sobota, 24 stycznia 2009

22 styczeń - Trasa



Nasz plan na dziś to dotarcie do Hippo Sanctuary nad rzeką Czarna Wolta. Droga wg mapy ma być drugorzędna, co najprawdopodobniej oznacza lateryt. Mamy nadzieję, że Montek nie będzie wkurzony na nas, że go po takich bezdrożach prowadzamy, bo nie dość że dostanie w zawieszenie, to jeszcze będzie wewnątrz i zewnątrz cały pomarańczowy, a tego nie lubi:) Droga rzeczywiście po kilkudziesięciu kilometrach zmienia się w laterytową, z dość dużymi dziurami. Jednocześnie wjeżdżamy do 'wildlife corridor', czyli korytarza dla dzikiej zwierzyny, która może przecinać tę drogę przemieszczając się z jednej strony na drugą. Jako że teraz jest szczyt pory suchej, najprawdopodobniej nic nie zobaczymy, bo cała zwierzyna już przeszła tam, gdzie są największe zbiorniki wodne. Jest nawet ostrzeżenie, że jeżeli zobaczymy przechodzące słonie, nie należy ich płoszyć. W miejscowości Wa, jakieś 60km przed Hippo Sanctuary postanawiamy zjeść obiad, bo w przewodniku jest napisane, że na miejscu nie zjemy już nic. Po długich poszukiwaniach znajdujemy najlepszy w mieście hotel, gdzie jest restauracja. Nie poprzewracało nam się w głowach, że szukamy hotelu i super restauracji, ale w tym miasteczku jest wielka posucha nawet na buszbary. Nie chcemy zjeść jajek na twardo (solo) albo omleta, tylko coś bardziej sycącego i okazuje się, że jedyną opcją jest ten właśnie hotel. Wchodzimy do wnętrza kapiącego złotem. Wiatraki ze złotymi elementami, złote kinkiety, ciężkie zasłony w kolorze złota z ozdobnymi frędzlami (jakby powiedzieli niektórzy po staropolsku – kutasami – dziewczyny z Doks i Promo wiedzą o co chodzi:) i obrazem w złotej ramie – jednym słowem: złoty kicz. A do tego plastikowe tacki na stołach z reklamą jakiegoś majonezu:) No, ale liczy się intencja, chcieli, żeby było elegancko. Oglądamy menu, ceny jak na Ghanę wysokie, ale można zapłacić 18zł za pełen obiad, w końcu można trochę budżet nadszarpnąć od czasu do czasu. Zamawiamy 2 dania i napoje. Po dość krótkim czasie przynoszą pierwsze z nich, to które zamówił Filip. Zjada ze smakiem, ja troszkę próbuję. Czekamy na moją rybę. Czekamy i czekamy. I czekamy. Po godzinie, trochę już zniecierpliwiona, bo do hipopotamów chcieliśmy dotrzeć przed zapadnięciem zmroku, a zrobiła się już 16:30, pytam drugiego kelnera (ten, który przyjmował zamówienie gdzieś się zdematerializował), co z drugim zamówionym daniem. Na to on idzie do kuchni sprawdzić i wraca mówiąc, że kuchnia dostała zamówienie tylko na jedno danie! Dzwoni do naszego kelnera, żeby sprawdzić co jest grane i jakimś trafem on zrozumiał, że chcemy tylko jedną porcję. W moim przypadku powiedzenie o głodnym i złym Polaku bardzo się sprawdza i wściekła opuszczam hotel. Po polsku rzucam kilka pozdrowień typu, żeby go szlag trafił i inne, już mniej cenzuralne, i jedziemy do hipopotamów. Na chwilę przed zapadnięciem zmroku docieramy do Hippo Sanctuary. Rzeka jest jakieś 1,5km od campingu, więc od razu idziemy ją zobaczyć. Po drugiej stronie rzeki widać naszą ulubioną Burkinę Faso. 40 km na południe zaczyna się Wybrzeże Kości Słoniowej i ta sama rzeka oddziela Ghanę od drugiego sąsiada. Hipopotamów nie widzimy, ale za to poznajemy Czeszkę, która jeździ po kraju z czeskim Murzynem. Jego ojciec jest z Ghany, ale on mieszka na stałe w Czechach. Śmieszne uczucie jak rozmawia się z półkrwi Ghańczykiem po czesku. Po powrocie do campingu załatwiamy formalności opłaty za wstęp, spanie i jutrzejsze rzeczne safari, bo jak się okazało w ostatniej wiosce przed sanktuarium było biuro, w którym mieliśmy się zatrzymać i to właśnie załatwić. Oczywiście biura nie widzieliśmy, ani nikt nas nie zatrzymał. Spać będziemy w glinianej chacie z wiadrem do mycia się i wychodkiem gdzieś w polu. Tutejsze Hippo Sanctuary jest bardzo ciekawą inicjatywą. Jest to projekt wspólnoty mieszkającej w tej okolicy, która (nie wiemy za czyją radą, ale podejrzewamy w tym rękę jakiegoś Europejczyka) założyła swoisty mini park, z którego dochody idą na polepszanie infrastruktury wioski, takie jak wykopanie nowej studni czy zbudowanie jakiegoś wspólnotowego budynku, a w przyszłości może nawet pociągnięcie prądu. Na takie inicjatywy naprawdę warto wydawać pieniądze, bo trafiają one prosto w ręce zainteresowanych i nie zostaną po drodze sprzeniewierzone, jak się to często zdarza.
Wieczorem, przed zaśnięciem (czyli o jakiejś 19) siadamy przy stole z trzema Ghańczykami i Szkotem-turystą. Nawiązuje się dyskusja polityczno-gospodarcza. Ghana 1,5 roku temu miała denominację swojej waluty, analogiczną do naszej, a jak się dowiedzieli o tym, że mamy takie samo doświadczenie, byli bardzo ciekawi naszych wrażeń i chcieli wiedzieć, czy im to wyjdzie na dobre czy nie. Przypuszczamy, że jest to jeden z kroków w celu ustanowienia wspólnej waluty dla 5 krajów angielskojęzycznych z tego regionu (Nigeria, Ghana, Sierra Leone, Gambia i Gwinea), waluta ma się nazywać ECO i być przeciwwagą dla unii walutowej krajów francuskojęzycznych. Rozmawiamy też o ostatnich wyborach prezydenckich w Ghanie i polityce lokalnej.
Na koniec jeszcze prysznic z wiadra i udajemy się na spoczynek na łóżku zrobionym z gałęzi przykrytych materacem.

21 styczeń – Pożegnanie Burkiny







Wizę odbieramy punktualnie o wyznaczonej godzinie i bez dalszej zwłoki ruszamy na południe Burkiny. Najpierw chcemy znaleźć w jakiejś małej wiosce szkołę, w której będziemy mogli zostawić nasze podarki. Nie chcieliśmy, żeby to było za blisko stolicy, bo wiadomo, że miasteczka i wsie w okolicach stolicy zawsze mają się najlepiej pod względem finansowym. Jakieś 100km za Ouaga widzimy szkołę, która wygląda na podstawową, patrząc na wiek kręcących się tam dzieci. Wjeżdżamy na plac szkolny. Dzieci mają akurat przerwę między lekcjami (3h), ale część z nich siedzi przed szkołą. Zapytaliśmy się, czy jakiś nauczyciel jest w okolicy. Okazało się, że dyrektor i jeden z dwóch nauczycieli w jednej osobie jest na miejscu. Witamy się i wyjawiamy cel naszej wizyty. Dyrektor Philippe (co za zbieg okoliczności:) jest bardzo mile zaskoczony. Opisuje nam pokrótce historię tej szkoły: powstała 5 lat temu i do dziś utworzone zostały 3 klasy, w których uczy się około setka dzieci w wieku od 7 do 13 lat. Lekcje odbywają się w trzcinowych chatkach, ale nowy, betonowy budynek szkoły jest na ukończeniu i za niedługo zostanie oddany do użytku. Lekcje odbywają się od 7:30 do 12 i od 15 do 17. We czwartki mają dzień wolny, ale za to w sobotę odbywają naukę do południa. Mamy nadzieję, że dyrektor zrobi dobry pożytek z drobiazgów, które zostawiliśmy dla jego uczniów. Mamy dość ambiwalentne podejście do tego typu pomocy, jakim jest obdarowywanie. Dużo lepsze jest uczenie Afrykańczyków samodzielności, przedsiębiorczości, podnoszenie poziomu edukacji. Również turystyka przyczynia się do tego, że tutejsze narody się bogacą, dlatego też nie narzekamy, jeżeli narzucane są wysokie opłaty za niektóre atrakcje. Poprzez wspólne rozmowy staramy się naszym rozmówcom pokazać nasze 'europejskie' spojrzenie na świat, opowiedzieć, że realia w Europie wcale nie są takie różowe jak może się wydawać z zewnątrz, że też borykamy się z korupcją, biurokratyzacją i przeróżnymi problemami, istnieje szeroka rzesza biednych (oczywiście w innej skali) ludzi. Polska jest dobrym przykładem kraju, który w ciągu 20 lat dokonał ogromnego skoku cywilizacyjnego w dziedzinie politycznej i gospodarczej, co może ich napawać optymizmem, że jest szansa i dla nich. Ale pomoc stricte materialna też jest potrzebna, jak na przykład w szkolnictwie. Podręczniki, zeszyty czy inne przybory szkolne na pewno zostaną dobrze spożytkowane i przyczynią się do tego, że dzieci będą się mogły uczyć w odrobinę lepszych warunkach. W Burkinie poziom analfabetyzmu sięga prawie 80%, więc w tej dziedzinie, będącej podstawą rozwoju każdego kraju, jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia.
No dobrze, już koniec kazania:) Wracamy do lżejszego tematu jakim jest dalsza droga. Wioskę Tiebele namierzamy dość łatwo, przy okazji niestety znów brudząc Montka jego 'ulubionym' pomarańczowym kurzem, bo lateryt jest tutaj wszechobecny. W Tiebele mieszkają plemiona Lobi, budujące domostwa – fortece. Wszystko zbudowane jest z gliny, w ramach takiego domostwa może żyć wiele spokrewnionych ze sobą rodzin. My zwiedziliśmy gospodarstwo, gdzie mieszka 147 osób z jednej rodziny! W ramach domostwa jest kilkanaście domków, spichlerze, pomieszczenia dla zwierząt. Domki podzielone są na 3 kształty i przyporządkowane następująco: najstarsi (dziadkowie) mieszkają w okrągłych chatkach z płaskim dachem, małżeństwa z większymi dziećmi mieszkają w prostokątnych domkach, a osoby niezamężne – w okrągłych, ale ze spiczastym dachem pokrytym strzechą. Jeżeli małżeństwo ma malutkie dziecko, idzie ono na wychowanie do dziadków i z nimi mieszka. Domy malowane są co 2 lata przez kobiety, które używają naturalnych barwników pochodzenia roślinnego i mineralnego. Malunki symbolizują najważniejsze w życiu tego ludu rzeczy, czyli rolnictwo, rodzinę, święte zwierzęta (krokodyle), księżyc, bębny itp. Na pewno wizyta w tej wiosce jest warta polecenia.
Z Tiebele jest już niedaleko do granicy. Chcemy jeszcze przez zapadnięciem zmroku wjechać do Ghany, bo powiedzenie 'egipskie ciemności' ma tutaj swoje pełne uzasadnienie. Na trasie nie ma szansy na żadne oświetlenie, a mijane po drodze małe miasteczka z reguły też nie mają prądu. I tak było we wszystkich krajach po drodze. Każdej nocy oglądamy niebo z bardzo dobrze widocznymi gwiazdami, bo dokoła nie ma żadnego większego oświetlenia. W pokoju, po zgaszeniu światła jest tak ciemno, że nawet machając sobie ręką przed nosem nie widać jej, tylko czuć ruch powietrza. Dlatego nie dziwcie się naszemu upartemu dążeniu wszędzie przed zapadnięciem zmroku, bo jak się zrobi już ciemno, to na dobre, i znalezienie czegokolwiek poza największymi miastami jest bardzo trudne. W każdym razie formalności graniczne udaje nam się załatwić jeszcze za dnia. Po stronie ghańskiej Filip w końcu może zacząć coś mówić do ludzi, bo tu już króluje angielski. Ale i tak ciągle mówi wszystkim 'merci':) Ghańscy pogranicznicy są uprzejmi i nawet samochodowe formalności (mimo wymaganego przez nich dokumentu carnet de passage, którego nie mamy, bo płaci się za samochód dużą kaucję w Polsce, żeby zagwarantować, że się go nie sprzeda, co jest właśnie naszym celem), przebiegają gładko. W pierwszym miasteczku za granicą, Navrongo, postanawiamy spędzić noc. Znajdujemy niezły hotel i ruszamy 'na miasto'. Oczywiście wiadomo w jakim celu – degustacji lokalnego piwa, bo zjedliśmy jeszcze w Burkinie i głodni nie jesteśmy. Po drodze wchodzimy do apteki, bo nasze leki przeciwmalaryczne jakimś cudem wywędrowały z naszej apteczki (a raczej do niej nie dotarły, pewnie gdzieś na półce w domu leżą, mimo że byliśmy pewni, że je spakowaliśmy). W Burkinie jedno opakowanie kosztowało około 30zł, więc nie kupiliśmy, a tutaj płacimy niecałe 1,5zł!! Nie wiem jak ludzie w Burkinie mogą sobie pozwolić na tak drogie lekarstwa na jedną z najbardziej powszechnych chorób w tym regionie. Widać rząd Ghany prowadzi bardzo rozsądną politykę i lekarstwa na malarię mają taką cenę, że stać na nie większość ludzi. W każdym razie profilaktycznie lepiej mieć te leki pod ręką.
Zanim przejdziemy do oczekiwanej przez wierną rzeszę piwoszy recenzji piwa, najpierw opiszę parę faktów dotyczących Ghany. W XV wieku do Ghany przybyli Holendrzy, w poszukiwaniu zysków z handlu złotem, w które obfitują te tereny oraz kością słoniową. Ale już w następnym wieku, poprzez odkrycie i kolonizację Ameryki znaleźli inną przysłowiową 'żyłę złota', mianowicie handel niewolnikami. Wielu Holendrów, Brytyjczyków i Duńczyków zbiło w tamtym czasie bajeczne fortuny na handlu żywym towarem. Finalnie, Ghana została kolonią brytyjską. Niepodległość uzyskała w 1957, jako pierwszy z krajów w tym rejonie. Przez prawie 20 lat rządził (pośrednio i bezpośrednio) w Ghanie Jerry Rowlings, pół-Szkot z pochodzenia, który wyprowadził kraj 'na prostą', w porównaniu z ościennymi państwami. Do dziś Ghana pozostaje jednym z najbardziej stabilnych politycznie krajów w Afryce, co udowodniły ostatnie wybory prezydenckie, które odbyły się na sam koniec grudnia 2008. Przykład Ghany daje ich sąsiadom nadzieję, że i u nich takie zmiany są możliwe. Powierzchnia kraju wynosi prawie 240 000km2, a zamieszkuje go 21 mln ludzi. 70% to chrześcijanie, 15% muzułmanie, a 15% animiści. PKB wynosi USD 690. Jak na razie wydaje nam się, że to kraj z najlepszą infrastrukturą i najbardziej rozwinięty z tych, które mijaliśmy na naszej trasie po Maroku.
Jak już wspomnieliśmy wjechaliśmy do Ghany już po zmroku. W hotelu zaraz zapytałem o mojego ukochanego Guldera (piwo to namiętnie spijałem podczas moich dwóch pobytów w Nigerii). Niestety okazało się, że w hotelu mają sporo piw, ale akurat Guldera nie! Tak więc nie tracąc czasu ruszyliśmy na poszukiwanie buszbaru, w którym można by spędzić wieczór. Po kilkuset metrach znaleźliśmy! Długo oglądałem butelkę podczas gdy piana spokojnie opadała w szklance. W składzie zastanowił mnie cukier. Rzeczywiście piwo ma delikatnie słodkawy smak, na szczęście po chwili przebija się na pierwszy plan zdecydowana goryczka. Po wychyleniu drugiej butelki mogę stwierdzić, że to jedno z najlepszych piw (butelkowa togijska FLAGa też była niezła- nie mylić z marokańską) jakie piłem od wyjazdu. Liczę na to, że Gulder warzony w Nigerii będzie jeszcze lepszy. Kolejne podejście do piwa w Ghanie to Club w zielonej butelce (Ci co mnie znają, to wiedzą że nie przepadam za piwami w żabach, czyli zielonych butelkach). Dodatkowo Club był dość wodnisty, więc chyba moja przygoda z nim się już zakończyła (no wiadomo, że na bezrybiu i Cluba wypiję). Kolejne piwo to Stone. Reklamowane jako mocne, a ma 5,7% - ja się więc pytam gdzie ta moc panowie???? U nas to są prawdziwe mózgowały po 10% made in whatever.....W każdym razie „kamień” miał brązową butelkę, ale to by było na tyle dobrego o tym piwie. Walorem mocnych piw w Polsce jest to, że są ......mocne. Każdy na studiach był fanem Warki Strong, tudzież Okocim mocne:) Z wiekiem jednak kasa trochę zasobniejsza i podniebienie się zrobiło wybredniejsze. Byle chłamu nie przyjmie, to znaczy zawsze przyjmie, ale po co ryzykować, że odrzuci.....
W każdym razie Stone był słodki jak strong u nas, ale nie był strong. Cena też była całkiem normalna, więc walorów się nie dopatruję. Sytuacja podobna jak z Clubem, jak mnie na bezrybie rzuci to dam radę, ale mam nadzieję że nie będzie tak dramatycznie....

środa, 21 stycznia 2009

20 styczeń – Ouaga dzień drugi

Dziś od rana do 14 biegaliśmy za wizami. Mamy już w ręku wizę entante ważną do Beninu i Togo, złożony wniosek z paszportem w ambasadzie Ghany oraz informację, że tutaj wizy do Nigerii nie dostaniemy, bo ta akurat ambasada ma takie zasady, że wg nich wizę dostaje się w ostatnim kraju przed wjazdem do Nigerii, więc w naszym przypadku w Togo. Ale w Ghanie i tak spróbujemy. Poza tym dzień raczej niewypełniony przygodami, oprócz spotkania z trójką chłopaków z Defendera oraz zakupem świeczników z brązu, po dwóch dniach targów. Jutro w południe, po odbiorze wizy ghańskiej ruszamy na południe kraju w stronę granicy. Jeszcze w Burkinie chcemy zobaczyć wioskę Tiebele z malowanymi domami, a następnie znaleźć jakąś szkołę w którejś z wiosek, gdzie możemy dzieciom podarować różne drobiazgi, jakie ze sobą wieziemy. Mamy taki właśnie pomysł, żeby zamiast bezmyślnie rozdawać dzieciom wrzeszczącym 'cadeau' podarki, przekażemy je na ręce dyrektora szkoły, który będzie je mógł wykorzystać jako nagrody w różnych konkursach, za dobrą naukę czy sprawowanie. W ten sposób im pomożemy, a nie nauczymy złych nawyków. Chcemy wziąć adres tej szkoły i może w Polsce uda nam się zorganizować jakąś zbiórkę przyborów szkolnych i wysłać im. Wieczorem przekroczymy granicę z Ghaną. Nasz plan na ten kraj zaczyna się od ponownej próby ujrzenia hipopotamów i wyprawy do Parku Narodowego Mole, do cywilizacji dotrzemy dopiero za parę dobrych dni, najprawdopodobniej z Kumasi będzie dopiero możliwość wysłania postu, więc czekajcie cierpliwie na nasze przygody z hipopotamami (mam nadzieję!) i słoniami.

poniedziałek, 19 stycznia 2009

19 styczeń – wizy





Rano Astrid przed wyjściem do pracy przygotowuje nam super śniadanie, więc najedzeni możemy ruszyć na poszukiwanie ambasad i biura wizowego. Okazuje się, że pierwszy adres, który mamy do przedłużenia wizy burkińskiej jest zły, a do service de passeports musimy iść w całkiem inną stronę. No to w tył zwrot i idziemy gdzie nas kierują. Rzeczywiście biuro znajduje się tam, gdzie nam wskazano. Napisali, że na przedłużenie wizy czeka się 48h, a na wizę entente – 72h. Tyle czasu nie mamy! A gdzie wiza ghańska i nigeryjska! Na szczęście urzędnik jest miły i udaje się go przekonać, żeby na jutro rano (on twierdzi, że raczej koło 12, ale przyjdziemy wcześniej i będziemy presję wywierać wzrokowo) obydwie sprawy były załatwione. No, to teraz na drugi koniec miasta, do ambasady Ghany. Dowiadujemy się tam, że następnego dnia po złożeniu wniosku wiza jest do odebrania. Czyli do środy rano na pewno tutaj musimy być. Sprawdzamy jeszcze niedaleką ambasadę nigeryjską, ale dopiero od jutra sprawy konsularne są załatwiane po przerwie noworocznej. Może uda się przekonać ich, żeby się pospieszyli. Nie chcemy po pierwsze tracić zbyt wiele czasu tutaj, bo miasto mało ciekawe, a po drugie, nie chcemy Astrid siedzieć na głowie za długo. Dziś zrobiliśmy tutaj jakieś 10-12 km w różnych kierunkach i właściwie to nam wystarczy. Na szczęście znamy już lokalizację szybkiego internetu oraz paru lokalnych barów:) Więc jutro, po odebraniu paszportu, zaniesieniu do ambasady ghańskiej oraz sprawdzeniu nigeryjskiej pewnie spędzimy resztę dnia w tych dwóch miejscach. No, chyba że spotkamy się z chłopakami z Defendera, którzy nie mając wizy do Nigru, chcieli przekroczyć granicę z Mali, ale zawrócono ich i muszą wyrobić wizę do Nigru albo w Bamako albo tutaj. Zdecydowali nie wracać do Bamako, tylko przyjechać do Ouagadougou. Więc może się z nimi jutro spotkamy.
Powyżej kilka fotek przedsięwzięć kulturalno-artystycznych w Ouaga. Plac wyglądający jak poststalinowski, rzeźbiarze tworzący na drzewach płaskorzeźby o przyjaźni, miłości i braterstwie, realistyczne rzeźby dla palaczy. Po zobaczeniu tego na żywo – każdy palacz od ręki rzuca palenie. Efekt piorunujący i murowany!:)

18 styczeń – 13 000 km na liczniku


Dzisiejszy dzień jest dość monotonny, oprócz tego, że stuknęło nam 13 000 km na liczniku naszej podróży. Trasa z Banfory do Ouagadougu przebiega cała po asfaltowej, dobrej drodze, więc jedzie się szybko i sprawnie. W stolicy mamy za zadanie odnaleźć stadion miejski, przy którym mieszka znajoma naszego przyjaciela Grzesia, która zaoferowała nam za jego pośrednictwem nocleg. Jest Niemką pracującą od paru lat w Burkinie, w instytucji niemieckiej pomagającej lokalnym społecznościom. Znajdujemy jej dom bez problemu. Astrid jest przemiłą osobą, z którą spędzamy super wieczór, trochę w domu, trochę w lokalnej restauracji na słynnym tutaj kurczaku z grilla. Rano musimy przedłużyć wizę burkińską, załatwić wizę entente touristique do pięciu krajów (nas interesuje Benin i Togo) oraz dowiedzieć się procedur w ambasadzie Ghany i Nigerii...

17 styczeń – Dzień Steka




Od rana dużo krzątania, bo Montka trzeba dać porządnie umyć z grubej warstwy kurzu na zewnątrz i w środku. Wynosimy wszystkie rzeczy z samochodu, przy okazji je myjąc, a jeden z pracowników naszego hoteliku zajmie się myciem. Z rana, zanim wstaliśmy, umył już Montka na zewnątrz. Wreszcie koło 11 ruszamy na spacer do jeziora Tengrela. Pytając o drogę ludzie śmieją się z nas, że chcemy te 8km pokonać pieszo, widać spacerujący turysta to tutaj duża egzotyka. I rzeczywiście, po drodze widzimy turystów wożonych na motorkach czy w samochodach, pieszo nie mijamy nikogo. Do jeziora docieramy bez problemów, wnosimy opłatę za wstęp połączoną z przejażdżką łódką. Flisak od razu mówi, że teraz hipopotamów mało, główne stado poszło w głąb lądu, a dziś rano widział tylko dwa, ale one najprawdopodobniej już dołączyły do reszty. Okazuje się, że jego słowa są niestety prawdziwe – ani widu ani słychu po hipopotamach. Czekamy chwilę, wypatrujemy, ale nic się nie pojawiło. Jednak sama przejażdżka i moczenie stóp w zimnym jeziorze jest już dużą przyjemnością. Droga powrotna już się trochę daje we znaki, ale umilamy ją zatrzymaniem w przydrożnym barze na piwie (kto je pije, wiadomo:) oraz mięsku z rusztu. To mięsko jest naszym przysmakiem. Już w Mali pojawiły się takie specyficzne 'sztandy' ze zbudowanym z gliny rusztem, na którym kuchcik piecze nogi baranie. Odkąd spróbowaliśmy tego specjału w Timbuktu, wszędzie się nim zajadamy. Można wybrać, z której części nogi chce się mięso, czasem mają też inne części barana, jak wątróbka, czy takie zwijane kiełbasy, w których najpewniej są najmniej jadalne kawałki, bo raz taką mini kiełbaskę spróbowaliśmy i nie było w niej wiele do jedzenia. Po powrocie do hotelu właściciel dwukrotnie się pyta czy aż do jeziora doszliśmy pieszo. Oni naprawdę myślą, że biały turysta to jakiś super słaby okaz, który 20m nie potrafi o własnych siłach przejść. Miejmy nadzieję, że zmienią trochę zdanie. Montek czyściutki w środku, na zewnątrz już się zdążył trochę od rana skurzyć, ale nam zależy najbardziej na wnętrzu, bo te tumany kurzu musimy wdychać. Układamy część rzeczy z powrotem i idziemy poszukać jakiegoś dobrego jedzenia i internetu. Z tym drugim sprawa się szybko rozwiązuje, bo jedyny w tym miasteczku jest zamknięty na cztery spusty i nie działa. Pozostaje więc jedynie kolacja. Mamy wielką ochotę na wczorajszego steka, dlatego postanawiamy najpierw zjeść coś w innej restauracji, aby dać zarobić mniej popularnym knajpom, a potem pójdziemy do McDonalda. Tak też robimy. Znajdujemy całkiem miłą restauracyjkę. Ceny też znośne, postanawiamy zostać. Wołamy kelnerkę w celu złożenia zamówienia. Przychodzi z asystentem i zapisuje nasze napoje i jedzenie. Odchodzą 3m, stają i się zamyślają. Dodam, że knajpa pusta. Stoją tak, stoją, po chwili zamieniają 2 zdania i siadają do stołu. Nasze zamówienie nie zostało jeszcze przekazane do kuchni. Po chwili przychodzi jeszcze jeden chłopak, coś mu mówią i wychodzi. Kelnerka z asystentem nadal siedzą. Czekamy aż wrócą do nas i powiedzą, że jednak nie przygotują naszego zamówienia. No i po chwili asystent kelnerki przychodzi i pod nosem coś mówi. Proszę po powtórzenie: dalej mruczy do siebie. Za trzecim razem w końcu udaje mu się wyartykułować, że zapomnieli co chcemy pić... Pewnie cały ten czas debatowali co mieli nam podać. No to ponownie zamawiamy napoje. W miarę szybko się z nimi uporał. Jesteśmy przygotowani na min. 2 godziny oczekiwania na nasze dania. Cóż, czasu mamy jeszcze tego wieczora trochę, więc to nie problem. Ale po jakiejś półgodzinie podają steka, sałatkę z awokado i naleśniki. Jesteśmy w szoku, że tak szybko! Stek dobry, ale z wczorajszym nie ma porównania, poza tym bardzo mocno przyprawiony estragonem. No, ale za 6zł się nie wybrzydza:) Tak jak postanowione wcześniej, idziemy do McDonalnda, bo tamtejsze steki nie mają sobie równych, a ich sałatka z awokado jest przepyszna. Kelner tak jak wczoraj, sprawnie przynosi zamówione dania. Jednak dziś steki nie są już tak rewelacyjne jak wczoraj, choć nadal pyszne. A sałatki z awokado z majonezem, pomidorami i cebulą nic nie przebije. Musimy zapamiętać składniki, żeby przygotować coś takiego u nas. Także na najbliższej imprezie można zaserwować:) Najedzeni do syta, wręcz przejedzeni (4 steki!) wracamy do hotelu. Jutro czeka nas trasa do Ouagadougou.

16 styczeń – Kraina mangowców




No rjebjata, to dzisiaj zaczniemy inaczej. Właśnie sobie siedzimy i Rysiu Riedel nawija: Czy przyjmiesz mnie mój Boże kiedy odejść przyjdzie czas, czy podasz mi swą rękę, a może będziesz się bał......
Ale zacznijmy od początku. Poranek w Burkinie był świetny. Wreszcie jest ciepło od rana i nawet zimny prysznic nie jest już taki zimny....Omlety w naszym hoteliku były wyśmienite, do tego chrupiąca bagietka, nic dodać nic ująć....
Komu w drogę temu czas. Przed wyjazdem udajemy się jeszcze na lokalny targ, kupujemy trochę lokalnej muzyki (głównie malijskiej), koszulkę piłkarską Burkiny Faso i drobne zakupy spożywcze (między innymi 1litr Pastis, francuski napitek anyżkowy 45%, który ma nam umilić wieczór – cena jak na bezcłówce - po przeliczeniu 2,5E). Ruszamy więc szturmując jeszcze internet (macie wieści na bieżąco). Droga świetna. Płacimy 200CFA na bramce. Burkina jest bardzo zielona w porównaniu z poprzednimi krajami. Dzieci znacznie mniej nachalne. Jest dobrze.....
Bez żadnych problemów docieramy do Banfory. 15Km stąd mają być wodospady. Tam też się udajemy rezygnując z usług kilku przewodników po drodze. Dojeżdżamy do celu widząc po drodze sztandy pełne mango. Ala marzyła już od jakiegoś czasu o tych owocach, niestety wyglądało, że nie wstrzelimy się w sezon. U nas mango dostępne jest tylko czasami w hipermarketach. Jednak są to odmiany południowoamerykańskie, zielono-czerwone i prawdę mówiąc niewiele mające wspólnego z tym naszym upragnionym mango afrykańskim. No może gdyby dojrzały. To tak jak banany w Europie.......
Parking znajduje się kilkaset metrów od wodospadów. Droga jest niezwykle malownicza, olbrzymie drzewa mangowe, uginające się od owoców, bananowce, papajowce. Jak tu zielono, wreszcie nie ma pustyni...
Wodospad zdecydowanie nie powala (nasz Szklarki znacznie okazalszy). Jest to jednak pora sucha, a podobno w mokrej widok jest znacznie bardziej imponujący. Jest ciepło. Już dawno tak się nie zgrzałem. Koszulka, czarna na dodatek, zaczyna wilgotnieć, w zasadzie nie tylko koszulka. O tego nam było trzeba. Wreszcie ciepełko. Wracamy do auta ukrytego w cieniu olbrzymich mangowców. Temperatura prawie 39 stopni. Jak pięknie...a niektórzy teraz marzną w jakichś mroźnych krajach.....
Wracamy zatrzymując się aby kupić tomaty i mango. Ala daje 500CFA (650=1E) licząc na kilka sztuk mango, a lokalna kobieta ładuje, ładuje i nie chce przestać. Torba jest tak okazała, że nie pozwala nieść jej Ali do auta i sama ją zanosi. Dobre 5kg. 16 sztuk dorodnych mango. Oj będzie wyżerka.....
W Banforze znajdujemy hotel. Nie ma go w przewodniku Lonely Planet, ale jakoś udało się tabliczkę zauważyć kątem oka. Wygląda bardzo fajnie. Pewnie nie nasz budżet. Pytamy i niespodzianka. Pokoje nieklimatyzowane jedyne 7900CFA. Chłopina nieskory do negocjacji, ale nam się podoba, więc bierzemy. Zdecydowanie value for money. W takich warunkach nie spaliśmy jeszcze. Kolejny plus dla Burkiny. Niestety kuchnia tutaj nie działa, a nawet napoje muszą kupować w okolicznych sklepikach. Nie najlepsza wróżba dla naszego anyżkowego elikskiru na wieczór. Sącząc piwo (Ala robi pranie, no jakiś podział obowiązków musi być – ja cały czas szoferuje:) podchodzi przewodnik z hotelu i po francusku tłumaczy, że jest niby jakiś koncert w którymś z buszbarów w Banforze. Wyobrażacie sobie naszą gadkę. Ja 10 słów po francusku, on tyle samo po angielsku, a piwa z nim nie chciałem dzielić, więc bariera była nawet większa. Na szczęście komórka znów się przydała i godziny wytłumaczył mi wystukując je w komórkę:) Dla chcącego nic trudnego.....Powiedział, że lokalne knajpy są drogie, a w tamtym buszbarze to tanizna.
Myśmy jednak chcieli iść bardzo do Mc Donalda. Tak moi drodzy. W takiej dziurze jest Mc Donald.....Na szczęście nie ten amerykański mac szit. To była lokalna knajpa o takiej nazwie. Dużo pamiątek na ścianach, widać jakieś „białko” podsunęło lokalnym pomysł. Trafiliśmy bez problemu, bo szeryf miał koszulkę: „Warkę sprzedajemy na metry”. No panie, ale nam się trafiło. Bardzo się cieszył jak się okazało, że umiemy rozszyfrować hieroglify na jego T-shircie. Oczywiście kelner źle zrozumiał zamówienie (w sumie dzięki mu za to) i przyniósł dla mnie ragou – czyli ziemniaki z sosem, warzywami i wołowiną, a do tego stek z polędwicy (dla karlusów co steki uwielbiają Szola i Mateusz – miód w gębie, wielki stek 6zł) z bagietką. Dałem radę, a co. Trochę mi Ala pomogła, bo stek był mega pyszny i rozpływał się w ustach. Nie był niestety krwisty, ale jeszcze jasno czerwony w środku. Ci co lubią steki muszą tutaj zawitać! Ja to bym mógł na śniadanie jeść!!!! Takiego świeżego mięsa się u nas nie dostanie. Coś wspaniałego. Do tego sałatka z awokado, warzywami i majonezem + spaghetti carbonara po afrykańsku dla Ali. Całkiem dobre wbrew pozorom, ale wspólną cechą z oryginalną pastą były nudle:)
Niestety później nastąpił nalot białek i musieliśmy się ewakuować. Amerykański akcent oraz zamówione olbrzymie hamburgery z frytkami były sygnałem do odwrotu. Szczególnie, że kolejna wielka grupa białek wtoczyła się do lokalu.....tak więc komu w drogę......
Wróciliśmy do hoteliku i znów przyatakował gość od koncertu. W sumie nie za bardzo nam się chce iść, szczególnie, że jutro mamy pieszo koło 15km trasy do przejścia żeby hipopotamy pooglądać. Pewnie w sobotę też będą grali, więc się wybierzemy. Stosunkiem głosów siedem do ośmiu przegłosowaliśmy, że zostajemy w pokoju, dopijamy anyżówkę (zaczęliśmy już w Mc Donaldzie) i jutro ze świeżą energią szturmujemy hipopotamosy. Hej, tak a propos, wiecie że hipopotamy to najwięksi zabójcy Afryki!!!!! Hiposy to są takie dziurkacze. Jak krokodyl ma jakiś problem to hipcio go przedziurkuje swoimi kłami i sprawa jest zakończona. Takie niby leniwe spaślaki.....