czwartek, 15 stycznia 2009

14 styczeń – Dzień drugi trekingu





Wstajemy trochę później. Przewodnik już nam zagląda do namiotu. Jakoś nie mamy klimatu do wielkiej toalety i tu kolejny ukłon w kierunku nawilżanych chusteczek z domu. Wyruszamy o 8:30. Trasa początkowo wiedzie wiejską drogą. Następnie wspinamy się na klif, przechodzimy przez wioskę, w której przewodnik każe nam uważać. Jest tu dużo świętych miejsc i dotknięcie lub naruszenie każdego z nich kosztuje zapłatę w postaci owcy lub kozy (cholera wie ile takie zwierzaki tutaj kosztują). Ostrożnie idziemy za naszym przewodnikiem. Piwa dzisiaj nie pijemy, więc moja dyskusja z nim jest zupełnie zerowa. Docieramy do naszej oberży w Sandze. Rozliczamy się z przewodnikiem dając mu dodatkowo jakieś gadżety w postaci misiów i starych kaset Lady Pank (to była myśl żeby ich nie wyrzucać, da się je tu nieźle przehandlować) oraz moich rozerwanych spodni. Nawet moja stara nokia, posklejana taśmą (ale kolorowa) całkiem się tutaj spodobała. Niestety jest to mój jedyny telefon, więc nie jestem bardzo skłonny do zamian. Przynajmniej na razie....
Przepakowujemy torby i ruszamy dalej. Droga będzie laterytowa, więc nie ma sensu się teraz myć, bo znów się uświnimy. Dzisiaj planujemy przejechać całe 40km i zatrzymać się w Bandiagarze. Droga wydaje się lepsza niż przedwczoraj, a na pewno nikt jej nie naprawiał. W Bandiagarze znajdujemy nocleg za jakieś 15E. Całkiem sympatyczny. Teraz siedzę w miłej lokalnej knajpce, pijemy piwo i herbatę (zgadnijcie kto pije co:). Zaserwowali nam fantastyczne jedzenie. Chyba jedno z lepszych w ostatnim czasie, a co tam jedno z lepszych - najlepsze w Mali prawdopodobnie. Ja dostałem wołowinkę z grzybami oraz zapiekane ziemniaczki, a Ala frytki z brochette, czyli naszym szaszłykiem, z baraniny tym razem. Jutro ruszamy do Burkiny. Wizę niby powinniśmy dostać na granicy, ale wiadomo jak tutaj jest.....Inshallah!
Acha jeszcze mała dygresja, tak żeby Was powkurzać... Wiecie jak jest pięknie jak człowiek ma problemy z odtworzeniem daty i dnia tygodnia. W zasadzie każdy dzień jest piątkiem i sobotą! Taki kompletny luz i nawet te znienawidzone poniedziałki są bardzo przyjemne! Ale jak ja to mawiam, każdy jest kowalem swojego losu (wulgarne komentarze i pogróżki proszę śląc na priva)! Teraz daliśmy chłopakom w barze kasetę Lady Pank i właśnie słuchamy w Czarnej Afryce w buszbarze Lady Panków! A Panki jadą z tym koksem: „W kieliszku już się pieni dla Rock'n'Rolla hołd”! Tak więc Wasze zdrowie!
Czesc zdjec dodamy juz nastepnym razem, bo internet tutaj bardzo powolny.

13 styczeń – Treking w Krainie Dogonów










Przewodnik jest punktualnie. Dzisiaj mamy do przejścia znacznie dłuższy odcinek niż dnia następnego. Rano jest dość chłodno. Przewodnik narzuca konkretne tempo, ale dajemy radę. Na pytanie o przerwę odpowiadamy przecząco. Za którymś razem nie pyta, tylko sam zarządza przerwę. Widać się chłopaczysko zmęczyło. Docieramy do pierwszej wioski. W sumie szybciej niż przypuszczaliśmy. Idziemy dalej. W kolejnej wiosce postój i uzupełnienie płynów. Ja dzielę się piwem z przewodnikiem. Gdybyśmy wzięli 3-dniowy treking na tej samej trasie, właśnie tutaj mielibyśmy nocleg. Jest 10 rano!!! Oni chyba myślą, że biali to inwalidzi, dla których kilka godzin marszu to dawka śmiertelna. Ano tak, zapomniałem, oni mają głównie turystów z Francji. Na takich rzeźników ze Śląska nikt tu nie jest przygotowany! Niby muzułmanin, ale piwko żłopie. Wspinamy się coraz wyżej, wioski podobne do siebie, ale za to te widoki!!!! Wielki Rów Afrykański to małe piwo, przy tym! Jest tak pięknie, że nawet zmęczenia nie czujemy. Wspinamy się po kamieniach i dogońskich drabinkach. Rozpadliny skalne i przepaście wyglądają niesamowicie. Są też pozostałości domków Tellemów (podobno byli bardzo niskiego wzrostu i czerwonoskórzy, jak podają legendy), którzy, żyli tutaj przed Dogonami, kiedy to około XIV wieku Dogoni przegnali ich stąd, zagarniając te tereny na pola uprawne. Do swoich niedostępnych domów skalnych wspinali się po lianach. Dogonowie to jeden z najbardziej oddanych tradycjom ludów w Mali. Ich wierzenia to animizm, mają swojego boga Ammę, od którego wszystko się wywodzi, są znakomitymi astronomami (od zawsze twierdzili, że Syriusz składa się z 3 gwiazd, co współczesnym astronomom udało się dopiero potwierdzić dzięki super silnym teleskopom w 1995 roku), na każdym kroku wystawiają fetysze mające ich chronić przed złymi mocami, po radę udają się do wioskowego hogona, który jest odpowiedzialny za organizowanie wszelkich ceremonii, 'poświęcanie' fetyszy itp. Część Dogonów przyjęła wiarę muzułmańską albo chrześcijańską, ale i tak dalej wyznają wierzenia swojego ludu. Raz na 60 lat odbywa się największe święto Dogonów – Sigui, kiedy to Syriusz jest w specjalnym położeniu. Dogoni wyrabiają na tę okazję ogromne maski (do 10 albo więcej metrów), odbywają się ceremonialne tańce i wielkie obchody. Także wakacje roku 2027 mamy już zaplanowane:) Turystyka miała wielki wpływ na ten obszar i jego mieszkańców, ale bardziej pozytywny niż negatywny, bo biedni Dogoni masowo przenosili się swego czasu do większych wiosek i miast w poszukiwaniu pracy, a od momentu odkrycia ich regionu przez turystykę (wg naszego niewiele wiedzącego przewodnika – początek lat 80-tych), zaczęli napływać z powrotem, wiedząc, że za turystyką zawsze idą pieniądze.
Coś niesamowitego. Jedne z piękniejszych widoków w naszym życiu, a coś tam jednak już człowiek widział i nie był to tylko Wirek Ratusz w Rudzie Śląskiej:) Mijamy kolejne wioski, a widoki zapierają dech w piersiach. Tereny wyglądają wspaniale do wspinaczki górskiej (tutaj myślimy o koledze Cyrusie). Znów się zatrzymujemy w oberży. Są też Francuzi. Przewodnik mówi nam, że dostaniemy materac i możemy się położyć i wypocząć. Jako, że przewodnik mówi tylko po francusku moja konwersacja z nim ogranicza się do dzielenia piwa (ci, którzy mnie znają wiedzą, że ja to małomówny chłopak jestem). Ala mówi, żeby on się położył skoro jest zmęczony. My nie potrzebujemy tego. Francuzi zjedli i idą na sjestę na dachu. Rzeczywiście chyba słabe organizmy. Nie dość, że do stóp góry dojechali autem to już są zmęczeni. Dobra dam im spokój, bo ktoś sobie jeszcze może pomyśli, że się na nich uparłem i ich nie lubię, a to nieprawda. Po prawie godzinnej przerwie ruszamy dalej. Zostało jakieś 2h marszu. Najpierw zejście ze skał, a później droga przez równinę. Nuda panie jak na polskim filmie! Nic się nie dzieje. W wiosce gdzie mamy spać odbywa się targ. Obskakują nas dzieciaki. Kupujemy tomaty i idziemy do naszej oberży. Zaczyna się szarówka. Zamawiamy jedzenie, rezerwujemy namiot. Pokoje są wszystkie zajęte, więc będziemy spali na dachu pod namiotem. Mam nadzieję, że będzie cieplej niż na pustyni. Popijamy herbatę i piwo czekając na jedzenie. Mija godzina, później druga. Zaczynamy się irytować, głównie Ala, bo ja to jednak rozumiem african time (poza tym chyba nie jestem aż tak głodny:) Po interwencji i dwuipółgodzinnym oczekiwaniu dostajemy jedzenie. Jest to yam, tak bardzo przez mnie oczekiwany. Jeszcze nie ugniatany jak w Nigerii, ale zawsze coś. Spotkany malijski przewodnik, który studiował w Nigerii powiedział, że w Ghanie już te wszystkie nigeryjskie przysmaki dostanę. Inshallah!
Jutro mamy jakieś 2,5h marszu. Luzik. To jak wypicie małego piwa naraz:)

12 styczeń – Wyżyna i Klif Bandiagary


Jak było planowane wstajemy rano i ruszamy na miasto. W planie jest zjedzenie omleta na ulicy (świetny - testowany dzień wcześniej), wymiana waluty oraz po raz kolejny przyspawanie rury. Musimy tez zatankować, bo wskaźnik spada poniżej Ľ. Nasz spawacz od razu nas rozpoznał i przystąpił do pracy. Stwierdził, że miejsce w którym jest rura jest zardzewiałe, ale da radę to jakoś inaczej naprawić. W międzyczasie śniadanko z masą lokalnych oraz setkami much. Dziwnym trafem jakoś żaden biały się na takie coś nie decyduje, choć jest ich tam sporo. Dopełnieniem śniadanka jest baranina z grilla. Zadowoleni i najedzeni idziemy odebrać auto, a tu kolejna niespodzianka. W kole tkwi wielki gwoźdź i nasz spawacz zaraz chce go wyciągać. Powstrzymałem go natychmiast z obawą, że gwóźdź jest na tyle długi, że przebił oponę. Jedziemy do poleconego przez niego „wulkanizatora” i oczywiście okazuje się, że gwóźdź wlazł 5cm w oponę. No pięknie. Wulkanizator rusza do roboty prosząc mnie o lewarek i klucz do opon. Nie no panie, pełny profesjonalizm! Mamy już rączkę do lewarka wykonaną wcześniej przez naszego spawacza, więc idzie to dość sprawnie. Co mnie zdziwiło, to że musiałem sam nią kręcić, w sumie to zniżka powinna być. W Nigerii takie praktyki są nie do pomyślenia. No ale to są pozostałości francuskiego kolonializmu....jedyne co dobre pozostało po nich to chyba bagietki.... A wracając do naszego spawacza – po wykonaniu roboty nie chciał pieniędzy, potraktował to jako reklamację. Ale oczywiście zapłaciliśmy, bo przecież to nie jego wina, że auto zardzewiałe.
W każdym razie po 30 min. opona jest naprawiona. Wszystko ręczna robota, aż miło popatrzeć, niestety aparat był głęboko zakopany i nie ma zdjęć, a szkoda. O wyważeniu opony nie ma mowy i ciężarki są mocowane dokładnie w tych samych miejscach co poprzednio. Na szczęście miejsca te wyróżniają się znacznie, gdyż są dużo mniej zakurzone. W międzyczasie Ala poszła do banku zmienić „jewro”. Nie dość, że bank okazał się być znacznie dalej niż sądziliśmy, to jeszcze nie zmieniali tam waluty. Pojechaliśmy na stację sprawdzić po ile paliwo i zapytać gdzie można wymienić szmal. Oczywiście taki serwis prowadził pan na stacji. Wymieniliśmy 100E po trochę słabszym kursie, zatankowaliśmy Montka i w trasę. 48km po asfalcie. Później 101km po laterycie i bruku! Tak bruku! Droga była wyłożona kamieniami zalanymi jakimś spoiwem. Niestety nie była to taka jakość jak za „wujka Adolfa”, więc prędkości raczej wielkiej nie rozwijaliśmy, za to te widoki! Na tych terenach pustynia zaczyna ustępować pola żyźniejszym terenom i robi się coraz bardziej zielono. Najchętniej, to by się człowiek tam zatrzymał, otwarł piwko, siedział i rozmyślał nad beznadzieją swojego zagonionego życia w sojuzie jewropejskim....ech mówię Wam Afrykę albo się kocha ponad wszystko albo się jej nienawidzi. U nas to jednak zdecydowanie miłość i chyba miłość odwzajemniona. Jak na razie Afryka jest dla nas bardzo gościnna. Przejechaliśmy nasze 101km i do Sanga zostało 40km. Z Sangi planowaliśmy zrobić 3 dniowy treking po krainie Dogonów. Ostatnie 40km, to jazda po kamieniach, dziurskach i innych rozpadlinach. Dzieciaki rozbestwione przez francuskich turystów (coś się nad biednymi żabojadami pastwię dzisiaj) skaczą, wydzierają się, w nadziei, że dostaną prezent. Przy każdym zatrzymaniu szczelnie otaczają auto krzycząc: „Madame, Monesiur – cadeau (prezent), foto, foto”. Oczywiście chcą aby zrobić sobie z nimi foto, a później zbierać za to opłatę. Dramat! Nierozważni turyści rozdający podarki i słodycze na prawo i lewo doprowadzili do bardzo niesympatycznej atmosfery! Ten odcinek zajmuje nam prawie 1,5h. Po drodze mijamy 3 samochody, przy których nasz Montek wygląda jak niemowlak. Auta są bardzo profesjonalnie przygotowane do bardzo trudnych wypraw, a pewnie żaden z nich nie zrobił tyle km po pustyni co my! Wyprzedzamy ich, gdyż ciągle spoglądają w swoje gps i inne elektroniczne cuda. My jak zwykle jedziemy na czuja, bo droga wydaje się oczywista. Dojeżdżamy do Sangi, pierwszy kampig dopiero się buduje, ale w drugim znajdujemy nocleg. Właściciel chce 10tys., ale widząc, że wsiadamy w auto aby szukać dalej „zjeżdża” z ceną do 7,5tys., co nas już zadowala. Na parkingu stoi żiguli, czyli sławetna łada. Dwóch turystów z Rosji przyjechało nią do Mali. Widzieliśmy ich już w Timbuktu. Ja jak zwykle z wielkim zainteresowaniem przyglądam się ich żiguli, bo już od dłuższego czasu choruję na takie auto. Niestety taka bryka z lat 70-tych jest w Polsce prawie niedostępna.
Ruszamy na miasto rozeznać sytuację. Negocjujemy ceny za przewodnika. Przeważnie turyści biorą tzw. pakiet „all inclusive”. Przewodnik+spanie+jedzenie. Nas interesuje sam przewodnik. Po długich targach w kilku miejscach znajdujemy przewodnika za 10tys. na dzień za dwie osoby. Biorąc pod uwagę jakie ceny śpiewali na początku, to całkiem niezłe. Mamy w planie treking dwudniowy, który według przewodnika książkowego powinien trwać 4 dni, a według lokalnych przewodników 3 dni. Niektórzy odmówili zrobić to w dwa dni, bo normalnie robią w 3, a krócej to im za trudno (chcemy chodzić, a nie biwakować)! Chłopcy chyba nie wiedzą co to znaczy Śląskie Charaktery! Targu dobijamy i przy okazji dajemy się zaciągnąć do sklepu z pamiątkami. W oczy rzuca mi się maska. Jest anglojęzyczny sprzedawca. Dobrze, z takim zawsze coś potarguję! Pytam o cenę i gość wali 100tys. (jakieś 150E). Ala mówi, że ta maska jest piękna i musi ją mieć. Wybucham śmiechem i zaczynam sypać do niego w pidżin english! Gościu pyta skąd jestem, a ja mu na to że z Nigerii. Show must go on! Mówię, że jestem Afrykańczykiem i ma nie patrzeć na mój kolor skóry. Zaczyna się poklepywanie po plecach, przepychanie, śmiechy i nagle on mówi, skoro jestem jego bratem, to da mi uczciwą cenę 25tys.CFA! No brzmi lepiej, ale nadal za dużo. Kontynuuję show, pełno lokalnych wokół patrzy i przyklaskuje, cieszy się. Chyba jeszcze nie widzieli, żeby biały mógł być taki równy gość. Mówię, że w Bamako są niższe ceny i oni w kraju Dogonów zupełnie zwariowali z cenami. Na pytanie ile zapłacę mówię, że 10tys.! Gość w szoku wychodzi, wraca za chwilę z właścicielem sztandu. Okazuje się, że właściciel był kiedyś w Nigerii w Sokoto, recytuję odwiedzone przeze mnie miejscowości, lecą kolejne zdania w pidżin english i właściciel mówi - dobra sprzedaję za 10tys. Ala stoi w szoku i pakuje maskę. Masa lokalnych chłopaków przybija mi „piątki”. W bardzo miłej atmosferze wracamy do naszego hoteliku, gdzie czeka na nas smakowita kolacja. Jutro o 7 ruszamy!

poniedziałek, 12 stycznia 2009

Cos ostatnio pomieszalismy w ustawieniach i podobno komentarzy nie mozna bylo dodawac. teraz juz jest chyba OK

niedziela, 11 stycznia 2009

11 styczeń – Z pustyni do Krainy Dogonów

Po 3 dniach spędzonych na pustyni, pełni piasku, po toalecie składającej się z mycia zębów i używania niemowlęcych chusteczek, jesteśmy bardzo zadowoleni z uczestnictwa w festiwalu. Nie pokładaliśmy w nim żadnych oczekiwań, nie wiedząc w ogóle czego się spodziewać, a okazał się niesamowitym wydarzeniem międzykulturowym. Nieważny piasek, nieważne cream-creamy (takie mini osty przyczepiające się do ubrań i ciała, których jest tutaj zatrzęsienie i co rusz trzeba sobie kolec z nogi wyciągać), nieważne zimno w nocy, a upał za dnia. Byliśmy uczestnikami najbardziej niezwykłego festiwalu muzycznego na świecie i teraz sami możemy potwierdzić, że właśnie taki jest.

Rano wstaliśmy o 7, po 4 godzinach snu, bo wczorajszy koncert zakończył się o 3. Chłopcy przehandlowali swój namiot na pamiątki od Tuarega z Nigru, który o 7 rano stawił się po odbiór zapłaty towarowej. Kiedy podnieśli namiot, żeby go złożyć, okazało się, że leżał na gnieździe skorpionów!! Kilka skorpionów rozbiegło się w różnych kierunkach, a przerażony Tuareg (w końcu człowiek pustyni) kazał nam uciekać, bo ugryzienie skorpiona może być śmiertelne i nomadzi żyjący na pustyni bardzo się go boją. Reszta pakowania przebiegła w nerwowym patrzeniu pod stopy, czy nie biegają gdzieś te jadowite bestie. Zaskoczył nas rozmiar skorpionów, które są malutkie – największe miały jakieś 8cm długości razem z ogonem, delikatnie zielonkawe, ale zlewające się z piaskiem i ciężko je było zauważyć. Charakterystyczny, podniesiony do góry ogon budził respekt, nawet przy niewielkich rozmiarach.

Trasa powrotna przebiegła sprawnie, chcieliśmy jak najszybciej dojechać do Timbuktu, przepakować auto i dotrzeć na prom, bo dziś każdy będzie chciał się stąd wydostać. Pożegnaliśmy się w oberży ze Szwajcarami, ale jest szansa na ponowne spotkanie wkrótce, bo też jadą do Burkiny i Ghany. Gdyby nie to, że mamy mnóstwo rzeczy w aucie, pewnie dalej jechalibyśmy razem, bo okazali się bardzo sympatyczni. Po dojechaniu na prom okazało się, że jest kolejka na ponad 30 samochodów, a na jeden prom wchodzi maksymalnie 12, kursują dwa tam i z powrotem. Czekaliśmy w sumie prawie 4 godziny. O mało co czekalibyśmy tylko 3 godziny, ale jakiś VIP przekonał strażników, żeby wpuścili go bez kolejki i tym sposobem zajął nasze miejsce na promie. Przez 5 dni, od kiedy jechaliśmy ostatnio tą trasą, znacznie się polepszyła – zasypali największe dziury i jedzie się już znacznie sprawniej. Będziemy spać w Douantzie, a jutro rano ruszamy do Krainy Dogonów. Marzymy o prysznicu i prawdziwym łóżku, tym bardziej, że w Krainie Dogonów nie będzie żadnych oberż, tylko spanie na dachu i znów chusteczki dla niemowląt w roli prysznica.

Kolejna relacja już z Burkiny Faso, około 16 stycznia.

8-10 styczeń Festival au Desert, Essakane








W tym roku odbywa się IX edycja Festiwalu na Pustyni. Jest to najbardziej odległy od cywilizacji i najmniej dostępny z festiwali muzycznych na świecie. Odbywa się w niesamowitej scenerii Sahary, pośród wydm postawiona jest scena, a same wydmy, jak w amfiteatrze, służą za widownię. Oprócz samej muzyki afrykańskiej, atmosferę festiwalu tworzy cała jego otoczka – namioty z kozich skór, kramy z pamiątkami i jedzeniem, przechadzające się wielbłądy, Tuaregowie w turbanach i kaftanach. Tereny pustynne w Mali zamieszkują głównie Tuaregowie, dlatego też można ich spotkać w największej liczbie na festiwalu i jako widownię i jako obsługę, a też część występujących to zespoły tuareskie.

Droga z Timbuktu do Essakane (70km) jest dość trudna, miejscami piach jest tak głęboki, że wiele aut się zakopywało (nawet Land Cruisery i Mercedesy G miejscami nie dawały rady podjeżdżać pod piaszczyste górki, ale nasz Montek spisywał się dzielnie), a jeden Holender jadący wypożyczonym 'samochodem terenowym' chińskiej marki Hover spalił nawet sprzęgło. Nasza niedawno przyspawana rura znów odpadła na nierównym terenie. Trzeba będzie iść z reklamacją do spawacza, co pewnie zrobimy, bo będziemy przez jego miasteczko znów przejeżdżać.

Przy bramie sprzedawano opaski wstępu po 130E od osoby, mimo wcześniejszych zapewnień miejscowych w Timbuktu, że trzeba kupić u nich, bo na festiwalu nie będą już sprzedawali biletów. Noclegi oczywiście w namiotach, a w naszym przypadku pod moskitierą, bo namiotu nie wzięliśmy. O tej porze roku na Saharze temperatura waha się od 35 stopni w dzień do 5 w nocy, więc za bardzo się nie wygrzejemy pod samymi tylko śpiworami. Nasi Szwajcarzy mają namiot, który na zakończenie festiwalu chcą wymienić na jakieś pamiątki. Dobry pomysł, może też tak zrobimy z Filipa zegarkiem.

Rozpoczęcie festiwalu ma nastąpić o 15:30, ale jak to bywa w Afryce, godziny nie są jakoś specjalnie przestrzegane, więc mają dość duży poślizg. Na początku oglądamy paradę wielbłądów, słuchamy mowy powitalnej, a następnie na scenę wchodzi pierwszy zespół. Po paru nutach wiemy już, że muzyka tuareska nie należy do naszych ulubionych. Zawodzą, jęczą, walą w bębenki i grają na instrumencie zwanym ngoni, prekursorze banjo. Kolejne występy też nie powalają nas na kolana. Na szczęście jako ostatni punkt programu zapowiedziany jest Salif Keita, jeden z największych muzyków malijskich. Nie zawodzi naszych oczekiwań. Ten murzyński albinos jest rozpoznawalny na całym świecie jako propagator muzyki z tej części świata, w wersji bardziej przyswajalnej przez ludzi spoza kontynentu:). Jako pierwszy wnosi energię na scenę i publiczność się ożywia, tańcząc w rytm jego piosenek. Niesamowita jest jedna rzecz – lokalna publiczność porusza się, jakby była urodzona do tańca: płynne ruchy, rytmicznie, dosłownie każdy – od chłopca sprzedającego herbatę po VIP-ów zaproszonych na festiwal. W porównaniu z nimi poruszające się figurki białych turystów wyglądają jak roboty, nie ma w nich tej płynności, rytmiczności i spontaniczności.

Drugi dzień mija nam bardzo leniwie od rana, ponieważ koncerty są wieczorami. Jest co prawda mała scena, na której od 15 grają lokalne zespoły, ale tuareskie zawodzenie w ogóle do nas nie przemawia. Wylegujemy się w słońcu po zimnej nocy, chodzimy po 'sztandach' z jedzeniem i pamiątkami. Zakup tych ostatnich planujemy na jutro, ponieważ ostatniego dnia festiwalu na pewno ceny da się mocniej ponegocjować. W Timbuktu ostrzegano turystów, żeby kupili hektolitry wody, zapasy jedzenia, a najlepiej wykupili all inclusive pakiet na festiwal po 400E od osoby (co na naszych oczach zrobiło 4 Austriaków) i wtedy nie będą się martwić o nic. Oczywiście na miejscu okazało się, że są tabuny sprzedawców wszystkiego, od wody poprzez zimne piwo, ryby, a wręcz całe 'restauracje'. Ceny nie zwalające z nóg, więc można się spokojnie u nich żywić. Koncerty dnia drugiego ma uświetnić występ słynnego Bassekou Kouyate, który jest wirtuozem wspomnianej wcześniej ngoni, ale w bardziej nowoczesnych aranżacjach. Poprzedzające go zespoły średnio nam się podobają, ale tak jak wczoraj, ostatni koncert jest naprawdę dobry. Bassekou gra rewelacyjnie na ngoni, a towarzysząca mu wokalistka nie może się powstydzić swojego głosu. W Afryce jest pewien ciekawy zwyczaj obrzucania grającego zespołu pieniędzmi albo prezentami. Robią to głównie bogatsi ludzie, którzy wchodzą na scenę i na głowę śpiewającego sypią banknoty. Naliczyliśmy dobre kilkaset tysięcy CFA, zegarek i pierścionek dla wokalistki oraz perfumy dla Bassekou. Koncert kończy się o 2 nad ranem.

Po zachodzie słońca zaczyna się robić chłodno, więc organizatorzy porozstawiali na wydmach coś na kształt naszych pamiętnych koksowników, tylko w mniejszej postaci. Ludzie, dla których nie ma miejsca blisko sceny, siedzą na wydmach ogrzewając się przy piecykach.

Trzeci dzień przeznaczamy na zakupy pamiątkarskie. Na festiwal zjechało mnóstwo sprzedawców z całego Mali, a nawet sąsiedniego Nigru z biżuterią, figurkami, maskami, tkaninami i wszelkiego rodzaju ustrojstwem. Na festiwalu mają swój dystrykt, gdzie kręci się pełno turystów. Wybór jest ogromny, a ceny – kosmiczne. Rzeczy, które kupiliśmy w Bamako mają tutaj dwukrotnie wyższą cenę wywoławczą niż w stolicy. Nie dziwota, musieli to daleko wieźć. Wybieramy parę przedmiotów, dowiadujemy się cen od tych sprzedawców, którzy mają najładniejsze rzeczy, sprawdzamy jeszcze w paru innych miejscach, po czym odchodzimy. Każdy oczywiście woła, że to ostatni dzień i mają super ceny, ale chcemy wziąć ich jeszcze na przetrzymanie. Metoda skutkuje, bo po opuszczeniu targu dogonił nas jeden ze sprzedawców ze swoim towarem i sprzedał za proponowaną przez nas cenę. Po jakimś czasie wracamy i kończymy zakupy zestawem ręcznie robionych srebrnych łyżeczek inkrustowanych hebanem. Jesteśmy w sumie lżejsi o 80E, ale za takie niesamowite pamiątki warto tyle zapłacić. Czekamy na wyścigi wielbłądów. W programie festiwalu jest taka pozycja i każdy od pierwszego dnia jej oczekuje, bo jest przekładana z dnia na dzień. W pewnym momencie widzimy, że na małej scenie odbywa się wręczanie nagród wielbłądom i ich właścicielom. Okazało się, że to nagrody za wygląd wielbłąda przyozdobionego tradycyjnymi skórzanymi dodatkami, a wyścigu nie będzie... Szkoda, bo miała to być duża atrakcja. Włócząc się po sekcji z jedzeniem podchodzi do nas Tuareg sprzedający swoje wyroby i oferuje nam piękny otwieracz do butelek. Cena wywoławcza zabójcza, bo 70E. Po długich targach udaje się ją zbić do 15E oraz zegarka (jakaś bezwartościowa reklamówka). Finn i Val obserwują nas z podziwem, bo im targowanie się wcale nie wychodzi, kupują z reguły za 80% ceny wywoławczej, a nie za max. 25% jak my. Pomagam też Valowi potargować się przy zakupie dużego sztyletu, gdzie udaję jego żonę niezadowoloną z wydawania pieniędzy na zbędne przedmioty.

Ostatni koncert ma uświetnić oprócz mniej znanych artystów, Vieux Farka Toure, wykonujący utwory nieżyjącego od 3 lat największego muzyka malijskiego Alego Farka Toure, oraz Habib Koite. Publiczność lokalna szaleje słysząc przeboje swojej największej gwiazdy. Wszyscy rzucają się w tany i śpiewają razem z zespołem.

W zeszłym roku festiwal ściągnął 2000 gości. Ile było w tym roku – nie wiemy jeszcze, ale podobna liczba jest prawdopodobna. Spotykaliśmy ludzi z Australii, USA, całej Europy i Afryki. Taki festiwal jest wspaniałym sposobem na propagowanie muzyki malijskiej, a co za tym idzie zachodnioafrykańskiej. Każdy, wyjeżdżając stąd, będzie rozpowszechniał informacje o samym festiwalu i muzyce z tego regionu.

6-7 styczeń Timbuktu



Z Mopti wyruszyliśmy planowo, wiedząc, że w pewnym momencie trasa do Timbuktu będzie trudna. W jednej z relacji z wyprawy, które czytaliśmy, grupa jadąca Citroenem pokonała 195km w 15 godzin. Nastawiliśmy się więc na najgorsze. W miasteczku Douantza, gdzie zjeżdża się z drogi asfaltowej na drogę nieutrwadzoną, dokonaliśmy szybkiego zabiegu u Montka, mianowicie lokalny mechanik przykręcił nam śrubę w tłumiku, która wcześniej wypadła, co powodowało straszny hałas z rury, a także przyspawaliśmy rurę przy prawym progu, która zaczęła odpadać.

Droga okazała się całkiem dobra, utwardzona laterytem, trzeba było tylko uważać na dziury i tarkę, jednak po prawie 100km zaczął się horror. To, co ktoś nazwał drogą zaczęło być dziurą na dziurze, a jak się kończyły dziury, to zaczynała się ogromna tarka, po której nie dało się w żaden sposób jechać. Dodatkową atrakcją były osły wylegujące się w piasku, które nie reagowały na żadne dźwięki i nie ruszały się ze środka drogi, więc trzeba je było powoli omijać. Nie jechaliśmy co prawda 15 godzin, a tylko 4, ale z tego pierwsze 100km zrobiliśmy w trochę ponad godzinę, a drugą część w 3. Jest nadzieja, że droga będzie się sukcesywnie polepszała, bo na pierwszych 100km widzieliśmy parę walców i robotników równających drogę, więc pewnie za jakiś czas uda im się naprawić całość trasy.

Żeby dotrzeć do Timbuktu trzeba przeprawić się przez Niger. Czekając na prom poznaliśmy dwójkę Szwajcarów, którzy potem okazali się naszymi towarzyszami na najbliższe 4 dni. Prom płynie znacznie dłużej niż ten w Djenne, więc mieliśmy czas trochę pogadać i dowiedzieć się, że Finn i Valentin też jadą na festiwal. Bo klamka już zapadła – jedziemy na festiwal! Drogo, to fakt, ale taka okazja zdarza się tylko raz w życiu. Jesteśmy w odpowiednim miejscu i czasie, tego nie można zmarnować, bo potem moglibyśmy żałować niewykorzystanej szansy. W czasie przeprawy promowej Montkowi został oddany należyty hołd przez jednego z płynących z nami Malijczyków – zaczął się modlić w jego kierunku... Może był dla niego uosobieniem jego bóstwa (nie bierzemy pod uwagę prozaicznego wyjaśnienia, że Montek stał akurat w tym kierunku, gdzie znajduje się Mekka, bo muzułmanie zawsze modlą się kierując się twarzą w stronę Mekki). Do Timbuktu dotarliśmy już w ciemnościach, czego bardzo nie lubimy, bo tutejsze hoteliki są bardzo słabo oznaczone i szukanie ich po zmroku jest dużo trudniejsze. Trafiliśmy dodatkowo na termin największego obłożenia, jako że za 2 dni festiwal. Po dość długich poszukiwaniach udało nam się znaleźć pokój na jedną tylko noc, mimo że na festiwal jedziemy pojutrze. Ale nic to, martwić się będziemy potem. Jeszcze tylko parę piwek ze Szwajcarami w barze i tak zakończyliśmy dzień.

We środę rozpoczęliśmy zwiedzanie Timbuktu. To miasto legenda. Każdy je zna z nazwy, ale mało kto umie zlokalizować. Kojarzy się z pustynną oazą otoczoną palmami, pośród wydm, pełną karawan... Nic bardziej mylnego. Owszem, Timbuktu było jednym z najważniejszych punktów postoju karawan, skąd na południe wożono sól, a na północ złoto, mieszkało tam wielu uczonych, było kilka meczetów (do dziś zachowały się trzy, które są jednymi z najstarszych w Afryce Zachodniej) i szkół koranicznych, ale dobre paręset lat temu zaczęło popadać w zapomnienie, by całkowicie stracić swoją rolę. Dziś jest to małe miasteczko, pełne kramów, 'przewodników' nagabujących turystów, obnośnych sprzedawców wszystkiego, nie różniące się niczym od innych afrykańskich miasteczek. Ale pielgrzymki turystów ciągną tutaj nieprzerwanie, przybywają wabieni legendarną nazwą i mitem miasta. Dodatkową atrakcją jest odbywający się w niedalekim Essakane Festiwal na Pustynii, o którym więcej jutro.

Udało nam się znaleźć drugi nocleg na tarasie oberży, w której nocowali nasi Szwajcarzy. W międzyczasie postanowiliśmy im trochę pomóc, żeby nie musieli płacić horrendalnych cen dojazdu na festiwal i zaproponowaliśmy wspólną wyprawę do Essakane. Trzeba będzie zostawić w oberży opony, puste baniaki na paliwo i jeszcze parę rzeczy, żeby można było na tyle opróżnić auto, aby dało się złożyć tylne siedzenia.

Nie mamy biletów na festiwal, ale chcemy je kupić przy bramie wjazdowej, bo a nuż będzie trochę taniej, a poza tym wybuchła dziś afera z podrabianymi wejściówkami w postaci bransoletek. Pewien lokalny cwaniaczek zrobił na własną rękę bransoletki, wyglądające dość profesjonalnie (a nawet bardziej profesjonalnie od oryginalnych, jak się potem okazało) i sprzedawał turystom po 130E za jedną. Do nas też się zgłosił, ale nie wyraziliśmy na szczęście chęci zakupu u niego. Nabrał w ten sposób kilkadziesiąt osób. Został złapany od razu, ale nie wiemy czy wszyscy oszukani turyści odzyskali pieniądze.