poniedziałek, 17 listopada 2008

Żeby nie było, że się obijamy i bezczynnie czekamy na nadejście 13 grudnia, postanowiłam coś napisać, tym bardziej, że niektórzy się dopominają o wiadomości z frontu przygotowań, co nie Maciuś...
Planowanie trasy przed dokładnym zagłębieniem się w Africa Road Atlas wydaje się z perspektywy wygodnej kanapy bardzo proste – 50km tutaj, 300km tam. Tyle że 50km w rzeczywistości może się okazać całodzienną wyprawą... Wymyśliłam, że chcielibyśmy zobaczyć 'Festival in the Desert' w Essakane, największe wydarzenie muzyczne w Mali, gdzie koncerty odbywają się w niesamowitej scenerii pustynnej. W przyszłym roku festiwal odbywa się na początku stycznia. Ale po dokładnym przejrzeniu mapy okazało się, że w miarę krótka trasa z Mauretanii wiedzie przez szczerą pustynię, bez dróg, jedynie z traktem dla karawan. Jazda po ubitych drogach jest tak okrężna, że możemy nie zdążyć na trzydniowe wydarzenie w oazie w Essakane. Ale cóż... Jak przeczytałam w książce Cejrowskiego o jego przygodach w Ameryce Południowej, pewien sędziwy Indianin odpowiedział mu na pytanie czemu nie nosi zegarka: „You have a watch, I have time”. Dlatego zostawiamy zegarki w domu (w każdym razie ja na pewno, Filip jeszcze się łamie) i chcemy spróbować prawdziwego 'african time', gdzie godzina może okazać się całym dniem. Chcemy wtopić się w ich rytm życia, zatrzymywać się w miejscach, które nam się spodobają, przejechać obok turystycznych punktów nie zatrzymując się. Oczywiście mamy po drodze parę miejsc, które na pewno zobaczymy, jak choćby Timbuktu i Krainę Dogonów w Mali albo plaże w Ghanie. Ale nie chcemy 'na sztywno' wyznaczać trasy, której musimy się trzymać za wszelką cenę, żeby nie psuć sobie przyjemności smakowania tej podróży poprzez pośpiech i stres niedojechania gdzieś na czas.
Z praktycznych rzeczy zakupiliśmy moskitierę z ilością oczek 230 na cal kwadratowy, która powinna uchronić nawet przed małymi insektami, tabletki od odkażania wody, bardzo mocny repelent ze stężeniem DEET 20%, który działa kilka godzin i odstrasza wszelkie komary, trzy 20-litrowe baniaki na benzynę, baniak z kranikiem na wodę (kupiliśmy na allegro 2, ale jeden okazał się dziurawy, więc w zamian bierzemy parę 5-litrowych butelek z wodą). Przygotowaliśmy już szczegółową listę rzeczy niezbędnych do apteczki, ubrań oraz z serii 'różne'. To dobry sposób na to, by nie zapomnieć niczego, bo ciągle coś nowego się przypomina i dopisujemy kolejne pozycje. Mamy dylemat czy zabrać torby, które są wygodniejsze jeżeli jedzie się samochodem czy też plecaki, które z kolei mogą okazać się wybawieniem w razie (odpukać w niemalowane) odmówienia posłuszeństwa przez naszego Montka i konieczności kontynuowania dalszej podróży środkami komunikacji publicznej. Żeby się przed tą ewentualnością jak najbardziej zabezpieczyć, w tym tygodniu oddajemy samochód na generalny przegląd, ale o tym już w następnym odcinku:)

poniedziałek, 3 listopada 2008

Przygotowania

Data wyjazdu finalnie ustalona - 13 grudnia, sobota, z samego rana. Teraz pozostało jeszcze trochę przygotowań - trzeba kupić baniaki na paliwo, na wodę, moskitiery z dobrą gęstością oczek, żeby dobrze chroniły przed komarami malarycznymi (w rejonach Ghany panuje najgroźniejsza odmiana malarii - jej odmiana falciparum, czyli malaria mózgowa), nóż, kompas, saperka, linka holownicza, opony zapasowe... Z zakupu nawigacji zrezygnowaliśmy, ponieważ sieć dróg nie jest zbyt gęsta, a wyznaczenie kierunków świata umożliwi nam staromodny kompas. Najlepszy i najdokładniejszy atlas, jaki udało się zakupić, to kupiony online na stronach brytyjskich Africa Road Atlas by MapStudio. Przewodnik - oczywiście najlepszy w swej klasie - Lonely Planet, West Africa.

poniedziałek, 13 października 2008

Trasa




Planowana trasa przebiega przez Europe, ktora chcemy przejechac w miare mozliwosci bez dluzszych postojow, nastepnie przeprawa przez Ciesnine Giblartarska do Maroka, gdzie chcemy juz trochę zwolnic tempo. Kolejny kraj to Mauretania, nastepnie Mali, Burkina Faso, Ghana, Togo, Benin i wreszcie Nigeria, skąd wrócimy samolotem do domu.

środa, 8 października 2008

Dobrze zarlo i zdechlo....
















Nasz stary konik odmowil wyjazdu tlumaczac sie za wysokimi temperaturami i brakiem zielonej trawki w Afryce, nie pomogly ani negocjacje ani modly do Allaha -powyzej. Coz, chcac nie chcac zamienilismy go na konia mechanicznego marki Opel, a dokladnie 177 takich koni. Miejmy nadzieje, ze one nie odmowia wspolpracy i pozwola nam bezpiecznie bez wiekszych awarii dotrzec do "ziemi obiecanej" - Nigerii:)

Nasz wehikul czasu....


Teraz pare slow o naszym srodku transportu. Moze nie jest to szczyt najnowszej techniki, ale mamy nadzieje, ze poradzi sobie w upalnym klimacie i ciezkim afrykanskim terenie. Ostatnia podroz po Ukrainie, bezdrozach Moldawii oraz Rumunii, pokazala zalety napedu na 4 kopyta, 1 kon mechaniczny (ale za to jaki) tez pozwala optymistycznie patrzec w przyszlosc. Martwi tylko spozycie, no ale jak to sie mowi jaki pan taki kram. Tak wiec, zeby dorownac mu w spozyciu bede musial probowac rozne gatunki zlocistego napoju, a wrazeniami bede sie z pewnoscia z Wami dzielil:)
Filip

Geneza

Historia naszych samodzielnych podróży rozpoczęła się w roku 1999, kiedy to wpadliśmy na pomysł wyjazdu autostopem do Hiszpanii. Jeżdżąc po krainie Basków spotkaliśmy parę Polaków, którzy planowali następne wakacje w Indiach, co wydało nam się wtedy nieprawdopodobne wręcz: jak można samemu pojechać do Indii?? Jednakże ziarenko zostało zasiane i tak powstał pomysł pierwszej 'długodystansowej' podróży podczas wakacji studenckich: lądem do Tajlandii, czyli koleją transsyberyjską przez Rosję, następnie do Chin, Laosu i celu naszej podróży - Tajlandii. Kolejny rok to czteromiesięczna wyprawa lądem do Tanzanii, między innymi przez ogarnięty wojną domową Sudan. Raz nabyty nałóg rozwija się w zastraszającym tempie i uzależnia na całe życie – już po pierwszej wyprawie połknęliśmy bakcyla, który z roku na rok coraz bardziej nas pochłaniał. Rok 2002 i zakończenie studiów to decyzja wyjazdu na praktykę zagraniczną: Filip do Nigerii, a Ala do Malezji. Tam spędziliśmy dwa wspaniałe lata naszego życia – poznając te kraje, ich mieszkańców, a przy okazji nabywając doświadczenie zawodowe. Po powrocie do Polski pod koniec 2004 roku spróbowaliśmy trochę się 'ustabilizować', wiodąc życie, jakie ma większość naszych znajomych – praca, dom, znajomi. Jednakże ciekawość świata i podróżniczy bakcyl nie pozwoliła nam długo usiedzieć w miejscu i znowu zaczęliśmy podróżować -zarówno sami jak i dzięki naszej pracy. Indie, Mołdawia czy Bangladesz... Miło - ale krótkie, a maksymalnie trzytygodniowe, wyprawy i podroże slużbowe nie nasyciły nas na długo.
Dlatego też narodził się nowy pomysł wyprawy samochodem terenowym do Afryki Zachodniej. W połowie grudnia 2008 planujemy wyjazd naszym samochodem marki Opel Monterey poprzez kraje europejskie i Cieśninę Gibraltarską do Maroka, stamtąd do Mauretanii, Mali, Burkina Faso, Ghany, Togo i Beninu, a skończymy trasę w Nigerii. Planujemy dwuipółmiesięczną podróż poznając kulturę, ludzi, przyrodę i zabytki tych krajów, ale przede wszystkim przeżywając kolejną wielką PRZYGODĘ.
I tym razem wyzwanie jest duże - decydujemy się zamienić nasze wygodne życie na tanie hoteliki z karaluchami, pluskwami, brakiem wody i potwornym upałem, często bez prądu. Biurokrację na granicach, godziny spędzone w samochodzie, plus niezaprzeczalne atrakcje związane z niesamowitym zjawiskiem jakim jest czas afrykański, gdzie 5 minut może być równie dobrze dwoma tygodniami. Jesteśmy gotowi na te wszystkie wyrzeczenia, a nawet więcej - bardzo tego pragniemy i mamy wielką nadzieję, że uda się zrealizować tę podróż życia naszpikowaną wieloma niesamowitymi przygodami, którymi chcielibyśmy się podzielić nie tylko z grupą naszych znajomych.