poniedziałek, 29 grudnia 2008
29 grudnia W strone Mali
Jechalismy dzis caly dzien na wschod Mauretanii, po drodze oprocz wielbladow na szosie, zdechlych krow i oslow, wiele atrakcji nie bylo. Zdjecia dorzucimy juz w Bamako, w Mali. Odezwiemy sie tez prawdopodobnie dopiero stamtad, bo tu juz coraz mniejsze miasteczka i wioski i z netem moze byc problem. W niedziele planujemy dotrzec do stolicy, wiec czekajcie cierpliwie na kolejne opisy przygod, bo takie na pewno beda...
niedziela, 28 grudnia 2008
28 grudnia - Nawakszut reaktywacja
Rankiem, po zjedzeniu śniadania (jeszcze zapasy z Polski), dolaliśmy do Montka 40 litrów paliwa, 20 to jeszcze polska benzyna, a 20 z Maroka. Tutaj już niestety nie ma benzyny bezołowiowej, więc lejemy ołowiówkę, która na dodatek jest bardzo marnej jakości: pewnie część z Was pamięta zielone paliwo z lat 80-tych, które miało całe 76 oktanów. Tutaj paliwo chyba nie jest wiele mocniejsze, gdyż zawory w Montku zaczęły grać lepiej niż filharmonia śląska i częstotliwość zmiany biegów zaczęła być nużąca. Mamy wielką nadzieję, że w Mali polepszy się jakość benzyny, która ma być niestety droższa niż tutaj.
Jesteśmy z powrotem w Nawakszut, w naszym fajnym hosteliku z WiFi. Jutro rano jedziemy w stronę granicy z Mali, ale mamy do pokonania ponad 1000km, więc pewnie sama droga zajmie nam ze 2 dni, co zresztą potwierdza przewodnik. Przed granicą chcemy jeszcze odwiedzić jedną oazę na Saharze. Najprawdopodobniej koło czwartku przekroczymy granicę z Mali.
Jesteśmy z powrotem w Nawakszut, w naszym fajnym hosteliku z WiFi. Jutro rano jedziemy w stronę granicy z Mali, ale mamy do pokonania ponad 1000km, więc pewnie sama droga zajmie nam ze 2 dni, co zresztą potwierdza przewodnik. Przed granicą chcemy jeszcze odwiedzić jedną oazę na Saharze. Najprawdopodobniej koło czwartku przekroczymy granicę z Mali.
27 grudnia – Camel Trophy
Rano obudziły nas muchy, które bzyczały tak, że umarły by się z tego obudził. Na śniadanie Ahmed poczęstował nas makaronem z sardynkami i kawą z mlekiem. O 8 ruszyliśmy na pieszy podbój Sahary. Szły z nami 2 wielbłądy, ale jeden nieosiodłany, taka rezerwa, gdyby pierwszy się za bardzo zmęczył. Wielbłądy prowadził ich przewodnik, a z nami szli Ahmed i jego brat. Na pustyni zasada jest taka, że wielbłądy są od noszenia bagażu, a ludzie idą obok nich, ale że my bagażu nie mieliśmy, mogliśmy też na nie wsiadać.
Jako że dzień wcześniej przyleciał długo oczekiwany samolot z turystami francuskimi, o tej samej porze co my wyruszyło kilka dużych grup, na szczęście po krótkim czasie rozeszliśmy się w różnych kierunkach. Po 3 godzinach marszu (12-15 km, w zależności od obranej trasy) dotarliśmy do oazy. Bardzo malowniczo położona pomiędzy wydmami. Jak przystało na oazę – obfituje w wodę. Studnię wystarczy wykopać tam na głębokość 4m, żeby dotrzeć do źródła wody, a na przykład w Chinguetti często 30m głębokości nie wystarcza, żeby dokopać się do wody. Wysokie palmy daktylowe dają dużo cienia i jest pod nimi naprawdę chłodno. Co do chłodu – teraz jest najzimniejszy czas w Mauretanii, o czym już pisaliśmy, i rdzennym mieszkańcom pustyni jest teraz zimno, pomimo 30-35 stopni w ciągu dnia. Nasi przewodnicy byli poubierani następująco: 2x t-shirt, na to bluza, a na to jeszcze wiatrówka. Na głowie obowiązkowy turban. I w ogóle się nie rozbierali w czasie marszu, mimo że było gorąco (dla nas). Z kolei my dla ochłody skorzystaliśmy z dobrodziejstwa oazy i basenu, który tam był. Gliniana wanna ok. 2x3m wypełniona wodą. Na dnie piasek. Nie była to krystalicznie czysta woda, ale ważne, że zimna, więc nie wybrzydzaliśmy i wskoczyliśmy do środka. Po godzinnym ochładzaniu się, Ahmed zaserwował obiad: taki sam jak śniadanie, czyli makaron z sardynkami i odrobiną pomidora bodajże. Około 15 udaliśmy się w drogę powrotną. Tym razem chcieliśmy już wykorzystać wielbłądy w większym zakresie, bo w tamtą stronę, tylko na ostatnim odcinku wsiadłam na chwilę. W tym przypadku jazda była dość przyjemna (dużo wygodniejsze siodło niż na pustyni Thar w Indiach), o ile wielbłąd nie stroi fochów i nie próbuje siadać, bo gdyby się w tym momencie nie trzymać siodła, można się nieźle poturbować.
Po trzech godzinach marszu dotarliśmy z powrotem do Chinguetti. Ahmed zapraszał nas ponownie na nocleg do siebie i na kolację do Aishy, ale podziękowaliśmy serdecznie, bo po pierwsze, chcieliśmy wziąć prysznic, a po drugie w końcu coś dobrego zjeść. Nasz znajomy Corrado z Włoch już wcześniej polecił nam oberżę, w której on mieszkał, do tego za przystępną cenę, tam też się udaliśmy. Właściciel Abdu serwował również posiłki, a że Corrado je polecał, skusiliśmy się także na kolację. I to był dobry wybór. Ksour, kuskus z rodzynkami, gulasz z kurczaka świetnie doprawiony. Po pustynnej wędrówce było to bardzo dobre ukoronowanie dnia. Po deserze dołączyła do nas 17-letnia żona Abdu, Nana, z półroczną córką. Abdu kupił Nanę za 1 wielbłąda jak miała 15 lat. Przy 'zakupie' podpisał z rodziną kontrakt, że nie weźmie sobie kolejnej żony, mimo, że zezwala mu na to religia. Ale Abdu to Casanova z Chinguetti (bez kilku zębów na przedzie, wzrost 155cm) i wymyślił sobie plan, że najpierw będzie miał 3-4 dzieci z obecną żoną, a potem pojmie następną, też oczywiście 15-16 latkę. Już tłumaczę w czym tkwi sedno sprawy. W Mauretanii i kobieta i mężczyzna może się rozwieść ze współmałżonkiem, ale robią to tylko kobiety, które mają maksymalnie dwoje dzieci. Jeżeli ma już więcej niż dwójkę, nie zrobi tego, ponieważ nie ma już żadnych szans na ponowne zamążpójście, rodzina też nie będzie chciała jej przyjąć z taką gromadką, a ona sama na siebie i dzieci nie zapracuje, bo tylko nikły procent kobiet tutaj wykonuje pracę zawodową. Więc Abdu ma taki właśnie plan: jak obecna żona będzie miała już 3-4 dzieci, to kontrakt, który podpisał z jej rodzicami oficjalnie złamie, pojmując kolejną żonę, a Nana się nie będzie mogła temu sprzeciwić, bo nie będzie miała jak utrzymać dzieci.
Takie spotkania są szalenie interesujące, bo w ten sposób można się dowiedzieć prawdziwych historii ludzi, którzy tutaj żyją. Abdu, mimo że posiada 2 oberże i kilka domów, wcale nie jest zamożnym człowiekiem, bo jest niestety jedynym synem w swojej rodzinie, więc na nim spoczywa utrzymanie rodziców i pozostałych niezamężnych sióstr. Zaczęliśmy Abdu i Nanie pokazywać zdjęcia, które mamy na laptopie z naszego mieszkania, urodzin, wesel itp., żeby im też przybliżyć trochę naszą odmienną kulturę. Oglądanie zdjęć skończyło się na tym, że Abdu chciał kupić większość naszych koleżanek na kolejne żony (maksymalna kwota sięgnęła nawet 200 wielbłądów za Karolinę:). Nana nie pozostała mężowi dłużna i chciała w pakiecie kupić Michała i Mikusia za 40 wielbłądów. A jak zobaczyła tors Mikusia, to aż piszczała z uciechy:)
Nasz wesoły wieczór zakończył się późno, ale takich chwil nie warto skracać, bo pozostawiają niezapomniane wrażenia. Jutro z samego rana ruszamy z powrotem do Nawakszut.
26 grudnia – Ouadane
Pojechaliśmy dziś do oddalonego o 140km od Chinguetti miasteczka Ouadane. Droga była okropna, po garbach na drodze nie dało się po prostu jechać. Często zjeżdżaliśmy na bok, widząc ślady innych samochodów, które też próbowały omijać ten koszmar, żeby im się auta nie rozleciały. Dobrze, że dzień wcześniej przymocowaliśmy drutami kratę wlotu powietrza z przodu samochodu, która nam się trochę już obluzowała, bo na pewno by na tej drodze odpadła. A i tak puścił nam jakiś spaw w tłumiku albo dziurę zrobiliśmy o jakiś kamień, bo Montek wydaje dźwięki jak po home tuningu.
Miasteczko Ouadane to kolejna oaza. Została założona w XII wieku przez Berberów i przez wiele wieków stanowiła ważny punkt tranzytowy dla karawan przewożących złoto, sól i daktyle. Do dziś zachowały się bardzo malownicze ruiny starego miasta. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na mały obiad w przydrożnej restauracji. Zaserwowali nam lokalny przysmak: ksour – naleśnik na słono, zrobiony z ciemnej mąki, podawany z gulaszem warzywno-mięsnym. Bardzo pyszna potrawa. Jeszcze chyba tego nie pisaliśmy, ale w tej części świata (jak i zresztą w Azji), ziemniak traktowany jest jako zwykłe warzywo, na równi z marchewką czy kapustą, tak więc występuje jako składnik wszelkich warzywnych mieszanek. Te z kolei je się z ryżem, chlebem czy innymi tzw. 'zapychaczami', ale ziemniak w tej roli nie występuje.
Niestety do Chinguetti musieliśmy wracać tą samą koszmarną drogą, chyba że zdecydowalibyśmy się na wzięcie przewodnika, który by nam wskazał drogę przez pustynię, ale po przygodach w parku mamy na razie dość jeżdżenia po piasku.
Wieczór spędziliśmy znów u Aishy, jedząc tym razem tagine z kozy. Jednak części kozy, które zostały użyte do przygotowania potrawy odbiegają od tego, co jestem w stanie przełknąć i na Filipa talerzu wylądowały jelita, ogon i inne dziwne kawałki kozy. Filip dzielnie poradził sobie z jedzeniem i pokazał zadowolonej gospodyni pusty talerz. Jak do tej pory, to było nasze najgorsze jedzenie. W kolacji uczestniczyli też dwaj Amerykanie, podróżujący po świecie od 10 miesięcy. Dali nam kilka cennych rad dotyczących Mali, skąd właśnie przyjechali.
Na nocleg zostaliśmy zaproszeni do Ahmeda, z którym jutro mamy się udać na wycieczkę po pustyni na wielbłądach, do oazy, gdzie podobno jest basen!
Domostwo Ahmeda okazało się bardzo tradycyjne – układ podobny jak u Aishy. Spaliśmy w dużym pokoju, chyba gościnnym, gdzie czuło się mocno zapach kóz, a much latało setki. Wychodek, gdzie mieliśmy się też myć, odstraszył nas od wszelkich ablucji i zadowoliliśmy się wilgotnymi chusteczkami dla niemowląt, których na szczęście wielką paczkę wzięliśmy z domu.
25 grudnia - Chinguetti
Rankiem opuściliśmy Nawakszut w kierunku północnym na płaskowyż Adrar. Czytając relacje innych wypraw, które odbyły się na tych terenach, to właśnie tam najwięcej samochodów miało problemy z przegrzewaniem się. W porze gorącej temperatury przekraczają 50 stopni w cieniu. Na szczęście my jesteśmy w Mauretanii w najchłodniejszym okresie i na płaskowyżu Adrar temperatury spadają tylko do 35 stopni, a w nocy nawet do 20. Tak więc Montek nie miał problemów z wysoką temperaturą i dzięki temu dotarliśmy sprawnie do celu. Jedyną niedogodnością była sama droga, która za miejscowością Atar z asfaltowej przechodzi w szutrowo-żwirowo-laterytową, a jej główną cechę stanowi tzw. tarka w poprzek drogi, co czyni jazdę uciążliwą dla pasażerów i zabójczą dla zawieszenia samochodu. Na dość krótkim odcinku droga jest pokryta asfaltem (wspina się mocno w górę) – i tu ciekawostka: zrobili ją Chińczycy w zamian za prawo połowu ryb w Mauretanii.
Do miasta docelowego, którym jest Chinguetti dotarliśmy po 7 godzinach jazdy. Ta miejscowość swego czasu stanowiła perłę tej ziemi, będąc VII najważniejszym miastem islamu, gdzie mieściło się 25 szkół koranicznych oraz 12 meczetów, a każda karawana (niektóre liczące nawet do 30 000 wielbłądów) zatrzymywała się w tej oazie. Miasto słynie też z kilku bibliotek przechowujących stare islamskie inkunabuły. W okresie prosperity żyło tam 20 000 mieszkańców. Dziś pozostało już tylko 1500 osób, które żyją głównie z turystyki. Niestety ta ostatnia od zeszłego roku mocno podupadła. Do 2007 z Francji były regularne tanie loty do Ataru (80km dalej) i stamtąd Francuzi tłumnie jeździli na zorganizowane wycieczki do Chinguetti i innych pobliskich osad. Jednak zeszłoroczne zabójstwo czwórki francuskich turystów na terytorium Mauretanii, późniejsze ataki tych samych muzułmańskich ekstremistów na wojska mauretańskie na pustyni, czego skutkiem było odwołanie rajdu Paryż-Dakar, spowodowało, że Francuzi momentalnie wstrzymali prawie wszystkie wycieczki do Mauretanii, pomimo tego, że ekstremiści jak na razie zostali uciszeni. Małe miejscowości, jak właśnie Chinguetii, bardzo na tym cierpią.
Spacerując po starym mieście, które w przewodniku zostało bardzo barwnie opisane, a w rzeczywistości okazało się raczej zbieraniną budynków zbudowanych z kamienia, gliny i łajna, posiadających tylko drzwi od strony ulicy, zaczepił nas pewien mężczyzna, który zaproponował nam domowe jedzenie po dobrej cenie. Oczywiście z takiej okazji należy skorzystać. Umówiliśmy się, że za godzinę, po zwiedzeniu starego miasta, przyjdziemy we wskazane miejsce. Tak też zrobiliśmy. Ahmed zabrał nas do domu swojej znajomej - Aishy. Okazało się, że te wszystkie drzwi, które widać z ulicy są drzwiami na podwórka. Wokół takiego podwórka są wejścia do różnych pomieszczeń mieszkalnych oraz dla zwierząt, pośrodku ujęcie wody, w rogu toaleta itp. Ahmed zaprowadził nas do jednego z pokoi. Gliniana podłoga przykryta dywanem, gołe, gliniane ściany. Nie używa się tutaj stołów i krzeseł, jedzenie spożywa się na podłodze, opierając się o poduszki, a śpi się albo bezpośrednio na ziemi albo na materacu. Jako wyposażenie służyła półka zrobiona, jakżeby inaczej – z gliny. Często w pokojach nie ma okien, a jeżeli są, to są malutkie i położone blisko ziemi. Gospodyni Aisha zaserwowała nam kuskus z kurczakiem i warzywami (raczej średni), a na deser herbatę. Najlepsze miało nastąpić: Aisha wyciągnęła bęben i zaczęła grać. Ubrali mi na głowę turban, założyli kaftan i zaczęłam tańczyć z córką Aishy. W następnej kolejności udało im się nawet wyciągnąć Filipa, który tańczył z mężczyznami (w międzyczasie dołączył do nas jeszcze Włoch). To nie lada wyczyn, biorąc pod uwagę jego zamiłowanie do tańca. Po sesji tanecznej gospodarze poprosili nas o zaśpiewanie jakiejś polskiej piosenki. A jako, że to czas świąteczny, zaśpiewaliśmy kilka kolęd. Na koniec Aisha zaproponowała zrobienie mi malunków z henny na dłoniach, ale nie będąc zwolenniczką tego typu 'makijażu dłoni' wymyśliłam w żartach, żeby Filip kazał sobie namalować „R” (dla niewtajemniczonych – symbol jego ukochanej drużyny piłkarskiej). Oczywiście Filipowi pomysł się bardzo spodobał. Miał nawet przy sobie naklejkę z logo klubu, która posłużyła jako wzór. I tym sposobem Aisha po raz pierwszy robiła mężczyźnie hennę, i to nie byle jaką:) Na koniec Filip podarował jej naklejkę (wlepka z napisem 'Ruch Pany'), a ona przykleiła ją na honorowym miejscu na ścianie w pokoju, obok zdjęć swojej rodziny!! Powiedziała, że każdemu gościowi będzie teraz ten prezent pokazywała. Filip w zamian za swój upominek dostał od niej szal, z którego można zrobić turban. Przesympatyczny wieczór. Na jutro umówiliśmy się znów na kolację i spotkanie, pomimo nie najlepszej kuchni Aishy.
Do miasta docelowego, którym jest Chinguetti dotarliśmy po 7 godzinach jazdy. Ta miejscowość swego czasu stanowiła perłę tej ziemi, będąc VII najważniejszym miastem islamu, gdzie mieściło się 25 szkół koranicznych oraz 12 meczetów, a każda karawana (niektóre liczące nawet do 30 000 wielbłądów) zatrzymywała się w tej oazie. Miasto słynie też z kilku bibliotek przechowujących stare islamskie inkunabuły. W okresie prosperity żyło tam 20 000 mieszkańców. Dziś pozostało już tylko 1500 osób, które żyją głównie z turystyki. Niestety ta ostatnia od zeszłego roku mocno podupadła. Do 2007 z Francji były regularne tanie loty do Ataru (80km dalej) i stamtąd Francuzi tłumnie jeździli na zorganizowane wycieczki do Chinguetti i innych pobliskich osad. Jednak zeszłoroczne zabójstwo czwórki francuskich turystów na terytorium Mauretanii, późniejsze ataki tych samych muzułmańskich ekstremistów na wojska mauretańskie na pustyni, czego skutkiem było odwołanie rajdu Paryż-Dakar, spowodowało, że Francuzi momentalnie wstrzymali prawie wszystkie wycieczki do Mauretanii, pomimo tego, że ekstremiści jak na razie zostali uciszeni. Małe miejscowości, jak właśnie Chinguetii, bardzo na tym cierpią.
Spacerując po starym mieście, które w przewodniku zostało bardzo barwnie opisane, a w rzeczywistości okazało się raczej zbieraniną budynków zbudowanych z kamienia, gliny i łajna, posiadających tylko drzwi od strony ulicy, zaczepił nas pewien mężczyzna, który zaproponował nam domowe jedzenie po dobrej cenie. Oczywiście z takiej okazji należy skorzystać. Umówiliśmy się, że za godzinę, po zwiedzeniu starego miasta, przyjdziemy we wskazane miejsce. Tak też zrobiliśmy. Ahmed zabrał nas do domu swojej znajomej - Aishy. Okazało się, że te wszystkie drzwi, które widać z ulicy są drzwiami na podwórka. Wokół takiego podwórka są wejścia do różnych pomieszczeń mieszkalnych oraz dla zwierząt, pośrodku ujęcie wody, w rogu toaleta itp. Ahmed zaprowadził nas do jednego z pokoi. Gliniana podłoga przykryta dywanem, gołe, gliniane ściany. Nie używa się tutaj stołów i krzeseł, jedzenie spożywa się na podłodze, opierając się o poduszki, a śpi się albo bezpośrednio na ziemi albo na materacu. Jako wyposażenie służyła półka zrobiona, jakżeby inaczej – z gliny. Często w pokojach nie ma okien, a jeżeli są, to są malutkie i położone blisko ziemi. Gospodyni Aisha zaserwowała nam kuskus z kurczakiem i warzywami (raczej średni), a na deser herbatę. Najlepsze miało nastąpić: Aisha wyciągnęła bęben i zaczęła grać. Ubrali mi na głowę turban, założyli kaftan i zaczęłam tańczyć z córką Aishy. W następnej kolejności udało im się nawet wyciągnąć Filipa, który tańczył z mężczyznami (w międzyczasie dołączył do nas jeszcze Włoch). To nie lada wyczyn, biorąc pod uwagę jego zamiłowanie do tańca. Po sesji tanecznej gospodarze poprosili nas o zaśpiewanie jakiejś polskiej piosenki. A jako, że to czas świąteczny, zaśpiewaliśmy kilka kolęd. Na koniec Aisha zaproponowała zrobienie mi malunków z henny na dłoniach, ale nie będąc zwolenniczką tego typu 'makijażu dłoni' wymyśliłam w żartach, żeby Filip kazał sobie namalować „R” (dla niewtajemniczonych – symbol jego ukochanej drużyny piłkarskiej). Oczywiście Filipowi pomysł się bardzo spodobał. Miał nawet przy sobie naklejkę z logo klubu, która posłużyła jako wzór. I tym sposobem Aisha po raz pierwszy robiła mężczyźnie hennę, i to nie byle jaką:) Na koniec Filip podarował jej naklejkę (wlepka z napisem 'Ruch Pany'), a ona przykleiła ją na honorowym miejscu na ścianie w pokoju, obok zdjęć swojej rodziny!! Powiedziała, że każdemu gościowi będzie teraz ten prezent pokazywała. Filip w zamian za swój upominek dostał od niej szal, z którego można zrobić turban. Przesympatyczny wieczór. Na jutro umówiliśmy się znów na kolację i spotkanie, pomimo nie najlepszej kuchni Aishy.
środa, 24 grudnia 2008
24 grudnia – Wigilia
Jak przystało na Wigilię, postanowiliśmy zjeść dziś kolację choć trochę przypominającą naszą polską, czyli składającą się z ryby, bo inne potrawy z naszych tradycyjnych dań są tutaj absolutnie niedostępne. Mieliśmy przygotowane przepyszne domowe pierniczki, które Monika piecze co roku na święta i nas obdarowuje, ale niestety – zostały przez zapomnienie w domu! I gdyby nie to, że przypomniało nam się o tym dopiero pod granicą niemiecką, na pewno wrócilibyśmy po nie. Tak więc została nam tylko ryba. W tym celu po południu (rano załatwialiśmy wizę do Mali – 1-miesięczna, 20E oraz spacerowaliśmy po stolicy) udaliśmy się na targ rybny w porcie. Przeżycie zapachowe naprawdę mocne. Wizualnie – zobaczcie sami powyżej. Dziesiątki gatunków ryb, sprzedawcy, najpewniej rybacy, którzy przed chwilą te ryby łowili, przekrzykiwali się wzajemnie, tasakami odcinali głowy rybom, zachwalali towar. Filip po długich targach dokonał zakupu ok. półmetrowej ryby (nie mamy pojęcia co to było, może Maciek i Jasiu po zdjęciu poznają) oraz kalmarów. Wcześniej zapytaliśmy kucharza w naszym hoteliku czy będzie mógł nam przygotować jakieś danie, jeżeli damy mu składniki. Przywieźliśmy więc nasz nabytek kucharzowi, a my w międzyczasie udaliśmy się na zasłużoną toaletę Montka. Po eskapadzie do parku z zewnątrz był calutki pokryty brudem, a w środku wszystko kleiło się od kurzu. Niech ma prezent na Gwiazdkę:) Ciekawostka – po przejechaniu 144km w ciężkim terenie, na napędzie na 4 koła, średnie spalanie wyszło w okolicach 12,6l/100km.
Do kolacji zasiedliśmy w okolicach pojawienia się pierwszej gwiazdki, czyli tutaj około 19:30. Zdjęciami udokumentowaliśmy tę egzotyczną wieczerzę. Jako że Mauretania jest krajem w 99% muzułmańskim, atmosfery świątecznej nie odczuliśmy tutaj w ogóle, oprócz momentów spoglądania do bloga na Wasze życzenia:) Kolację uprzyjemniał nam śpiew mułły wzywający do modłów wszystkich wiernych... Kulinarnie nasza potrawa wigilijna różniła się mocno od tego, czym dziś zastawione były polskie stoły. Potrawę, którą przygotował nam kucharz nazywa się tutaj, podobnie jak w Maroku, tagine – czyli mieszanka warzyw z dodatkiem w tym wypadku ryby i kalmarów, zapiekana w glinianym naczyniu. Papryka, pomidory, ziemniaki, ciecierzyca, groszek, marchewka, cebula z dodatkiem przypraw stworzyła świetną kompozycje, w której na plan pierwszy wybijał się smak kuminu (kmin rzymski), jednej z naszych najbardziej ulubionych przypraw. Może nie była to taka standardowa kolacja wigilijna, dla nas jednak była to namiastka tradycji. A jako, że monotonii nie lubimy była to całkiem fajna odmiana. Jako opłatek posłużyła nam bagietka (Szole, dzięki za pomysł).
Teraz właśnie niemiaszki zaprosili nas do choinki. Przywieźli ją ze sobą (plus sporo alkoholu) starym mercedesem 124 i jeszcze starszą BMW z przyczepką. Tak więc bierzemy nasze marokańskie wino i idziemy się przyłączyć.
Jutro ruszamy w kierunku oaz na pustyni, jednak podobno teraz ma to już być normalna asfaltowa droga, nie na azymut przez pustynię. Inshallah....
23 grudnia - In Montek we trust!
Pobudka o 6:14 rano, żeby się przygotować do wypłynięcia łodzią o godzinie 7. Oczywiście z 7 robi się 8, bo nasi łódkowi macherzy mają czas i od 6:50 kwitniemy czekając aż ktoś się zjawi. Łódź, którą mamy wypłynąć, to prawdziwa tradycyjna łódź rybacka, zwana lanche, około 20-metrowa, z żaglem, oczywiście ręcznie szytym. W środku sieci, pełno łusek i miły zapaszek rybny. Nasi majtkowie to 2 młodych lokalnych chłopaków, to prawdopodobnie Haratyni. Po francusku znali słowo bon i pas bon, więc nasza konwersacja odbywała się na migi. Wytłumaczyliśmy im na mapie, dokąd chcielibyśmy pojechać, oni mądrze kiwali głowami, że rozumieją. Po 'wystartowaniu' łódki, okazało się, że te wysepki, do których chcielibyśmy dotrzeć, nie są w zasięgu jednodniowej wycieczki, bo nasz wehikuł wodny poruszał się z prędkością maksymalnie 3-4km na godzinę. Na szczęście ptaki można zaobserwować i na bliższych mieliznach i wysepkach. Do Parku Banc D'Arguin emigrują ptaki z całej Europy oraz część z Ameryki Północnej. Można tam wypatrzeć kilkadziesiąt gatunków, z których dla nas najbardziej atrakcyjne są flamingi, i tak też wytłumaczyliśmy majtkom, że mają płynąć w okolice, gdzie można spotkać flamingi. Po jakiś 3 godzinach pływania, dotarliśmy do wysepki, gdzie brodziły w wodzie czaple, pływały kormorany i pelikany oraz pomniejsze ptaszki. Akurat te ptaki to dla nas nie nowość, bo w tym roku widzieliśmy ich całe mnóstwo w Delcie Dunaju w Rumunii (Ula i Krzysiu – tym razem nie było tak strasznie zimno, wystarczył tylko polar:). A flamingów jak nie było, tak nie ma. Widząc porywające tempo naszej łodzi, nie wiedzieliśmy jakie są szanse, żeby dopłynąć gdziekolwiek, gdzie można zobaczyć te różowe ptaki. A czas coraz bardziej nas naglił, bo mając na uwadze wczorajszą eskapadę, chcieliśmy mieć przynajmniej 3 godziny na przejazd przez pustynię z powrotem do drogi głównej, zanim zapadnie zmrok. Ale mieliśmy szczęście – w trasie powrotnej udało nam się zobaczyć parę niewielkich grup flamingów brodzących w wodzie. Nie było to to, na co miałam nadzieję – całe klucze lecących flamingów, bądź bardzo gromadnie brodzących przy brzegu, ale zawsze coś... Widać po takie widoki trzeba się udać do Miami albo jeziora Nakuru w Kenii. Najprzyjemniejszą częścią wycieczki było gotowanie przez naszych majtków ryb oraz ryżu, a także częstowanie nas raz po raz świeżo przygotowaną herbatą. Po 8 godzinach pływania dotarliśmy, już trochę zaniepokojeni późną godziną, do osady, w której czekał na nas Montek. Szybko uregulowaliśmy należność za łódkę oraz spanie w namiocie i ruszyliśmy w drogę powrotną, która wg słów mieszkańca osady, miała trwać około 2 godzin. Przy wyjeździe udało nam się znaleźć świeże ślady samochodu, który jechał na ten sam azymut, co my, i postanowiliśmy się ich trzymać. Były momenty, że ślady stawały się mniej wyraźne, ale cały czas udawało się je odnaleźć. Na twardszych odcinkach Filip rozwijał prędkość do 90km/h! Czuliśmy się trochę jak na rajdzie Paryż-Dakar. Niesamowite przeżycie. W pewnym momencie, jadąc przez dość głębokie piaski, Montek zaczął się dość mocno nagrzewać. Jak tylko dotarliśmy do twardszego i płytszego fragmentu, zatrzymaliśmy się, nie wyłączając silnika Filip otworzył klapę, a ja włączyłam ogrzewanie. Temperatura szybko spadła. Postanowiliśmy na ogrzewaniu jechać już do końca, żeby nie ryzykować ponownego przegrzania w nieodpowiednim momencie, gdzie zatrzymanie groziłoby zakopaniem się. W pewnym momencie dotarliśmy nawet do drogowskazu pustynnego, który upewnił nas, że jedziemy w dobrą stronę. Chwilę za tym drogowskazem zaczynały się coraz wyższe wydmy, i gdyby nie pewność, że jak jest drogowskaz i są ślady kół, to to musi być dobra droga, chyba byśmy się wycofali. Wjeżdżaliśmy na wysoką wydmę, typu tych, które są na obrazkach przedstawiających prawdziwą pustynię. Montek ciągnął uparcie w górę, Filip kurczowo trzymał kierownicę i koncentrował się na podjeździe, ja trzymałam się rączki na drzwiach bocznych, cała blada, wiedząc czym grozi zakopanie się w piachu w tym momencie. Ale oczywiście Montek i Filip dali radę, wjechaliśmy i zjechaliśmy z wydmy, a za parę kilometrów ukazała się już droga asfaltowa, która była naszym celem. Jechaliśmy godzinę tylko, pokonując 57km po pustyni. Na koniec dopompowaliśmy z powrotem opony, trochę poukładaliśmy graty, które się mocno poprzemieszczały podczas podskoków samochodu i ruszyliśmy w 240km trasę do stolicy – Nawakszut. Po 3 godzinach jazdy dotarliśmy do celu i znaleźliśmy super zajazd, w którym zatrzymują się głównie offroadowcy. Mają tutaj nawet WiFi! Wyczerpani, zmyliśmy z siebie piaski Sahary i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
.jpg)