środa, 11 lutego 2009

9/10 luty – Grand Popo, czyli plaże w Beninie




2 leniwe dni. W poniedziałek rano zbieramy się z Abomey i kierujemy się na wybrzeże. Do Grand Popo dojeżdżamy dość wcześnie, więc jest dużo czasu na wybranie dobrego lokum. A to na plaży jest ważne. Okazuje się, że ocean tutaj ma ogromne fale, więc kąpanie się jest bardzo utrudnione. Do tego plaża nie grzeszy czystością. Chodzimy od hotelu do pensjonatu. Ceny wysokie, plaża średnia – oj, stajemy się coraz bardziej wymagający... W końcu docieramy do hotelu Awale Plage, który ma nawet basen. Ceny pokoi (a właściwie połówek bungalowów) są do przyjęcia, plaża oczyszczona. Wiele się nie zastanawiając postanawiamy tutaj zostać. Grand Popo trudno nazwać miasteczkiem, jest to po prostu kurort z dużą ilością restauracji, barów i pensjonatów. Poza tym nic innego tutaj nie ma. Po południu ruszamy na kolację. Ceny w naszym hotelu są zaporowe, poza tym warto dać zarobić komuś na zewnątrz. Trafiamy do fufu baru. Big mama serwuje fufu z sosem oraz mięsem albo rybą. Decydujemy się na posiłek u niej, do tego po rewelacyjnej cenie, czyli niecałe 1E od osoby. Fufu niezłe, sos też. Mięso jak zwykle składa się w 80% z kości. W pewnym momencie mała córeczka właścicielki przynosi nam wykałaczki i biały proszek w kubeczku. Jako, że fufu wydawało mi się mało słone, dosalam troszeczkę. Biorę kawałek do ust i ...... to nie była sól, a proszek do prania, do umycia rąk po obiedzie!!!! Jak dobrze, że nie 'posoliłam' całości, a tylko małą część. To właściwie jedyna przygoda tego dnia:) Wieczór spędzamy w kolejnym barze 'Carrefour'.
Następnego dnia od rana zażywamy kąpieli słonecznych i próbujemy się wykąpać w oceanie, ale jest to bardzo trudne, bo fale i prąd są bardzo duże. Dlatego przenosimy się nad basen, gdzie woda ma temperaturę zupy, ale przynajmniej fale człowieka nie zalewają. Obiad jemy w naszym ulubionym barze 'Carrefour', który jak się okazuje ma świetnego kucharza i ryba oraz miło brzmiące rognon, które okazało się żołądkami, są bardzo dobrze przyprawione, co tu nie zdarza się za często. Należy jeszcze nadmienić, że VanPur reklamuje się tutaj w każdym sklepie i barze. Wszędzie można go tez nabyć. Jak się okazało ma trzy wersje zwykłe jasne, mocne 10% i bezalkoholowe (że też im nie wstyd takiego czegoś eksportować, bezalkoholowym to się człowiek tylko zatruć może).
Takie leniwe dni są fajne, ale nam brakuje już aktywności, więc jutro jedziemy dalej, do Ouidah, aby przejść słynną drogą niewolników, którą miliony ludzi przechodziły po raz ostatni, żeby opuścić Afrykę w podróż na nieznany kontynent, gdzie czekała ich katorżnicza praca albo śmierć podczas drogi.

poniedziałek, 9 lutego 2009

8 luty – Królestwo Dahomejów



Ruszamy rano. Dzisiaj na szczęście mamy niewiele kilometrów do przejechania, jakieś 150. Droga cały czas dobra, więc w miarę szybko dostajemy się do miasteczka Abomey. To tutaj właśnie są dwa odrestaurowane „pałace” królów Dahomejskich (proszę nie mylić z pałacami w naszym wyobrażeniu) oraz 9 ruin pałaców, każdy wybudowany przez innego króla. Dość łatwo znajdujemy przyjemne i tanie lokum, więc ruszamy do muzeum. Niestety tu zabierają nam aparat, gdyż zdjęć nie wolno robić, a po dobrych kilku minutach przychodzi przewodnik Alexandre i to było wszystko co zrowumiałem. Najgorsze jest to, że w Beninie mają silne naleciałości ze swoich plemiennych języków, co przekłada się na swoiste seplenienie. Ala wielokrotnie prosi naszego sepleniacza, który dodatkowo informacjami to nie grzeszy, o powtórzenie. Jeśli są jakieś nieznane słowa i pytamy co to znaczy, nasz gwiazdor powtarza dokładnie tę samą sentencję co przedtem, nadal używając tych samych nieznanych słów. No cóż, jakie pałace, taki przewodnik. Prawdę mówiąc jesteśmy rozczarowani. Niby obiekt Unesco, a wygląda tragicznie. Gliniane ściany pomalowane na biało, słomiane dachy, zamienione na te z blachy falistej, a na nasze pytanie dlaczego tak to zmieniają (zardzewiała blacha falista wygląda obrzydliwie na tych budynkach), stwierdził, że te ze słomy mogą gnić albo się zapalić w porze suchej. Typowy objaw ignorancji i lenistwa. Jakoś Dahomejowie przez wieki mieli słomę i dawali sobie radę. Dodatkowo sufity są pokryte bambusowymi matami, bo ponoć oryginalne się waliły. Większość eksponatów wewnątrz to repliki, a oryginały zawłaszczyli Francuzi i już nigdy nie oddali. W sumie to ciekawe, że jak Hitlerowcy mordowali i grabili w Europie, to ściga się ich do dzisiaj i nazywa zbrodniarzami (zresztą słusznie). A Francuzi i reszta kolonialistów wybiła znacznie więcej Afrykańczyków i rozkradła dzieła tego kontynentu, to o tym się nie mówi i Francuzi to nadal są ci dobrzy. Ale wracając do pałaców, w sumie to dziwne, że Unesco daje patronat i swoją nazwą firmuje tego typu pseudo renowacje. Po godzinie chodzenia opuszczamy pałac, kupując jeszcze kilka pamiątek. Na pewno warto wiedzieć, że Dahomejowie istnieli, jak żyli i czym się zajmowali, ale zdecydowanie nie jest to miejsce gdzie się będzie chciało wrócić. Umieszczamy tylko jedno zdjęcie, gdyż w środku nie można było ich robić. Jest to zdjęcie okolicznego płotu z charakterystycznymi dla Dahomejów, infantylnymi płaskorzeźbami.
Zrobiło się popołudnie, a my dalej nic nie jedliśmy. Pora nie jest najlepsza, bo jeszcze za wcześnie na wieczorne kramiki, a za późno na te obiadowe. Znajdujemy wreszcie jakąś lokalną jadłodajnię. Madame z wielkich garów nakłada ryż, białe ciasto i czarne. Właśnie tak to nazywa. Ja biorę jasne, do tego sos i kawałek mięsa, Ala czarne i tylko sos. Z tym mięsem to delikatna wtopa, bo mój kawałek to mięsa nie widział, a nie będę już zupełnie jak lokalny kości wcinał. Zęby białego mogłyby sobie z tym wyzwaniem nie poradzić.
Po drodze jeszcze kupujemy smażony maniok i pyszne, chrupiące kuleczki z fasoli. Udajemy się w stronę baru Carrefour (skrzyżowanie), gdzie zamierzamy skończyć wieczór. Muszę przyznać, że nie kryję zaskoczenia, jak idę do baru zamówić kolejne piwo Awooyo, które zasmakowało mi w Togo, gdy widzę na podłodze leżącą całą zgrzewkę zielonych puszek Van Pur, z napisem 'Szlachetny smak'! W tym przypadku nie mogłem się oprzeć pokusie i zamawiam takie piwo. Cóż, nad walorami Van Pura może nie będę się rozpisywał, bo każdy to piwo zna. Jedna puszeczka zupełnie wystarczyła i przy kolejnych wróciłem już do Awooyo. W każdym razie fajnie się napić polskiego piwa w Afryce. Tak gwoli informacji sporo lokalnych piło to piwo. Może dlatego, że było słodkawe. W pewnym momencie podchodzi do nas Ghańczyk i oferuje zakup lampki. Zupełnie prosta, wykonana z puszki po mleku i pojemnika po lekarstwach. Reklamuje ją jako produkt 100% afrykański. Cenę podaje też rozsądną, więc nawet się nie wahamy. Robi to własnoręcznie i z tego żyje. Poza tym mamy do Ghany wielki sentyment, bo kraj rzeczywiście jest kilka lepiej zorganizowany niż pozostałe, a ludzie byli niesamowicie mili i szczerzy. W chwili, kiedy przynosi nam resztę do wydania, dokładam mu kasy i proszę o drugą lampkę, każę też wyciągnąć baterie, bo dla niego to dodatkowy koszt, a ja wolę aby to było lżejsze. Patrzy na nas całkowicie zaskoczony i zadaje pytanie: Who are you? (no jak to kto, przecież nie święty Mikołaj!) I want to know you better! Tak więc daję mu email i mówię, żeby się odezwał i jak będę w okolicy to znów kupię coś od niego. Wieczór kończymy koło 23, konsumując jeszcze bagietkę z grillowaną wołowiną, a na koniec kurczaka z rusztu. Jutro jedziemy na wybrzeże Beninu, poleżeć znów trochę na plaży.

7 luty – Domostwa 'tata' i Benin






Rano dość wcześnie opuszczamy hotel, ponieważ przed nami aktywny dzień i wiele kilometrów do pokonania. Po 2 godzinach jazdy docieramy do miejscowości Kande, skąd jest zjazd laterytową drogą w stronę Beninu oraz wiosek ludu Tamberma. Cała laterytowa trasa ma 29km po stronie togijskiej, a po około 20km mają zacząć się wioski z zabudowaniami 'tata'. Na samym początku drogi jest szlaban i budka z napisem „Ministerstwo turystyki Togo” i coś o biletach za wjazd do doliny. Zatrzymujemy się przed szlabanem i momentalnie obskakuje nas parę osób. Mamy kupić bilet, co wydaje się sensowne, bo jest klarownie rozpisane, ceny dla Togijczyków, uczniów i turystów zagranicznych, ale jednocześnie mówią, że naszym obowiązkiem jest wzięcie przewodnika, który nam pokaże gdzie są wioski z domkami i oprowadzi po okolicach. Ich nachalność od razu wyzwala we mnie dużą niechęć i mówię im, że nikt nie będzie mnie zmuszał do brania przewodnika, bo po pierwsze jest jedna droga, więc wioski znajdziemy bez problemu, a po drugie, wolimy na miejscu zobaczyć czy rzeczywiście trzeba przewodnika wynajmować, a jeżeli tak, to zrobimy to w konkretnej wiosce. Na to 'przewodnicy' podnieśli krzyki, że tak nie wolno, każdy turysta ma obowiązek właśnie w tym miejscu wynająć przewodnika (za 15E oczywiście) i nie pojedziemy dalej, bo oni nas nie puszczą. Tłumaczę im, że gdyby był obowiązek brania przewodnika, to ministerstwo turystyki poinformowałoby o tym turystów, tak jak o konieczności kupienia biletów. Nie przemawia to do nich wcale, więc w końcu mówimy, że nie chcemy jechać do wiosek, jedziemy prosto do Beninu, bez zatrzymywania się po drodze. Po kolejnych kilku minutach słownych przepychanek 'przewodnicy' dają za wygraną i sprzedają nam same bilety oraz otwierają szlaban. Taka mafia jest zmorą niezależnych turystów i niestety często trzeba przejść gehennę, żeby się od nich uwolnić. Nam się to na szczęście po raz kolejny udaje. Wjeżdżamy do doliny. Historia tych terenów jest bardzo interesująca. W XVIIw., w szczytowym okresie handlu niewolnikami ludy z południa Togo uciekały na północ, w mniej dostępne tereny i zaczęły budować ufortyfikowane domostwa, które miały chronić ich przed atakiem Dahomejów, największych na tych terenach łowców i handlarzy żywym towarem. W tym celu parter domu przeznaczony jest dla zwierząt, a ludzie mieszkają, śpią i jedzą na dachu. Jest to swoista druga kondygnacja, bo oprócz otwartej przestrzeni, na dachu buduje się okrągłe spichlerze oraz pomieszczenia do spania w porze deszczowej. Przejścia wszędzie są małe, żeby atakujący nie byli w stanie użyć łuków czy dzid. W takim domu mieszka tylko jedna rodzina. Po parunastu kilometrach jazdy zaczynają się zabudowania. Z daleka wyglądają jak małe zameczki. Docieramy do jednej z wiosek – Nadoby, gdzie widzimy sklep z pamiątkami i bar. Zatrzymujemy się, bo upał daje się mocno we znaki. Termometr samochodowy pokazuje 47 stopni na dworze. Przy sklepie siedzi na schodach biała dziewczyna, którą po obejrzeniu ekspozycji sklepikowej pytam, czy wchodziła do któregoś domostwa. Na to ona odpowiada, że owszem, ale ona tutaj mieszka! Pytamy ze zdziwieniem o więcej szczegółów. Okazuje się, że przyjechała 2 miesiące temu w ramach projektu rozwojowego amerykańskiego Peace Core, który ma trwać dwa lata. Jej celem jest pomoc lokalnej wspólnocie w zdobywaniu funduszy na rozwój infrastruktury, rolnictwa i turystyki. Mieszka w „nowoczesnym” domku – w znaczeniu nie tata, nie ma jednak bieżącej wody ani prądu. Wyzwanie na dwa lata niezłe. Dodatkowo wynagrodzenie jest płacone w lokalnej walucie i pozwala tylko na utrzymanie się. Plusem takiego wyjazdu (poza doświadczeniem, poznaniem nowych kultur itd.) jest na przykład zniesienie opłaty za studia jeśli wytrzyma się do końca projektu. Zapraszamy ją na colę do baru, żeby porozmawiać, a ona opowiada nam wiele szczegółów z życia tutejszych ludzi, historię doliny oraz domostw. Bardzo ciekawe spotkanie, no i przy okazji przewodnik:). Po jakiejś godzinie ruszamy dalej, a za jej radą – domostwo 'tata' zwiedzimy już za granicą, w Beninie, gdzie jest mniej turystycznie. Zatrzymuje nas kolejny szlaban, tym razem to kontrola policyjna. Policjant pyta czy w Kande, skąd zjechaliśmy na tę drogę, poszliśmy na komisariat dopełnić formalności wyjazdowe z kraju. Zdziwieni odpowiadamy, że nie. Nikt nas nie zatrzymał, o niczym nie poinformował. Faktem jest, że w trakcie naszej żywej rozmowy z mafią przewodników przy wjeździe do doliny jeden z nich zapytał mnie czy byliśmy na policji po pieczątkę. Myślałam, że chodzi im o jakąś pieczątkę, która niby pozwoli nam wjechać na te tereny, więc ich zignorowałam, a jak się okazało chodziło o pieczątkę wyjazdową do paszportu. Uśmiecham się miło do policjanta, który początkowo chce nas odesłać z powrotem 29km. Udaje się i z obietnicą poprawy następnym razem, ruszamy dalej. Za chwilę kolejny szlaban (oczywiście zrobiony z gałęzi, bo tu szlabany są albo z gałęzi albo ze sznurka), krzywy napis na budynku głosi, że to siedziba benińskich celników. Więc jesteśmy już w Beninie! Celnicy są zainteresowani tylko samochodem, mówią, że formalności wizowych dokonuje policja, parę kilometrów dalej. Kupujemy dla Montka 'laisser-passer' i jedziemy dalej na poszukiwanie policji. W miarę szybko udaje się namierzyć komisariat. Wchodzimy akurat w trakcie obiadu jedynego funkcjonariusza, ale na szczęście jest bardzo sympatyczny, więc nie robi z tego powodu żadnych problemów. Przy przechodzeniu granicy nigdy nie wiadomo, co się komu spodoba albo nie i mogą w najlepszym wypadku przetrzymywać nas godzinami albo kazać płacić jakieś łapówki. Do tego brakuje nam pieczątki wyjazdowej z Togo. Ale miły policjant ogląda tylko wizę, wbija swoją pieczątkę i po bólu. Życzy miłego pobytu w Beninie i zabiera się do dalszej konsumpcji obiadu. Jesteśmy w miejscowości Boukombe. Po tej stronie granicy ludzie mieszkający w domostwach 'tata' są nazywani Somba, ale ich domy nie różnią się od tych po stronie togijskiej. Zatrzymujemy się przy jednym z nich i wychodzę przeprowadzić negocjacje cenowe za zwiedzenie domku. Podbiega do mnie od razu cała gromadka dzieci mieszkająca w tym domu i najstarszy z nich rzuca kwotę 15000CFA, czyli prawie 25E za samo zobaczenie domku! Wybucham gromkim śmiechem, wszyscy dokoła też i pada kwota 2000 CFA. To już brzmi lepiej. Akceptujemy tę ofertę i idziemy zwiedzać domek. Na parterze są 3 pomieszczenia. W dwóch z nich mieszkają kozy, kury i barany, trzecie to kuchnia, gdzie gotują tylko podczas pory deszczowej. Wszędzie wiszą amulety i fetysze mające chronić przed złymi mocami. Z kuchni wchodzi się wąskim przejściem na dach. Tam znajdują się okrągłe spichlerze na zapasy oraz 3 budki – sypialnie. Po zejściu na dół pojawia się ojciec rodziny, który chce nagle 3000CFA za zwiedzanie jego domostwa. Targujemy się i staje na 2tys., ale dodajemy 2 koszulki i spodenki. Idziemy do samochodu, a dzieciaki biegną za nami, każde wołając, że też chce jeszcze jakieś pieniądze. Dwaj najstarsi chłopcy, którzy nam pokazywali dom są bliscy łez, bo powiedzieli, że ojciec im pieniędzy nie da. Więc dorzucamy po 100CFA dla chłopców i jedziemy dalej. Chcemy dziś przejechać jak najwięcej się da, bo w niedzielę chcielibyśmy już być w Abomey, stolicy dawnego królestwa Dahomejów. Po 40km laterytu zaczyna się asfalt. I to całkiem dobry, pewnie niedawno położony. Po szybkim obiedzie jedziemy przez kilka godzin bez przerwy, by już po zmroku dotrzeć do miejscowości Save. Udało nam się dziś pokonać 500km, co jest nie lada wyczynem, biorąc pod uwagę, ile dziś zobaczyliśmy i dowiedzieliśmy się. W Save znajdujemy przyjemny hotel i idziemy w okolice targu coś zjeść i wypić. Namierzamy sprzedawcę grillowanego mięsa, tym razem wołowiny, i kupujemy i niego piękny kawał ugrillowanej polędwicy. Kolacja jak się patrzy.
A teraz kilka słów o Beninie. Statystycznie, PKB per capita jest prawie dwukrotnie wyższe niż w sąsiednim Togo i wynosi USD 709, ale na ulicach tego nie widać. W ogóle te dwa kraje są do siebie bardzo podobne. Za czasów kolonialnych nie było między nimi granicy, dopiero po uzyskaniu niepodległości nastąpił podział na dwa kraje: Dahomej i Togo. W 1975 r. porucznik Kerekou, który był wtedy u władzy, zmienił nazwę kraju na Benin, żeby odciąć się od ciemnej przeszłości królów Dahomeju, znanych głównie jako okrutnych handlarzy niewolnikami oraz wyznaczyć nowy kierunek rozwoju kraju, z marksizmem-leninizmem jako główną ideologią. Po wielu latach rządów porucznika Kerekou i kilku przewrotach, dziś Benin jest jednym z najstabilniejszych politycznie krajów w Afryce Zachodniej. Ekonomia opiera się na rolnictwie, a głównym towarem eksportowym jest bawełna. Obszar kraju to 112tys. km2, a zamieszkuje go prawie 8 mln ludzi.

niedziela, 8 lutego 2009

6 luty – Jaki tu spokój....






Zdjęcia od lewej od góry: konik polny, ananas, kakao, kawa i hurtownia bananów.
Po śniadaniu o 9 ruszamy z naszym przewodnikiem do buszu aby oglądać motyle i przyrodę. Pokazuje nam różnego rodzaju drzewa owocowe. Widzimy kawę. Kwitnie tutaj cały rok, wszędzie unosi się fantastyczny słodki zapach z jej kwiatów. Jest znów jak w raju. Kolejnym etapem po kwiatkach są małe owoce kawy, które po osiągnięciu czerwonego koloru są zbierane i suszone. Później sprzedaje się je do hurtowników, którzy obierają nasionka z delikatnej skórki, następnie wypalają i mielą lub przecinają. Mamy na koniec okazję powąchać takiej świeżej kawy. Szkoda, że znawcami nie jesteśmy, bo pachną dla nas jak zwykła arabica w Tesco. Po drodze widzimy kolejne drzewa mające już fasolki kawy. Tutaj wegetacja trwa cały rok. Najciekawsze jest to, że oprócz plantacji kawy, cała reszta drzew rośnie po prostu w lesie. Każdy może sobie przychodzić, zrywać owoce, a następnie je jeść albo sprzedawać. Po drodze widzimy ananasy, awokado, banany, mango, orzechy coli, kakao, kokosy, maniok (cassava), yam, hibiskus, 20-metrową jukę, gloriozy, orchidee, rafię, różnokolorowe koniki polne, motyle. Ogólnie wycieczka jest niesamowita. Nad mini wodospadem zjadamy pysznego ananasa i po 3,5 godzinie wracamy do hotelu. Kupujemy jeszcze kolekcję motyli. Początkowo mieliśmy obiekcje, ale po drodze okazało się, że motyle nocne - ćmy (po ślonsku się godo na nie moty, a po angielsku „moth”) żyją dwa-trzy dni, a zwykłe motyle do dwóch tygodni. Tak więc nie robi to żadnej szkody naturze, skoro maks po 2 tygodniach te motyle i tak by umarły.
Wsiadamy w Montka i ruszamy. Mamy jakieś 370km do przejechania. Pierwsze 120km to droga wątpliwej jakości. Najgorsze jest to, że tylne zawieszenie Montka nadaje się już zdecydowanie do remontu. Na każdej dziurze słychać bardzo głośne stukanie. Dla mnie to jest zdecydowanie niekomfortowa sytuacja. Teraz muszę bardzo ostrożnie omijać dziury, a nawet na niewielkich nierównościach zdecydowanie da się odczuć brak tylnej amortyzacji. Mijamy kolejne wioski. Zatrzymaliśmy się tylko na samym początku na colę. Droga jest wymagająca i zdecydowanie czuję już zmęczenie. Nawet nawilżane chusteczki nie pomagają. Mijamy kilka patroli policyjnych bez zatrzymania. Jest już na tyle blisko, że nie mamy siły ani ochoty gadać z policją. Dojeżdżamy wreszcie do miejscowości Kara. Musieliśmy dotankować 10 litrów paliwa po drodze. Już od jakiegoś czasu paliła się rezerwa. Mamy jeszcze 70 litrów w baniakach z Ghany, ale woleliśmy nie tracić czasu na przelewanie z kanistrów. Paliwo tutaj to jakieś 0.8E, czyli znacznie drożej niż w Ghanie, ale tez dużo taniej niż w innych krajach unii walutowej CFA (Burkina i Mali, a następnie Benin dla nas). Wjeżdżamy do miasta i bez problemu znajdujemy hotel za całkiem rozsądne pieniądze. Idziemy do centrum coś zjeść i ugasić pragnienie. Ja decyduję się na baraninę z grila (pyszna), a Ala na frytki, które przegryza moim barankiem. Jutro mamy w planie zobaczyć jeszcze unikatowe w Afryce wioski i przekroczyć granicę z Beninem.

5 luty – Kuluminacja wizowa i voodoo













Wstajemy rano i ruszamy do ambasady. Teraz albo nigdy. Musimy dostać wizę. Jakby miały być problemy to mamy zaproszenie z Nigerii (dzięki Marek!). Meldujemy się w ambasadzie o 9:30 i widzimy jak madame wkleja nam wizy do paszportów. Dziękujemy jej bardzo i dajemy książkę o Rudzie Śląskiej. Wymieniamy się mailami i ruszamy na targ voodoo. Wstęp dość drogi, za dwie osoby i aparat to prawie 100zł, ale warto. Przewodnik objaśnia, że wszystkie zebrane tutaj fetysze są używane tylko i wyłącznie po to, aby pomagać ludziom. Widzimy głowy wielu małp, lampartów, psów, czaszki antylop, hien, szczęki rekina, stopę słonia, poroże antylop, skóry lampartów, nietoperze zasuszone z wnętrznościami, ptaki. Suszone węże i kameleony oraz niezliczone ilości innego ustrojstwa, którego nawet nie można rozszyfrować. Widok jest niesamowity, a do tego dochodzą jeszcze wrażenia zapachowe, które już pewnie każdy może sobie wyobrazić, widząc na zdjęciach te góry nieżywych zwierząt. Ogólnie procedura jest taka: chory człowiek idzie do chiefa voodoo w wiosce, on rozpoznaje jego chorobę i przepisuje lekarstwo. Na przykład 4 czaszki krokodyla, głowę kobry i cztery skorupy żółwia. To trzeba razem ugnieść, wymieszać z wodą i spalić. Czasami taką miksturę trzeba wymieszać z miodem i spożywać regularnie przez kilka dni. Na targu można handlować tylko „białą magią”, bo czarna, ta znana z filmów w postaci wbijania igieł w lalki voodoo jest zabroniona. Dodatkowo nie wolno polować na zwierzęta, ale wolno kupować różnego rodzaju głowy i skóry. Na tym targu są amulety z całej Afryki. W trakcie naszej wizyty kilku lokalnych przyszło na targ dokonać zakupów zgodnie z listą wyznaczoną przez voodoo chiefa. Wszyscy kramikarze wyskakiwali przed swoje sztandy i głośnym psssssykaniem nawoływali klienta. Klient złapany przez jakiegoś sprzedawcę dokonuje całych zakupów u niego. Nawet, jeśli sklepikarz nie posiada odpowiedniej głowy lub skóry, to bierze ją z kramiku sąsiedniego. Wychodząc spotykamy turystę, który pyta nas o cenę i niestety jest bardzo niezadowolony, że nie da się nic stargować. W sumie zdecydowanie warte było to tych pieniędzy.
Ruszamy na północ do Kpalime. Planujemy tutaj wejść na najwyższą górę w Togo – Mt. Agou (986m), a następnie pójść w busz oglądać bardzo liczne tutaj i kolorowe motyle. Docieramy bez problemu. Po drodze widzimy super reklamę Baru Izrael, jak na zdjęciu powyżej. Co najlepsze tabliczka „Bar Izrael” jest wzbogacona rysuneczkiem świni. Ciekawe, co by na to Mosze powiedział...... Droga całkiem niezła, na szczyt góry wjeżdżamy autem. W sumie bardzo dobrze, bo widoczność kiepska i droga prowadzi głównie „asfaltem”. Wracając zatrzymujemy się w knajpce, gdzie jemy bardzo smaczny obiad: rybkę z frytkami. Jedziemy do wioski 12km za Kpalime, która jest bazą wypadową na wycieczki etymologiczne. Znajdujemy sympatyczny nocleg. Obok naszego Montka stoją dwa auta bardzo dobrze przystosowane do off roadu. Montek wygląda jak niemowlak przy nich. Niestety w restauracji nie mają mojego ulubionego piwa. Udajemy się więc do wioski. Tam bardzo miło spędzamy wieczór. Piwo nie jest najchłodniejsze, bo od rana nie ma prądu. Lokalni próbują coś do mnie zagadać, ale śmieją się do rozpuku jak moim pięknym francuskim mówię im: No compris francais.....Na szczęście tutaj jest już chłodniej i nie ma komarów. W naszym pokoju nawet nie ma wiatraka, a w łazience jest bojler – niestety nie działający. Cholera, nawet chłodno jest, chyba ze 25 stopni.... Lokalni próbują coś do mnie zagadać, ale śmieją się do rozpuku jak moim pięknym francuskim mówię im: No compris francais.....
Wracamy w nocy przy akompaniamencie świerszczy, cykad i ptaków. Po powrocie francuski ciemnoskóry turysta bardzo łamaną angielszczyzną pyta nas czy ta droga jest bezpieczna i czy coś się dzieje ciekawego we wiosce.....Widać turysta z Francji wraca do kraju przodków i boi się bardziej niż białe hanysy z Rudy Śląskiej......

czwartek, 5 lutego 2009

4 luty – wiza nigeryjska odsłona N-ta





Punktualnie o 10 rano stawiamy się w ambasadzie. Madame mówi, że nie ma nadal podpisanej wizy. Po pół godzinie czekania mówi, że mamy wrócić o 12. Chcieliśmy rano jechać na targ fetyszy voodoo, ale boimy się, że do 12 możemy się nie wyrobić, więc postanawiamy przeczekać w pobliskim barze. Kiedy wybija południe, stawiamy się karnie w ambasadzie. Nadal nie ma wizy. Konsul ponoć dziś bardzo zajęty, a że pracuje do 16, to ma cały dzień na podpisanie wniosków. Przecież to nie jemu się spieszy, a nam... Po kolejnej godzinie czekania decydujemy, że nie będziemy wysiadywali tutaj bezsensownie, i tak musimy w Lome zostać kolejną noc, więc nie ma dla nas już różnicy, czy dostaniemy wizy dziś czy jutro rano. Tłumaczymy madame na czym stoimy i prosimy o podstęplowanie kopii paszportów, bo w razie kontroli policyjnej chcemy mieć dowód na to, że paszporty posiadamy. Madame służbistka nie może nam podbić kser, więc idzie do konsula po pieczątkę. Wraca po chwili mówiąc, że konsulowi powiedziała, żeby lepiej zamiast pieczątki na kserach, podpisał się na wizie. Mamy poczekać kolejne 10 minut. Po niedługiej chwili madame wraca i mówi, że konsul super zajęty i on teraz na pewno tego nie podpisze, nawet kser nie podbił, ale dała nam kwitki potwierdzające uiszczenie opłaty wizowej, więc mamy jakieś potwierdzenie, że tam są nasze paszporty. Przeprasza nas, że jej się nie udało niczego przyspieszyć. Oczywiście to nie jej wina. Dla nas najważniejsze jest dostanie wizy, co mamy nadzieję nastąpi w końcu jutro rano. Tym razem do ambasady pojechaliśmy autem, bo z naszego hotelu się wymeldowaliśmy. Znaleźliśmy wczoraj tańszy, w podobnym standardzie, a nawet ze śniadaniem. No i nie przy mega głośnym barze, a to chyba najważniejsze. Jedziemy więc do nowego hotelu, a potem kierujemy się w stronę granicy z Beninem, do miejscowości Aneho, która do 1920r. (dopisek Filipa: chyba zbieg okoliczności, ale wtedy tez powstał RUCH) była stolicą kolonialną tych terenów. Miasteczko nas rozczarowuje, bo oprócz paru walących się pokolonialnych budynków nic ciekawego w nim nie ma. Ale za to plaża! Wjeżdżamy między gliniane domostwa, które leżą parę metrów od oceanu. Ale mają niesamowitą lokalizację! Jest godzina 15, pod palmą śpi parę osób, kilkoro dzieci powoli przechadza się pomiędzy domkami. Całkowity relaks. Oczywiście dokoła domków sterty reklamówek. Widzimy ciekawe zjawisko – ocean utworzył swoisty atol, więc prawdziwa plaża jest oddzielona pasem wody od reszty lądu. Mała łódeczka służy do przeprawy na plażę. Na zdjęciu to fajnie widać. Napawamy się pięknymi widokami i wracamy do Lome. Chcieliśmy zjeść coś po drodze, ale ceny były bardzo adekwatne do widoków, więc postanawiamy zaatakować znów Libańczyka, a wieczorem udajemy się do wczorajszej garkuchni. Jemy rybę ze szpinakiem, ubijanym yamem (czyli fufu tutaj) oraz ryż ze szpinakiem i sosem. Szpinak tutaj jest podawany razem z okoro (Nigeryjczycy wiedzą), po angielsku to się nazywa ladies finger, polskiej nazwy nie znamy. Tworzy to razem ciągnący się sos, ale całkiem smaczny. Przy okazji jedzenia z samymi lokalnymi, którzy drugiego dnia już nie zwracają na nas uwagi, zastanawiamy się, kto z naszych przyjaciół by zjadł tutaj razem z nami, a kto by uciekał do sterylnie higienicznego miejsca? W sumie jakby dobrze zareklamować, to pewnie wielu by się skusiło.... Dziś już środa, czyli właściwie weekend. Widać to na ulicy, w barach większy tłok, muzyka gra jeszcze głośniej. Tutaj to chyba tylko wtorek jest dniem przestoju. W poniedziałek jeszcze dogorywał weekend, a dziś, we środę już się zaczął kolejny:) Filip mi tu podpowiada, że w GM było takie powiedzenie: wtorek minął, tydzień zginął – w sumie coś w tym jest....
Jutro mamy już nadzieję odebrać wizę. Jeżeli to się uda, jedziemy na północny-zachód do Kpalime, okolicy górzystej, gdzie są duże plantacje kawy i kakao. Nie wiemy jak z netem będzie, więc jeszcze dziś w Lome załadujemy ostatnie dwa dni ze zdjęciami, żebyście się nie nudzili do następnego wpisu, który nie wiemy kiedy uda się uskutecznić:)

3 luty – Lome i wiza






Zanim przejdziemy do części kulturalno-rozrywkowej, kilka słów o samym Togo. Jest to na razie najbiedniejszy wg danych statystycznych kraj, który odwiedziliśmy na naszej trasie. Jego PKB na mieszkańca wynosi tylko USD 387. Jest to malutkie państwo, o powierzchni ok. 58 tys. km2 z ponad 5 milionami mieszkańców. W Togo oficjalnym językiem jest francuski, ze względu na kolonialną przeszłość oczywiście. Ale pod koniec XIX wieku Niemcy przez chwilę przejęli tutaj władzę, choć wpływów ich krótkich rządów nie widać. W przeciwieństwie do francuskich, bo oczywiście bagietki królują jako pieczywo, choć można też kupić białe, 'dmuchane' bułki, lekko słodkie, których było pełno w Ghanie. Z Togo wywodzi się wierzenie voodoo. Dzisiaj to wyznanie kojarzy się najbardziej z Haiti, gdzie rzeczywiście jest jego największy ośrodek, ale przodkami Haitańczyków są właśnie ludzie z plemion z obszaru dzisiejszego Togo i Beninu, którzy jako niewolnicy byli wywożeni do 1870r. w tamte rejony. Po odzyskaniu niepodległości w XX w., po kilku przewrotach władzę przejął sierżant Eyadema i przez ponad 40 lat rządził twardą ręką krajem, a dopiero jego śmierć (po drodze były próby wprowadzenia systemu demokratycznego, krwawo tłumione) zakończyła jego 'panowanie'. W chwili obecnej w kraju panuje względny spokój i powoli 'wdraża się' w bardziej demokratyczny ustrój.
Po takim 'krajoznawczym' wstępie czas na parę historyjek z naszego, jak zwykle obfitującego w przygody, dnia. Rano udajemy się do ambasady nigeryjskiej. Na wszelki wypadek potwierdzam jej lokalizację z naszym recepcjonistą, no i okazuje się, że przenieśli się w całkiem inne miejsce. Po zapewnieniach, że to niedaleko, ruszamy na poszukiwania. Idziemy, idziemy, a ambasady ani widu ani słychu. Pytamy na stacji benzynowej, ale nie mają pojęcia gdzie to. Jedynie potwierdzają, że dobrze idziemy w kierunku kolumny pokoju, na którą kazał się kierować recepcjonista. Zatrzymujemy się w kafejce internetowej i tam pracownik tłumaczy dokładnie dalszą drogę. Znajdujemy w końcu ambasadę, rozpoznając z daleka biało-zielony płot. Jak do tej pory wszystkie ambasady nigeryjskie, które tutaj odwiedziliśmy (jest to nasza trzecia próba już) miały co tylko się da pomalowane w barwy narodowe. Wchodzimy do budki strażnika przy bramie, rejestrujemy się i idziemy do budynku biurowego. W okienku, które jest odpowiedzialne za wydawanie wiz siedzi dość wiekowa madame, która na nasze pytanie o wizę turystyczną kręci przecząco głową. Filip zaczyna jej tłumaczyć naszą historię: wyjechaliśmy z kraju jeszcze w zeszłym roku i nie wyrabialiśmy wizy w Polsce, ponieważ jej ważność mogła wygasnąć do momentu naszego wjazdu do Nigerii. Bo to właśnie jest największym problemem w każdej z ambasad nigeryjskich, w których się pojawiamy. Jeżeli w kraju turysty jest ambasada, to jego świętym obowiązkiem jest wyrobienie sobie wizy tamże właśnie. Filip okrasza naszą historię wstawkami z życia nigeryjskiego, madame się coraz bardziej rozluźnia, aż w końcu się śmieje z jego historyjek. Okazuje się, że jest Togijką, ale w ambasadzie pracuje ponad 30 lat. Madame każe nam zrobić po 2 kopie głównej strony paszportu, wizy togijskiej i wysmarować list do konsula z wytłumaczeniem, czemu nie zrobiliśmy wizy w Polsce i zawracamy im tutaj głowę. Biegniemy do pobliskiego 'business centre', gdzie robimy kopie dokumentów i piszemy list. Przychodzimy do madame z całym zestawem oraz zdjęciami. Madame odrzuca pismo, bo jest napisane odręcznie, a ma być komputerowo. Więc biorę nasz list i pędem znów do 'business centre', a Filip w międzyczasie będzie zabawiał madame i zmiękczał ją, żeby była nam bardziej przychylna. Na miejscu okazuje się, że nie mają takiej usługi! Jakieś 300m dalej ma być kolejne centrum informatyczne, gdzie można coś na komputerze przepisać (nasz laptop jest w samochodzie, który jest na parkingu hotelowym). Udaje mi się zlokalizować przybytek i zdyszana wyłuszczam właścicielowi sklepiku czego od niego chcę. Mówię, że sama przepiszę, bo nie wiem ile mu to czasu może zabrać, znając ich tempo tutaj. Drukuję na wszelki wypadek 4 egzemplarze, po 2 na każde z nas, bo madame lubi mieć dużo kopii. Biegiem z powrotem do ambasady. Wszystko odbywa się w upale ponad 35 stopni, z szalenie wysoką wilgotnością powietrza, więc możecie sobie wyobrazić jak wyglądam. Przychodzę do ambasady, Filip jest już najlepszym przyjacielem madame, ma nawet jej nr komórkowy, żebyśmy mogli po południu zadzwonić i zapytać o status wniosku. Bo oczywiście jest kolejna przeszkoda – odbieranie wiz odbywa się tylko we wtorki i czwartki, dziś jest wtorek, więc odbiór dopiero we czwartek! Błagamy madame, żeby przyspieszyła proces, najlepiej aby się dało jeszcze dziś odebrać wizy. Mówi, że zrobi co się da. W każdym razie zapewnia nas, że jeżeli ona przyjęła wniosek, to konsul podpisze i wizy dostaniemy. Inshallah! Wracamy spacerkiem do hotelu. Teraz nasz priorytet to naprawić dziurawą oponę (tę, która już 2 gwoździe przeżyła) i zobaczyć czy się da reanimować tę rozwaloną wczoraj na dziurze ściekowej. W hotelu tłumaczą nam jak dojechać do serwisu Good Yeara. Przyjeżdżamy na miejsce. Szefem jest Libańczyk. A propos Libańczyków – jest ich w Afryce dość dużo, głównie są właścicielami restauracji z całkiem dobrym jedzeniem, ale jak widać prowadzą też inne biznesy. Okazuje się, że nasza 'gwoździowa' opona ma kolejnego gwoździa! To jest jakieś fatum. Przejechaliśmy nią mniej niż 200km. Ale naprawić się da bez problemu. Gorzej z tą wczorajszą – niby naprawić można, ale trzeba ją będzie traktować bardziej jako dojazdówkę niż pełnowartościową oponę. Decydujemy się jednak na naprawę – w krytycznej sytuacji może się okazać bardzo cenna. Jak widać opony można rozpruć nie tylko na bezdrożach, więc lepiej nosić niż się prosić. Naprawa tej opony ma zająć parę godzin, więc umawiamy się na powrót po 17. Dzwonimy do madame z ambasady, ale mówi, że dziś już nic nie da rady załatwić, mamy dzwonić jutro o 10 rano. Idziemy więc pooglądać plażę w Lome, która cieszy się złą sławą, szczególnie w nocy. Książkowy przewodnik i miejscowi odradzają samotnego chodzenia po plaży, a już szczególnie po zmierzchu. Więc idziemy ją zobaczyć za dnia. Niesamowita lokalizacja – centrum Lome rozciąga się parędziesiąt metrów od plaży, która jednak jest mocno zaniedbana i zaśmiecona. Skąd my to znamy... Teraz zagadka – na jednym ze zdjęć plaży, na tym gdzie widać dość dużo ludzi jest jeden ciekawy szczegół, który zobaczyliśmy dopiero przy oglądaniu zdjęć na komputerze. Kto widzi co to?
Zrobił się już wieczór, pora na kolację. Na lunch przekąsiliśmy w libańskiej restauracji pyszne sandwicze z krewetkami zawijane w libańskie placki. Chodząc po głównej ulicy Lome, przy której mieszkamy (cenne rzeczy mamy w samochodzie, paszporty w ambasadzie, więc raczej nas nie ma z czego okradać, bo przewodnik sugeruje, żeby po zmroku nie pałętać się samopas po stolicy) znajdujemy lokalną jadłodajnię. Wygląda bardzo klimatycznie. Przy chodniku mieszczą się dwie garkuchnie. W pierwszej, większej, serwują fufu (tutaj to nie maniok z plantainami, ale ugnieciony jam – ulubiona potrawa Filipa z Nigerii) z różnymi sosami. Cztery starsze big fat mamy siedzą obok swoich wielgachnych aluminiowych mis. Każda ma inny specjał. Pierwsza – baraninę w sosie z ostrymi papryczkami, druga – kurczaka w sosie z ostrymi papryczkami, trzecia i czwarta – różne rodzaje ryb w sosie, jakże by inaczej, z ostrymi papryczkami. Druga garkuchnia jest jednoosobowa – młoda i szczupła dziewczyna serwuje ryż z sosem z kawałkami mięsa i oczywiście papryczkami oraz, uwaga – sos szpinakowy! Dokoła nie ma oświetlenia elektrycznego, świecą się tylko naftowe kaganki. Jest ustawionych parę niskich drewnianych stolików z ławeczkami i restauracja pełną gębą. Na każdym stoliku postawiono miskę do mycia rąk. Ruch wielki, klienci się przepychają, wołają jakie menu im podać, aluminiowe talerze przechodzą z rąk do rąk. My decydujemy się na drugą garkuchnię. Ja z powodu szpinaku, a Filip – hmm, może z powodu kucharki:) Jedzenie pierwsza klasa. Pali podniebienie, ale bardzo przyjemnie. Na pewno takie papryczki trzeba przywieźć do domu i na jakiejś imprezie zaserwować.... będzie niezły ubaw:)
Wieczór spędzamy tradycyjnie przy piwie i herbacie (ten drugi napitek staje się nie wiedzieć czemu coraz mniej popularny), planując dalszą trasę w Togo i Beninie.
Aha, na jednym z powyższych zdjęć – rewelacyjny przykład tutejszej propagandy anty HIV. Ten plakat przebił wszystkie, jakie do tej pory widzieliśmy. Czyż nie jest rewelacyjny?
Gwoli nowej świeckiej tradycji, teraz nastąpi opis chmielowego płynu dla zainteresowanych: Wypiłem tutaj trzy rodzaje piw. Dwa w brązowych butelkach i jedno w zielonej (widzicie jak się dla Was poświęcam). To w zielonej butelce to Pils lub Specjal. Ja piłem Pilsa i było całkiem smaczne, a jak na zieloną butelkę to nawet niezłe. Miało wprawdzie dziwny aromat po odkapslowaniu, ale później smak dobry. Piana tylko szybko opadała prawie jak w coca-coli. Awooyo to jest moje piwo w Togo. Piwo ciemne, no może raczej brązowe. Niektórzy stali bywalcy Nomada może pamiętają GóRnośląskiego Diamenta. Awooyo ma podobny smak, jest jednak dużo mniej słodkie. Delikatnie przepalany smak (jakby to Kkondrat powiedział), do tego bardzo rozsądne % (6,2), zdecydowana goryczka w posmaku. Cholera dlaczego nie ma takiego piwa u nas??!!! Kolejne piwo to Flag, już wcześniej testowane w poprzednich krajach. Solidne piwo, ale nie powala na ziemię. Jest goryczka, jest piana, ale czegoś brakuje. Zdecydowanie ustępuje miejsca Awooyo. Ciekawostką jest to, że trafiliśmy w Lome na piwo pression! Czyli piwo lane! Okazało się, że to też była Flaga. Mały kufelek to mniej niż 1/3 E. Piwo całkiem smaczne, więc szybko wychyliłem kilka kufelków 0,3. Lane piwo w Afryce o rarytas i nie można przegapić takiej okazji. Kelnerka (chyba siostra szefa) tak się zapatrzyła na moją „piękną” białą mordę, że bardzo przelała piwo, które sięgało bez piany rantu kufla. Ja już ucieszony od razu mówię ok, ok. Zostaw jak jest ja wypiję. Niestety jej brat interweniował i odlał część piwa, a mnie resztę spienił. Pewnie sprzeda odlaną część kolejnemu klientowi. Niestety takie czasy, rachunek ekonomiczny musi się zgadzać. Ponoć kryzys jest na świecie....