce i Gulder (coś się obawiam, że po tym blogu to wszyscy będą mnie nękać o tego wymarzonego, fantastycznego Guldera po powrocie). Ja się muszę ostrożnie ze słońcem obchodzić, bo dla takiego białasa jak ja każda dawka musi być racjonalnie dozowana. Ala jest prawie jak murzina. Słońce nie wyrządza jej takich szkód (tak jak mój tata, może się opalać bez kremów cały dzień, normalnie murzina i tyle). Opalamy się i chłodzimy w oceanie na przemian. Klima utrzymuje pokój w przyzwoitej temperaturze, piwko też jest całkiem ok. Przed 15 wyłączają prąd. Tutaj w Lou Moon mają elektryczność tylko z generatora, bo za daleko od miasta, więc prąd jest jedynie w określonym czasie. Pomimo tego, że instrukcja na drzwiach wyraźnie pokazuje, że prąd ma być całą noc, to wczoraj o 24 wyłączyli. Rano zrobiło się bardzo gorąco. Mnie na szczęście w ciągu nocy chłodził Gulder.....
W każdym razie my i tak już planujemy domek opuścić i jechać do miasta na jedzenie i picie. Piwo w barze jest już świetnie schłodzone, no mają wreszcie prąd. Jako starter już wczoraj zamówiliśmy ostrygi. Fantastycznie chrupiące, świeżutkie i soczyste. Rozpływają się w ustach. Miód w gębie, co poniektórzy by powiedzieli. Główne danie nie powala na nogi. Całe mięso od razu trafia na mój talerz, no co reaguje właściciel z zapytaniem dlaczego Ala nie chce tego mięsa. Krótka odpowiedź, że nie przepada za mięsem szybko go przekonuje (aczkolwiek to nie prawda), szczególnie widząc jak ja wbijam moje kły w kolejne kawałki sprężystej kozy i buszmeatu. Fakt, że nie wyglądało jakoś mega apetycznie, ale białko jest białko... Ja tam jestem wszystkożerny i niewybredny. Mięso jest inne niż to znane nam. Dużo bardziej elastyczne i włókniste, ale całkiem smaczne. W sosie są też małe ości. Pytam więc madam kucharkę, co to jest. Miało nie być ryby. Okazuje się, że oni dodają suszonej ryby do sosu, żeby dodać smaku. Prawdę mówiąc ryby to tam nie czuć, a ości są wkurzające. Znam jednak ten proceder z Nigerii, tam też do egusi często dodają suszonej ryby (prawda Mareczku?). A propos Nigerii, to dostałem maila od mojego wspomnianego przed chwilą przyjaciela Marka, że jest całkowicie przygotowany na nasza wizytę w Ibadanie. Ja jestem prosty chłop ze Ślonska i wiele mi nie trzeba, a dwie skrzynki Guldera trzymane na bieżąco w lodówce w 100% spełniają moje oczekiwania. Dzięki Marek i do zobaczenia. To jak już o Nigerii, to kolejny przyjaciel chce w Lagos zrobić dla nas bibę powitalną połączoną z jego 30-tymi urodzinami. Na razie pracujemy nad datą. Dzięki Krzysiek, widzimy się w Lagos! No i jak tu nie wracać do Nigerii.....
Teraz wracamy jednak do naszego domku. Idę dopompować powietrza w kole, bo coś ucieka (naprawimy w Akrze). Gulder pomaga mi w tej ciężkiej czynności. Montek znów jest kompletnie pomarańczowy, pomimo tylko kilku przejechanych kilometrów. Zamawiamy rybkę (sola) z ryżem i homara z warzywami (jak się bawić to się bawić, a co, w sumie GM w tym tygodniu jakąś premię wypłacił). Umawiamy się na 20:30, więc mamy trochę czasu na relaks. Prąd już jest, więc melinujemy się w chłodnym (jak na te warunki) pokoju i piszemy do Was....

27 styczeń – Lou Moon, czyli raj z WiFi





Po śniadaniu ruszamy pośpiesznie do miasteczka, do szpitala na badanie na malarię. Bez problemu znajdujemy naszego lab-mana, który nakłuwa sterylną mini igiełką kciuk i pobiera tylko kroplę krwi. Zostawiamy mu nasze strzykawki i igły, które mieliśmy przygotowane w tym celu. Pewnie się komuś przydadzą. Podobno to wystarcza, żeby pod mikroskopem zobaczyć czy pasożyt jest obecny czy nie. Na wynik musimy czekać około godziny, więc umawiamy się na popołudnie w naszym barze, gdzie i tak będziemy na obiad. Wracamy do hotelu spakować graty, piję jeszcze Guldera na plaży (Ala wzięła świeży sok z ananasa, ale nie dość, że był już lekko sfermentowany, to na dodatek przesiąkł zapachem lodówki. Dramat panie! Zawsze mówię, że piwo jest najbezpieczniejsze, aczkolwiek tutaj też kilka razy Gulder miał podejrzany smak, a butelka nie była pełna). Wymeldowujemy się i jedziemy do Lou Moon, czyli raju na ziemi, a jak się później okaże, nawet z internetem bezprzewodowym. Timo, menedżer z Holandii wita nas w barze. Wprowadzamy się do naszego burżujskiego domku z klimatyzacją i po rozpakowaniu zażywamy kąpieli morsko-słonecznych. Okazuje się, że jesteśmy jedynymi gośćmi. No nieźle. Nawet nie marzyliśmy o takich luksusach. Na 15 jesteśmy umówieni na obiad, zostanie podane nasze wyczekiwane fufu. Jedziemy więc do miasteczka (pieszo tym razem sobie podarujemy, bo to 6km w jedną stronę po laterycie, gdzie każdy przejazd samochodu to kolejna warstwa pomarańczowego kurzu). Na niesamowicie malowniczej drodze do miasta robimy trochę zdjęć. Właściciel restauracji (oczywiście z restauracją w naszym europejskim mniemaniu ma to niewiele wspólnego, ale że je się tu posiłki, to tak ją nazywają. Sanepid miał by tutaj niezłą zabawę!) podaje fufu z sosem i rybą. Fufu ma rzeczywiście konsystencję naszych klusek śląskich, tylko jeszcze bardziej się ciągnie (jak to się u nos godo gumin klyjzy). W smaku – troszeczkę czuć banany, ale bardzo delikatnie, poza tym – jak nasze kluski. Z sosikiem i rybką całkiem smaczne. Mieliśmy w planie zjeść wieczorem homara (wiem, cuchnie burżujstwem) w hotelu, ale po tak sowitym obiedzie nie damy już chyba rady. Gulder leje się sowicie – oczywiście tylko w moim kierunku, nie udało się Ali (właściwie na szczęście) przekabacić na polubienie piwa. W pewnym momencie zauważam, że zapala się żarówka w barze. Zaczynam się wydzierać na cały lokal, they bring light now!!! Wszyscy się cieszą, ludzie zaczynają tańczyć na ulicy, a ja też podryguję w barze. Prąd po dwóch tygodniach. Czy to nie luksus?! Właściciel odpala muzykę, dajemy mu kasetę Lady Pank i Queen, ale niestety cywilizacja tutaj przyspieszyła i mają tylko CD. Kasetę wziął do domu, bo tam ma magnetofon. Jeszcze mamy ich trochę do rozprowadzenia, a każdą już chyba po 10 razy przesłuchaliśmy. Wybór jest średni, poza wspomnianym Lady Pankiem jest Perfekt, Queen, Lombard, Tlove, Ramones, Dead Kennedys, Wzgórze YaPa3 i jakiś House of Pain się zaplątał. Nasza chińska mp4, działa mniej więcej jak poczta nigeryjska. Fizycznie jest, ale praktycznie, to ciężko z niej coś odtworzyć (poczta nigeryjska też jest, ale żeby jeszcze się jej udało jakieś listy dostarczyć to już by był cud).
W każdym razie wracamy do naszej restauracji. Tutaj nie można sobie pozwolić na zbędne ględzenie, bo Gulder po 15 minutach jest ciepły jak ślonski żurek. A wiecie, że ja lubię sobie pogadać przy pierwszych kilku piwkach. Dopiero jak pompa zaciągnie od 5 browarka, to przejmuję żółtą koszulkę lidera. Na jutro zamawiamy fufu z sosem z orzeszków ziemnych oraz mięsem (będzie albo koza albo bushmeat, pod którą to nazwą kryje się .... specjalna odmiana szczura żyjącego w buszu). W końcu przychodzi nasz lab-man i obwieszcza, że wynik negatywny. Czyli na razie udało się uchować przed malarią. Mamy nadzieję, że tak będzie dalej. Aczkolwiek to jeszcze nic nie znaczy, bo malaria może się dwa tygodnie w organizmie rozwijać niezauważona, a wczoraj był nalot tych wrednych owadów i nasze nogi wyglądają nieciekawie. Moje trochę lepiej, ale to pewnie zapach Guldera i spoconego chłopa je odstrasza bardziej niż jakieś chemikalia. W świetnych humorach wracamy do naszego resortu. Tutaj jeszcze kilka piwek i włączamy kompa. Timo, pyta się czy mamy net. Stwierdzamy, że nie, więc daje nam hasło do bezprzewodowej sieci. Tak więc uploadujemy Wam wieści i zdjęcia. Miłego czytania.....

26 styczeń – Plaża w Axim





Turyści mają w zwyczaju mówić, że Ghana to Afryka dla początkujących, pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że to Tajlandia Afryki. Coś w tym jest. Ludzie są bardzo przyjaźni, drogi i ceny również. Kraj naprawdę tourist friendly.
Po raz pierwszy tutaj odczuwamy harmatan, czyli wiatr wiejący z dalekiej pustyni. Na tej szerokości geograficznej skutkuje on mocnym pogorszeniem widoczności, bez wyraźnego wiatru. Wszystko jest spowite jakby lekką mgłą. Niestety, zdjęcia nie będą za dobre... Po porannej dawce słońca, które mimo że wydaje się niewyraźne, mocno przypieka i kąpieli przy wysokich falach, udajemy się do lokalnego baru w Axim. W naszym hotelu są 2 restauracje, ale chcemy dać też zarobić lokalnym 'biznesmenom', a nie tylko hotelowi, z którego większość gości w ogóle się nie rusza. Okazuje się, że od dwóch tygodni nie mają w miasteczku prądu, bo padł im główny transformator. Skąd ja to cholera znam, czuję się prawie jak w Nigerii, a mój pidżin english bawi gawiedź. Gość ze szpitalnego laboratorium wpada na piwko i po chwili rozmowy zaprasza nas na darmowy test na obecność pasożyta malarii we krwi. Postawimy mu jutro za to piwo i test na malarię mamy zrobiony. Czujemy się bardzo dobrze, ale i tak planujemy się przebadać. Ala jest non-stop gryziona przez dziesiątki komarów, mimo smarowania się różnymi super preparatami niby odstraszającymi wszelkie stworzenia latające. A i tak pewnie będzie jak w Afryce Wschodniej – mnie ugryzie jeden komar i to będzie ten malaryczny. Tutaj nikt z malarii nie robi wielkiego halo. Jest to choroba postrzegana lepiej niż grypa, bo leczona w odpowiednim momencie dawką specjalnego antybiotyku jest całkowicie wyleczalna. A po grypie mogą wystąpić różne poważne powikłania. Oczywiście słabsze organizmy (czyli najczęściej dzieci i osoby starsze) są zawsze najbardziej narażone. Ja mam teorię, zresztą wywodzącą się z Afryki, że profilaktyka osłabia symptomy złapanej bakterii, która może niezauważona rozwijać się w organizmie, aby zaatakować później bardzo mocno. Lepiej, nie biorąc profilaktyki, po zarażeniu od razu wiedzieć, że jest się chorym i natychmiast udać się do szpitala na test oraz po leki. Coś w tym jest, tym bardziej, że czytaliśmy relację trójki podróżników, którzy wybrali się w te tereny w zeszłym roku: dwie osoby brały tabletki profilaktycznie, a jedna nie. No i właśnie ta osoba, która nie brała leków, zaraz po wystąpieniu objawów malarii poszła do szpitala na test, a pozostałe dwie (bez żadnych objawów) też przy okazji zrobiły testy i okazało się, że również mają bakterię malarii. Tutaj każdy lekarz potwierdzi, że w odpowiednim czasie zauważona i odpowiednio leczona malaria nie stanowi zagrożenia dla życia. To tylko nas w Europie i Stanach straszą nie wiadomo czym, każą męczyć wątrobę mocnymi lekami, które i tak nie stanowią 100% zabezpieczenia (ja w 2001 brałem Lariam, a i tak zachorowałem). Tutaj lokalnie nikt, ani mieszkańcy, ani osoby z Europy pracujące na kontraktach, nie biorą żadnej profilaktyki, a z naszymi mocnymi, śląskimi organizmami (a w moim przypadku z układem dezynfekowanym regularnie przez Guldera) zwalczymy wszystko:)
W barze z racji tego, że nie ma światła, nie ma też niestety jedzenia, więc będziemy musieli zjeść coś w hotelu po trzykrotnie wyższej cenie oczywiście. Pijemy dalej, ja mojego kochanego Guldera, a Ala Chairmana z Maltą. Chairman, to napitek zrobiony ze słodu i imbiru. Po biesiadzie jesteśmy umówieni na jedzenie jutro (wreszcie mamy skosztować ghańskiego fufu, czyli maniok pomieszany z dużymi bananami, zwanymi plantain, następnie wszystko razem ugniecione moździerzem do konsystencji gładkiej plasteliny, która przypomina dość mocno nasze kluski) i na test na malarię. Kupujemy jeszcze skrzynkę Guldera, bo u nas w hotelu nie ma, a ja już się umówiłem, że wsadzą mi do lodówki. W knajpie jesteśmy mega atrakcją. Wszyscy mają ubaw po pachy z moim nigeryjskim angielskim. Uczymy się przydatnego słówka: bibini, co oznacza 'Murzyn', w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Będzie to nasza odpowiedź na wiecznie słyszane z każdej strony obroni, czyli 'biały'. Już w poprzednich krajach słyszeliśmy coraz częściej 'Bonjour Monsieur Le Blanc' (czyli dzień dobry panie biały), co jak powiedziała nam Astrid z Ouaga, jest pozytywnym określeniem. W Ghanie nie mówią do nas Mr White, a używając lokalnego określenia obroni. Dodatkowo właściciel rekomenduje nam resort, który jest położony kilka km za naszym. Twierdzi, że jak z pogadamy holenderskim menedżerem – Timothym, to dostaniemy dobrą ofertę. Skuszeni przez niego jedziemy do Lou Moon. Resort wygląda bardziej niż imponująco. Leży w zatoczce, jest oddalony od miasta o jakieś 10km bardzo polną drogą poprzez gęsty las równikowy (teraz jesteśmy na 4 st. szerokości geograficznej północnej – najniżej w naszej podróży). Atakujemy menedżera Tima, który jest już 4 lata w Ghanie, on stawia mi natychmiast Guldera i na pytanie o cenę wysyła nas z jednym z pracowników do pokoju. Idziemy ochoczo. Pokoje powalają nas luksusem oraz smakiem wykończenia. Domek z 4 apartamentami leży jakieś 15m od oceanu. Zgodnie twierdzimy, że to będzie zdecydowanie nie nasz budżet. No i oczywiście mamy rację - cena to 100E za apartament, ten tańszy. Zaczyna się rozmowa. Negocjacje są ciężkie. Wreszcie po dość długiej rozmowie, Tim akceptuje moją ofertę 50GH za dobę, co czyni jakieś 31E, czyli dokłanie tyle, ile płaciliśmy za Formułę 1 we Francji. Ala, aż mlaska z rozkoszy, bo domki są naprawdę rewelacyjne. Właścicielem jest Belg – dekorator wnętrz, który wszystko sam zaprojektował, a umywalki zrobione przez niego własnoręcznie z egzotycznego drzewa powalają Alę prawie na kolana. Chyba już wiem jaką kiedyś będziemy mieć umywalkę...:). O takim domku nawet nie marzyliśmy. Umawiamy się na przeprowadzkę jutro. Wracamy do naszego resortu, gdzie zamawiamy tuńczyka i casawa fish na kolację. Jedzenie jest wyśmienite. No a jutro przenosimy się do luksusu....
PS Dzisiejsze zdjęcia są z pierwszego hotelu, jutro zamieścimy te z nowego

25 styczeń – Niedzielny relaks





Dziś po raz pierwszy od dawna czujemy, że jest niedziela. A to z tego powodu, że po wyjściu z hotelu widzimy, że wszystko dokoła jest pozamykane. Sklepiki, restauracje i wszelkiego rodzaju small biznesy. Jedynie omleciarze stoją ze swoimi kramami. Idziemy na poszukiwanie centrum kultury, w którym mieści się muzeum najsławniejszego, nieżyjącego już, króla Ashanti – Prempeha II. Jest to malutkie muzeum, ale za to z licznymi eksponatami. Pani kustosz tłumaczy do czego były używane poszczególne przedmioty oraz kogo przedstawiają zdjęcia. Na koniec zwiedzania dowiadujemy się, że jest dziś akurat tradycyjne święto Ashanti, które odbywa się co 42 dni i możemy pójść do pałacu obecnego króla, aby obserwować ceremonię. Nie lada przeżycie – zobaczyć prawdziwego króla plemiennego! Bierzemy taksówkę i ze spotkanym w muzeum chłopcem, jedziemy do pałacu. Przy wejściu spotykamy grupę ok. 25 Brytyjczyków, ze średnią wieku minimum 65 lat, która z aparatami biega dokoła placu ceremonialnego. Usadawiamy się na krzesłach i obserwujemy przybywających gości. Mężczyźni mają ubrane tradycyjne szaty zrobione z kente, materiału tkanego przez Ashanti. Jeden długi kawał materiału owijają dokoła ciała, zostawiając jedno ramię nagie. Kobiety mają z takiego samego materiału uszyte suknie, albo też zakładają w analogiczny sposób jak mężczyźni. Wzory i gatunek materiału kente świadczą o bogactwie noszącego go. Przybywają wodzowie z różnych wiosek, aby na koniec powitać ceremonialnie króla. Cały czas grają głośno bębny, a niektórzy jak w transie tańczą w ich rytm. Ceremonia będzie trwała dobre parę godzin, a my musimy jeszcze dojechać na wybrzeże, więc po jakimś czasie postanawiamy jechać, tym bardziej, że ludzie tak się stłoczyli (szczególnie wycieczka Brytyjczyków skacze z aparatami w każdą stronę, bardzo wyzgierni ci emeryci w Anglii), że mało co już widać. Żegnamy naszego małoletniego kolegę, który objaśnił nam kilka szczegółów z tradycji Ashanti i jedziemy do hotelu. Przed nami ok. 300km na wybrzeże. Trasa bardzo ładna, bo wjeżdżamy już w strefę lasów tropikalnych. Droga, jak to zwykle tutaj ma 4 jakości: asfalt, asfalt z dziurami, lateryt i lateryt z dziurami. Wszystkiego po trochu. Ale dzięki temu nie da się zasnąć za kierownicą:) W końcu po 21 docieramy do miejscowości Axim, która była naszym celem i udajemy się do polecanego przez naszych kolegów Szwajcarów hotelu. Jest to duży ośrodek, położony przy samym morzu, z jednej strony rozciąga się klif i kamienista plaża, a z drugiej żółty piaseczek i palmy kokosowe. Jest co prawda ciemno i mało widać przy świetle księżyca, ale już nam się tutaj bardzo podoba. Ocean szumi bardzo mocno, a fale rozbijają się o kamienie. Taka muzyka kołysze nas do snu...

niedziela, 25 stycznia 2009

24 styczeń – Afryka dzika cd




Kolejny dzień z wczesnoporanną pobudką. Ale trzeba się poświęcić, jeżeli człowiek chce coś zobaczyć. Ze zwierzętami jest tak, że można je wypatrzyć łatwiej albo z samego rana albo po południu. W ciągu dnia jest to bardzo trudne, bo chowają się przed upałem. Mamy dziś luksusowe warunki, bo jedziemy samochodem (żeby sprawdzić odleglejsze zakątki parku) i mamy strażnika tylko dla siebie. Od samego początku widzimy dziesiątki różnych odmian antylop, które płochliwie stoją przy drodze i na każdy najmniejszy ruch reagują ucieczką. Po niedługiej jeździe Filip gdzieś w głębi krzaków wypatruje słonia. Wysiadamy z samochodu i idziemy w jego stronę. Okazuje się to być stary samiec. Strażnik mówi, że w pewnym wieku młode samce usuwają starszego ze stada i zajmują jego miejsce. Widać, że stoczył dużo walk o swoje miejsce, bo jeden kieł ma złamany. Ale za to drugi jest imponującej długości, prawie tak długi jak jego trąba! Nasz strażnik dzwoni do innych, żeby przyszli tu ze swoimi grupami, a my obserwujemy słonia i zagłębiamy się coraz bardziej w busz. W pewnym momencie słoń zatrzymuje się przed wysokim drzewem, oplata je trąbą i zaczyna potrząsać. Ogromne, wysokie drzewo rusza się całe, a jego kwiaty, przysmak słoni, spadają dziesiątkami na ziemię. Potem te malutkie kwiatuszki słoń wybiera z trawy delikatnie trąbą. Niesamowity widok. Po tym jak odnalazły nas pozostałe grupy, udajemy się z powrotem do samochodu na dalsze poszukiwania zwierzyny. Widzimy znów dużo guźców, antylop, ptaków (widziałam prześliczną szaro-niebieską sowę) oraz kolejnego słonia. To safari możemy też zaliczyć do bardzo udanych. I jeszcze jedna uwaga – póki co, park Mole jest bardzo tani. Za takie safari, niezależnie czy pieszo czy własnym samochodem płaci się 1E za 2h od osoby! Dlatego ludzie siedzą tam po kilka dni, chodząc na safari codziennie, a nawet 2 razy dziennie. Oczywiście znacznie bardziej popularne safari w Afryce wschodniej (Kenia czy Tanzania) to jednak trochę inna jakość, dużo więcej zwierzyny, lepiej widocznej, jest tylko sawanna, a tutaj busz, ale za to cena tam wynosi min. 100$ za dzień z wyżywieniem, transportem i zakwaterowaniem oczywiście. Inne opcje nie wchodzą w grę. Generalnie safari są zawsze robione w samochodach, z których bardzo rzadko można wychodzić, ale w Mole jest możliwe organizowanie pieszego safari, ponieważ prawie nie ma tutaj drapieżników (podobno jest kilka lwów i lampartów, ale są głęboko w buszu i tylko niektórzy strażnicy mieli okazję je zobaczyć), więc chodzenie jest relatywnie bezpieczne. Trzeba tylko uważać żeby nie narazić się słoniowi, ale tego bardzo mocno pilnują strażnicy chodzący z każdą grupą.
Po safari jemy śniadanie, które jest w cenie pokoju (oczywiście wczoraj madame z recepcji chciała nas za nie kasować, jak i zresztą za kąpiel w basenie, na szczęście jest napisane na tablicy ogłoszeń, że te rzeczy są w cenie noclegu), bierzemy kąpiel, już nie z wiaderka i jedziemy dalej. Teraz naszym priorytetem jest stacja benzynowa. Wyjeżdżając z Wa, po wizycie w Hippo Sanctuary zastanawialiśmy się nad tankowaniem + uzupełnieniem przynajmniej jednego kanistra, ale coś nas zaćmiło i stwierdziliśmy, że pojedziemy dalej. No to mamy to, na co zasłużyliśmy. Teraz nerwowo czekamy do następnej wioski, w której podobno ma być normalna stacja z dystrybutorami. Wioska jest, stacja jest, ale co z tego, skoro nieczynna! Pracownik stacji mówi, że jest jeszcze jedna przy wyjeździe z miasteczka, ale też może nie działać, bo od rana nie ma prądu. Znajdujemy stację i z ulgą stwierdzamy, że mają własny generator i pompy działają. Tak więc można śmiało ruszać dalej, do Kumasi.
Koło 17, po przerwie na obiad (jedliśmy jedną z najpopularniejszych potraw w Ghanie – banku – ciasto ze sfermentowanej kukurydzy z wołowiną i sosem), docieramy na przedmieścia Kumasi. Jest to jedno z największych miast w Ghanie, gdzie ma swoją siedzibę król Ashanti, najbardziej licznego plemienia ghańskiego. Już przed miastem zatrzymuje nas korek. Wleczemy się koło za kołem do przodu, by wreszcie dotrzeć w okolice centrum. Wg przewodnika, za ogromnym targiem jest dzielnica, w której mieszczą się hotele. Olbrzymie targowisko wylewa się na ulice, sprzedają tutaj wszystko począwszy od jedzenia, starej elektroniki, jak i plastikowych chińskich butów. Setki kolorów i zapachów przeplatają się ze sobą, dając niesamowity urok. Pomimo tego, że korek jest straszny, auta starają się wepchać przed nas, ludzie ocierają się o nasze lusterka, kilka razy musimy zawracać, to nadal zachowujemy spokój i podziwiamy ten afrykański kram zajmujący pół dzielnicy. Takie rzeczy to tylko w ....Afryce! Próbujemy przebić się przez targ, ale okazuje się to niemożliwe. Tkwimy w ogromnym korku, gdzie królują minibusy z ludźmi ładującymi do nich towar ze swoich stoisk targowych. Jakoś udaje nam się zawrócić i inną drogą próbujemy przebić się do naszej dzielnicy. Na nosa jedziemy w kierunku, który wydaje się prawidłowy i znajdujemy prawie od razu hotel, którego szukaliśmy. To się nazywa dobry GPS:)
Po rozpakowaniu betów zrobiła się 19:30, bo 2h zajął nam przejazd przez miasto. Idziemy szukać internetu, a tutaj już wszystko pozamykane! Nawet w barze hotelowym mówią, że o 20:30 będą zamykać. A jest sobota wieczór. Dziwne tutaj mają zwyczaje. Po długich poszukiwaniach udaje nam się znaleźć otwartą kafejkę internetową, a po niej fajny bar z wielką plazmą, w której akurat jest nadawany nigeryjski film o magii i o tym, że Jezus zwycięża czarne moce. Kręcony amatorską kamerą, która nie potrafi złapać ostrości, głosu to prawie wcale nie słychać, a efekty specjalne są znacznie słabsze niż te z lat 50-tych. Generalnie mamy super ubaw oglądając ten filmik. Kupimy kilka w Nigerii i zrobimy sobie wieczór filmowy pod znakiem Nollywood...
Jutro czeka nas zwiedzanie Kumasi i droga do wymarzonych plaż....