niedziela, 25 stycznia 2009

24 styczeń – Afryka dzika cd




Kolejny dzień z wczesnoporanną pobudką. Ale trzeba się poświęcić, jeżeli człowiek chce coś zobaczyć. Ze zwierzętami jest tak, że można je wypatrzyć łatwiej albo z samego rana albo po południu. W ciągu dnia jest to bardzo trudne, bo chowają się przed upałem. Mamy dziś luksusowe warunki, bo jedziemy samochodem (żeby sprawdzić odleglejsze zakątki parku) i mamy strażnika tylko dla siebie. Od samego początku widzimy dziesiątki różnych odmian antylop, które płochliwie stoją przy drodze i na każdy najmniejszy ruch reagują ucieczką. Po niedługiej jeździe Filip gdzieś w głębi krzaków wypatruje słonia. Wysiadamy z samochodu i idziemy w jego stronę. Okazuje się to być stary samiec. Strażnik mówi, że w pewnym wieku młode samce usuwają starszego ze stada i zajmują jego miejsce. Widać, że stoczył dużo walk o swoje miejsce, bo jeden kieł ma złamany. Ale za to drugi jest imponującej długości, prawie tak długi jak jego trąba! Nasz strażnik dzwoni do innych, żeby przyszli tu ze swoimi grupami, a my obserwujemy słonia i zagłębiamy się coraz bardziej w busz. W pewnym momencie słoń zatrzymuje się przed wysokim drzewem, oplata je trąbą i zaczyna potrząsać. Ogromne, wysokie drzewo rusza się całe, a jego kwiaty, przysmak słoni, spadają dziesiątkami na ziemię. Potem te malutkie kwiatuszki słoń wybiera z trawy delikatnie trąbą. Niesamowity widok. Po tym jak odnalazły nas pozostałe grupy, udajemy się z powrotem do samochodu na dalsze poszukiwania zwierzyny. Widzimy znów dużo guźców, antylop, ptaków (widziałam prześliczną szaro-niebieską sowę) oraz kolejnego słonia. To safari możemy też zaliczyć do bardzo udanych. I jeszcze jedna uwaga – póki co, park Mole jest bardzo tani. Za takie safari, niezależnie czy pieszo czy własnym samochodem płaci się 1E za 2h od osoby! Dlatego ludzie siedzą tam po kilka dni, chodząc na safari codziennie, a nawet 2 razy dziennie. Oczywiście znacznie bardziej popularne safari w Afryce wschodniej (Kenia czy Tanzania) to jednak trochę inna jakość, dużo więcej zwierzyny, lepiej widocznej, jest tylko sawanna, a tutaj busz, ale za to cena tam wynosi min. 100$ za dzień z wyżywieniem, transportem i zakwaterowaniem oczywiście. Inne opcje nie wchodzą w grę. Generalnie safari są zawsze robione w samochodach, z których bardzo rzadko można wychodzić, ale w Mole jest możliwe organizowanie pieszego safari, ponieważ prawie nie ma tutaj drapieżników (podobno jest kilka lwów i lampartów, ale są głęboko w buszu i tylko niektórzy strażnicy mieli okazję je zobaczyć), więc chodzenie jest relatywnie bezpieczne. Trzeba tylko uważać żeby nie narazić się słoniowi, ale tego bardzo mocno pilnują strażnicy chodzący z każdą grupą.
Po safari jemy śniadanie, które jest w cenie pokoju (oczywiście wczoraj madame z recepcji chciała nas za nie kasować, jak i zresztą za kąpiel w basenie, na szczęście jest napisane na tablicy ogłoszeń, że te rzeczy są w cenie noclegu), bierzemy kąpiel, już nie z wiaderka i jedziemy dalej. Teraz naszym priorytetem jest stacja benzynowa. Wyjeżdżając z Wa, po wizycie w Hippo Sanctuary zastanawialiśmy się nad tankowaniem + uzupełnieniem przynajmniej jednego kanistra, ale coś nas zaćmiło i stwierdziliśmy, że pojedziemy dalej. No to mamy to, na co zasłużyliśmy. Teraz nerwowo czekamy do następnej wioski, w której podobno ma być normalna stacja z dystrybutorami. Wioska jest, stacja jest, ale co z tego, skoro nieczynna! Pracownik stacji mówi, że jest jeszcze jedna przy wyjeździe z miasteczka, ale też może nie działać, bo od rana nie ma prądu. Znajdujemy stację i z ulgą stwierdzamy, że mają własny generator i pompy działają. Tak więc można śmiało ruszać dalej, do Kumasi.
Koło 17, po przerwie na obiad (jedliśmy jedną z najpopularniejszych potraw w Ghanie – banku – ciasto ze sfermentowanej kukurydzy z wołowiną i sosem), docieramy na przedmieścia Kumasi. Jest to jedno z największych miast w Ghanie, gdzie ma swoją siedzibę król Ashanti, najbardziej licznego plemienia ghańskiego. Już przed miastem zatrzymuje nas korek. Wleczemy się koło za kołem do przodu, by wreszcie dotrzeć w okolice centrum. Wg przewodnika, za ogromnym targiem jest dzielnica, w której mieszczą się hotele. Olbrzymie targowisko wylewa się na ulice, sprzedają tutaj wszystko począwszy od jedzenia, starej elektroniki, jak i plastikowych chińskich butów. Setki kolorów i zapachów przeplatają się ze sobą, dając niesamowity urok. Pomimo tego, że korek jest straszny, auta starają się wepchać przed nas, ludzie ocierają się o nasze lusterka, kilka razy musimy zawracać, to nadal zachowujemy spokój i podziwiamy ten afrykański kram zajmujący pół dzielnicy. Takie rzeczy to tylko w ....Afryce! Próbujemy przebić się przez targ, ale okazuje się to niemożliwe. Tkwimy w ogromnym korku, gdzie królują minibusy z ludźmi ładującymi do nich towar ze swoich stoisk targowych. Jakoś udaje nam się zawrócić i inną drogą próbujemy przebić się do naszej dzielnicy. Na nosa jedziemy w kierunku, który wydaje się prawidłowy i znajdujemy prawie od razu hotel, którego szukaliśmy. To się nazywa dobry GPS:)
Po rozpakowaniu betów zrobiła się 19:30, bo 2h zajął nam przejazd przez miasto. Idziemy szukać internetu, a tutaj już wszystko pozamykane! Nawet w barze hotelowym mówią, że o 20:30 będą zamykać. A jest sobota wieczór. Dziwne tutaj mają zwyczaje. Po długich poszukiwaniach udaje nam się znaleźć otwartą kafejkę internetową, a po niej fajny bar z wielką plazmą, w której akurat jest nadawany nigeryjski film o magii i o tym, że Jezus zwycięża czarne moce. Kręcony amatorską kamerą, która nie potrafi złapać ostrości, głosu to prawie wcale nie słychać, a efekty specjalne są znacznie słabsze niż te z lat 50-tych. Generalnie mamy super ubaw oglądając ten filmik. Kupimy kilka w Nigerii i zrobimy sobie wieczór filmowy pod znakiem Nollywood...
Jutro czeka nas zwiedzanie Kumasi i droga do wymarzonych plaż....

23 styczeń – Afryka dzika, czyli w poszukiwaniu Hrochów....










Wstajemy o 6 rano. Zaczyna świtać, ja zdecydowanie rezygnuję z porannej toalety, Ala idzie z wiaderkiem do prysznica. Umycie twarzy i zębów jest dla mnie zupełnie wystarczające. Nasz przewodnik i strażnik też wstają. Zaczynają się pomału przygotowywać do wymarszu. Najpierw jednak formalności. Wypisują kwitki dla Szkota, który wczoraj robił safari. Wszystko się przeciąga i na brzeg docieramy sporo po siódmej, po drodze dołączają Czesi. Wskakujemy na łódkę zwaną tutaj „piroga”. Nie czarujmy się, jest to takie indiańskie canoe, które po wpakowaniu 7 ludzi (wioślarz, przewodnik i strażnik) zanurza się tak głęboko, że każdy balans ciałem powoduje wlewanie się wody. Od razu uprzedzają nas, że właśnie ciałem mamy balansować, żeby łódka się nie przechyliła. Niezły start. Jeszcze lepszą sprawą jest to, że nasz strażnik zostawia swoją flintę w samochodzie Czechów. No teraz to już jesteśmy super przygotowani na spotkanie z największymi zabójcami Afryki. Przewodnik potwierdza nasze info, o tym, że hipopotamy zabijają statystycznie najwięcej ludzi ze wszystkich dzikich zwierząt. Tak więc płyniemy tym naszym „promem” pełni respektu dla tych olbrzymich ssaków, które potrafią osiągnąć wagę 3000kg! No panie, tutaj to nawet Pudzian nie dałby rady! Przewodnik nagle wskazuje na jakieś wydmy w wodzie. Podpływamy na odległość kilkudziesięciu metrów. Przewodnik jest bardzo ostrożny. Twierdzi, że nigdy nie mieli wypadku śmiertelnego, a co więcej nawet nigdy łódki nie wywrócił hipopotam. Przy okazji nasi południowi sąsiedzi uczą nas nowego słówka. Hroch, czyli hipopotam po czesku. No pane Havranek, nieźle......
Obserwujemy hiposy, początkowo ze sporą adrenaliną, szczególnie jak znikają pod wodą, od razu mamy wizje, że się zaraz koło nas wynurzą. Na szczęście takie ekscesy nie mają miejsca. Nasza rodzinka to dwa duże osobniki i dwójka dzieci. Robimy tysiącpięćsetstoosiemset zdjęć, i prawie po godzinie stwierdzamy zgodnie, że już jesteśmy gotowi wracać. Po drodze widzimy jeszcze czarną kobrę wylegującą się na brzegu. Jesteśmy już spakowani i gotowi do jazdy. Szkot, który miał wyjechać o 7 rano nadal czeka na transport. Czesi oferują mu podwóz, a my wykorzystujemy chwilowy chaos i pierwsi wbijamy się na laterytową drogę. Jest to o tyle ważne, że to oni będą jechać w tumanach naszego kurzy. Jak to Freddie śpiewał „another one bites the dust”! Miał chłopina rację, aczkolwiek raczej w sanktuarium hipopotamowym w Weichau w Ghanie nie był, bo jakoś mu się szybciej zeszło (nie mylić z doszło).
Trasa mija bardzo sprawnie, po drodze jeszcze tylko omlecik na śniadanie i kontynuujemy. Droga to głównie lateryt i jakiś biały kurz. Tarka na przemian z dziurami (zęby skaczą jak na mrozie – dobrze, że prawie nie mam plomb w zębach, bo chyba by mi powypadały). Udaje nam się kilka razy nieźle wyskoczyć na muldach, ale jeden skok był całkiem imponujący. Wszystkie 4 koła zawisły w powietrzu, ale zawieszenie Montka godnie przyjęło to wyzwanie. Człowiek się jak Hołek czasami może poczuć. No może z tą drobną różnicą, że jak on roz.....li auto, to firma naprawi, a nasz budżet będzie wymagał zostawienia auta w buszu. Tak więc, bez nadmiernych szaleństw dojeżdżamy do wioski Larabanga. Wskaźnik paliwa niesympatycznie chyli się ku zeru, ale wioska na mapie prezentuje się całkiem dogodnie. Niestety w rzeczywistości nie jest już tak kolorowo. Na pytanie o stację benzynową, lokalni pokazują nam plastikowe kanistry i beczki z paliwem. Aż takiej sahary nie mamy. Podobno jest jakaś normalna stacja w kolejnej wiosce 20km stąd. Robimy więc krótki postój, wpadamy do baru i pada magiczne słowo – GULDER. Okazuje się, że tutaj większość to muzułmanie i piwo jest tylko w jednym miejscu – oczywiście akurat nie w tym, w którym jesteśmy. Przy okazji spotykamy parę, Niemiec i Austriaczka. Wyglądali maks na 20 lat. Cholera, to myśmy się już tak postarzeli... Rozmawiamy krótko, no ale o czym z nimi rozmawiać skoro gość twierdzi, że Opel to niemiecki samochód i że niemieckie auta są najlepsze. Nie potrafił pojąć, że Opel został kupiony przez Amerykańcow (my w GM to wiemy bardzo dobrze) jeszcze przed urodzeniem jego ojca, a dzisiejsze niemieckie auta są produkowane przez Turków i innych auslendrów, a nie rodowitych Niemców. Widać chłopak żyje przeszłością i nadal śpiewa Deutschland Deutschland uber alles, ale to już jego cyrk i jego małpy.....ech ta dzisiejsza młodzież......
Ruszamy aby obejrzeć jeszcze meczet w tej wiosce zanim pojedziemy do Parku Narodowego Mole, oddalonego o kilka km. Oczywiście jak oglądamy mosque, pojawia się samozwańczy pilnowacz, który pokazuje nam jakiś wymiętoszony heft (po polsku zeszyt). Mówię mu, że też mam coś takiego w aucie i jaką mam gwarancję, że jak zapłacę za oglądanie to to pójdzie na renowację, a nie do jego kieszeni. Poza tym stwierdzam, że nie oglądam meczetu tylko jestem w wiosce, a meczet jest tutaj, więc oczu nie będę zamykał. W sumie płacę mu 2 ghańskie cedis (1E=1,6GH). Chciał czwórkę, ale powiedziałem, że madam się nie podobało i ona nie chce płacić. Oczywiście zażądałem rachunku. Nie wiem, czy mnie nabrał czy nie. Mam nadzieję, że nie i kasa pójdzie na renowację. Dobra, jedziemy dalej. Na granicy parku strażnik woła mnie do uregulowania opłat. Pytam więc ile, a on że to zależy i mam wpisać się w książkę. Mówię do niego w najdżirian pidżin english i ogólnie jest wesoło. Pisze więc, 2 osoby, aparat, auto. Strażnik podsumowuje 26 cedis. Jasny szlag, co tak dużo pytam. A on mówi, że żartuje. Cena to 12,6 cedis. No nie byłbym sobą gdybym o zniżkę nie zapytał. A on do mnie mówi, tak ja chcę zniżkę, niedawno był nowy rok, a ja nawet nic dla niego nie mam. Na co ja odpowiadam, a skąd wiesz, że nic nie mam. Wszystko w pidżin english, co pewnie dla normalnego białego by było mega zabawne (tak brzmi jakbym ja nie był normalny biały, no w sumie może coś w tym jest). Z auta przynoszę odblaskowego misia sagowego i kasetę Lady Pank 'W transie. Strażnik zadowolony, stwierdza, że teraz to da zniżkę. Wypisuje 8,6 na kalkulatorze. Nie mam drobnych i płacę 10. Ala ma w aucie ubaw po pachy. Zabawa musi być. Afrykańczycy to uwielbiają, ja też nie czarujmy się....
Wjeżdżamy do parku, wszystko super zorganizowane. Dobiega 15:00, a wiemy, że kolejne safari zaczyna się o 15:30. W recepcji kolejny problem. Okazuje się, że nie mają dzielonych pokoi po 8GH od osoby tylko domki za 35GH. Zaczynam rozmawiać o obniżce dla mnie, bo jak to Nigeryjczyk taki jak ja ma płacić, tyle co zwykli turyści! Wchodzi babka, która może dać mi zniżkę. Zaczynam znów mój pidżin english show! Okazuje się, że ona niedawno była w Ibadanie w Nigerii na weselu. Ja jej mówię, że mam przyjaciela w Ibadanie (Marek tutaj pozdrowienia dla Ciebie) i jak ona może mi takie ceny dawać. Zaczynam ją straszyć ju-ju, czyli nigeryjską czarną magią. Po kilku minutach śmiejemy się do rozpuku i ona mówi, żebyśmy poszli sprawdzić te dzielone pokoje, czy są jakieś wolne łóżka. W moim jest jedno.....zajęte, w damskim trzy (pokoje są 8 osobowe). Wracam i dopiero wydzieram się na nią! Oczywiście wszystko w formie żartu, ona ze śmiechu łapie się za boki i z rozbrajającą mina mówi, że nie wiedziała. Oczywiście później się przyznaje, że chciała więcej zarobić (może ma prowizję). Na szczęście moja afrykańska natura znów się przydała. Rozpakowujemy się i ruszamy na safari. Krokodyle, jak podeszliśmy do nich na kilka metrów, w popłochu uciekały do jeziora. Dużo odważniejsze były guźce, które były prawie na wyciągnięcie ręki. To tak jak w tym dowcipie z fiordami, gdzie dwóch kolegów przechwala się swoimi wakacjami. Jeden mówi, a fiordy widziałeś, a drugi odpowiada, jasne, ale to noc. Słuchaj stary fiordy to mi z ręki jadły. To tak jak nam te guźce. Antylopy też były, niestety słonia ani słychu ani widu. Jak wróciliśmy już do kempingu zadzwoniła komórka strażnikowi, który z nami był na safari. Okazało się, że inna grupa wypatrzyła słonie. Od razy zgodnie stwierdziliśmy, że wracamy. Opłacało się. Pomimo tego, że już widziałem słonie sporo razy na żywo, to nigdy z takiej odległości. Tutaj to nie było więcej niż 15m. Słoń szedł prosto na nas, aż kompletnie zeszliśmy mu z drogi. Trzeba przyznać, że chodzone safari ma dodatkowy urok. Widzisz takiego olbrzyma kilka metrów od siebie i nic cię nie dzieli. Po wszystkim strażnik pokazał mi naboje do swojej flinty i zapewnił, że to solidny kaliber i nawet słoń nie ma szans.
Po safari zjedliśmy świetną afrykańską kolację, a wieczorem wypiliśmy winko i anyżkowy pastis. Pastis to jeszcze pozostałość z Burkiny, a winko kupione na bezcłówce między Burkiną a Ghaną. Małoletni Niemcy (dołączyła do nas dziewczyna i chłopak, 19 i 21 lat) całkiem sympatycznie się wstawili i nawet dowcipy o amerykańskim statku, który tonął i wzywał pomocy wołając przez radio: ”we are sinking, we are sinking, and then they heard: zis is German Coast Guard, what are you s(th)inking about” przyjmowali z uśmiechem.
Zapomniałem jeszcze dodać, ze w ośrodku był basen i też nie omieszkaliśmy skorzystać z tej wspaniałej okoliczności.....
Rano znów ruszamy na safari, tym razem autem.

sobota, 24 stycznia 2009

22 styczeń - Trasa



Nasz plan na dziś to dotarcie do Hippo Sanctuary nad rzeką Czarna Wolta. Droga wg mapy ma być drugorzędna, co najprawdopodobniej oznacza lateryt. Mamy nadzieję, że Montek nie będzie wkurzony na nas, że go po takich bezdrożach prowadzamy, bo nie dość że dostanie w zawieszenie, to jeszcze będzie wewnątrz i zewnątrz cały pomarańczowy, a tego nie lubi:) Droga rzeczywiście po kilkudziesięciu kilometrach zmienia się w laterytową, z dość dużymi dziurami. Jednocześnie wjeżdżamy do 'wildlife corridor', czyli korytarza dla dzikiej zwierzyny, która może przecinać tę drogę przemieszczając się z jednej strony na drugą. Jako że teraz jest szczyt pory suchej, najprawdopodobniej nic nie zobaczymy, bo cała zwierzyna już przeszła tam, gdzie są największe zbiorniki wodne. Jest nawet ostrzeżenie, że jeżeli zobaczymy przechodzące słonie, nie należy ich płoszyć. W miejscowości Wa, jakieś 60km przed Hippo Sanctuary postanawiamy zjeść obiad, bo w przewodniku jest napisane, że na miejscu nie zjemy już nic. Po długich poszukiwaniach znajdujemy najlepszy w mieście hotel, gdzie jest restauracja. Nie poprzewracało nam się w głowach, że szukamy hotelu i super restauracji, ale w tym miasteczku jest wielka posucha nawet na buszbary. Nie chcemy zjeść jajek na twardo (solo) albo omleta, tylko coś bardziej sycącego i okazuje się, że jedyną opcją jest ten właśnie hotel. Wchodzimy do wnętrza kapiącego złotem. Wiatraki ze złotymi elementami, złote kinkiety, ciężkie zasłony w kolorze złota z ozdobnymi frędzlami (jakby powiedzieli niektórzy po staropolsku – kutasami – dziewczyny z Doks i Promo wiedzą o co chodzi:) i obrazem w złotej ramie – jednym słowem: złoty kicz. A do tego plastikowe tacki na stołach z reklamą jakiegoś majonezu:) No, ale liczy się intencja, chcieli, żeby było elegancko. Oglądamy menu, ceny jak na Ghanę wysokie, ale można zapłacić 18zł za pełen obiad, w końcu można trochę budżet nadszarpnąć od czasu do czasu. Zamawiamy 2 dania i napoje. Po dość krótkim czasie przynoszą pierwsze z nich, to które zamówił Filip. Zjada ze smakiem, ja troszkę próbuję. Czekamy na moją rybę. Czekamy i czekamy. I czekamy. Po godzinie, trochę już zniecierpliwiona, bo do hipopotamów chcieliśmy dotrzeć przed zapadnięciem zmroku, a zrobiła się już 16:30, pytam drugiego kelnera (ten, który przyjmował zamówienie gdzieś się zdematerializował), co z drugim zamówionym daniem. Na to on idzie do kuchni sprawdzić i wraca mówiąc, że kuchnia dostała zamówienie tylko na jedno danie! Dzwoni do naszego kelnera, żeby sprawdzić co jest grane i jakimś trafem on zrozumiał, że chcemy tylko jedną porcję. W moim przypadku powiedzenie o głodnym i złym Polaku bardzo się sprawdza i wściekła opuszczam hotel. Po polsku rzucam kilka pozdrowień typu, żeby go szlag trafił i inne, już mniej cenzuralne, i jedziemy do hipopotamów. Na chwilę przed zapadnięciem zmroku docieramy do Hippo Sanctuary. Rzeka jest jakieś 1,5km od campingu, więc od razu idziemy ją zobaczyć. Po drugiej stronie rzeki widać naszą ulubioną Burkinę Faso. 40 km na południe zaczyna się Wybrzeże Kości Słoniowej i ta sama rzeka oddziela Ghanę od drugiego sąsiada. Hipopotamów nie widzimy, ale za to poznajemy Czeszkę, która jeździ po kraju z czeskim Murzynem. Jego ojciec jest z Ghany, ale on mieszka na stałe w Czechach. Śmieszne uczucie jak rozmawia się z półkrwi Ghańczykiem po czesku. Po powrocie do campingu załatwiamy formalności opłaty za wstęp, spanie i jutrzejsze rzeczne safari, bo jak się okazało w ostatniej wiosce przed sanktuarium było biuro, w którym mieliśmy się zatrzymać i to właśnie załatwić. Oczywiście biura nie widzieliśmy, ani nikt nas nie zatrzymał. Spać będziemy w glinianej chacie z wiadrem do mycia się i wychodkiem gdzieś w polu. Tutejsze Hippo Sanctuary jest bardzo ciekawą inicjatywą. Jest to projekt wspólnoty mieszkającej w tej okolicy, która (nie wiemy za czyją radą, ale podejrzewamy w tym rękę jakiegoś Europejczyka) założyła swoisty mini park, z którego dochody idą na polepszanie infrastruktury wioski, takie jak wykopanie nowej studni czy zbudowanie jakiegoś wspólnotowego budynku, a w przyszłości może nawet pociągnięcie prądu. Na takie inicjatywy naprawdę warto wydawać pieniądze, bo trafiają one prosto w ręce zainteresowanych i nie zostaną po drodze sprzeniewierzone, jak się to często zdarza.
Wieczorem, przed zaśnięciem (czyli o jakiejś 19) siadamy przy stole z trzema Ghańczykami i Szkotem-turystą. Nawiązuje się dyskusja polityczno-gospodarcza. Ghana 1,5 roku temu miała denominację swojej waluty, analogiczną do naszej, a jak się dowiedzieli o tym, że mamy takie samo doświadczenie, byli bardzo ciekawi naszych wrażeń i chcieli wiedzieć, czy im to wyjdzie na dobre czy nie. Przypuszczamy, że jest to jeden z kroków w celu ustanowienia wspólnej waluty dla 5 krajów angielskojęzycznych z tego regionu (Nigeria, Ghana, Sierra Leone, Gambia i Gwinea), waluta ma się nazywać ECO i być przeciwwagą dla unii walutowej krajów francuskojęzycznych. Rozmawiamy też o ostatnich wyborach prezydenckich w Ghanie i polityce lokalnej.
Na koniec jeszcze prysznic z wiadra i udajemy się na spoczynek na łóżku zrobionym z gałęzi przykrytych materacem.

21 styczeń – Pożegnanie Burkiny







Wizę odbieramy punktualnie o wyznaczonej godzinie i bez dalszej zwłoki ruszamy na południe Burkiny. Najpierw chcemy znaleźć w jakiejś małej wiosce szkołę, w której będziemy mogli zostawić nasze podarki. Nie chcieliśmy, żeby to było za blisko stolicy, bo wiadomo, że miasteczka i wsie w okolicach stolicy zawsze mają się najlepiej pod względem finansowym. Jakieś 100km za Ouaga widzimy szkołę, która wygląda na podstawową, patrząc na wiek kręcących się tam dzieci. Wjeżdżamy na plac szkolny. Dzieci mają akurat przerwę między lekcjami (3h), ale część z nich siedzi przed szkołą. Zapytaliśmy się, czy jakiś nauczyciel jest w okolicy. Okazało się, że dyrektor i jeden z dwóch nauczycieli w jednej osobie jest na miejscu. Witamy się i wyjawiamy cel naszej wizyty. Dyrektor Philippe (co za zbieg okoliczności:) jest bardzo mile zaskoczony. Opisuje nam pokrótce historię tej szkoły: powstała 5 lat temu i do dziś utworzone zostały 3 klasy, w których uczy się około setka dzieci w wieku od 7 do 13 lat. Lekcje odbywają się w trzcinowych chatkach, ale nowy, betonowy budynek szkoły jest na ukończeniu i za niedługo zostanie oddany do użytku. Lekcje odbywają się od 7:30 do 12 i od 15 do 17. We czwartki mają dzień wolny, ale za to w sobotę odbywają naukę do południa. Mamy nadzieję, że dyrektor zrobi dobry pożytek z drobiazgów, które zostawiliśmy dla jego uczniów. Mamy dość ambiwalentne podejście do tego typu pomocy, jakim jest obdarowywanie. Dużo lepsze jest uczenie Afrykańczyków samodzielności, przedsiębiorczości, podnoszenie poziomu edukacji. Również turystyka przyczynia się do tego, że tutejsze narody się bogacą, dlatego też nie narzekamy, jeżeli narzucane są wysokie opłaty za niektóre atrakcje. Poprzez wspólne rozmowy staramy się naszym rozmówcom pokazać nasze 'europejskie' spojrzenie na świat, opowiedzieć, że realia w Europie wcale nie są takie różowe jak może się wydawać z zewnątrz, że też borykamy się z korupcją, biurokratyzacją i przeróżnymi problemami, istnieje szeroka rzesza biednych (oczywiście w innej skali) ludzi. Polska jest dobrym przykładem kraju, który w ciągu 20 lat dokonał ogromnego skoku cywilizacyjnego w dziedzinie politycznej i gospodarczej, co może ich napawać optymizmem, że jest szansa i dla nich. Ale pomoc stricte materialna też jest potrzebna, jak na przykład w szkolnictwie. Podręczniki, zeszyty czy inne przybory szkolne na pewno zostaną dobrze spożytkowane i przyczynią się do tego, że dzieci będą się mogły uczyć w odrobinę lepszych warunkach. W Burkinie poziom analfabetyzmu sięga prawie 80%, więc w tej dziedzinie, będącej podstawą rozwoju każdego kraju, jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia.
No dobrze, już koniec kazania:) Wracamy do lżejszego tematu jakim jest dalsza droga. Wioskę Tiebele namierzamy dość łatwo, przy okazji niestety znów brudząc Montka jego 'ulubionym' pomarańczowym kurzem, bo lateryt jest tutaj wszechobecny. W Tiebele mieszkają plemiona Lobi, budujące domostwa – fortece. Wszystko zbudowane jest z gliny, w ramach takiego domostwa może żyć wiele spokrewnionych ze sobą rodzin. My zwiedziliśmy gospodarstwo, gdzie mieszka 147 osób z jednej rodziny! W ramach domostwa jest kilkanaście domków, spichlerze, pomieszczenia dla zwierząt. Domki podzielone są na 3 kształty i przyporządkowane następująco: najstarsi (dziadkowie) mieszkają w okrągłych chatkach z płaskim dachem, małżeństwa z większymi dziećmi mieszkają w prostokątnych domkach, a osoby niezamężne – w okrągłych, ale ze spiczastym dachem pokrytym strzechą. Jeżeli małżeństwo ma malutkie dziecko, idzie ono na wychowanie do dziadków i z nimi mieszka. Domy malowane są co 2 lata przez kobiety, które używają naturalnych barwników pochodzenia roślinnego i mineralnego. Malunki symbolizują najważniejsze w życiu tego ludu rzeczy, czyli rolnictwo, rodzinę, święte zwierzęta (krokodyle), księżyc, bębny itp. Na pewno wizyta w tej wiosce jest warta polecenia.
Z Tiebele jest już niedaleko do granicy. Chcemy jeszcze przez zapadnięciem zmroku wjechać do Ghany, bo powiedzenie 'egipskie ciemności' ma tutaj swoje pełne uzasadnienie. Na trasie nie ma szansy na żadne oświetlenie, a mijane po drodze małe miasteczka z reguły też nie mają prądu. I tak było we wszystkich krajach po drodze. Każdej nocy oglądamy niebo z bardzo dobrze widocznymi gwiazdami, bo dokoła nie ma żadnego większego oświetlenia. W pokoju, po zgaszeniu światła jest tak ciemno, że nawet machając sobie ręką przed nosem nie widać jej, tylko czuć ruch powietrza. Dlatego nie dziwcie się naszemu upartemu dążeniu wszędzie przed zapadnięciem zmroku, bo jak się zrobi już ciemno, to na dobre, i znalezienie czegokolwiek poza największymi miastami jest bardzo trudne. W każdym razie formalności graniczne udaje nam się załatwić jeszcze za dnia. Po stronie ghańskiej Filip w końcu może zacząć coś mówić do ludzi, bo tu już króluje angielski. Ale i tak ciągle mówi wszystkim 'merci':) Ghańscy pogranicznicy są uprzejmi i nawet samochodowe formalności (mimo wymaganego przez nich dokumentu carnet de passage, którego nie mamy, bo płaci się za samochód dużą kaucję w Polsce, żeby zagwarantować, że się go nie sprzeda, co jest właśnie naszym celem), przebiegają gładko. W pierwszym miasteczku za granicą, Navrongo, postanawiamy spędzić noc. Znajdujemy niezły hotel i ruszamy 'na miasto'. Oczywiście wiadomo w jakim celu – degustacji lokalnego piwa, bo zjedliśmy jeszcze w Burkinie i głodni nie jesteśmy. Po drodze wchodzimy do apteki, bo nasze leki przeciwmalaryczne jakimś cudem wywędrowały z naszej apteczki (a raczej do niej nie dotarły, pewnie gdzieś na półce w domu leżą, mimo że byliśmy pewni, że je spakowaliśmy). W Burkinie jedno opakowanie kosztowało około 30zł, więc nie kupiliśmy, a tutaj płacimy niecałe 1,5zł!! Nie wiem jak ludzie w Burkinie mogą sobie pozwolić na tak drogie lekarstwa na jedną z najbardziej powszechnych chorób w tym regionie. Widać rząd Ghany prowadzi bardzo rozsądną politykę i lekarstwa na malarię mają taką cenę, że stać na nie większość ludzi. W każdym razie profilaktycznie lepiej mieć te leki pod ręką.
Zanim przejdziemy do oczekiwanej przez wierną rzeszę piwoszy recenzji piwa, najpierw opiszę parę faktów dotyczących Ghany. W XV wieku do Ghany przybyli Holendrzy, w poszukiwaniu zysków z handlu złotem, w które obfitują te tereny oraz kością słoniową. Ale już w następnym wieku, poprzez odkrycie i kolonizację Ameryki znaleźli inną przysłowiową 'żyłę złota', mianowicie handel niewolnikami. Wielu Holendrów, Brytyjczyków i Duńczyków zbiło w tamtym czasie bajeczne fortuny na handlu żywym towarem. Finalnie, Ghana została kolonią brytyjską. Niepodległość uzyskała w 1957, jako pierwszy z krajów w tym rejonie. Przez prawie 20 lat rządził (pośrednio i bezpośrednio) w Ghanie Jerry Rowlings, pół-Szkot z pochodzenia, który wyprowadził kraj 'na prostą', w porównaniu z ościennymi państwami. Do dziś Ghana pozostaje jednym z najbardziej stabilnych politycznie krajów w Afryce, co udowodniły ostatnie wybory prezydenckie, które odbyły się na sam koniec grudnia 2008. Przykład Ghany daje ich sąsiadom nadzieję, że i u nich takie zmiany są możliwe. Powierzchnia kraju wynosi prawie 240 000km2, a zamieszkuje go 21 mln ludzi. 70% to chrześcijanie, 15% muzułmanie, a 15% animiści. PKB wynosi USD 690. Jak na razie wydaje nam się, że to kraj z najlepszą infrastrukturą i najbardziej rozwinięty z tych, które mijaliśmy na naszej trasie po Maroku.
Jak już wspomnieliśmy wjechaliśmy do Ghany już po zmroku. W hotelu zaraz zapytałem o mojego ukochanego Guldera (piwo to namiętnie spijałem podczas moich dwóch pobytów w Nigerii). Niestety okazało się, że w hotelu mają sporo piw, ale akurat Guldera nie! Tak więc nie tracąc czasu ruszyliśmy na poszukiwanie buszbaru, w którym można by spędzić wieczór. Po kilkuset metrach znaleźliśmy! Długo oglądałem butelkę podczas gdy piana spokojnie opadała w szklance. W składzie zastanowił mnie cukier. Rzeczywiście piwo ma delikatnie słodkawy smak, na szczęście po chwili przebija się na pierwszy plan zdecydowana goryczka. Po wychyleniu drugiej butelki mogę stwierdzić, że to jedno z najlepszych piw (butelkowa togijska FLAGa też była niezła- nie mylić z marokańską) jakie piłem od wyjazdu. Liczę na to, że Gulder warzony w Nigerii będzie jeszcze lepszy. Kolejne podejście do piwa w Ghanie to Club w zielonej butelce (Ci co mnie znają, to wiedzą że nie przepadam za piwami w żabach, czyli zielonych butelkach). Dodatkowo Club był dość wodnisty, więc chyba moja przygoda z nim się już zakończyła (no wiadomo, że na bezrybiu i Cluba wypiję). Kolejne piwo to Stone. Reklamowane jako mocne, a ma 5,7% - ja się więc pytam gdzie ta moc panowie???? U nas to są prawdziwe mózgowały po 10% made in whatever.....W każdym razie „kamień” miał brązową butelkę, ale to by było na tyle dobrego o tym piwie. Walorem mocnych piw w Polsce jest to, że są ......mocne. Każdy na studiach był fanem Warki Strong, tudzież Okocim mocne:) Z wiekiem jednak kasa trochę zasobniejsza i podniebienie się zrobiło wybredniejsze. Byle chłamu nie przyjmie, to znaczy zawsze przyjmie, ale po co ryzykować, że odrzuci.....
W każdym razie Stone był słodki jak strong u nas, ale nie był strong. Cena też była całkiem normalna, więc walorów się nie dopatruję. Sytuacja podobna jak z Clubem, jak mnie na bezrybie rzuci to dam radę, ale mam nadzieję że nie będzie tak dramatycznie....

środa, 21 stycznia 2009

20 styczeń – Ouaga dzień drugi

Dziś od rana do 14 biegaliśmy za wizami. Mamy już w ręku wizę entante ważną do Beninu i Togo, złożony wniosek z paszportem w ambasadzie Ghany oraz informację, że tutaj wizy do Nigerii nie dostaniemy, bo ta akurat ambasada ma takie zasady, że wg nich wizę dostaje się w ostatnim kraju przed wjazdem do Nigerii, więc w naszym przypadku w Togo. Ale w Ghanie i tak spróbujemy. Poza tym dzień raczej niewypełniony przygodami, oprócz spotkania z trójką chłopaków z Defendera oraz zakupem świeczników z brązu, po dwóch dniach targów. Jutro w południe, po odbiorze wizy ghańskiej ruszamy na południe kraju w stronę granicy. Jeszcze w Burkinie chcemy zobaczyć wioskę Tiebele z malowanymi domami, a następnie znaleźć jakąś szkołę w którejś z wiosek, gdzie możemy dzieciom podarować różne drobiazgi, jakie ze sobą wieziemy. Mamy taki właśnie pomysł, żeby zamiast bezmyślnie rozdawać dzieciom wrzeszczącym 'cadeau' podarki, przekażemy je na ręce dyrektora szkoły, który będzie je mógł wykorzystać jako nagrody w różnych konkursach, za dobrą naukę czy sprawowanie. W ten sposób im pomożemy, a nie nauczymy złych nawyków. Chcemy wziąć adres tej szkoły i może w Polsce uda nam się zorganizować jakąś zbiórkę przyborów szkolnych i wysłać im. Wieczorem przekroczymy granicę z Ghaną. Nasz plan na ten kraj zaczyna się od ponownej próby ujrzenia hipopotamów i wyprawy do Parku Narodowego Mole, do cywilizacji dotrzemy dopiero za parę dobrych dni, najprawdopodobniej z Kumasi będzie dopiero możliwość wysłania postu, więc czekajcie cierpliwie na nasze przygody z hipopotamami (mam nadzieję!) i słoniami.

poniedziałek, 19 stycznia 2009

19 styczeń – wizy





Rano Astrid przed wyjściem do pracy przygotowuje nam super śniadanie, więc najedzeni możemy ruszyć na poszukiwanie ambasad i biura wizowego. Okazuje się, że pierwszy adres, który mamy do przedłużenia wizy burkińskiej jest zły, a do service de passeports musimy iść w całkiem inną stronę. No to w tył zwrot i idziemy gdzie nas kierują. Rzeczywiście biuro znajduje się tam, gdzie nam wskazano. Napisali, że na przedłużenie wizy czeka się 48h, a na wizę entente – 72h. Tyle czasu nie mamy! A gdzie wiza ghańska i nigeryjska! Na szczęście urzędnik jest miły i udaje się go przekonać, żeby na jutro rano (on twierdzi, że raczej koło 12, ale przyjdziemy wcześniej i będziemy presję wywierać wzrokowo) obydwie sprawy były załatwione. No, to teraz na drugi koniec miasta, do ambasady Ghany. Dowiadujemy się tam, że następnego dnia po złożeniu wniosku wiza jest do odebrania. Czyli do środy rano na pewno tutaj musimy być. Sprawdzamy jeszcze niedaleką ambasadę nigeryjską, ale dopiero od jutra sprawy konsularne są załatwiane po przerwie noworocznej. Może uda się przekonać ich, żeby się pospieszyli. Nie chcemy po pierwsze tracić zbyt wiele czasu tutaj, bo miasto mało ciekawe, a po drugie, nie chcemy Astrid siedzieć na głowie za długo. Dziś zrobiliśmy tutaj jakieś 10-12 km w różnych kierunkach i właściwie to nam wystarczy. Na szczęście znamy już lokalizację szybkiego internetu oraz paru lokalnych barów:) Więc jutro, po odebraniu paszportu, zaniesieniu do ambasady ghańskiej oraz sprawdzeniu nigeryjskiej pewnie spędzimy resztę dnia w tych dwóch miejscach. No, chyba że spotkamy się z chłopakami z Defendera, którzy nie mając wizy do Nigru, chcieli przekroczyć granicę z Mali, ale zawrócono ich i muszą wyrobić wizę do Nigru albo w Bamako albo tutaj. Zdecydowali nie wracać do Bamako, tylko przyjechać do Ouagadougou. Więc może się z nimi jutro spotkamy.
Powyżej kilka fotek przedsięwzięć kulturalno-artystycznych w Ouaga. Plac wyglądający jak poststalinowski, rzeźbiarze tworzący na drzewach płaskorzeźby o przyjaźni, miłości i braterstwie, realistyczne rzeźby dla palaczy. Po zobaczeniu tego na żywo – każdy palacz od ręki rzuca palenie. Efekt piorunujący i murowany!:)

18 styczeń – 13 000 km na liczniku


Dzisiejszy dzień jest dość monotonny, oprócz tego, że stuknęło nam 13 000 km na liczniku naszej podróży. Trasa z Banfory do Ouagadougu przebiega cała po asfaltowej, dobrej drodze, więc jedzie się szybko i sprawnie. W stolicy mamy za zadanie odnaleźć stadion miejski, przy którym mieszka znajoma naszego przyjaciela Grzesia, która zaoferowała nam za jego pośrednictwem nocleg. Jest Niemką pracującą od paru lat w Burkinie, w instytucji niemieckiej pomagającej lokalnym społecznościom. Znajdujemy jej dom bez problemu. Astrid jest przemiłą osobą, z którą spędzamy super wieczór, trochę w domu, trochę w lokalnej restauracji na słynnym tutaj kurczaku z grilla. Rano musimy przedłużyć wizę burkińską, załatwić wizę entente touristique do pięciu krajów (nas interesuje Benin i Togo) oraz dowiedzieć się procedur w ambasadzie Ghany i Nigerii...