sobota, 20 grudnia 2008

20 grudnia - Sahary dzień drugi




Dziś od rana monotonna trasa – 650 km do pokonania po pustyni. Raz bardziej, raz mniej płaskiej, ale dość monotonnej. Jednakże żeby nie było tak nudno, dość często stały patrole policyjne, zatrzymujące wszystkie samochody. Turyści, dla ułatwienia pracy policjantów, są przez nich proszeni o tak zwane 'fiche' – czyli karteczki z wypisanymi danymi osobowymi, nr paszportu itp. Co patrol uzupełnialiśmy nasze fiche o nowe dane. Policjanci uwielbiają pytać o zawód, więc Filip został ogrodnikiem, a ja nauczycielką. Chciałam być pielęgniarką, ale pomyślałam, że któryś z nich może potrzebować praktycznej porady, więc zawód nauczycielski jest w tym wypadku bezpieczniejszy. Koniecznie – nauczycielka szkoły podstawowej, bo dzieci budzą tutaj bardzo pozytywne reakcje. Na użytek kontroli przyjęliśmy też taktykę nieprzyznawania się do znajomości francuskiego, bo policjanci, widząc, że nie potrafią się z nami dogadać tracą pewność siebie i albo wcale, albo mało mówią po angielsku. Wszystkie te szatańskie sztuczki na nic się zdały, kiedy przekroczyliśmy dozwoloną prędkość o 6km/h. Zatrzymał nas patrol, który (chyba jako drugi na całej trasie) posiadał radar i pokazał, że jechaliśmy 66km a obowiązywało ograniczenie do 60. Po długich negocjacjach – po angielsku oczywiście – zapłaciliśmy mandat w wys. 10 Euro, czyli czterokrotnie mniej niż żądali na początku oraz wręczyliśmy 2 odblaskowe misie, które wzbudziły ogromne zainteresowanie policjantów. Już w uśmiechach pożegnali się z nami i kazali powoli jechać.
Jesteśmy teraz w miasteczku położonym na cyplu – Dakhla. Znaleźliśmy pokój w końcu w rozsądnej cenie – 60 MAD. Mamy nawet bezpośredni widok na oddalony o 50 m ocean.
Jutro wyruszamy dalej na południe i chcemy przekroczyć granicę z Mauretanią, więc następne opowieści wyślemy już stamtąd.

19 grudnia - Sahara Zachodnia











Wyruszyliśmy dzisiaj rano o 8:30 z Essaourii. Pilnowacz samochodu był na miejscu, więc załapał się na wcześniej obiecaną koszulkę. Cały czas kierujemy się na południe aby dotrzeć do Sahary Zachodniej. Naszym celem na dzisiaj jest Tarafiya, dystans do pokonania to około 750km. Trasa mija nam bardzo sprawnie, droga wije się górzystymi serpentynami, co nie pozwala na rozwinięcie większej prędkości. Wszystkie niedogodności są sowicie kompensowane przez otaczające widoki. Skaliste górki oblewane przez ocean, w pięknym słońcu, które nie daje się nam we znaki, gdyż powietrze jest bardzo rześkie i dmuchawa w samochodzie zupełnie wystarcza na komfortowe warunki w kabinie. Bardzo miło byliśmy zaskoczeni zachowaniem policjantów na drodze. Widząc zagraniczne numery, od razu kiwali ręką abyśmy kontynuowali jazdę bez zatrzymania. Oczywiście wszystko do czasu. Jechało się nad wyraz dobrze, kolejne miejscowości zostawały z tylu, a skaliste góry pomału zaczynały być zastępowane przez hamadę, czyli kamienistą pustynię. Wjeżdżając w pewnym momencie na zupełnie puste rondo, nie zatrzymałem się ponoć na rzekomym znaku stop. Oczywiście za rondem stał patrol żandarmów. Kazali zjechać na bok i po angielsku tłumaczyli moje przewinienie, do którego ja się oczywiście nie chciałem przyznać. Moja wersja, była taka, że na sekundę się zatrzymałem, ale z racji tego, ze było zupełnie pusto to zaraz ruszyłem. Policjanci widząc, ze nie kwapię się do wspomożenia ich budżetu i z uśmiechem na ustach wmawiam im twardo, że na 100% się zatrzymałem dali za wygraną i życzyli bezpiecznej podróży i zawracania większej uwagi na znaki drogowe. Kolejne patrole ograniczały się do spisywania danych z paszportu, ale na to byliśmy przygotowani wjeżdżając do Sahary Zachodniej. Wskaźnik paliwa Montka opadał bardzo powoli i postanowiliśmy dotrzeć na posiadanym paliwie do pierwszych stacji benzynowych na Saharze. Paliwo ma być tam znacznie tańsze, gdyż rząd marokański subwencjonuje podstawowe artykuły, w tym paliwo, żeby zachęcić Marokańczyków do osiedlania się na tym terenie. Rząd marokański zadeklarował się (co spowodowało zawieszenie broni w 1991 roku) do przeprowadzenia referendum dotyczącego przyznania niepodległości SZ. Od tego czasu ekspansywna polityka ma na celu osiedlenie się jak największej liczby Marokańczyków, którzy w referendum opowiedzieliby się za zostawieniem SZ w granicach Maroka. Zobaczymy, czy ten szatański plan się powiedzie.
Mieliśmy cały czas jeszcze 20-litrowy baniak w zapasie, więc powinniśmy spokojnie dojechać do stacji z tańszym paliwem. Montek jak dotychczas zadowalał się średnio 12,5 litrami na 100km. Dostaliśmy w miarę spójne informacje dotyczące pierwszych stacji na SZ. Jak się później okazało nie były za bardzo dokładne. Udało nam się dojechać wreszcie do stacji, a wskaźnik Montka pokazywał 772km przejechane na baku, co było naszym (albo raczej Montkowym) rekordem. Niestety okazało się, ze na tej stacji nie było paliwa bezołowiowego a następna jest oddalona o kolejne 20km. Postanowiliśmy pojechać dalej mając nadzieję, że nie będziemy musieli dolewać paliwa z naszej beczki. Udało się, i tym to sposobem ustanowiliśmy nowy rekord w spalaniu 10,6/100km. Bardzo rozsądnie patrząc na gabaryty samochodu oraz jego ładunek.
Po 13h jazdy dotarliśmy do Tarafayi. W miarę szybko znaleźliśmy jedyny „hotelik” w tym mieście. Bardzo przyzwoita cena – 7E za pokój dwuosobowy (Columbia ani NH to nie jest:). W jednej z relacji z podobnej trasy, którą mamy ze sobą, trzyosobowa załoga zrezygnowała z tego zakwaterowania twierdząc, że są tu fatalne warunki. Cóż, dla nas jest całkiem ok, szczególnie porównując niektóre miejsca w jakich nam było dane spać. Ot, taka niższa półka bez obrzydzenia (to w skali Daminy). W sumie oceńcie sami.....
Jutro ruszamy dalej. Odcinek podobny. Serpentyny jednak zostaną zastąpione piaskiem wydzierającym kawałki drogi.....

18 grudnia cd

Tak gwoli uzupełnienia dnia dzisiejszego, coś dla koneserów złocistego napoju bogów. Udało się nabyć wreszcie marokańskie piwo! Wcześniej piłem w Marrakeshu piwo hiszpańskie „Alhambra” w kawiarni gdzie mieli WiFi (chyba jedno z najdroższych piw w moim życiu - 16zł za 0.25litra – śmieszna pojemność - już nawet Lufthansa po moich częstych lotach ostatnio zmieniła gabaryty z 0.25l na 0.33, bo za często musieli kursować do mnie:) Nabyłem dzisiaj 3 sorty: butelkowe „Flag Speciale” 0.25l za 8.5MAD, puszkowe „Flag Pils” 0.5l za 12MAD i butelkowego bociana „Stork” 0.33 za 9.5MAD. Oczywiście w całym mieście jest jest jeden lub dwa sklepy z alkoholem (czułem się jak w Trolhattan w Szwecji:). Na miejscu trunki pakują w gazety i czarne reklamówki. W sumie Allah czuwa! Aby dopełnić wieczora dałem się jeszcze skusić dziadkowi na „happy cake”. Ciasteczko z dodatkiem haszu. Z takim arsenałem udaliśmy się do hotelu. Oczywiście w sklepie zapytałem, czy mogę zacząć konsumpcję już w drodze powrotnej, ale odpowiedź była zdecydowanie negatywna. W hotelu wypiłem piwko i zjedliśmy ciasteczko na pól. Ten hasz to chyba był taki sam jak trawka, którą kiedyś kupiliśmy w Laosie, która okazała się zwykłą trawą skoszoną pod czyimś domem... Cóż, i tym razem ja dałem się nabrać, ale jutro poszukam dziadka, bo stał niedaleko parkingu! Jakby co to na miejscu zjem 4 ciastka i zobaczymy co będzie:) Dzisiaj zachwalał: „My friend take one for free, try it and you will come back tomorrow to pay and take more”.
Wracając do piwa, bocian (Stork) bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Przyzwoita goryczka, odpowiednia ilość ekstraktu, był po prostu smaczny (wiadomo, ze nie to co Książęce, ale Żywca przebija). Następnie sięgnąłem po „Flagę Pils”! No i tu już było znacznie gorzej. W sumie co się dziwić, jak reklamą na piwie (notabene wątpliwą) był medal zdobyty w Amsterdamie nie wcześniej czy później niż w....1981roku! Wtedy to ja już miałem kilka sortów piwa na swoim koncie (no może w formie pianki z piwa taty, no ale od czegoś trzeba zacząć). Piwo lurowate, bez goryczki, takie popłuczyny, no ale jak stare porzekadło mówi: „na bezrybiu i rak ryba”, wszak to kraj w 99% muzułmański.
Będę informował zainteresowanych o kolejnych złocistych podbojach. Boję się tylko Mauretanii, bo tam ponoć Sahara, dosłownie i w przenośni! A człowiek nie wielbłąd.....
Jak już jesteśmy przy spożyciu, to dzisiaj na obiad znaleźliśmy bardzo lokalną knajpę. Wśród zgrai lokalusów pijących herbatkę zamówiliśmy marokański specjał „tagine”, czyli mięso mielone zapiekane z warzywami (w naszym przypadku tartymi pomidorami i marchewka prawdopodobnie) na glinianym talerzu, przykrytym glinianym stożkiem. Na starter dostaliśmy, pieczone sardynki:) Całość konsumowało się z bagietką (tutaj podstawa – pozostałość po Francuzach) i muszę powiedzieć, ze było bardzo smaczne i pożywne. Ja oczywiście jak grzeczność nakazuje zostawiłem nasze talerze puściutkie:) Jutro będziemy polować na couscous, gdyż piątek jest tradycyjnie jedynym dniem kiedy serwuje się właśnie ten rodzaj kaszy.

czwartek, 18 grudnia 2008

18 grudnia - Atlantyk




Rankiem, przed udaniem się w dalszą drogę, zwiedziliśmy za dnia stare miasto (medinę) w Marrakeshu i jego zabytki. To najbardziej kosmopolityczne miasto w Maroku, co widać po sklepach z markowymi ubraniami, samochodach i modzie przechadzających się młodych ludzi. Targ, czyli tak zwany souk, odbywający się nieustannie na wąskich uliczkach mediny, jest przepełniony licznymi lampami z metalu z ażurowym wzorem, wyrobami skórzanymi, biżuterią, ceramiką. Na tym etapie nie przewidujemy jeszcze zbyt wielkich zakupów, bo transport talerza przez następne 12 tys. km może okazać się ryzykowny.
Dziś na liczniku samochodu wybiło nam 4500km. Ciekawe czy to będzie 1/4 dystansu czy może nawet już więcej?
Po 2-godzinnej podróży dotarliśmy wreszcie nad Atlantyk, do miasteczka Essaouria, które w przewodniku zostało opisane jako malownicze, senne, nadmorskie miasteczko, a okazało się kurortem typu nasze Mielno, tylko z inną zabudową i stoiskami z pamiątkami, ale klimat podobny. Naprawdę spodziewaliśmy się czegoś mniej turystycznego. Pogoda tutaj nadal bardziej wiosenna niż letnia, w słońcu ciepło, ale polar i tak się przydaje.
Jutro z rana wyruszamy w ok. 700-kilometrową trasę w stronę Sahary Zachodniej. To nibypaństwo, po uwolnieniu się spod dominacji hiszpańskiej w 1975 r., nie nacieszywszy się długo niepodległością, zostało zaanektowane przez Maroko i Mauretanię, a po wycofaniu się tej ostatniej, należy od tamtego czasu do Maroka. Jednakże front wyzwolenia Sahary Zachodniej – Polisario, działający od wielu lat, proklamował niepodległe państwo, które jest uznawane jedynie przez kilka państw muzułmańskich. Oczywiście sprawa rozbija się w głównej mierze o dobra naturalne, jak to zwykle bywa w takich przypadkach – w Saharze Zachodniej znajdują się jedne z najbogatszych na świecie złóż fosforytów.
W praktyce – jadąc tam nie ma granicy pomiędzy Marokiem a SZ, używana jest ta sama waluta. Podobno ceny paliwa i żywności są tam znacznie niższe niż w Maroku, o czym mam nadzieję przekonamy się na miejscu, bo tutejsze ceny wszystkiego, z hotelami na czele są dość wysokie.
Nie wiem kiedy znów będziemy mieć dostęp do internetu, w każdym razie napiszemy jak tylko będziemy mieć okazję.

środa, 17 grudnia 2008

W stronę Marrakeshu





Wyjechaliśmy z samego rana, bo przed nami 450km, co tutaj znaczy około 9-10h. Wybraliśmy trasę nie główną drogą (część nawet autostrady), ale drogami 'krajowymi', żeby zobaczyć jak najwięcej lokalnego życia.
A teraz kilka faktów o Maroku: powierzchnia kraju to: 446 500m2, 34mln ludności, stolica: Rabat, 99% to muzułmanie (sunnici), reprezentujący jednak dość liberalne podejście do religii, szczególnie widoczne wśród młodego pokolenia, gdzie dziewczyny paradują w obcisłych spodniach i swetrach, z odkrytymi w większości głowami. Tradycyjne ubiory spotyka się głównie na wsiach albo też wśród starszych ludzi. O tej porze roku większość z nich nosi galabije z kapturami zrobione z wełny bądź grubego płótna. Sięgają prawie do kostek, dlatego też z pewnością dobrze grzeją. Kaptury są spiczaste, więc przypominają z wyglądu członków Ku Klux Klanu...W standardowych domach nie ma ogrzewania, które jest potrzebne przez około 2-3 miesiące w roku. Odczuwamy to mocno, mieszkając w budżetowych hotelach, gdzie temperatura w pokoju sięga pewnie maksimum 13 stopni, i nawet dla nas, przyzwyczajonych do owych 18 stopni zimą w naszym mieszkaniu, to trochę za mało. Ale dalej o Maroku i jego mieszkańcach: typowe śniadanie, to mały okrągły chlebek maczany w oliwie oraz zagryzany oliwkami, zapijany obowiązkowo miętą z pół kilograma cukru na szklankę. Po którejś szklance można przywyknąć do tej słodyczy. Jak wygląda typowy obiad jeszcze nie wiemy, bo wczoraj na lancz jedliśmy ichnie śniadanie urozmaicone omletem i zimnymi frytkami, a na obiadokolację – mini bagietkę z mięsem i, jakżeby inaczej, zimnymi frytkami. Dziś w Marrakeshu mam nadzieję posmakować jakiegoś bardziej wyrafinowanego dania kuchni marokańskiej. PKB na mieszkańca wynosi ok. 3700 USD. Jak na kraj afrykański to niezła średnia, co widać choćby po drogach, które są w większości w niezłym stanie jak na ten kontynent (oprócz fragmentów gdzie brakuje asfaltu), mają kilka autostrad – płatnych, ale za to bardzo pustych. Generalnie na drogach nie ma zbyt wielu samochodów, co zresztą nie dziwi, biorąc pod uwagę, że benzynę mają w niemieckich cenach, a zarobki afrykańskie. Zdarzają się nowe modele europejskich czy japońskich samochodów, ale sporadycznie; nieodparcie króluje beczka i stare francuskie auta. W centrach miast oczywiście wielki natłok samochodów, każdy jeździ jak mu się podoba, nie przestrzegając żadnych zasad. Jak się człowiek do tego dostosuje, to sobie spokojnie poradzi.
Piszę ten tekst jadąc samochodem, w tej chwili mijamy oblaną słońcem równinę, zostawiwszy góry Atlas za sobą. Przez jakąś godzinę, w najwyższej części drogi jechaliśmy wśród śniegu, co udokumentowałam, żeby nie było, że to są te same zdjęcia, które zrobiliśmy podczas śnieżycy we Francji:). Za jakieś 4 godziny dotrzemy do celu i wieczorem wrzucimy dzisiejszy i wczorajszy tekst, żeby wszyscy byli na bieżąco. Mam nadzieję, że starczy nam determinacji do końca wyprawy, żeby regularnie pisać szczegółowo o naszych przygodach. Na szczęście mamy laptopa, więc pisać można w dowolnej chwili, nie licząc wyłącznie na kawiarenki internetowe.

Maroko pierwsza odsłona







15 grudnia wieczorem dotarliśmy do Algeciras, ale że była już 21, zdecydowaliśmy się na zostanie ostatni dzień w Hiszpanii. Znaleźliśmy hostel (bez ogrzewania, a na dworze ok 6-8 st. w nocy) za 30 E po wielkich negocjacjach, ale za to 50m od portu. Prom kosztuje słono (152E za 2 osoby i samochód), ale był bardzo ekskluzywny, w porównaniu do tego, czym pływaliśmy do tej pory...Ceuta, do której płynęliśmy jest terytorium hiszpańskim, więc nie poczuliśmy od razu tego, że jesteśmy już w Afryce. Zaczęliśmy od zakupów w Lidlu (strasznie kusiła nas taka ogromna szynka – cała noga krowia wędzona – ale transport tego by nas chyba zabił) uzupełniając wodę i jakieś wędliny. Wydaliśmy ostatnie Euro w monetach, bo po drugiej stronie będzie to już nieużyteczne. Zaskoczyła nas cena paliwa, około 0.65 EUR. Już zacieraliśmy ręce, bo skoro tyle kosztuje w Ceucie to poza nią będzie pewnie jeszcze taniej – budżet kalkulowaliśmy po średniej cenie 0.8E/litr. Ale jak to mówi stare porzekadło: już był w ogródku już witał się z gąską!!! Po przekroczeniu granicy (o tym za chwilkę) okazało się, ze po stronie marokańskiej zapłaciliśmy za paliwo 11.36 dirham (1Eur=11MAD – przeliczcie sobie sami, bo ja się nawet nie chcę denerwować). Teraz trochę o przejściu granicznym w Ceucie. W sumie poszło sprawnie, ale ci wszyscy ludzie z tobołkami, niosący biznes swojego życia na plecach, druty kolczaste, betonowe mury i bramki obrotowe jak na stadionach przypomniały nam, że tutaj łączą się ze sobą dwa światy. Bogaty, „zepsuty i zgniły” zachód z biedną, „poszkodowaną przez los i lokalizację oraz zniszczoną przez dobra naturalne” Afryką. Zaraz po przejechaniu granicy, zaczął się afrykański rozpiździel. Błoto, worki plastikowe i oczywiście wszechobecnie królująca „beczka”, czyli kultowy mercedes 123. Tutaj to zdecydowanie królowa szos! Kto miał beczkę pewnie zrozumie sentyment do tych niezniszczalnych czołgów:) Droga mijała nam całkiem dobrze. Czasami brakowało asfaltu, ale ogólnie nie było źle. Wszędzie otaczały nas gaje oliwne i pomarańczowe. Po drodze mały lancz (którego częścią obowiązkową jest lokalny chleb, oliwki i oliwa).
Wylądowaliśmy wreszcie w Fez, gdzie potwierdziliśmy wcześniejszą informację o przesunięciu zegarka o godzinę wstecz. Za 120MAD znaleźliśmy nocleg (nawet ciepła woda jest w prysznicu – oczywiście prysznic na zewnątrz), w sumie to pomógł nam gość na motorku, który „przyatakował” nas na jednym ze skrzyżowań. On też za 120MAD naraił nam przewodnika po Medinie – starym mieście w Fezie. Stare numery jak zwykle działają niezależnie od kraju, więc odwiedziliśmy garbarnię i farbiarnię skóry ze sklepikiem, gdzie chcieli nam wcisnąć torby, paski, kurtki, płaszcze i inne skórzane gadżety, następnie sklep z materiałami (najlepszy był jedwab z kaktusa!) aby skończyć w sklepiku z pachnidłami i przyprawami. Tam chłop bardzo dobrą angielszczyzną starał się wcisnąć nam różne kremy (chyba miał na wszystko jakieś mazidło, no może z wyjątkiem hemoroidów albo po prostu wstydził się o tym wspomnieć:). Tak bajerował, tak bajerował, ze skusił Alę na krem o zapachu różanym niewiadomego pochodzenia i zastosowania oraz mazidło (niby ma być do masażu moich pleców – teraz do zestawu brakuje tylko 18-letniej Tajki, ale damy radę:) Cena wyjściowa 130MAD za komplet, ale po wielkich negocjacjach oraz kompletnym brakiem zainteresowania z mojej strony, a wręcz irytacją, gościu po raz kolejny wyskoczył ze sklepiku, tym razem z zapakowanym zestawem obowiązkowym (i nie była to WuZetka:) i ceną 40MAD. W sumie jak się zaczyna negocjować i dostaje się żądaną kwotę to powinno się dokonać zakupu. Tak też robimy i wracamy zadowoleni z naszym przewodnikiem do hotelu (nadal jednak brakuje Tajki do moich pleców:(. Sprzedawca bardzo mocno zawiązał woreczek z mazidłami, a jak Ala chciała otworzyć, to spytał: Madam, you don't trust me? No i coś w tym było oczywiście! W pokoju okazało się, że zapakowany krem to był próbnik, wyśmigany przez setki ludzi i w 4/5 zużyty. No cóż, człowiek cały czas się uczy. Człowiekowi się wydaje, że widział już różne numery (na kwiaty ofiarne w Pushkarze, sklep jubilerski w Bangkoku itp.), ale jak widać inwencja ludzka w oszukiwaniu nie zna granic. Co jest niestety bardzo smutne, bo musimy być nieufni i czujni na każdym kroku, żeby nie dać się nabrać i nie stracić w najlepszym wypadku pieniędzy.
A propos pogody, to nadal dość chłodno, a ogrzewania w pokojach ani słychu ani widu. Czekamy z niecierpliwością na upały, ale i one pewnie niedługo dadzą nam się we znaki...

wtorek, 16 grudnia 2008

Przejazd przez Europe


W sobotę 13 wyjechaliśmy jednak dopiero koło godziny 10. Oprócz dobrej daty rozpoczęcia wyprawy, czarny kot przebiegł nam drogę, co uznaliśmy za symbol bardzo udanej podróży. Część polska trasy przebiegła bezproblemowo i sprawnie. W Niemczech mknęliśmy po pięknych autostradach z zawrotną prędkością 100km/h. Wyładowany Montek czuje ciężar na plecach i aż szkoda go bardziej żyłować. Przerwą w nudnej jeździe było tankowanie, jak się okazało najdroższe na całej europejskiej trasie – 1,15 Euro za litr. Zatankowaliśmy umęczonemu Montkowi super bleifrei, a on, poczuwszy heimat, odwdzięczył nam się zapaleniem czerwonej kontrolki 'check engine'. Filip natychmiast stanął i zaczął sprawdzać w silniku czy olej i woda są w porządku. Ja użyłam naszej helpline samochodowej i wysyłałam smsy do Jasia w celu zdalnego zdiagnozowania problemu. Uspokoił nas, że jeżeli samochód jedzie równo, olej i woda są ok, to może to być albo paliwo albo jakaś sonda lambda, a dodatkowo Krzyś udzielił pomocy online, sprawdzając fora motoryzacyjne, czy gdzieś o takim problemie ktoś nie wspomina. Po tej przygodzie totalnie odechciało mi się spać. Wyobraziliśmy sobie, że oto nastąpił koniec naszej podróży, po przejechaniu paruset kilometrów. Zostawienie samochodu przy drodze nie wchodziłoby w rachubę w Europie, jak ewentualnie można zrobić gdzieś w Afryce:)
Już bez dalszych rewelacji dojechaliśmy do Francji i tam spaliśmy w wynalezionej przez Krzysia Formule 1 (trafiliśmy bezbłędnie – dzięki!). Jako że był to weekend, hotelik służył różnym parom, starszym i młodszym, jako hotel na godziny... ale mimo to wyspaliśmy się:)
Jeżeli chce się we Francji unikać płatnych dróg, jak my zrobiliśmy, jazda wymaga wysokiej koncentracji , a że GPSem byłam ja, nie mogłam się nawet zdrzemnąć. Na szczęście ani razu nie pobłądziliśmy, ale mimo to trasa przebiegała bardzo ślamazarnie i planowany nocleg w Hiszpanii (jakieś 200km od granicy) oddalał się z każdym kilometrem, a już całkowicie przystopowała nas śnieżyca w Burgundii.
Słuchy o naszej wyprawie doszły aż do Francji, gdzie zrobiono nam zdjęcie. Niestety płatne, za przekroczenie szybkości o 8km. Mamy tylko nadzieję, że ich system nie działa tak dobrze, żeby zdjęcie, warte pewnie parę dobrych Euro, dotarło do nas.
Mieliśmy też przygody z tankowaniem – w niedzielę prawie wszystkie stacje są nieczynne, ale mają automaty umożliwiające bezobsługowe tankowanie. I cóż z tego, skoro żadna z naszych 4 kart nie chciała w nich zadziałać! Więc najpierw dolaliśmy 40l z baniaków, a później, na takiej bezobsługowej stacji poprosiliśmy tankującego, żeby zapłacił swoją kartą, a my daliśmy mu gotówkę. Cena benzyny na zwykłych stacjach we Francji to 1,16-1,20E, ale na stacjach przy Auchan czy Carrefour jest o ponad 10 centów tańsza. Zatankowaliśmy za 1,03E.
Koło północy wjechaliśmy dopiero do Hiszpanii. Zdecydowaliśmy, żeby przespać się parę godzin gdzieś na stacji, po to, by nie tracić czasu zmarnowanego we Francji. Przyroda sama wymusiła na nas taki postój zresztą, fundując kolejną śnieżycę. Droga się zablokowała, samochody jechały parę kilometrów na godzinę, więc zdecydowaliśmy się na postój. Nad ranem obudziliśmy się rześcy w zmrożonym samochodzie i ruszyliśmy dalej. W Hiszpanii sieć niepłatnych dróg jest dużo lepsza niż we Francji – autostrady bezpłatne biegną równolegle do płatnych. Wjeżdża się na jedną drogę i można jechać nią min. parędziesiąt kilometrów, a nie jak we Fracji – parę. Benzyna w dużo bardziej cywilizowanej cenie – 0,84E/litr. Jedyny problem jaki napotkaliśmy tutaj, to wymiana banknotów 500E na mniejsze nominały. Kupując Euro w Polsce dostaliśmy z 6 albo i więcej banknotów 500E. Domyślając się, że wymiana 500E naraz w jakimkolwiek kraju to może być za dużo, chciałam je w Europie zamienić na drobniejsze. 2 udało się wymienić jeszcze w domu, ale jak się okazuje w krajach, gdzie jest to środek płatniczy, to wcale nie jest łatwe! Taki banknot jest traktowany jako okaz numizmatyczny niemalże i wymiana na drobniejsze graniczy z cudem. Na stacji w Niemczech nie było problemu, ale już we Francji – postawiliśmy na nogi cały Carrefour chcąc w 2 kasach osobno, kupując jakieś dobre sery, zapłacić pięćsetkami. Udało się tylko mnie, bo dla Filipa zabrakło już banknotów. Niestety to była niedziela, więc banki nieczynne i ta opcja nam odpadła. Kolejna próba rozmiany w McDonaldzie też spełzła na niczym. Postanowiliśmy, że wymienimy w Hiszpanii w banku. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy odwiedziwszy parę różnych banków, w jednym zaledwie miły kasjer rozmienił mi jedną pięćsetkę. Musieliśmy zrobić kolejne zakupy w markecie, żeby rozmienić następną. Zostały nam 2 w chwili obecnej, chcemy się ich pozbyć tankując Montka i kupując bilety na prom.
Jedziemy właśnie z Madrytu w kierunku Cordoby. Do wieczora powinniśmy dotrzeć do Algeciras i przepłynąć cieśninę. Pogoda w tej chwili wczesnowiosenna – ok 8 stopni i resztki śniegu leżące na polach.