sobota, 14 lutego 2009

12 luty – wioska na palach i szpital






Jedziemy dalej. Jedziemy drogą kierując się na główne miasto–port w tym kraju: Cotonou. Nie jest to jednak stolica Togo. Stolica to Porto Nuovo, które znajduje się również na wybrzeżu tylko 30km dalej w stronę Nigerii. Droga niezła, więc szybko docieramy do rozjazdu, gdzie zbaczamy na drogę w budowie aby dotrzeć do rozlewiska oceanu, które utworzyło bardzo płytkie jezioro, na którym powstała wioska na palach. Geneza założenia wioski, jest podobna jak ta z wiosek z domkami 'tata', czyli ucieczka przed niewolnictwem.
Zapłaciliśmy za bilety i przewodnik zabrał nas na „przystań”. Czekało tam sporo łódek zwanych pirogami, napędzanych wiosłami oraz żaglem. Wsiedliśmy do naszej łajby i zaczęliśmy rejs w kierunku wioski Ganvie. Oczywiście przewodnik na starcie zaznaczył, że on nie jest płacony i jak nam się będzie podobało to mamy mu coś dać. Jak zwykle w Afryce, to już się robi nudne, wstęp zawiera przewodnika, a przewodnik zanim się przedstawi, to żąda kasy! No nic, jedziemy, to znaczy płyniemy dalej. Wioska całkiem ciekawa, oczywiście pierwszy przystanek w sklepie z pamiątkami. Za chwilę pada pytanie, czy chcemy pojechać na targ pływający w tej wiosce (znamy już coś takiego z Tajlandii). Oczywiście, to już nie jest w standardowym programie i nasz przewodnik oraz „wiosłowy” wyraźnie sugerują, że to będzie ekstra płatne. No nie, tego już za wiele. Prosimy, aby nas wieźli normalną trasą, na jaką obowiązuje nasz bilet. Na koniec przewodnik przypomina, że jeśli chcemy mu coś dać to teraz, bo później będzie musiał się dzielić z kobietami na brzegu. Po krótkiej konsultacji decydujemy: żadnej kasy dla obiboków, leserów, naciągaczy i pseudo przewodników. Bardzo grzecznie puszczam moją przemowę. W związku z bardzo krótką wizytą w wiosce (około 15 minut na miejscu), brakiem jakichkolwiek dodatkowych informacji (te podstawowe wyczytaliśmy w przewodniku) nie czujemy, że należy się jakakolwiek dodatkowa opłata. Przewodnik zdegustowany na nasze 'dziękuję' wycedza odpowiedź, na co już nie stać naszego łódkowego. Ja nie jestem agresywny. Agresywność „1”! Idziemy czym prędzej do biura z biletami. Tam się wypytujemy o szczegóły naszej wycieczki. Okazuje się, że wszystko było w cenie, przewodnik, pływający targ itd. Zostajemy przeproszeni, a nasz leniwy przewodnik dostaje burę. Wracamy do auta jednak w nie najlepszych nastrojach. Jeszcze się dużo muszą Afrykańczycy uczyć w sferze obsługi turystów...
Przez Cotonu przejeżdżamy ekspresem, jako że naszym celem jest Porto Novo. Znajdujemy miły hotelik. Ale pobyt jest mało przyjemny, bo Filip zaczyna się coraz gorzej czuć. Już od paru dni pobolewa go brzuch, a dziś do tego dochodzi gorączka, łamanie w kościach i nudności. Zauważamy też wysypkę, która wg opisu, może być, razem z innymi objawami – symptomem duru brzusznego. Filip czuje się jednak bardziej 'malarycznie', bo podobne objawy miał już przy poprzednich atakach malarii. Nie zwlekając idziemy do szpitala. Jako że jest już 18, tylko ostry dyżur jest czynny. Znajduję lekarza, któremu staram się po francusku wyjaśnić objawy (P. Urszulo – zapomniałam jak jest ból brzucha!), co się na szczęście udaje i mówimy, że chcemy zrobić test na malarię. Filip czuje się coraz słabiej. Pielęgniarz chodzi z nami od okienka do okienka, bo trzeba pobrać ampułkę, wypisać 100 wniosków, wnieść opłatę itp. Wracamy do lekarza z druczkami, dowodami wpłaty i ampułką do pobrania krwi. Pielęgniarz sterylną igłą pobiera Filipowi krew, idziemy znów do ambulatorium. Wynik ma być za godzinę. Idziemy poszukać jakiegoś internetu, co nie okazuje się łatwe, więc wracamy z niczym do szpitala. Muszę dodać, że to nie jest budynek szpitalny, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni, ale parterowa zabudowa, częściowo zamknięta, ale też częściowo otwarta. Na dworze jakieś 30 stopni, więc w tej otwartej części podobna temperatura, a do tego brak przewiewu. Filip słaby, komary nas gryzą, a godzina już minęła i wyniku nadal brak. Madame z recepcji laboratoryjnej mówi, że ciągle jeszcze badają. Wreszcie po 1,5 godzinie jest wynik – negatywny. Czyli to nie malaria. Idziemy z wynikiem do lekarza. Mówi, że we krwi nie wykryto pasożyta malarii, ale mimo to może być obecny, na razie jeszcze w szczątkowej postaci, więc warto wziąć dawkę antymalaryku, a do tego przepisuje jeszcze antybiotyk, bo podejrzewa że to albo dur brzuszny, ale tego nie jest pewien, albo jakieś zatrucie pokarmowe. Biegiem więc jeszcze do apteki. Antymalaryki mamy swoje, lekarz potwierdził, że są OK, więc Filip je od razu zażywa. Idziemy do hotelu, żeby wcześnie się położyć, bo sen to najlepsze lekarstwo.

piątek, 13 lutego 2009

11 luty – Ouidah, historia niewolnictwa






Śniadanie, kąpiel w basenie i leniwie opuszczamy kurort w Grand Popo. Dzisiaj mamy do przejechania zaledwie 40km, więc nie trzeba się spieszyć z wyjazdem. Droga dobra, więc szybko docieramy do Ouidah. Znajdujemy nocleg i już pieszo idziemy zobaczyć lokalne muzeum – stary fort portugalski. Niestety po raz kolejny trafiamy na przerwę. Muzeum otwiera się dopiero od 15. No cóż szybka zmiana planów. Ruszamy w stronę hotelu aby przejść drogę niewolników, aż do „Wrót bez powrotu”, skąd niewolnicy byli wysyłani do różnych zakątków świata. Upał jest tak niemiłosierny, że decydujemy się wziąć auto. Po drodze zauważamy spotkanego wcześniej na targu voodoo Anglika oraz Amerykankę. Idziemy razem do naszego hotelu, oni aby coś zjeść, bo nasza restauracja wygląda sensownie, a my aby pojechać stamtąd nad ocean. Siadamy jednak z nimi, pijemy colę, a po 30min. nabieramy już dość mocy i jednak decydujemy się iść pieszo. Upał bardzo solidny, droga laterytowa, ciągle jeżdżą nią motorki i auta, a my musimy uskakiwać na bok. W czasie marszu widzimy różne symbole, które później są nam tłumaczone przez przewodnika u „Wrót bez powrotu”. Robimy jeszcze zdjęcia krajobrazom, oraz w połowie roznegliżowanej kobiecie, która płynie łódką. Niestety ta się zorientowała, że jest przez nas „ostrzelana” i wydzierając się zaczyna gwałtownie płynąć do brzegu. My w międzyczasie spokojnie chowamy aparat i ruszamy w dalszą drogę. Po dopłynięciu do brzegu, kobiecina łapie za kamień i odgraża się w naszym kierunku. No tego już za wiele. Wkraczam więc do akcji opierając się na płocie jak rozdrażniony byk i puszczam w jej kierunku konkretniejszą wiązankę po polsku, popartą do tego gestykulacja i intonacją! Pozwolicie, że nie będę cytował, bo ponoć uczniowie czytają bloga. Pewnie wyglądało to komicznie jak czerwony jak cegła yovo (tak tu na białego wołają), w okularach słonecznych i koszulce „I love India”, wydziera się w jakimś niesamowitym języku i dość jednoznacznie gestykuluje. No najważniejsze, że zadziałało. Kobiecina kompletnie zdezorientowana coś tam jeszcze mruczy pod nosem, ale kamień ląduje już na ziemi. Zadowoleni ze swojego zwycięskiego starcia ruszamy dalej, a obok dwóch lokalusów pchających wózek ma z całej akcji niezły ubaw. Liczy się jednak efekt. Nikt za nami nie woła, nikt nie goni, nikt nie ciska kamieniami. Udało się pokonać babkę w „kwiecie wieku”, na pół nagą dzikuskę, która na dodatek była kilkanaście metrów pod nami. Niezły ze mnie twardziel! No ale w sumie to dość duża była. Chyba nawet wyższa kategoria wagowa niż ja, no i konkretne bimbały miała, niby obwisłe, ale pewnie w bezpośrednim starciu z nimi miałbym bankowy wstrząs mózgu (tutaj pewnie grupka żartownisiów powie: „wstrząs mózgu? Ee tam tobie coś takiego nie grozi!”). Bogdan jednak mówi bankowy i tyle. Miała kilka zdecydowanych atrybutów, więc zwycięstwo nad nią jest tym cenniejsze! Reszta drogi to już tylko kurz i upał. Na miejscu nie ma nic porywającego. Postawiono bramę aby upamiętnić los niewolników, widać jakieś ruiny domku po pierwszych misjonarzach z 1861 roku. Na bramie są symbole oznaczające niewolników z Dahomeju, czyli obecnego Beninu, Nigerii, Nigru oraz Ghany, z których właśnie to terenów była większość pojmanych Afrykańczyków, sprzedawanych później w Ouidach. Miasteczko Ouidah było centrum niewolnictwa w Beninie. Takich głównych ośrodków było kilka, właśnie Dahomej, czyli obecny Benin, Senegal, Ghana i Angola, wywieziono z nich w sumie około 20 mln ludzi do obydwu Ameryk i Europy. Właśnie w Ouidach Dahomejczycy, o których była mowa w poprzednich postach sprzedawali niewolników. W mieście swoje siedziby mieli Portugalczycy, Brytyjczycy, Holendrzy, Duńczycy i Francuzi. Niewolników kupowało się na odległym o 4km targu aby następnie spętanych prowadzić do portu skąd odpływali. Po drodze były odprawiane różnego rodzaju ceremonie, np. niewolnicy musieli kilkukrotnie okrążyć tzw. drzewo zapomnienia, co miało sprawić, że zapominali oni o swoich rodzinach w Afryce i posłusznie pracowali na farmach. Po tych wyjaśnieniach wracamy sprawnie do miasteczka i idziemy od razu do muzeum. Tutaj bardzo sympatyczna przewodniczka, która ruszała się jakby każdy krok był jej ostatnim, a na dodatek największą karą w życiu, opowiada nam różne szczegóły z tamtych czasów. Niewolnicy byli wywożeni nie tylko do USA i Europy, ale również do Brazylii, Haiti i na Kubę. W muzeum są przedstawione różne tradycje przeniesione przez lokalnych ludzi w tamte rejony. Stolicą voodoo obecnie jest Haiti, gdzie zostało zesłanych bardzo wielu niewolników z tych okolic. Dowiedzieliśmy się, że niewolnicy byli „stemplowani” rozpalonym do czerwoności żelazem, przed wejściem na statek. Każdy handlarz miał swoje logo, a niewolnicy płynęli jednym statkiem, więc aby uniknąć nieporozumień po dopłynięciu, każdy z niewolników był oznaczany. W czasie trwającego 12 tygodni rejsu niewolnicy byli trzymani pod pokładem, częściowo skuci, karmieni chlebem i wodą. Ci, którzy umierali (a była to często nawet połowa) byli wyrzucani za burtę. Obecne muzeum to stary portugalski fort. Oglądamy pokoje gubernatora, koszary dla wojska oraz plac, na którym trzymani byli niewolnicy. Przez pewien okres trzymano ich na zewnątrz narażonych na deszcz, wiatr i słońce. Miało to zahartować ich organizmy, a dodatkowo wyeliminować słabsze jednostki. W forcie można zobaczyć cała masę armat, które Portugalczycy wymieniali z królami Dahomeju na niewolników. Jedna armata to 15 silnych i zdrowych mężczyzn lub 21 kobiet (widzicie, już nawet wtedy bardzo dobrze wiedzieli jaka jest wartość chłopa! Tak, tak a może Curie-Skłodowska też była kobietą!!!! Sfiksowałyście boście dawno chłopa nie miały! Chłopa wam trzeba!). Wizyta w forcie - muzeum ciekawa, ale my już się słaniamy na nogach, po dzisiejszym „spacerku” w upale. Jeszcze tylko internet i wracamy do hotelu. Tutaj kolacja: dwie sałatki z awokado, stek, frytki i po tak zakończonym dniu można iść spać.

środa, 11 lutego 2009

9/10 luty – Grand Popo, czyli plaże w Beninie




2 leniwe dni. W poniedziałek rano zbieramy się z Abomey i kierujemy się na wybrzeże. Do Grand Popo dojeżdżamy dość wcześnie, więc jest dużo czasu na wybranie dobrego lokum. A to na plaży jest ważne. Okazuje się, że ocean tutaj ma ogromne fale, więc kąpanie się jest bardzo utrudnione. Do tego plaża nie grzeszy czystością. Chodzimy od hotelu do pensjonatu. Ceny wysokie, plaża średnia – oj, stajemy się coraz bardziej wymagający... W końcu docieramy do hotelu Awale Plage, który ma nawet basen. Ceny pokoi (a właściwie połówek bungalowów) są do przyjęcia, plaża oczyszczona. Wiele się nie zastanawiając postanawiamy tutaj zostać. Grand Popo trudno nazwać miasteczkiem, jest to po prostu kurort z dużą ilością restauracji, barów i pensjonatów. Poza tym nic innego tutaj nie ma. Po południu ruszamy na kolację. Ceny w naszym hotelu są zaporowe, poza tym warto dać zarobić komuś na zewnątrz. Trafiamy do fufu baru. Big mama serwuje fufu z sosem oraz mięsem albo rybą. Decydujemy się na posiłek u niej, do tego po rewelacyjnej cenie, czyli niecałe 1E od osoby. Fufu niezłe, sos też. Mięso jak zwykle składa się w 80% z kości. W pewnym momencie mała córeczka właścicielki przynosi nam wykałaczki i biały proszek w kubeczku. Jako, że fufu wydawało mi się mało słone, dosalam troszeczkę. Biorę kawałek do ust i ...... to nie była sól, a proszek do prania, do umycia rąk po obiedzie!!!! Jak dobrze, że nie 'posoliłam' całości, a tylko małą część. To właściwie jedyna przygoda tego dnia:) Wieczór spędzamy w kolejnym barze 'Carrefour'.
Następnego dnia od rana zażywamy kąpieli słonecznych i próbujemy się wykąpać w oceanie, ale jest to bardzo trudne, bo fale i prąd są bardzo duże. Dlatego przenosimy się nad basen, gdzie woda ma temperaturę zupy, ale przynajmniej fale człowieka nie zalewają. Obiad jemy w naszym ulubionym barze 'Carrefour', który jak się okazuje ma świetnego kucharza i ryba oraz miło brzmiące rognon, które okazało się żołądkami, są bardzo dobrze przyprawione, co tu nie zdarza się za często. Należy jeszcze nadmienić, że VanPur reklamuje się tutaj w każdym sklepie i barze. Wszędzie można go tez nabyć. Jak się okazało ma trzy wersje zwykłe jasne, mocne 10% i bezalkoholowe (że też im nie wstyd takiego czegoś eksportować, bezalkoholowym to się człowiek tylko zatruć może).
Takie leniwe dni są fajne, ale nam brakuje już aktywności, więc jutro jedziemy dalej, do Ouidah, aby przejść słynną drogą niewolników, którą miliony ludzi przechodziły po raz ostatni, żeby opuścić Afrykę w podróż na nieznany kontynent, gdzie czekała ich katorżnicza praca albo śmierć podczas drogi.

poniedziałek, 9 lutego 2009

8 luty – Królestwo Dahomejów



Ruszamy rano. Dzisiaj na szczęście mamy niewiele kilometrów do przejechania, jakieś 150. Droga cały czas dobra, więc w miarę szybko dostajemy się do miasteczka Abomey. To tutaj właśnie są dwa odrestaurowane „pałace” królów Dahomejskich (proszę nie mylić z pałacami w naszym wyobrażeniu) oraz 9 ruin pałaców, każdy wybudowany przez innego króla. Dość łatwo znajdujemy przyjemne i tanie lokum, więc ruszamy do muzeum. Niestety tu zabierają nam aparat, gdyż zdjęć nie wolno robić, a po dobrych kilku minutach przychodzi przewodnik Alexandre i to było wszystko co zrowumiałem. Najgorsze jest to, że w Beninie mają silne naleciałości ze swoich plemiennych języków, co przekłada się na swoiste seplenienie. Ala wielokrotnie prosi naszego sepleniacza, który dodatkowo informacjami to nie grzeszy, o powtórzenie. Jeśli są jakieś nieznane słowa i pytamy co to znaczy, nasz gwiazdor powtarza dokładnie tę samą sentencję co przedtem, nadal używając tych samych nieznanych słów. No cóż, jakie pałace, taki przewodnik. Prawdę mówiąc jesteśmy rozczarowani. Niby obiekt Unesco, a wygląda tragicznie. Gliniane ściany pomalowane na biało, słomiane dachy, zamienione na te z blachy falistej, a na nasze pytanie dlaczego tak to zmieniają (zardzewiała blacha falista wygląda obrzydliwie na tych budynkach), stwierdził, że te ze słomy mogą gnić albo się zapalić w porze suchej. Typowy objaw ignorancji i lenistwa. Jakoś Dahomejowie przez wieki mieli słomę i dawali sobie radę. Dodatkowo sufity są pokryte bambusowymi matami, bo ponoć oryginalne się waliły. Większość eksponatów wewnątrz to repliki, a oryginały zawłaszczyli Francuzi i już nigdy nie oddali. W sumie to ciekawe, że jak Hitlerowcy mordowali i grabili w Europie, to ściga się ich do dzisiaj i nazywa zbrodniarzami (zresztą słusznie). A Francuzi i reszta kolonialistów wybiła znacznie więcej Afrykańczyków i rozkradła dzieła tego kontynentu, to o tym się nie mówi i Francuzi to nadal są ci dobrzy. Ale wracając do pałaców, w sumie to dziwne, że Unesco daje patronat i swoją nazwą firmuje tego typu pseudo renowacje. Po godzinie chodzenia opuszczamy pałac, kupując jeszcze kilka pamiątek. Na pewno warto wiedzieć, że Dahomejowie istnieli, jak żyli i czym się zajmowali, ale zdecydowanie nie jest to miejsce gdzie się będzie chciało wrócić. Umieszczamy tylko jedno zdjęcie, gdyż w środku nie można było ich robić. Jest to zdjęcie okolicznego płotu z charakterystycznymi dla Dahomejów, infantylnymi płaskorzeźbami.
Zrobiło się popołudnie, a my dalej nic nie jedliśmy. Pora nie jest najlepsza, bo jeszcze za wcześnie na wieczorne kramiki, a za późno na te obiadowe. Znajdujemy wreszcie jakąś lokalną jadłodajnię. Madame z wielkich garów nakłada ryż, białe ciasto i czarne. Właśnie tak to nazywa. Ja biorę jasne, do tego sos i kawałek mięsa, Ala czarne i tylko sos. Z tym mięsem to delikatna wtopa, bo mój kawałek to mięsa nie widział, a nie będę już zupełnie jak lokalny kości wcinał. Zęby białego mogłyby sobie z tym wyzwaniem nie poradzić.
Po drodze jeszcze kupujemy smażony maniok i pyszne, chrupiące kuleczki z fasoli. Udajemy się w stronę baru Carrefour (skrzyżowanie), gdzie zamierzamy skończyć wieczór. Muszę przyznać, że nie kryję zaskoczenia, jak idę do baru zamówić kolejne piwo Awooyo, które zasmakowało mi w Togo, gdy widzę na podłodze leżącą całą zgrzewkę zielonych puszek Van Pur, z napisem 'Szlachetny smak'! W tym przypadku nie mogłem się oprzeć pokusie i zamawiam takie piwo. Cóż, nad walorami Van Pura może nie będę się rozpisywał, bo każdy to piwo zna. Jedna puszeczka zupełnie wystarczyła i przy kolejnych wróciłem już do Awooyo. W każdym razie fajnie się napić polskiego piwa w Afryce. Tak gwoli informacji sporo lokalnych piło to piwo. Może dlatego, że było słodkawe. W pewnym momencie podchodzi do nas Ghańczyk i oferuje zakup lampki. Zupełnie prosta, wykonana z puszki po mleku i pojemnika po lekarstwach. Reklamuje ją jako produkt 100% afrykański. Cenę podaje też rozsądną, więc nawet się nie wahamy. Robi to własnoręcznie i z tego żyje. Poza tym mamy do Ghany wielki sentyment, bo kraj rzeczywiście jest kilka lepiej zorganizowany niż pozostałe, a ludzie byli niesamowicie mili i szczerzy. W chwili, kiedy przynosi nam resztę do wydania, dokładam mu kasy i proszę o drugą lampkę, każę też wyciągnąć baterie, bo dla niego to dodatkowy koszt, a ja wolę aby to było lżejsze. Patrzy na nas całkowicie zaskoczony i zadaje pytanie: Who are you? (no jak to kto, przecież nie święty Mikołaj!) I want to know you better! Tak więc daję mu email i mówię, żeby się odezwał i jak będę w okolicy to znów kupię coś od niego. Wieczór kończymy koło 23, konsumując jeszcze bagietkę z grillowaną wołowiną, a na koniec kurczaka z rusztu. Jutro jedziemy na wybrzeże Beninu, poleżeć znów trochę na plaży.

7 luty – Domostwa 'tata' i Benin






Rano dość wcześnie opuszczamy hotel, ponieważ przed nami aktywny dzień i wiele kilometrów do pokonania. Po 2 godzinach jazdy docieramy do miejscowości Kande, skąd jest zjazd laterytową drogą w stronę Beninu oraz wiosek ludu Tamberma. Cała laterytowa trasa ma 29km po stronie togijskiej, a po około 20km mają zacząć się wioski z zabudowaniami 'tata'. Na samym początku drogi jest szlaban i budka z napisem „Ministerstwo turystyki Togo” i coś o biletach za wjazd do doliny. Zatrzymujemy się przed szlabanem i momentalnie obskakuje nas parę osób. Mamy kupić bilet, co wydaje się sensowne, bo jest klarownie rozpisane, ceny dla Togijczyków, uczniów i turystów zagranicznych, ale jednocześnie mówią, że naszym obowiązkiem jest wzięcie przewodnika, który nam pokaże gdzie są wioski z domkami i oprowadzi po okolicach. Ich nachalność od razu wyzwala we mnie dużą niechęć i mówię im, że nikt nie będzie mnie zmuszał do brania przewodnika, bo po pierwsze jest jedna droga, więc wioski znajdziemy bez problemu, a po drugie, wolimy na miejscu zobaczyć czy rzeczywiście trzeba przewodnika wynajmować, a jeżeli tak, to zrobimy to w konkretnej wiosce. Na to 'przewodnicy' podnieśli krzyki, że tak nie wolno, każdy turysta ma obowiązek właśnie w tym miejscu wynająć przewodnika (za 15E oczywiście) i nie pojedziemy dalej, bo oni nas nie puszczą. Tłumaczę im, że gdyby był obowiązek brania przewodnika, to ministerstwo turystyki poinformowałoby o tym turystów, tak jak o konieczności kupienia biletów. Nie przemawia to do nich wcale, więc w końcu mówimy, że nie chcemy jechać do wiosek, jedziemy prosto do Beninu, bez zatrzymywania się po drodze. Po kolejnych kilku minutach słownych przepychanek 'przewodnicy' dają za wygraną i sprzedają nam same bilety oraz otwierają szlaban. Taka mafia jest zmorą niezależnych turystów i niestety często trzeba przejść gehennę, żeby się od nich uwolnić. Nam się to na szczęście po raz kolejny udaje. Wjeżdżamy do doliny. Historia tych terenów jest bardzo interesująca. W XVIIw., w szczytowym okresie handlu niewolnikami ludy z południa Togo uciekały na północ, w mniej dostępne tereny i zaczęły budować ufortyfikowane domostwa, które miały chronić ich przed atakiem Dahomejów, największych na tych terenach łowców i handlarzy żywym towarem. W tym celu parter domu przeznaczony jest dla zwierząt, a ludzie mieszkają, śpią i jedzą na dachu. Jest to swoista druga kondygnacja, bo oprócz otwartej przestrzeni, na dachu buduje się okrągłe spichlerze oraz pomieszczenia do spania w porze deszczowej. Przejścia wszędzie są małe, żeby atakujący nie byli w stanie użyć łuków czy dzid. W takim domu mieszka tylko jedna rodzina. Po parunastu kilometrach jazdy zaczynają się zabudowania. Z daleka wyglądają jak małe zameczki. Docieramy do jednej z wiosek – Nadoby, gdzie widzimy sklep z pamiątkami i bar. Zatrzymujemy się, bo upał daje się mocno we znaki. Termometr samochodowy pokazuje 47 stopni na dworze. Przy sklepie siedzi na schodach biała dziewczyna, którą po obejrzeniu ekspozycji sklepikowej pytam, czy wchodziła do któregoś domostwa. Na to ona odpowiada, że owszem, ale ona tutaj mieszka! Pytamy ze zdziwieniem o więcej szczegółów. Okazuje się, że przyjechała 2 miesiące temu w ramach projektu rozwojowego amerykańskiego Peace Core, który ma trwać dwa lata. Jej celem jest pomoc lokalnej wspólnocie w zdobywaniu funduszy na rozwój infrastruktury, rolnictwa i turystyki. Mieszka w „nowoczesnym” domku – w znaczeniu nie tata, nie ma jednak bieżącej wody ani prądu. Wyzwanie na dwa lata niezłe. Dodatkowo wynagrodzenie jest płacone w lokalnej walucie i pozwala tylko na utrzymanie się. Plusem takiego wyjazdu (poza doświadczeniem, poznaniem nowych kultur itd.) jest na przykład zniesienie opłaty za studia jeśli wytrzyma się do końca projektu. Zapraszamy ją na colę do baru, żeby porozmawiać, a ona opowiada nam wiele szczegółów z życia tutejszych ludzi, historię doliny oraz domostw. Bardzo ciekawe spotkanie, no i przy okazji przewodnik:). Po jakiejś godzinie ruszamy dalej, a za jej radą – domostwo 'tata' zwiedzimy już za granicą, w Beninie, gdzie jest mniej turystycznie. Zatrzymuje nas kolejny szlaban, tym razem to kontrola policyjna. Policjant pyta czy w Kande, skąd zjechaliśmy na tę drogę, poszliśmy na komisariat dopełnić formalności wyjazdowe z kraju. Zdziwieni odpowiadamy, że nie. Nikt nas nie zatrzymał, o niczym nie poinformował. Faktem jest, że w trakcie naszej żywej rozmowy z mafią przewodników przy wjeździe do doliny jeden z nich zapytał mnie czy byliśmy na policji po pieczątkę. Myślałam, że chodzi im o jakąś pieczątkę, która niby pozwoli nam wjechać na te tereny, więc ich zignorowałam, a jak się okazało chodziło o pieczątkę wyjazdową do paszportu. Uśmiecham się miło do policjanta, który początkowo chce nas odesłać z powrotem 29km. Udaje się i z obietnicą poprawy następnym razem, ruszamy dalej. Za chwilę kolejny szlaban (oczywiście zrobiony z gałęzi, bo tu szlabany są albo z gałęzi albo ze sznurka), krzywy napis na budynku głosi, że to siedziba benińskich celników. Więc jesteśmy już w Beninie! Celnicy są zainteresowani tylko samochodem, mówią, że formalności wizowych dokonuje policja, parę kilometrów dalej. Kupujemy dla Montka 'laisser-passer' i jedziemy dalej na poszukiwanie policji. W miarę szybko udaje się namierzyć komisariat. Wchodzimy akurat w trakcie obiadu jedynego funkcjonariusza, ale na szczęście jest bardzo sympatyczny, więc nie robi z tego powodu żadnych problemów. Przy przechodzeniu granicy nigdy nie wiadomo, co się komu spodoba albo nie i mogą w najlepszym wypadku przetrzymywać nas godzinami albo kazać płacić jakieś łapówki. Do tego brakuje nam pieczątki wyjazdowej z Togo. Ale miły policjant ogląda tylko wizę, wbija swoją pieczątkę i po bólu. Życzy miłego pobytu w Beninie i zabiera się do dalszej konsumpcji obiadu. Jesteśmy w miejscowości Boukombe. Po tej stronie granicy ludzie mieszkający w domostwach 'tata' są nazywani Somba, ale ich domy nie różnią się od tych po stronie togijskiej. Zatrzymujemy się przy jednym z nich i wychodzę przeprowadzić negocjacje cenowe za zwiedzenie domku. Podbiega do mnie od razu cała gromadka dzieci mieszkająca w tym domu i najstarszy z nich rzuca kwotę 15000CFA, czyli prawie 25E za samo zobaczenie domku! Wybucham gromkim śmiechem, wszyscy dokoła też i pada kwota 2000 CFA. To już brzmi lepiej. Akceptujemy tę ofertę i idziemy zwiedzać domek. Na parterze są 3 pomieszczenia. W dwóch z nich mieszkają kozy, kury i barany, trzecie to kuchnia, gdzie gotują tylko podczas pory deszczowej. Wszędzie wiszą amulety i fetysze mające chronić przed złymi mocami. Z kuchni wchodzi się wąskim przejściem na dach. Tam znajdują się okrągłe spichlerze na zapasy oraz 3 budki – sypialnie. Po zejściu na dół pojawia się ojciec rodziny, który chce nagle 3000CFA za zwiedzanie jego domostwa. Targujemy się i staje na 2tys., ale dodajemy 2 koszulki i spodenki. Idziemy do samochodu, a dzieciaki biegną za nami, każde wołając, że też chce jeszcze jakieś pieniądze. Dwaj najstarsi chłopcy, którzy nam pokazywali dom są bliscy łez, bo powiedzieli, że ojciec im pieniędzy nie da. Więc dorzucamy po 100CFA dla chłopców i jedziemy dalej. Chcemy dziś przejechać jak najwięcej się da, bo w niedzielę chcielibyśmy już być w Abomey, stolicy dawnego królestwa Dahomejów. Po 40km laterytu zaczyna się asfalt. I to całkiem dobry, pewnie niedawno położony. Po szybkim obiedzie jedziemy przez kilka godzin bez przerwy, by już po zmroku dotrzeć do miejscowości Save. Udało nam się dziś pokonać 500km, co jest nie lada wyczynem, biorąc pod uwagę, ile dziś zobaczyliśmy i dowiedzieliśmy się. W Save znajdujemy przyjemny hotel i idziemy w okolice targu coś zjeść i wypić. Namierzamy sprzedawcę grillowanego mięsa, tym razem wołowiny, i kupujemy i niego piękny kawał ugrillowanej polędwicy. Kolacja jak się patrzy.
A teraz kilka słów o Beninie. Statystycznie, PKB per capita jest prawie dwukrotnie wyższe niż w sąsiednim Togo i wynosi USD 709, ale na ulicach tego nie widać. W ogóle te dwa kraje są do siebie bardzo podobne. Za czasów kolonialnych nie było między nimi granicy, dopiero po uzyskaniu niepodległości nastąpił podział na dwa kraje: Dahomej i Togo. W 1975 r. porucznik Kerekou, który był wtedy u władzy, zmienił nazwę kraju na Benin, żeby odciąć się od ciemnej przeszłości królów Dahomeju, znanych głównie jako okrutnych handlarzy niewolnikami oraz wyznaczyć nowy kierunek rozwoju kraju, z marksizmem-leninizmem jako główną ideologią. Po wielu latach rządów porucznika Kerekou i kilku przewrotach, dziś Benin jest jednym z najstabilniejszych politycznie krajów w Afryce Zachodniej. Ekonomia opiera się na rolnictwie, a głównym towarem eksportowym jest bawełna. Obszar kraju to 112tys. km2, a zamieszkuje go prawie 8 mln ludzi.

niedziela, 8 lutego 2009

6 luty – Jaki tu spokój....






Zdjęcia od lewej od góry: konik polny, ananas, kakao, kawa i hurtownia bananów.
Po śniadaniu o 9 ruszamy z naszym przewodnikiem do buszu aby oglądać motyle i przyrodę. Pokazuje nam różnego rodzaju drzewa owocowe. Widzimy kawę. Kwitnie tutaj cały rok, wszędzie unosi się fantastyczny słodki zapach z jej kwiatów. Jest znów jak w raju. Kolejnym etapem po kwiatkach są małe owoce kawy, które po osiągnięciu czerwonego koloru są zbierane i suszone. Później sprzedaje się je do hurtowników, którzy obierają nasionka z delikatnej skórki, następnie wypalają i mielą lub przecinają. Mamy na koniec okazję powąchać takiej świeżej kawy. Szkoda, że znawcami nie jesteśmy, bo pachną dla nas jak zwykła arabica w Tesco. Po drodze widzimy kolejne drzewa mające już fasolki kawy. Tutaj wegetacja trwa cały rok. Najciekawsze jest to, że oprócz plantacji kawy, cała reszta drzew rośnie po prostu w lesie. Każdy może sobie przychodzić, zrywać owoce, a następnie je jeść albo sprzedawać. Po drodze widzimy ananasy, awokado, banany, mango, orzechy coli, kakao, kokosy, maniok (cassava), yam, hibiskus, 20-metrową jukę, gloriozy, orchidee, rafię, różnokolorowe koniki polne, motyle. Ogólnie wycieczka jest niesamowita. Nad mini wodospadem zjadamy pysznego ananasa i po 3,5 godzinie wracamy do hotelu. Kupujemy jeszcze kolekcję motyli. Początkowo mieliśmy obiekcje, ale po drodze okazało się, że motyle nocne - ćmy (po ślonsku się godo na nie moty, a po angielsku „moth”) żyją dwa-trzy dni, a zwykłe motyle do dwóch tygodni. Tak więc nie robi to żadnej szkody naturze, skoro maks po 2 tygodniach te motyle i tak by umarły.
Wsiadamy w Montka i ruszamy. Mamy jakieś 370km do przejechania. Pierwsze 120km to droga wątpliwej jakości. Najgorsze jest to, że tylne zawieszenie Montka nadaje się już zdecydowanie do remontu. Na każdej dziurze słychać bardzo głośne stukanie. Dla mnie to jest zdecydowanie niekomfortowa sytuacja. Teraz muszę bardzo ostrożnie omijać dziury, a nawet na niewielkich nierównościach zdecydowanie da się odczuć brak tylnej amortyzacji. Mijamy kolejne wioski. Zatrzymaliśmy się tylko na samym początku na colę. Droga jest wymagająca i zdecydowanie czuję już zmęczenie. Nawet nawilżane chusteczki nie pomagają. Mijamy kilka patroli policyjnych bez zatrzymania. Jest już na tyle blisko, że nie mamy siły ani ochoty gadać z policją. Dojeżdżamy wreszcie do miejscowości Kara. Musieliśmy dotankować 10 litrów paliwa po drodze. Już od jakiegoś czasu paliła się rezerwa. Mamy jeszcze 70 litrów w baniakach z Ghany, ale woleliśmy nie tracić czasu na przelewanie z kanistrów. Paliwo tutaj to jakieś 0.8E, czyli znacznie drożej niż w Ghanie, ale tez dużo taniej niż w innych krajach unii walutowej CFA (Burkina i Mali, a następnie Benin dla nas). Wjeżdżamy do miasta i bez problemu znajdujemy hotel za całkiem rozsądne pieniądze. Idziemy do centrum coś zjeść i ugasić pragnienie. Ja decyduję się na baraninę z grila (pyszna), a Ala na frytki, które przegryza moim barankiem. Jutro mamy w planie zobaczyć jeszcze unikatowe w Afryce wioski i przekroczyć granicę z Beninem.

5 luty – Kuluminacja wizowa i voodoo













Wstajemy rano i ruszamy do ambasady. Teraz albo nigdy. Musimy dostać wizę. Jakby miały być problemy to mamy zaproszenie z Nigerii (dzięki Marek!). Meldujemy się w ambasadzie o 9:30 i widzimy jak madame wkleja nam wizy do paszportów. Dziękujemy jej bardzo i dajemy książkę o Rudzie Śląskiej. Wymieniamy się mailami i ruszamy na targ voodoo. Wstęp dość drogi, za dwie osoby i aparat to prawie 100zł, ale warto. Przewodnik objaśnia, że wszystkie zebrane tutaj fetysze są używane tylko i wyłącznie po to, aby pomagać ludziom. Widzimy głowy wielu małp, lampartów, psów, czaszki antylop, hien, szczęki rekina, stopę słonia, poroże antylop, skóry lampartów, nietoperze zasuszone z wnętrznościami, ptaki. Suszone węże i kameleony oraz niezliczone ilości innego ustrojstwa, którego nawet nie można rozszyfrować. Widok jest niesamowity, a do tego dochodzą jeszcze wrażenia zapachowe, które już pewnie każdy może sobie wyobrazić, widząc na zdjęciach te góry nieżywych zwierząt. Ogólnie procedura jest taka: chory człowiek idzie do chiefa voodoo w wiosce, on rozpoznaje jego chorobę i przepisuje lekarstwo. Na przykład 4 czaszki krokodyla, głowę kobry i cztery skorupy żółwia. To trzeba razem ugnieść, wymieszać z wodą i spalić. Czasami taką miksturę trzeba wymieszać z miodem i spożywać regularnie przez kilka dni. Na targu można handlować tylko „białą magią”, bo czarna, ta znana z filmów w postaci wbijania igieł w lalki voodoo jest zabroniona. Dodatkowo nie wolno polować na zwierzęta, ale wolno kupować różnego rodzaju głowy i skóry. Na tym targu są amulety z całej Afryki. W trakcie naszej wizyty kilku lokalnych przyszło na targ dokonać zakupów zgodnie z listą wyznaczoną przez voodoo chiefa. Wszyscy kramikarze wyskakiwali przed swoje sztandy i głośnym psssssykaniem nawoływali klienta. Klient złapany przez jakiegoś sprzedawcę dokonuje całych zakupów u niego. Nawet, jeśli sklepikarz nie posiada odpowiedniej głowy lub skóry, to bierze ją z kramiku sąsiedniego. Wychodząc spotykamy turystę, który pyta nas o cenę i niestety jest bardzo niezadowolony, że nie da się nic stargować. W sumie zdecydowanie warte było to tych pieniędzy.
Ruszamy na północ do Kpalime. Planujemy tutaj wejść na najwyższą górę w Togo – Mt. Agou (986m), a następnie pójść w busz oglądać bardzo liczne tutaj i kolorowe motyle. Docieramy bez problemu. Po drodze widzimy super reklamę Baru Izrael, jak na zdjęciu powyżej. Co najlepsze tabliczka „Bar Izrael” jest wzbogacona rysuneczkiem świni. Ciekawe, co by na to Mosze powiedział...... Droga całkiem niezła, na szczyt góry wjeżdżamy autem. W sumie bardzo dobrze, bo widoczność kiepska i droga prowadzi głównie „asfaltem”. Wracając zatrzymujemy się w knajpce, gdzie jemy bardzo smaczny obiad: rybkę z frytkami. Jedziemy do wioski 12km za Kpalime, która jest bazą wypadową na wycieczki etymologiczne. Znajdujemy sympatyczny nocleg. Obok naszego Montka stoją dwa auta bardzo dobrze przystosowane do off roadu. Montek wygląda jak niemowlak przy nich. Niestety w restauracji nie mają mojego ulubionego piwa. Udajemy się więc do wioski. Tam bardzo miło spędzamy wieczór. Piwo nie jest najchłodniejsze, bo od rana nie ma prądu. Lokalni próbują coś do mnie zagadać, ale śmieją się do rozpuku jak moim pięknym francuskim mówię im: No compris francais.....Na szczęście tutaj jest już chłodniej i nie ma komarów. W naszym pokoju nawet nie ma wiatraka, a w łazience jest bojler – niestety nie działający. Cholera, nawet chłodno jest, chyba ze 25 stopni.... Lokalni próbują coś do mnie zagadać, ale śmieją się do rozpuku jak moim pięknym francuskim mówię im: No compris francais.....
Wracamy w nocy przy akompaniamencie świerszczy, cykad i ptaków. Po powrocie francuski ciemnoskóry turysta bardzo łamaną angielszczyzną pyta nas czy ta droga jest bezpieczna i czy coś się dzieje ciekawego we wiosce.....Widać turysta z Francji wraca do kraju przodków i boi się bardziej niż białe hanysy z Rudy Śląskiej......