niedziela, 8 lutego 2009

5 luty – Kuluminacja wizowa i voodoo













Wstajemy rano i ruszamy do ambasady. Teraz albo nigdy. Musimy dostać wizę. Jakby miały być problemy to mamy zaproszenie z Nigerii (dzięki Marek!). Meldujemy się w ambasadzie o 9:30 i widzimy jak madame wkleja nam wizy do paszportów. Dziękujemy jej bardzo i dajemy książkę o Rudzie Śląskiej. Wymieniamy się mailami i ruszamy na targ voodoo. Wstęp dość drogi, za dwie osoby i aparat to prawie 100zł, ale warto. Przewodnik objaśnia, że wszystkie zebrane tutaj fetysze są używane tylko i wyłącznie po to, aby pomagać ludziom. Widzimy głowy wielu małp, lampartów, psów, czaszki antylop, hien, szczęki rekina, stopę słonia, poroże antylop, skóry lampartów, nietoperze zasuszone z wnętrznościami, ptaki. Suszone węże i kameleony oraz niezliczone ilości innego ustrojstwa, którego nawet nie można rozszyfrować. Widok jest niesamowity, a do tego dochodzą jeszcze wrażenia zapachowe, które już pewnie każdy może sobie wyobrazić, widząc na zdjęciach te góry nieżywych zwierząt. Ogólnie procedura jest taka: chory człowiek idzie do chiefa voodoo w wiosce, on rozpoznaje jego chorobę i przepisuje lekarstwo. Na przykład 4 czaszki krokodyla, głowę kobry i cztery skorupy żółwia. To trzeba razem ugnieść, wymieszać z wodą i spalić. Czasami taką miksturę trzeba wymieszać z miodem i spożywać regularnie przez kilka dni. Na targu można handlować tylko „białą magią”, bo czarna, ta znana z filmów w postaci wbijania igieł w lalki voodoo jest zabroniona. Dodatkowo nie wolno polować na zwierzęta, ale wolno kupować różnego rodzaju głowy i skóry. Na tym targu są amulety z całej Afryki. W trakcie naszej wizyty kilku lokalnych przyszło na targ dokonać zakupów zgodnie z listą wyznaczoną przez voodoo chiefa. Wszyscy kramikarze wyskakiwali przed swoje sztandy i głośnym psssssykaniem nawoływali klienta. Klient złapany przez jakiegoś sprzedawcę dokonuje całych zakupów u niego. Nawet, jeśli sklepikarz nie posiada odpowiedniej głowy lub skóry, to bierze ją z kramiku sąsiedniego. Wychodząc spotykamy turystę, który pyta nas o cenę i niestety jest bardzo niezadowolony, że nie da się nic stargować. W sumie zdecydowanie warte było to tych pieniędzy.
Ruszamy na północ do Kpalime. Planujemy tutaj wejść na najwyższą górę w Togo – Mt. Agou (986m), a następnie pójść w busz oglądać bardzo liczne tutaj i kolorowe motyle. Docieramy bez problemu. Po drodze widzimy super reklamę Baru Izrael, jak na zdjęciu powyżej. Co najlepsze tabliczka „Bar Izrael” jest wzbogacona rysuneczkiem świni. Ciekawe, co by na to Mosze powiedział...... Droga całkiem niezła, na szczyt góry wjeżdżamy autem. W sumie bardzo dobrze, bo widoczność kiepska i droga prowadzi głównie „asfaltem”. Wracając zatrzymujemy się w knajpce, gdzie jemy bardzo smaczny obiad: rybkę z frytkami. Jedziemy do wioski 12km za Kpalime, która jest bazą wypadową na wycieczki etymologiczne. Znajdujemy sympatyczny nocleg. Obok naszego Montka stoją dwa auta bardzo dobrze przystosowane do off roadu. Montek wygląda jak niemowlak przy nich. Niestety w restauracji nie mają mojego ulubionego piwa. Udajemy się więc do wioski. Tam bardzo miło spędzamy wieczór. Piwo nie jest najchłodniejsze, bo od rana nie ma prądu. Lokalni próbują coś do mnie zagadać, ale śmieją się do rozpuku jak moim pięknym francuskim mówię im: No compris francais.....Na szczęście tutaj jest już chłodniej i nie ma komarów. W naszym pokoju nawet nie ma wiatraka, a w łazience jest bojler – niestety nie działający. Cholera, nawet chłodno jest, chyba ze 25 stopni.... Lokalni próbują coś do mnie zagadać, ale śmieją się do rozpuku jak moim pięknym francuskim mówię im: No compris francais.....
Wracamy w nocy przy akompaniamencie świerszczy, cykad i ptaków. Po powrocie francuski ciemnoskóry turysta bardzo łamaną angielszczyzną pyta nas czy ta droga jest bezpieczna i czy coś się dzieje ciekawego we wiosce.....Widać turysta z Francji wraca do kraju przodków i boi się bardziej niż białe hanysy z Rudy Śląskiej......

czwartek, 5 lutego 2009

4 luty – wiza nigeryjska odsłona N-ta





Punktualnie o 10 rano stawiamy się w ambasadzie. Madame mówi, że nie ma nadal podpisanej wizy. Po pół godzinie czekania mówi, że mamy wrócić o 12. Chcieliśmy rano jechać na targ fetyszy voodoo, ale boimy się, że do 12 możemy się nie wyrobić, więc postanawiamy przeczekać w pobliskim barze. Kiedy wybija południe, stawiamy się karnie w ambasadzie. Nadal nie ma wizy. Konsul ponoć dziś bardzo zajęty, a że pracuje do 16, to ma cały dzień na podpisanie wniosków. Przecież to nie jemu się spieszy, a nam... Po kolejnej godzinie czekania decydujemy, że nie będziemy wysiadywali tutaj bezsensownie, i tak musimy w Lome zostać kolejną noc, więc nie ma dla nas już różnicy, czy dostaniemy wizy dziś czy jutro rano. Tłumaczymy madame na czym stoimy i prosimy o podstęplowanie kopii paszportów, bo w razie kontroli policyjnej chcemy mieć dowód na to, że paszporty posiadamy. Madame służbistka nie może nam podbić kser, więc idzie do konsula po pieczątkę. Wraca po chwili mówiąc, że konsulowi powiedziała, żeby lepiej zamiast pieczątki na kserach, podpisał się na wizie. Mamy poczekać kolejne 10 minut. Po niedługiej chwili madame wraca i mówi, że konsul super zajęty i on teraz na pewno tego nie podpisze, nawet kser nie podbił, ale dała nam kwitki potwierdzające uiszczenie opłaty wizowej, więc mamy jakieś potwierdzenie, że tam są nasze paszporty. Przeprasza nas, że jej się nie udało niczego przyspieszyć. Oczywiście to nie jej wina. Dla nas najważniejsze jest dostanie wizy, co mamy nadzieję nastąpi w końcu jutro rano. Tym razem do ambasady pojechaliśmy autem, bo z naszego hotelu się wymeldowaliśmy. Znaleźliśmy wczoraj tańszy, w podobnym standardzie, a nawet ze śniadaniem. No i nie przy mega głośnym barze, a to chyba najważniejsze. Jedziemy więc do nowego hotelu, a potem kierujemy się w stronę granicy z Beninem, do miejscowości Aneho, która do 1920r. (dopisek Filipa: chyba zbieg okoliczności, ale wtedy tez powstał RUCH) była stolicą kolonialną tych terenów. Miasteczko nas rozczarowuje, bo oprócz paru walących się pokolonialnych budynków nic ciekawego w nim nie ma. Ale za to plaża! Wjeżdżamy między gliniane domostwa, które leżą parę metrów od oceanu. Ale mają niesamowitą lokalizację! Jest godzina 15, pod palmą śpi parę osób, kilkoro dzieci powoli przechadza się pomiędzy domkami. Całkowity relaks. Oczywiście dokoła domków sterty reklamówek. Widzimy ciekawe zjawisko – ocean utworzył swoisty atol, więc prawdziwa plaża jest oddzielona pasem wody od reszty lądu. Mała łódeczka służy do przeprawy na plażę. Na zdjęciu to fajnie widać. Napawamy się pięknymi widokami i wracamy do Lome. Chcieliśmy zjeść coś po drodze, ale ceny były bardzo adekwatne do widoków, więc postanawiamy zaatakować znów Libańczyka, a wieczorem udajemy się do wczorajszej garkuchni. Jemy rybę ze szpinakiem, ubijanym yamem (czyli fufu tutaj) oraz ryż ze szpinakiem i sosem. Szpinak tutaj jest podawany razem z okoro (Nigeryjczycy wiedzą), po angielsku to się nazywa ladies finger, polskiej nazwy nie znamy. Tworzy to razem ciągnący się sos, ale całkiem smaczny. Przy okazji jedzenia z samymi lokalnymi, którzy drugiego dnia już nie zwracają na nas uwagi, zastanawiamy się, kto z naszych przyjaciół by zjadł tutaj razem z nami, a kto by uciekał do sterylnie higienicznego miejsca? W sumie jakby dobrze zareklamować, to pewnie wielu by się skusiło.... Dziś już środa, czyli właściwie weekend. Widać to na ulicy, w barach większy tłok, muzyka gra jeszcze głośniej. Tutaj to chyba tylko wtorek jest dniem przestoju. W poniedziałek jeszcze dogorywał weekend, a dziś, we środę już się zaczął kolejny:) Filip mi tu podpowiada, że w GM było takie powiedzenie: wtorek minął, tydzień zginął – w sumie coś w tym jest....
Jutro mamy już nadzieję odebrać wizę. Jeżeli to się uda, jedziemy na północny-zachód do Kpalime, okolicy górzystej, gdzie są duże plantacje kawy i kakao. Nie wiemy jak z netem będzie, więc jeszcze dziś w Lome załadujemy ostatnie dwa dni ze zdjęciami, żebyście się nie nudzili do następnego wpisu, który nie wiemy kiedy uda się uskutecznić:)

3 luty – Lome i wiza






Zanim przejdziemy do części kulturalno-rozrywkowej, kilka słów o samym Togo. Jest to na razie najbiedniejszy wg danych statystycznych kraj, który odwiedziliśmy na naszej trasie. Jego PKB na mieszkańca wynosi tylko USD 387. Jest to malutkie państwo, o powierzchni ok. 58 tys. km2 z ponad 5 milionami mieszkańców. W Togo oficjalnym językiem jest francuski, ze względu na kolonialną przeszłość oczywiście. Ale pod koniec XIX wieku Niemcy przez chwilę przejęli tutaj władzę, choć wpływów ich krótkich rządów nie widać. W przeciwieństwie do francuskich, bo oczywiście bagietki królują jako pieczywo, choć można też kupić białe, 'dmuchane' bułki, lekko słodkie, których było pełno w Ghanie. Z Togo wywodzi się wierzenie voodoo. Dzisiaj to wyznanie kojarzy się najbardziej z Haiti, gdzie rzeczywiście jest jego największy ośrodek, ale przodkami Haitańczyków są właśnie ludzie z plemion z obszaru dzisiejszego Togo i Beninu, którzy jako niewolnicy byli wywożeni do 1870r. w tamte rejony. Po odzyskaniu niepodległości w XX w., po kilku przewrotach władzę przejął sierżant Eyadema i przez ponad 40 lat rządził twardą ręką krajem, a dopiero jego śmierć (po drodze były próby wprowadzenia systemu demokratycznego, krwawo tłumione) zakończyła jego 'panowanie'. W chwili obecnej w kraju panuje względny spokój i powoli 'wdraża się' w bardziej demokratyczny ustrój.
Po takim 'krajoznawczym' wstępie czas na parę historyjek z naszego, jak zwykle obfitującego w przygody, dnia. Rano udajemy się do ambasady nigeryjskiej. Na wszelki wypadek potwierdzam jej lokalizację z naszym recepcjonistą, no i okazuje się, że przenieśli się w całkiem inne miejsce. Po zapewnieniach, że to niedaleko, ruszamy na poszukiwania. Idziemy, idziemy, a ambasady ani widu ani słychu. Pytamy na stacji benzynowej, ale nie mają pojęcia gdzie to. Jedynie potwierdzają, że dobrze idziemy w kierunku kolumny pokoju, na którą kazał się kierować recepcjonista. Zatrzymujemy się w kafejce internetowej i tam pracownik tłumaczy dokładnie dalszą drogę. Znajdujemy w końcu ambasadę, rozpoznając z daleka biało-zielony płot. Jak do tej pory wszystkie ambasady nigeryjskie, które tutaj odwiedziliśmy (jest to nasza trzecia próba już) miały co tylko się da pomalowane w barwy narodowe. Wchodzimy do budki strażnika przy bramie, rejestrujemy się i idziemy do budynku biurowego. W okienku, które jest odpowiedzialne za wydawanie wiz siedzi dość wiekowa madame, która na nasze pytanie o wizę turystyczną kręci przecząco głową. Filip zaczyna jej tłumaczyć naszą historię: wyjechaliśmy z kraju jeszcze w zeszłym roku i nie wyrabialiśmy wizy w Polsce, ponieważ jej ważność mogła wygasnąć do momentu naszego wjazdu do Nigerii. Bo to właśnie jest największym problemem w każdej z ambasad nigeryjskich, w których się pojawiamy. Jeżeli w kraju turysty jest ambasada, to jego świętym obowiązkiem jest wyrobienie sobie wizy tamże właśnie. Filip okrasza naszą historię wstawkami z życia nigeryjskiego, madame się coraz bardziej rozluźnia, aż w końcu się śmieje z jego historyjek. Okazuje się, że jest Togijką, ale w ambasadzie pracuje ponad 30 lat. Madame każe nam zrobić po 2 kopie głównej strony paszportu, wizy togijskiej i wysmarować list do konsula z wytłumaczeniem, czemu nie zrobiliśmy wizy w Polsce i zawracamy im tutaj głowę. Biegniemy do pobliskiego 'business centre', gdzie robimy kopie dokumentów i piszemy list. Przychodzimy do madame z całym zestawem oraz zdjęciami. Madame odrzuca pismo, bo jest napisane odręcznie, a ma być komputerowo. Więc biorę nasz list i pędem znów do 'business centre', a Filip w międzyczasie będzie zabawiał madame i zmiękczał ją, żeby była nam bardziej przychylna. Na miejscu okazuje się, że nie mają takiej usługi! Jakieś 300m dalej ma być kolejne centrum informatyczne, gdzie można coś na komputerze przepisać (nasz laptop jest w samochodzie, który jest na parkingu hotelowym). Udaje mi się zlokalizować przybytek i zdyszana wyłuszczam właścicielowi sklepiku czego od niego chcę. Mówię, że sama przepiszę, bo nie wiem ile mu to czasu może zabrać, znając ich tempo tutaj. Drukuję na wszelki wypadek 4 egzemplarze, po 2 na każde z nas, bo madame lubi mieć dużo kopii. Biegiem z powrotem do ambasady. Wszystko odbywa się w upale ponad 35 stopni, z szalenie wysoką wilgotnością powietrza, więc możecie sobie wyobrazić jak wyglądam. Przychodzę do ambasady, Filip jest już najlepszym przyjacielem madame, ma nawet jej nr komórkowy, żebyśmy mogli po południu zadzwonić i zapytać o status wniosku. Bo oczywiście jest kolejna przeszkoda – odbieranie wiz odbywa się tylko we wtorki i czwartki, dziś jest wtorek, więc odbiór dopiero we czwartek! Błagamy madame, żeby przyspieszyła proces, najlepiej aby się dało jeszcze dziś odebrać wizy. Mówi, że zrobi co się da. W każdym razie zapewnia nas, że jeżeli ona przyjęła wniosek, to konsul podpisze i wizy dostaniemy. Inshallah! Wracamy spacerkiem do hotelu. Teraz nasz priorytet to naprawić dziurawą oponę (tę, która już 2 gwoździe przeżyła) i zobaczyć czy się da reanimować tę rozwaloną wczoraj na dziurze ściekowej. W hotelu tłumaczą nam jak dojechać do serwisu Good Yeara. Przyjeżdżamy na miejsce. Szefem jest Libańczyk. A propos Libańczyków – jest ich w Afryce dość dużo, głównie są właścicielami restauracji z całkiem dobrym jedzeniem, ale jak widać prowadzą też inne biznesy. Okazuje się, że nasza 'gwoździowa' opona ma kolejnego gwoździa! To jest jakieś fatum. Przejechaliśmy nią mniej niż 200km. Ale naprawić się da bez problemu. Gorzej z tą wczorajszą – niby naprawić można, ale trzeba ją będzie traktować bardziej jako dojazdówkę niż pełnowartościową oponę. Decydujemy się jednak na naprawę – w krytycznej sytuacji może się okazać bardzo cenna. Jak widać opony można rozpruć nie tylko na bezdrożach, więc lepiej nosić niż się prosić. Naprawa tej opony ma zająć parę godzin, więc umawiamy się na powrót po 17. Dzwonimy do madame z ambasady, ale mówi, że dziś już nic nie da rady załatwić, mamy dzwonić jutro o 10 rano. Idziemy więc pooglądać plażę w Lome, która cieszy się złą sławą, szczególnie w nocy. Książkowy przewodnik i miejscowi odradzają samotnego chodzenia po plaży, a już szczególnie po zmierzchu. Więc idziemy ją zobaczyć za dnia. Niesamowita lokalizacja – centrum Lome rozciąga się parędziesiąt metrów od plaży, która jednak jest mocno zaniedbana i zaśmiecona. Skąd my to znamy... Teraz zagadka – na jednym ze zdjęć plaży, na tym gdzie widać dość dużo ludzi jest jeden ciekawy szczegół, który zobaczyliśmy dopiero przy oglądaniu zdjęć na komputerze. Kto widzi co to?
Zrobił się już wieczór, pora na kolację. Na lunch przekąsiliśmy w libańskiej restauracji pyszne sandwicze z krewetkami zawijane w libańskie placki. Chodząc po głównej ulicy Lome, przy której mieszkamy (cenne rzeczy mamy w samochodzie, paszporty w ambasadzie, więc raczej nas nie ma z czego okradać, bo przewodnik sugeruje, żeby po zmroku nie pałętać się samopas po stolicy) znajdujemy lokalną jadłodajnię. Wygląda bardzo klimatycznie. Przy chodniku mieszczą się dwie garkuchnie. W pierwszej, większej, serwują fufu (tutaj to nie maniok z plantainami, ale ugnieciony jam – ulubiona potrawa Filipa z Nigerii) z różnymi sosami. Cztery starsze big fat mamy siedzą obok swoich wielgachnych aluminiowych mis. Każda ma inny specjał. Pierwsza – baraninę w sosie z ostrymi papryczkami, druga – kurczaka w sosie z ostrymi papryczkami, trzecia i czwarta – różne rodzaje ryb w sosie, jakże by inaczej, z ostrymi papryczkami. Druga garkuchnia jest jednoosobowa – młoda i szczupła dziewczyna serwuje ryż z sosem z kawałkami mięsa i oczywiście papryczkami oraz, uwaga – sos szpinakowy! Dokoła nie ma oświetlenia elektrycznego, świecą się tylko naftowe kaganki. Jest ustawionych parę niskich drewnianych stolików z ławeczkami i restauracja pełną gębą. Na każdym stoliku postawiono miskę do mycia rąk. Ruch wielki, klienci się przepychają, wołają jakie menu im podać, aluminiowe talerze przechodzą z rąk do rąk. My decydujemy się na drugą garkuchnię. Ja z powodu szpinaku, a Filip – hmm, może z powodu kucharki:) Jedzenie pierwsza klasa. Pali podniebienie, ale bardzo przyjemnie. Na pewno takie papryczki trzeba przywieźć do domu i na jakiejś imprezie zaserwować.... będzie niezły ubaw:)
Wieczór spędzamy tradycyjnie przy piwie i herbacie (ten drugi napitek staje się nie wiedzieć czemu coraz mniej popularny), planując dalszą trasę w Togo i Beninie.
Aha, na jednym z powyższych zdjęć – rewelacyjny przykład tutejszej propagandy anty HIV. Ten plakat przebił wszystkie, jakie do tej pory widzieliśmy. Czyż nie jest rewelacyjny?
Gwoli nowej świeckiej tradycji, teraz nastąpi opis chmielowego płynu dla zainteresowanych: Wypiłem tutaj trzy rodzaje piw. Dwa w brązowych butelkach i jedno w zielonej (widzicie jak się dla Was poświęcam). To w zielonej butelce to Pils lub Specjal. Ja piłem Pilsa i było całkiem smaczne, a jak na zieloną butelkę to nawet niezłe. Miało wprawdzie dziwny aromat po odkapslowaniu, ale później smak dobry. Piana tylko szybko opadała prawie jak w coca-coli. Awooyo to jest moje piwo w Togo. Piwo ciemne, no może raczej brązowe. Niektórzy stali bywalcy Nomada może pamiętają GóRnośląskiego Diamenta. Awooyo ma podobny smak, jest jednak dużo mniej słodkie. Delikatnie przepalany smak (jakby to Kkondrat powiedział), do tego bardzo rozsądne % (6,2), zdecydowana goryczka w posmaku. Cholera dlaczego nie ma takiego piwa u nas??!!! Kolejne piwo to Flag, już wcześniej testowane w poprzednich krajach. Solidne piwo, ale nie powala na ziemię. Jest goryczka, jest piana, ale czegoś brakuje. Zdecydowanie ustępuje miejsca Awooyo. Ciekawostką jest to, że trafiliśmy w Lome na piwo pression! Czyli piwo lane! Okazało się, że to też była Flaga. Mały kufelek to mniej niż 1/3 E. Piwo całkiem smaczne, więc szybko wychyliłem kilka kufelków 0,3. Lane piwo w Afryce o rarytas i nie można przegapić takiej okazji. Kelnerka (chyba siostra szefa) tak się zapatrzyła na moją „piękną” białą mordę, że bardzo przelała piwo, które sięgało bez piany rantu kufla. Ja już ucieszony od razu mówię ok, ok. Zostaw jak jest ja wypiję. Niestety jej brat interweniował i odlał część piwa, a mnie resztę spienił. Pewnie sprzeda odlaną część kolejnemu klientowi. Niestety takie czasy, rachunek ekonomiczny musi się zgadzać. Ponoć kryzys jest na świecie....

środa, 4 lutego 2009

2 luty – A miało być tak pięknie........



Zacznijmy od zagadki. Co to są za owoce na zdjęciu? Sami nie wiemy. Podano nam tutaj tylko lokalną nazwę, którą już oczywiście zapomnieliśmy. Smakują jak kwaśne konfitury z moreli i trochę jak śliwka, skórka jest twarda. Może ktoś zna te owoce?
Rano ruszamy do ambasady. Bierzemy taksówkę, żeby nie tracić czasu błądząc. Jesteśmy w nigeryjskiej ambasadzie niewiele po 9 rano. Niestety okazuje się, że sekcja wizowa jest otwarta dopiero od 10. Bierzemy więc formularze i idziemy przeczekać do okolicznego baru. Wracamy i wchodzimy do ambasady. Po kilku minutach podchodzi do nas urzędnik. Po krótkiej rozmowie okazuje się, że brakuje nam zaproszenia, potwierdzenia bankowego, że mamy dość środków na pobyt w Nigerii i rezerwacji hotelu. Po kilku minutach rozmowy okazuje się, że bez tego nie da rady. Wkurzony wyrywam paszporty z rąk urzędnika. Jak to cholera, mnie, Nigeryjczyka nie chcą wpuścić do kraju! Wracam i rozmawiam z madame z recepcji. Chcę mówić z konsulem. Po kilkunastu minutach to się udaje. Niestety, tutaj znów odbijamy się od ściany! Konsul twierdzi, że nie może wydać wizy bez zaproszenia, bo w Delcie Nigru jest bardzo niebezpiecznie i mogą nas porwać. No mów mi jeszcze, tak jak byśmy o tym nie wiedzieli! Niestety bez zaproszenia nędza. Wracamy jak niesmaczni. Podjęliśmy decyzję, że natychmiast jedziemy do Togo. Tam jest ostatnia szansa, żeby dostać wizę do Nigerii. Jeśli się nie uda to wjedziemy do Nigru. Mamy już wizę Entente Touristique uprawniającą nas do wjazdu do pięciu krajów: Burkina Faso, Benin, Togo, Wybrzeże Kości Słoniowej i Nigru. To bardzo pesymistyczny scenariusz burzący nasz cały plan, ale cholera wie z Nigeryjczykami.
W każdym razie wracając idziemy na internet i piszemy do naszego przyjaciela Marka o wystosowanie zaproszenia. Może się okazać konieczne w ambasadzie nigeryjskiej w Togo.
Wsiadamy w auto i wyjeżdżamy. Ta część Akry wydaje się bardzo spokojna i bez problemu udaje nam się wyjechać. Droga całkiem przyzwoita. Tankujemy auto i ostatni kanister do pełna. W Togo ma być droższa benzyna. Pytamy kilka razy o drogę. Wszystko idzie całkiem sprawnie. Niestety droga jest coraz gorsza. Omijanie dziur w asfalcie pomału przemienia się w szukanie asfaltu lub nieźle ubitego laterytu. Całość to prawie 200km. Niestety ostatnie 60km jest już bardzo złe. Całość zajmuje nam dobre 4h! Podjeżdżając na granicę obskakują nas zmieniacze pieniędzy, sprzedawcy i różnego rodzaju pomagacze w przekroczeniu granicy. Jakoś tym zmieniaczom nie ufamy i idziemy do biura wymiany. Tutaj dziwnym trafem i jakoś zmyleni całą sytuacją (jakby to Maksiu powiedział: a bo mnie zmyliły) nie do końca dobrze odczytujemy kurs i zmieniamy na zewnątrz u ulicznego chłopka 'kantoru'. Okazuje się, że straciliśmy na tym jakieś 20zł, a na dodatek mieliśmy kupę stresu. Siedzieliśmy w aucie nie wychodząc, najpierw wzięliśmy całą ich kasę przeliczając kilkakrotnie i dopiero później daliśmy naszą. Wystarczyło trochę więcej spokoju i zimnej kalkulacji i mogliśmy to zrobić na spokojnie po lepszym kursie w biurze, ale po tylu godzinach walki na drodze, obskoczeni przez dziesiątki ludzi starających się nam wmówić, że bez ich pomocy nie damy rady przekroczyć granicy, źle przeliczyliśmy kursy. Na szczęście 20zł to żaden majątek!
Nadal kategorycznie odmawiamy pomocy granicznych cwaniaków przy przekroczeniu granicy. Idziemy od jednego biura do drugiego. Paszporty mamy już podbite, teraz trzeba załatwić sprawę z autem. Nie mamy dokumentu Carnet de Passage, więc odsyłają nas od okienka do okienka, od biura do biura. Wreszcie w jednym urzędnik odbiera nasz świstek papieru i mówi, że mamy jechać. Ja jednak chcę mieć jakiś dowód, że jestem ok, bo spodziewam się problemów na granicy. Większość z Was już pewnie nie pamięta jak wyglądało przekraczanie granicy w starych czasach. Najpierw kontrola po jednej stronie, a później po drugiej. Dokładnie tak tutaj jest. Wsiadamy w auto i wyjeżdżamy. Urzędnik nas zapewniał, że mamy powiedzieć, że oddaliśmy papier i jest ok. Oczywiście przy przejeździe sto pytań do.... Po kilku minutach podchodzi jakiś większy Oga (szef) i po raz kolejny tłumaczę mu naszą sytuację. Wreszcie pozwala nam jechać. Po stronie togijskiej znów jakieś problemy. Jasny szlag, przekroczenie granicy w Afryce, to jest niezłe wyzwanie. Załatwiamy formalności opłacamy pozwolenie na przejazd autem taką samą jak w poprzednich frankofońskich krajach. Tym razem to jednak 6000CFA, a nie pięć jak w Mali i Burkinie. Jak wyszedłem z biura do urzędnik nie zauważył, że Ala została i powiedział do kolegi, żeby te pieniądze (z całego dnia) schował, bo one są poza rejestracją i nikt nie może o nich wiedzieć (pewnie stąd ten nasz 1000 więcej). Jak zauważył, że Ala to słyszała i zrozumiała to się trochę zmieszał, ale oczywiście niczego to nie zmieniło.
W każdym razie przejechaliśmy granicę, a stolica Togo – Lome, ma być 600metrów dalej. Coś pięknego – granica na samym brzegu oceanu, a droga ciągnie się wzdłuż plaży. Niesamowity obraz. Tacy celnicy to mają szczęście. Niestety formalności i kiepska droga zajęły nam za dużo czasu i wjeżdżamy do Lome po zmroku. Najgorsze co może być, bo z oświetleniem w Afryce jest krucho i wszystko wygląda zupełnie inaczej po ciemku. Szybko jednak lokalizujemy tani hotelik z przewodnika. Okazuje się, że ceny znacznie podskoczyły i jedyny dostępny pokój jest za 30E. To zdecydowanie za dużo jak na nasz budżet. Kolejny hotel też fiasko. Jedziemy kolejne kilka km główną drogą w Lome. Nagle po lewej stronie wypatruję następny hotel. Zatrzymuję się zaraz na światłach na skrzyżowaniu. Cofam trochę, żeby ominąć auto przede mną i zaparkować na chodniku, a Ala skoczy zobaczyć jakie mają ceny. Udaje się ominąć auto przed nami, wjeżdżam na chodnik i nagle jeeee....bbbb! Lewe przednie koło leci pół metra w dół. Murzyni wokół patrzą się z przerażeniem. Próbuję wycofać, ale tylne koła nie mają przyczepności. Ala wychodzi z auta, ja włączam napęd na 4 koła. Lokalni też wypychają. Montek pomału wyrywa się z dziury. Uf, ale ulga. Wpadliśmy do nieprzykrytego ścieku kanalizacyjnego, jedynego na przestrzeni kilkudziesięciu metrów. Z powodu słabego oświetlenia ulicy nie było go w ogóle widać. Chyba nie urwałem zawieszenia. Ala leci do hotelu, ja parkuję pół na chodniku pół na drodze. Koło mnie cały czas sznur aut i motorków. Jest już kompletna ciemność. Wysiadam z auta, aby zobaczyć czy wszystko ok. No i niestety nie. Widzę, że przednia opona jest rozwalona i auto stoi na samej feldze! Jasny szlag. W tych ciemnościach wymieniać koło. No pięknie! Czekam aż wróci Ala, żeby poświeciła mi latarką poza tym pilnowała śrub, bo nie wiem czy lokalni nie podwędzą i będą chcieli później kasę żeby oddać (nie takie numery się już widziało). Wjeżdżam 4 kołami na chodnik i biorę się do roboty. Kilku lokalnych podchodzi, żeby mi pomóc. Dziękuję i działam dalej sam. Na szczęście są jakieś kamienie żeby koła zablokować. Pot się leje ze mnie bardziej niż często woda z kranu w Afryce. No ale oni mają problemy z ciśnieniem, a ja za to wcale. Cygańskie dzieci nas obskoczyły, dziesiątki motorków i samochodów przejeżdżają obok nas. Każdy coś tam zagaduje i doradza. Ja to mam gdzieś i robię swoje. Ciekawe ile to kalorii, pewnie mogę kilka browarków wypić po wszystkim bezkarnie. Niestety teraz nie jest mi do śmiechu. Patrzę nerwowo, czy lewarek dźwignie auto na wytaczającą wysokość, żeby nowe koło założyć. Na szczęście udaje się je zmienić. Pakuję graty, a wszystkim którzy pierwszy raz w życiu widzieli białasa zmieniającego koło wypada powiedzieć: show est fini!
Ala już wynegocjowała rozsądną cenę w hotelu naprzeciwko (w sumie zniżkę powinni dać jeszcze lepszą, bo przez nich rozwaliłem oponę). Lokujemy się w hotelu. Jutro idziemy znów do ambasady Nigerii i musimy naprawić opony, bo na teraz nie mamy żadnego dobrego zapasu!
Wieczór kończymy w barze obok naszego hotelu. Kosztuję lokalnego piwa, które smakuje jak balsam po tych wszystkich ekscesach. „Nasza” knajpka niestety serwuje nam bardzo głośną muzykę bardzo dobrze słyszalną nawet w naszym pokoju aż do 2 nad ranem. W sumie to poniedziałek, prawie weekend w Afryce, więc ludzie się bawią prawie do rana......
A propos muzyki, to zaczęło się od Ghany. Muzyka w barach jest tak głośna, że nie da się rozmawiać i żadne prośby o ściszenie nie działają. Dodatkowo głośniki z odzysku z Europy bardzo kiepsko radzą sobie z basami, a w zasadzie nie tylko basami.....

wtorek, 3 lutego 2009

1 luty – Niedziela w Akrze



Rano nie spieszymy się z opuszczeniem Cape Coast, bo przed nami tylko 140km drogi. Trasa w bardzo dobrym stanie, a jak powiedział nam Tim, Japończycy ją wybudowali, częściowo jako pomoc międzynarodową, a częściowo jako pożyczkę dla Ghany, która podobno jak większość pożyczek – zostanie potem anulowana. Kupujemy u przydrożnych sprzedawczyń ananasy, na które jest teraz dobry sezon. Są bardzo słodkie i soczyste, więc można się nimi zajadać godzinami.
Do Akry wjeżdżamy bezproblemowo, jest na szczęście niedziela i nie ma zbyt dużego ruchu na ulicach. Za każdym razem przy wjeździe do dużego miasta jesteśmy trochę nerwowi, bo poruszanie się po wąskich uliczkach, pełnych samochodów i ludzi nie jest łatwe, a jeszcze trzeba znaleźć jakieś lokum i zorientować się w planie miasta. Dzięki temu, że jest niedziela, od razu namierzamy nasz wybrany hotelik. Okazuje się całkiem przyjemny i ma nawet parking na placyku. Zaczynamy nosić rzeczy do pokoju, gdy Filip spostrzega, że opona, którą wczoraj naprawialiśmy znów jest bez powietrza. Jeszcze nie całkowicie, ale mocno się spłaszczyła. Czyli wczorajsza naprawa coś nie do końca chłopcom wyszła. Zmieniamy koło, zostawiając sobie wizytę u wulkanizatora na poniedziałek. Włóczymy się trochę po mieście, które nie jest zbyt interesujące. Ale za to ma szerokie drogi, dość dużo chodników, trochę wysokich budynków. Oczywiście my zapuszczamy się w dzielnicę bez chodników, z wąskimi drogami, otwartymi ściekami i chatkami pokrytymi blachą. W takich miejscach jest więcej do oglądania. Niedaleko rozciąga się plaża, na którą próbujemy się dostać. Niestety, sterty śmieci odwodzą nas od tego zamiaru. Nie dość, że dojście do plaży to jedno wielkie wysypisko, to sama plaża też z plażą ma niewiele wspólnego, a na pewno już po takim rajskim miejscu jak plaża w Axim. Wycofujemy się i dalej krążymy po bardzo lokalnych miejscach. Kiedyś taki Afrykańczyk zjadł banana, skórkę rzucał na ziemię, ona się rozkładała i wszystko było pięknie. Niestety Afryka też się rozwija, ale w ten najgorszy z możliwych sposobów. Tutaj nikt kompletnie nie dba o środowisko, wszystko jest pakowane w czarne reklamówki lub plastykowe woreczki, które tak samo jak kiedyś skórka z owoca, również trafiają na ziemię. Wszyscy niestety wiemy jak długi jest proces rozkładania się polietylenu. Te woreczki przeżyją tego które je zostawił i pewnie jeszcze kilka pokoleń. Afryka tonie w śmieciach. Smród z niedrożnych rynsztoków unosi się wszędzie. Z plastykowych odpadów można by pewnie ułożyć górę większą od Mt Everestu. Dla mnie osobiście to jest dramat (Damina, mam nadzieję, że w robocie dalej gonisz ludzi aby zgniatali plastykowe butelki i używali tylko jednego ręcznika papierowego). Co gorsza Afryka się rozwija (pomału ale jednak), szklane butelki są wypychane przez plastykowe, coraz rzadziej używają naturalnych surowców do pakowania. Z takim negatywnym postępem za kilkadziesiąt lat Afryka będzie jednym wielkim wysypiskiem śmieci. Na dodatek rozmnażają się jak wściekli i zaczynają zjadać dzikie zwierzęta. Na Canopy Walk było muzeum poświęcone zwierzętom, które zniknęły z terenu Ghany właśnie przez kłusownictwo. Człowiek jest największym zagrożeniem dla tej planety, a nieświadomy człowiek, to już jest tragedia. Biali zamiast wysyłać jakieś durne podarki do Afryki, to powinni pomóc w budowie spalarni śmieci. Dało by to znacznie lepszy efekt. Masa ludzi miałaby pracę przy budowie, później przy obsłudze i zbieraniu śmieci. No, ale oczywiście Afryką nikt się nie przejmuje dopóki ona kisi się we własnym sosie. Niestety przyjdzie pewnie taki moment, że światowe organizacje będą biły na alarm, ale to może być niestety już za późno.
Dobra koniec moralizatorskich tekstów i wracamy do niedzieli. Próbujemy po raz pierwszy tutejszych lodów. Dobry wynalazek – jako że w takim upale lody się od razu roztapiają, lody na patyku czy w waflu nie są tutaj powszechnie sprzedawane. Te najpopularniejsze są w plastikowym opakowaniu, z którego odgryza się rożek i wysysa zawartość. Więc nie ma znaczenia, czy lód jest już roztopiony czy nie – nie kapie na ręce. Niestety „podłącza” się do nas nachalny, podobno psychicznie niezrównoważony (aczkolwiek tego nie jestem pewien, bo sprytny był) żebrak, który przy zakupie lodów tak nam się naprzykrzał, że wymusił kilka rzeczy od sprzedawcy. Później idzie za nami krok w krok, nawet czeka w barze gdzie zatrzymaliśmy się na pół godziny. Pewnie liczył, że przy kolejnym zakupie znów coś wymusi. Sytuacja zaczęła być dość niezręczna, bo ze strony wariata można się wszystkiego spodziewać. Wreszcie zatrzymujemy się i mówimy mu, że on teraz idzie przodem a my za nim. Dał za wygraną! Kupujemy też fufu w proszku, więc będziemy mogli w domu kiedyś przygotować tę potrawę. Wieczór spędzamy częściowo w kafejce internetowej a częściowo w przyhotelowym barku. Jutro walka o wizę!

niedziela, 1 lutego 2009

31 styczeń – Cape Coast i canopy walk







Jeszcze gwoli wyjaśnienia do wczorajszych zdjęć, dla tych co są na bakier z językiem ślonskim. Górny Ślonsku jo Ci pszaja, znaczy kocham Cię Górny Śląsku!
Po śniadaniu ruszamy do lasu tropikalnego na „spacer” po wiszących nad buszem mostach. Park Kakum jest oddalony o 35km. Płacimy wstęp i razem w Amerykanami, Brazylijczykami, Chińczykami, Hindusami i jedną Holenderką ruszamy w busz. Wilgotność jest niesamowita. Ze wszystkich pot się leje strumieniami. Po kilkunastu minutach marszu docieramy do pierwszego mostu. Ma być ich 7 połączonych ze sobą. Przewodnik przestrzega, że może bujać i każe wchodzić parami, aby za bardzo nie obciążać konstrukcji. My już takie gadżety znamy z Parku Taman Negara w Malezji. Oczywiście pierwsze co robię, to zaczynam huśtać mostkiem. Niestety jesteśmy tylko we dwójkę, więc nikt nie panikuje. W sumie było sympatycznie, ale nasz przewodnik był trochę zdziwiony jak zobaczył nasze uśmiechnięte gęby i z rozczarowaniem dodaliśmy, że to była bułka z masłem. Stwierdził, że niektórzy to prawie płaczą.....ciekawe....
Wracając kupujemy miód z lasu tropikalnego (bardzo ciekawy smak) i wielki owoc kakaowca. Dostajemy instrukcje, że mamy tylko ssać (bez podtekstów proszę) pestki, a później je wypluwać. Smak kwaskowo-orzeźwiający. Całkiem przyjemny. Aby otrzymać kakao, należy pestki bardzo dobrze wysuszyć, a następnie przemielić, aby otrzymać kakaowy proszek. W drodze powrotnej już na przedmieściach Cape Coast zauważmy przyzwoitego wulkanizatora, bo znów nam powietrze ucieka z tej samej opony, w którą wbił się gwóźdź, więc zawracamy. W czasie naprawy idziemy do baru naprzeciwko (tylko Afryka jest tak fantastycznie zorganizowana, że można się czegoś napić zawsze naprzeciw warsztatu w którym stoi auto). Niestety okazuje się, że mój Gulder stracił ważność w 2007, więc rezygnuję z jakiegokolwiek napoju. W trakcie, gdy koło jest ściągnięte sprawdzam jak wygląda sprężyna i amortyzator, bo na ostatnich dziurach zawieszenie zaczęło mocno walić i tył Montka znacznie się obniżył. No niestety, sprężyna jest już pęknięta i tak naprawdę stanowi dwa kawałki. Pewnie po drugiej stronie jest to samo, bo właśnie od tamtej się wszystko zaczęło. Wulkanizator zaraz dzwoni po mechanika. Ściągają drugą oponę i moje przypuszczenia się potwierdzają. Mechanik twierdzi, że są to w stanie naprawić w 2h. Jedziemy więc 200m dalej do ich „warsztatu” (wulkanizator już naprawił nam oponę, znów tkwił w niej wielki gwoźdź, zakrzywiony na końcu na dodatek). Nasz warsztat ma znaczącą nazwę „Victory in the Blood of Jesus”. W Ghanie większość small biznesów ma nazwy wzięte z Biblii. Np. fryzjer 'Holy Mary's Grace Ltd.' albo sklep z chemią 'Jesus Christ Enterprise', czy budka gdzie sprzedaje się pomidory – 'Only God Can Save Us Ltd.'. Naprawę zaczynają od pożyczenia mojego lewarka i klucza do kół. No będzie wesoło. Każemy jednemu z nich zaprowadzić się do baru i wyraźnie stwierdzam, że mają mnie zawołać jak będzie wszystko rozebrane i będą mieli sprężyny. W barze trafiamy na pogrzeb. Tutaj wygląda to jak u nas wesele. Biba na 102. Wchodzimy do budynku, bo na zewnątrz gra orkiestra i jest niemiłosiernie głośno. Gdyby nie to, że Afrykańczycy mają taką krótką średnią życia to większość by chyba była głucha. Dramat zaczyna się jak orkiestra przestaje grać i DJ robi użytek z głośników zaraz koło okien gdzie siedzimy. Dopijamy co trzeba i wracamy do warsztatu. Okazuje się, że nasze zuchy już są gotowe z jedną stroną. Sprężyna jest używana i krótsza na moje oko. Szef mechanik jest zdziwiony, że ma też naprawić drugą stronę. Wysyła brata po drugą sprężynę. Cena miała być 30GH za jedną, ale za używane i za krótkie jak na moje oko za żadne skarby tyle nie zapłacę! W każdym razie po mniej niż dwóch godzinach chłopcy są gotowi. Pada cena 20GH za sprężyny i 30 za robociznę. Zaczynam się śmiać i mówię, że za takie ekscesy to im wyślę area boys z Nigerii i oni im zrobią porządek w tym grajdołku. Negocjacje trwają, dodaję starą koszulkę (mam kilka już do wyrzucenia). Wszyscy mają niezły ubaw. Finalnie daję im ofertę 33GH + dwie (stare) koszulki albo 35GH i jedna koszulka. Dla mnie to świetna zabawa, bo już dawno postanowiłem im dać dwie koszulki. Oczywiście oni mówią, że mam płacić 35GH+koszulkę, a o drugą mnie błagają, poza tym twierdzą, że ich lubię (to prawda) i spełnię ich błaganie. Ja uderzam w drugą nutę i mówię, że oni mnie też lubią i powinni przystać na moją ofertę. Wreszcie wzbogacam ofertę. 33GH+dwie koszulki+gadżet. Oni oczywiście chcą wiedzieć, co jest gadżetem, ale to nie byłaby frajda. Murzyni są trochę jak dzieci, więc zgadzają się na niespodziankę. Dodajemy im dwa odblaskowe misie sagowe i jakieś kolczyki dla żony. Wszyscy są zadowoleni. Dają mi wizytówkę i proszą o telefon jak zajedziemy bez awarii do Nigerii. Po niecałych 2h jedziemy dalej. Kosztowało nas to 33GH, czyli ok. 20E+2 koszulki (i tak były do wydania) + gadżety też przygotowane na te cele. Zabawy za to co niemiara. Wracamy do Cape Coast, zostawiamy auto i idziemy na kolację. Znów pęka homar i ryba snapper. Żarcie mają tutaj bezbłędne....
Jutro jedziemy do Akry i tam będziemy się starali o wizę do Nigerii. Dzwoniliśmy już do ambasady. Wiza to koszt 86USD (przyjmują tylko dolary) i trzeba mieć zaproszenie lub rezerwację hotelu. Nie mamy rezerwacji, nie mamy hotelu i nie mamy USD (wzięliśmy tylko Euro na wyprawę), ciekawe jak będzie.....

sobota, 31 stycznia 2009

29/30 styczeń – Elmina i Cape Coast








Kolacja była wyśmienita. Zarówno homar jak i ryba najwyższej jakości. Togijski kucharz w Lou Moon zna się na swoim fachu.
Rano się jeszcze opalamy i bardzo leniwie opuszczamy nasz ghański raj. Jesteśmy umówieni na frytki z yamu z ostrygami. Po tym pysznym posiłku koło 15 ruszamy do Elminy. Elmina to miasto na wybrzeżu, bardzo znane z powodu pewnej budowli. Jest to zamek zbudowany przez Portugalczyków w 1482 roku. Przez wieki spełniał zadanie handlowe, najpierw handlowano alkoholami, bronią i tytoniem przywożonymi z Europy, a wywożono złoto, kość słoniową i przyprawy. Od momentu rozpoczęcia procederu handlu niewolnikami, ten najbardziej intratny biznes wyparł pozostałe gałęzie. Zamek/fort w Elminie to najstarszy europejski budynek w całej Afryce na południe od Sahary. Holendrzy zdobyli ten fort 1637 roku aby na jeszcze większą skalę zająć się handlem niewolnikami. Rozbudowali go, rezygnując z wielu portugalskich rozwiązań. Między innymi w obawie przed zatruciem wody wybudowali nowy zbiornik wodny, zostawiając ten portugalski bezużytecznym. Również umocnili fortyfikacje, aby tym razem oni nie padli łupem nowego najeźdźcy, np. Brytyjczyków którzy stacjonowali w pobliskim Cape Coast. Tak się jednak nie stało i gdy w XIX wieku zakazano handlu niewolnikami, fort okazał się zbyt drogi w utrzymaniu dla Holendrów, którzy sprzedali go Brytyjczykom, a ci przemianowali go na swoje biura, a później na akademię wojskową, gdzie szkolili żołnierzy do Western Africa Royal Corps walczących w Indiach i Birmie. Fort został przekazany rządowi Ghany po odzyskaniu przez nią niepodległości w 1957 roku. Podczas rządów Holendrów w zamku przetrzymywano jednocześnie około 1000 niewolników. 400 kobiet i 600 mężczyzn trzymanych w osobnych pomieszczeniach. Wielu umierało z powodu tragicznych warunków sanitarnych, zero wody, zero toalet, tylko w rogach stały kubły, znikomych porcji żywnościowych oraz bardzo słabej wentylacji. Wszystko to było robione specjalnie, aby niewolnicy byli za słabi, żeby wszczynać bunt. W forcie było tylko 200 holenderskich żołnierzy, więc około 5 razy mniej niż niewolników. Muszę jeszcze zaznaczyć, że w większości niewolnicy byli tutaj sprzedawani przez inne plemiona afrykańskie. Biali kolonizatorzy rzadko zapuszczali się w busz w celu pojmania lokalnych ludzi. Bardzo często antagonistycznie nastawione do siebie plemiona walczyły, napadając wzajemnie na swoje wioski, a zwycięska strona porywała kobiety i mężczyzn i sprzedawała je Holendrom. Sam zamek nie jest w najlepszej kondycji, oryginalne cegły (z czerwonych budowali Portugalczycy, a żółtych używali Holendrzy) zostały pokryte grubą warstwą białej farby. Podobnie podłogi ceglane zostały zalane betonem w celach konserwacyjnych. Na moje pytanie, czy jest szansa aby kiedykolwiek zamek wyglądał tak jak w oryginale przewodnik stwierdził, że nie jest konserwatorem i nie wie, a poza tym to oni go odnawiają regularnie tą białą farbą. Nie mówię już nawet o świetlówkach zamontowanych na niektórych sufitach (ponoć były te pomieszczania wykorzystywane przez jakieś lokalne parlamenty). Niestety w Afryce pokutuje mentalność, że stare jest złe i brzydkie i lepiej to zburzyć i postawić nowe...Wiadomo aby zmienić mentalność potrzeba pokoleń. U nas dopiero obecne pokolenie będzie chyba zupełnie wyleczone z symptomów komunizmu.
W każdym razie po zwiedzeniu fortu wracamy do naszego hoteliku i ruszamy do Cape Coast. Odległość minimalna bo 10km. W Cape Coast znajdujemy dość szybko sensowne zakwaterowanie. Niestety okazuje się, że mają w sprzedaży tylko piwo Star, ale chłopina widząc moją minę od razu deklaruje się, że załatwi Guldera. No to, to rozumiem....
Włóczymy się po mieście. Chcemy wymienić pieniądze i wrzucić pierwszą partię kartek pocztowych. Kusimy się po drodze na świeżutkiego ananasa. Jeszcze słodszy i bardziej soczysty niż u nas puszkowany:) Niesamowite. Wymieniamy pieniądze po niezłym kursie. Pocztę też znajdujemy. Kierujemy się pomału w stronę pokoju, ale chcemy jeszcze o jakąś knajpkę zahaczyć. Jest restauracja z widokiem na ocean. Menu bardzo bogate. Zamawiamy napoje i przystawki w postaci smażonych krewetek i sałatki z krewetkami. Na drugie chcemy owoce morza w kokosowym sosie curry i duże krewetki w sosie imbirowym z frytkami. Niestety okazuje się, że krewetek nie ma, ale może być homar. No dobra niech będzie homar. Co gorsza okazuje się, że nie mają już Guldera. W takim przypadku ja dziękuję, poczekam i napiję się w hotelu. Oczywiście przy rachunku okazuje się, że ceny na naszych obydwu menu nie były pozmieniane i mamy zapłacić więcej. Jedzenie było rzeczywiście pyszne i sycące, ale sytuacja jest niezręczna. Tłumaczymy kulturalnie kelnerce, że nie robi się takich rzeczy. A jeśli tak często zmieniają ceny (taka była jej argumentacja), to niech zmienią na wszystkich menu, a nie tylko na tych przynoszonych na koniec przy weryfikacji cen. No cóż, niestety biedna kelnerka (całkiem ładna i sympatyczna notabene), która nie jest winna tej sytuacji nie dostaje napiwku. Musimy się ciężko zastanowić, czy jutro tam wrócimy. Aczkolwiek jedzenie pierwsza klasa.
Jutro trochę Cape Coast pozwiedzamy.
Aha jeszcze jedno. Ruch oficjalnie poinformował, że w pierwszym tygodniu sprzedał już ponad 10tyś biletów na deRby. Oj znów będzie komplecik w naszych sektorach! Tak więc spieszyć się do kas!