poniedziałek, 12 stycznia 2009
niedziela, 11 stycznia 2009
11 styczeń – Z pustyni do Krainy Dogonów
Rano wstaliśmy o
Trasa powrotna przebiegła sprawnie, chcieliśmy jak najszybciej dojechać do Timbuktu, przepakować auto i dotrzeć na prom, bo dziś każdy będzie chciał się stąd wydostać. Pożegnaliśmy się w oberży ze Szwajcarami, ale jest szansa na ponowne spotkanie wkrótce, bo też jadą do Burkiny i Ghany. Gdyby nie to, że mamy mnóstwo rzeczy w aucie, pewnie dalej jechalibyśmy razem, bo okazali się bardzo sympatyczni. Po dojechaniu na prom okazało się, że jest kolejka na ponad 30 samochodów, a na jeden prom wchodzi maksymalnie 12, kursują dwa tam i z powrotem. Czekaliśmy w sumie prawie 4 godziny. O mało co czekalibyśmy tylko 3 godziny, ale jakiś VIP przekonał strażników, żeby wpuścili go bez kolejki i tym sposobem zajął nasze miejsce na promie. Przez 5 dni, od kiedy jechaliśmy ostatnio tą trasą, znacznie się polepszyła – zasypali największe dziury i jedzie się już znacznie sprawniej. Będziemy spać w Douantzie, a jutro rano ruszamy do Krainy Dogonów. Marzymy o prysznicu i prawdziwym łóżku, tym bardziej, że w Krainie Dogonów nie będzie żadnych oberż, tylko spanie na dachu i znów chusteczki dla niemowląt w roli prysznica.
Kolejna relacja już z Burkiny Faso, około 16 stycznia.
8-10 styczeń Festival au Desert, Essakane
W tym roku odbywa się IX edycja Festiwalu na Pustyni. Jest to najbardziej odległy od cywilizacji i najmniej dostępny z festiwali muzycznych na świecie. Odbywa się w niesamowitej scenerii Sahary, pośród wydm postawiona jest scena, a same wydmy, jak w amfiteatrze, służą za widownię. Oprócz samej muzyki afrykańskiej, atmosferę festiwalu tworzy cała jego otoczka – namioty z kozich skór, kramy z pamiątkami i jedzeniem, przechadzające się wielbłądy, Tuaregowie w turbanach i kaftanach. Tereny pustynne w Mali zamieszkują głównie Tuaregowie, dlatego też można ich spotkać w największej liczbie na festiwalu i jako widownię i jako obsługę, a też część występujących to zespoły tuareskie.
Droga z Timbuktu do Essakane (70km) jest dość trudna, miejscami piach jest tak głęboki, że wiele aut się zakopywało (nawet Land Cruisery i Mercedesy G miejscami nie dawały rady podjeżdżać pod piaszczyste górki, ale nasz Montek spisywał się dzielnie), a jeden Holender jadący wypożyczonym 'samochodem terenowym' chińskiej marki Hover spalił nawet sprzęgło. Nasza niedawno przyspawana rura znów odpadła na nierównym terenie. Trzeba będzie iść z reklamacją do spawacza, co pewnie zrobimy, bo będziemy przez jego miasteczko znów przejeżdżać.
Przy bramie sprzedawano opaski wstępu po 130E od osoby, mimo wcześniejszych zapewnień miejscowych w Timbuktu, że trzeba kupić u nich, bo na festiwalu nie będą już sprzedawali biletów. Noclegi oczywiście w namiotach, a w naszym przypadku pod moskitierą, bo namiotu nie wzięliśmy. O tej porze roku na Saharze temperatura waha się od 35 stopni w dzień do 5 w nocy, więc za bardzo się nie wygrzejemy pod samymi tylko śpiworami. Nasi Szwajcarzy mają namiot, który na zakończenie festiwalu chcą wymienić na jakieś pamiątki. Dobry pomysł, może też tak zrobimy z Filipa zegarkiem.
Rozpoczęcie festiwalu ma nastąpić o 15:30, ale jak to bywa w Afryce, godziny nie są jakoś specjalnie przestrzegane, więc mają dość duży poślizg. Na początku oglądamy paradę wielbłądów, słuchamy mowy powitalnej, a następnie na scenę wchodzi pierwszy zespół. Po paru nutach wiemy już, że muzyka tuareska nie należy do naszych ulubionych. Zawodzą, jęczą, walą w bębenki i grają na instrumencie zwanym ngoni, prekursorze banjo. Kolejne występy też nie powalają nas na kolana. Na szczęście jako ostatni punkt programu zapowiedziany jest Salif Keita, jeden z największych muzyków malijskich. Nie zawodzi naszych oczekiwań. Ten murzyński albinos jest rozpoznawalny na całym świecie jako propagator muzyki z tej części świata, w wersji bardziej przyswajalnej przez ludzi spoza kontynentu:). Jako pierwszy wnosi energię na scenę i publiczność się ożywia, tańcząc w rytm jego piosenek. Niesamowita jest jedna rzecz – lokalna publiczność porusza się, jakby była urodzona do tańca: płynne ruchy, rytmicznie, dosłownie każdy – od chłopca sprzedającego herbatę po VIP-ów zaproszonych na festiwal. W porównaniu z nimi poruszające się figurki białych turystów wyglądają jak roboty, nie ma w nich tej płynności, rytmiczności i spontaniczności.
Drugi dzień mija nam bardzo leniwie od rana, ponieważ koncerty są wieczorami. Jest co prawda mała scena, na której od 15 grają lokalne zespoły, ale tuareskie zawodzenie w ogóle do nas nie przemawia. Wylegujemy się w słońcu po zimnej nocy, chodzimy po 'sztandach' z jedzeniem i pamiątkami. Zakup tych ostatnich planujemy na jutro, ponieważ ostatniego dnia festiwalu na pewno ceny da się mocniej ponegocjować. W Timbuktu ostrzegano turystów, żeby kupili hektolitry wody, zapasy jedzenia, a najlepiej wykupili all inclusive pakiet na festiwal po 400E od osoby (co na naszych oczach zrobiło 4 Austriaków) i wtedy nie będą się martwić o nic. Oczywiście na miejscu okazało się, że są tabuny sprzedawców wszystkiego, od wody poprzez zimne piwo, ryby, a wręcz całe 'restauracje'. Ceny nie zwalające z nóg, więc można się spokojnie u nich żywić. Koncerty dnia drugiego ma uświetnić występ słynnego Bassekou Kouyate, który jest wirtuozem wspomnianej wcześniej ngoni, ale w bardziej nowoczesnych aranżacjach. Poprzedzające go zespoły średnio nam się podobają, ale tak jak wczoraj, ostatni koncert jest naprawdę dobry. Bassekou gra rewelacyjnie na ngoni, a towarzysząca mu wokalistka nie może się powstydzić swojego głosu. W Afryce jest pewien ciekawy zwyczaj obrzucania grającego zespołu pieniędzmi albo prezentami. Robią to głównie bogatsi ludzie, którzy wchodzą na scenę i na głowę śpiewającego sypią banknoty. Naliczyliśmy dobre kilkaset tysięcy CFA, zegarek i pierścionek dla wokalistki oraz perfumy dla Bassekou. Koncert kończy się o 2 nad ranem.
Po zachodzie słońca zaczyna się robić chłodno, więc organizatorzy porozstawiali na wydmach coś na kształt naszych pamiętnych koksowników, tylko w mniejszej postaci. Ludzie, dla których nie ma miejsca blisko sceny, siedzą na wydmach ogrzewając się przy piecykach.
Trzeci dzień przeznaczamy na zakupy pamiątkarskie. Na festiwal zjechało mnóstwo sprzedawców z całego Mali, a nawet sąsiedniego Nigru z biżuterią, figurkami, maskami, tkaninami i wszelkiego rodzaju ustrojstwem. Na festiwalu mają swój dystrykt, gdzie kręci się pełno turystów. Wybór jest ogromny, a ceny – kosmiczne. Rzeczy, które kupiliśmy w Bamako mają tutaj dwukrotnie wyższą cenę wywoławczą niż w stolicy. Nie dziwota, musieli to daleko wieźć. Wybieramy parę przedmiotów, dowiadujemy się cen od tych sprzedawców, którzy mają najładniejsze rzeczy, sprawdzamy jeszcze w paru innych miejscach, po czym odchodzimy. Każdy oczywiście woła, że to ostatni dzień i mają super ceny, ale chcemy wziąć ich jeszcze na przetrzymanie. Metoda skutkuje, bo po opuszczeniu targu dogonił nas jeden ze sprzedawców ze swoim towarem i sprzedał za proponowaną przez nas cenę. Po jakimś czasie wracamy i kończymy zakupy zestawem ręcznie robionych srebrnych łyżeczek inkrustowanych hebanem. Jesteśmy w sumie lżejsi o 80E, ale za takie niesamowite pamiątki warto tyle zapłacić. Czekamy na wyścigi wielbłądów. W programie festiwalu jest taka pozycja i każdy od pierwszego dnia jej oczekuje, bo jest przekładana z dnia na dzień. W pewnym momencie widzimy, że na małej scenie odbywa się wręczanie nagród wielbłądom i ich właścicielom. Okazało się, że to nagrody za wygląd wielbłąda przyozdobionego tradycyjnymi skórzanymi dodatkami, a wyścigu nie będzie... Szkoda, bo miała to być duża atrakcja. Włócząc się po sekcji z jedzeniem podchodzi do nas Tuareg sprzedający swoje wyroby i oferuje nam piękny otwieracz do butelek. Cena wywoławcza zabójcza, bo 70E. Po długich targach udaje się ją zbić do 15E oraz zegarka (jakaś bezwartościowa reklamówka). Finn i Val obserwują nas z podziwem, bo im targowanie się wcale nie wychodzi, kupują z reguły za 80% ceny wywoławczej, a nie za max. 25% jak my. Pomagam też Valowi potargować się przy zakupie dużego sztyletu, gdzie udaję jego żonę niezadowoloną z wydawania pieniędzy na zbędne przedmioty.
Ostatni koncert ma uświetnić oprócz mniej znanych artystów, Vieux Farka Toure, wykonujący utwory nieżyjącego od 3 lat największego muzyka malijskiego Alego Farka Toure, oraz Habib Koite. Publiczność lokalna szaleje słysząc przeboje swojej największej gwiazdy. Wszyscy rzucają się w tany i śpiewają razem z zespołem.
W zeszłym roku festiwal ściągnął 2000 gości. Ile było w tym roku – nie wiemy jeszcze, ale podobna liczba jest prawdopodobna. Spotykaliśmy ludzi z Australii, USA, całej Europy i Afryki. Taki festiwal jest wspaniałym sposobem na propagowanie muzyki malijskiej, a co za tym idzie zachodnioafrykańskiej. Każdy, wyjeżdżając stąd, będzie rozpowszechniał informacje o samym festiwalu i muzyce z tego regionu.
6-7 styczeń Timbuktu
Z Mopti wyruszyliśmy planowo, wiedząc, że w pewnym momencie trasa do Timbuktu będzie trudna. W jednej z relacji z wyprawy, które czytaliśmy, grupa jadąca Citroenem pokonała 195km w 15 godzin. Nastawiliśmy się więc na najgorsze. W miasteczku Douantza, gdzie zjeżdża się z drogi asfaltowej na drogę nieutrwadzoną, dokonaliśmy szybkiego zabiegu u Montka, mianowicie lokalny mechanik przykręcił nam śrubę w tłumiku, która wcześniej wypadła, co powodowało straszny hałas z rury, a także przyspawaliśmy rurę przy prawym progu, która zaczęła odpadać.
Droga okazała się całkiem dobra, utwardzona laterytem, trzeba było tylko uważać na dziury i tarkę, jednak po prawie 100km zaczął się horror. To, co ktoś nazwał drogą zaczęło być dziurą na dziurze, a jak się kończyły dziury, to zaczynała się ogromna tarka, po której nie dało się w żaden sposób jechać. Dodatkową atrakcją były osły wylegujące się w piasku, które nie reagowały na żadne dźwięki i nie ruszały się ze środka drogi, więc trzeba je było powoli omijać. Nie jechaliśmy co prawda 15 godzin, a tylko 4, ale z tego pierwsze 100km zrobiliśmy w trochę ponad godzinę, a drugą część w 3. Jest nadzieja, że droga będzie się sukcesywnie polepszała, bo na pierwszych 100km widzieliśmy parę walców i robotników równających drogę, więc pewnie za jakiś czas uda im się naprawić całość trasy.
Żeby dotrzeć do Timbuktu trzeba przeprawić się przez Niger. Czekając na prom poznaliśmy dwójkę Szwajcarów, którzy potem okazali się naszymi towarzyszami na najbliższe 4 dni. Prom płynie znacznie dłużej niż ten w Djenne, więc mieliśmy czas trochę pogadać i dowiedzieć się, że Finn i Valentin też jadą na festiwal. Bo klamka już zapadła – jedziemy na festiwal! Drogo, to fakt, ale taka okazja zdarza się tylko raz w życiu. Jesteśmy w odpowiednim miejscu i czasie, tego nie można zmarnować, bo potem moglibyśmy żałować niewykorzystanej szansy. W czasie przeprawy promowej Montkowi został oddany należyty hołd przez jednego z płynących z nami Malijczyków – zaczął się modlić w jego kierunku... Może był dla niego uosobieniem jego bóstwa (nie bierzemy pod uwagę prozaicznego wyjaśnienia, że Montek stał akurat w tym kierunku, gdzie znajduje się Mekka, bo muzułmanie zawsze modlą się kierując się twarzą w stronę Mekki). Do Timbuktu dotarliśmy już w ciemnościach, czego bardzo nie lubimy, bo tutejsze hoteliki są bardzo słabo oznaczone i szukanie ich po zmroku jest dużo trudniejsze. Trafiliśmy dodatkowo na termin największego obłożenia, jako że za 2 dni festiwal. Po dość długich poszukiwaniach udało nam się znaleźć pokój na jedną tylko noc, mimo że na festiwal jedziemy pojutrze. Ale nic to, martwić się będziemy potem. Jeszcze tylko parę piwek ze Szwajcarami w barze i tak zakończyliśmy dzień.
We środę rozpoczęliśmy zwiedzanie Timbuktu. To miasto legenda. Każdy je zna z nazwy, ale mało kto umie zlokalizować. Kojarzy się z pustynną oazą otoczoną palmami, pośród wydm, pełną karawan... Nic bardziej mylnego. Owszem, Timbuktu było jednym z najważniejszych punktów postoju karawan, skąd na południe wożono sól, a na północ złoto, mieszkało tam wielu uczonych, było kilka meczetów (do dziś zachowały się trzy, które są jednymi z najstarszych w Afryce Zachodniej) i szkół koranicznych, ale dobre paręset lat temu zaczęło popadać w zapomnienie, by całkowicie stracić swoją rolę. Dziś jest to małe miasteczko, pełne kramów, 'przewodników' nagabujących turystów, obnośnych sprzedawców wszystkiego, nie różniące się niczym od innych afrykańskich miasteczek. Ale pielgrzymki turystów ciągną tutaj nieprzerwanie, przybywają wabieni legendarną nazwą i mitem miasta. Dodatkową atrakcją jest odbywający się w niedalekim Essakane Festiwal na Pustynii, o którym więcej jutro.
Udało nam się znaleźć drugi nocleg na tarasie oberży, w której nocowali nasi Szwajcarzy. W międzyczasie postanowiliśmy im trochę pomóc, żeby nie musieli płacić horrendalnych cen dojazdu na festiwal i zaproponowaliśmy wspólną wyprawę do Essakane. Trzeba będzie zostawić w oberży opony, puste baniaki na paliwo i jeszcze parę rzeczy, żeby można było na tyle opróżnić auto, aby dało się złożyć tylne siedzenia.
Nie mamy biletów na festiwal, ale chcemy je kupić przy bramie wjazdowej, bo a nuż będzie trochę taniej, a poza tym wybuchła dziś afera z podrabianymi wejściówkami w postaci bransoletek. Pewien lokalny cwaniaczek zrobił na własną rękę bransoletki, wyglądające dość profesjonalnie (a nawet bardziej profesjonalnie od oryginalnych, jak się potem okazało) i sprzedawał turystom po 130E za jedną. Do nas też się zgłosił, ale nie wyraziliśmy na szczęście chęci zakupu u niego. Nabrał w ten sposób kilkadziesiąt osób. Został złapany od razu, ale nie wiemy czy wszyscy oszukani turyści odzyskali pieniądze.
wtorek, 6 stycznia 2009
5 styczeń – Djenne i Mopti
Oglądamy co trzeba i wracamy do naszej noclegowni. Auto nadal całe, a niedoszły pilnowacz potwierdza, czy zapłaciliśmy. Cóż, relacje z tym jegomościem, nie są najlepsze. Dolewamy oleju, wytrzepujemy filtr powietrza (w sumie nadal całkiem czysty) i labiryntem wydostajemy się z Djenne. Prom rzeczywiście przewozi nas już bez dodatkowej opłaty. Mamy około 130km do przebycia. W Mopti meldujemy się koło południa Większość miejsc jest zajętych, ale znajdujemy wreszcie nocleg całkiem sympatyczny. Ceny w Mopti są dwukrotnie wyższe – od spania poprzez internet i jedzenie. Francuscy turyści bardzo podbili stawki, a kręcą się ich tutaj setki. Idziemy w stronę portu na Nigrze. Jest to najbardziej ruchliwy port na tej rzece w Mali. Tutaj znajduje się główny punkt przeładunkowy soli płynącej z Timbuktu. Ciągle nagabują nas miejscowi 'przewodnicy' oferując wszelkiego rodzaju wycieczki i usługi. Mopti to główna baza wypadowa do Timbuktu oraz Kraju Dogonów, więc zakres ich oferty jest naprawdę szeroki. Ale daje się ich łatwo spławić, jak rozmawiamy z nimi po polsku. Robimy parę fotek i zasiadamy w bardzo przyjemnej knajpce z widokiem na zatoczkę Nigru. Tutaj też jemy świetną afrykańską kolacje (podstawowa zasada – dania afrykańskie w Afryce, a nie jakieś europejskie cuda, które wszyscy Francuzi zamawiają). Wieczór mija bardzo sympatycznie przy muzyce i piwku. Nawet Ala zasmakowała w tym złocistym napoju (chyba jakiś cud!!!!). Dopisek Ali – mam katar i słabo smak czuję, to pewnie dlatego, a piwo lepiej gasi pragnienie niż słodka Cola:)
Jutro ruszamy do Timbuktu. Miasto – legenda. Potem, w zależności od tego, czy pojedziemy na festiwal muzyczny niedaleko Timbuktu (cena wstępu zabójcza, 160E od osoby, chcemy się dowiedzieć czy jest możliwość uczestniczenia tylko w paru koncertach, za odpowiednio mniejsze pieniądze, bo nie mamy czasu na słuchanie muzyki przez 3 dni niestety), wracamy w okolice Mopti, by udać się na pieszy trekking po Krainie Dogonów. Nie wiemy jak będzie z netem, ale nie spodziewamy się, że cywilizacja tam się aż tak rozprzestrzeniła... Może się zdarzyć, że przez około tydzień się nie odezwiemy, ale się nie martwcie – będziemy przeżywać nowe przygody, które Wam potem skrzętnie opiszemy:)
4 styczeń – Baobaby
Jedziemy z Bamako w stronę Djenne – bardzo turystyczna wieś z zabytkowym i chyba najbardziej charakterystycznym dla Mali glinianym meczetem. Droga całkiem przyzwoita. Zaskoczyło nas oznaczenie miast i wiosek. Zawsze jest znak z nazwą, ograniczenie do 50km/h, a jako że nie mają radarów to przy wjeździe i wyjeździe z takiej mieściny były różnego rodzaju progi zwalniające. Są tez inne znaki drogowe, co w Afryce jest raczej luksusem. Mamy około 510km do przejechania. Ostatnie 30km należy odbić z głównej drogi. Przejazd mija dość monotonie. Pozostają tylko pozostałości po blokadach policyjnych i celnych, ale nikt już na nich nie zatrzymuje. Po przejechaniu 480km pytamy o drogę, bo właśnie w tych okolicach powinno być odbicie z głównej trasy. Okazuje się, że to jeszcze 40km dalej. Książka przewodnik, znów ma niedokładne dane. Po przejechaniu prawie 40km znów pytamy i okazuje się, że to kolejne 20km. W sumie docieramy do zjazdu. Droga nadal asfaltowa. Wkoło busz. Dojeżdżamy po prawie 30km do promu. Mamy zapłacić 3000CFA za bilet powrotny. Chcemy oczywiście bilet w jedną stronę, przewidując kolejna opłatę przy wyjeździe. W momencie gdy jest nasza kolej wjazdu na 3-samochodowy promik okazuje się, że stawka jest już nocna – 4500. Wycofujemy się natychmiast. Przejeżdżają wszystkie osobówki (nawet te za nami), ciężarówki i autobus. Po dość długim czasie, jak zostajemy sami podchodzi do nas gość z promu i pyta, czy płacimy? Po krótkiej dyskusji tłumaczy, że czarni nie oszukują białych i że to jest urzędowa cena+dodatek nocny. Zapewnia, że bileciki które nam da, umożliwią nam powrót bez opłat następnego dnia. Nie mamy wyjścia i pakujemy się na prom. Nasze polskie rejestracje SL wzbudzają zaskoczenie u pewnych Francuzów, z racji przebytego dystansu (niektórzy robią to na rowerze, więc w sumie nie wiem co za wielka sztuka). W Djenne kilka 'spalni' z przewodnika jest zajętych. W jednej oferują nam nocleg na dachu. 3000CFA (jakieś 4.5E) od osoby. Bierzemy. Przynoszą materac, jakoś udaje nam się zamocować moskitierę i rozkładamy śpiwory. Nad ranem jest dość chłodno, ale bardzo przyjemnie. Przed spaniem jakiś samozwańczy pilnowacz oferował swoje usługi, ale powiedziałem (raczej pokazałem), że mam alarm i że sam będę pilnował. Pokazał, że ok, ale rano mogę mieć przebite opony. Trochę mnie to zestresowało, ale pomyślałem, że jak coś będzie nie tak z autem to wiem do kogo atakować. Noc pod gwiazdami zapowiadała się całkiem nieźle. Martwiły tylko toalety połączone z prysznicami, po części bez zamykania i strasznie cuchnące. Po raz kolejny przydał się płyn do płukania ust...
Jutro rano zwiedzamy Djenne, w którym ma się odbywać słynny Targ Poniedziałkowy pod meczetem.
niedziela, 4 stycznia 2009
3 stycznia – stolica Mali, Bamako
Jutro udajemy się do Djenne, gdzie znajduje się słynny na cały świat gliniany meczet. Jeszcze nie wiemy czy jest to trasa na jeden dzień, bo z drogami tutaj różnie bywa.
.jpg)