poniedziałek, 19 stycznia 2009

17 styczeń – Dzień Steka




Od rana dużo krzątania, bo Montka trzeba dać porządnie umyć z grubej warstwy kurzu na zewnątrz i w środku. Wynosimy wszystkie rzeczy z samochodu, przy okazji je myjąc, a jeden z pracowników naszego hoteliku zajmie się myciem. Z rana, zanim wstaliśmy, umył już Montka na zewnątrz. Wreszcie koło 11 ruszamy na spacer do jeziora Tengrela. Pytając o drogę ludzie śmieją się z nas, że chcemy te 8km pokonać pieszo, widać spacerujący turysta to tutaj duża egzotyka. I rzeczywiście, po drodze widzimy turystów wożonych na motorkach czy w samochodach, pieszo nie mijamy nikogo. Do jeziora docieramy bez problemów, wnosimy opłatę za wstęp połączoną z przejażdżką łódką. Flisak od razu mówi, że teraz hipopotamów mało, główne stado poszło w głąb lądu, a dziś rano widział tylko dwa, ale one najprawdopodobniej już dołączyły do reszty. Okazuje się, że jego słowa są niestety prawdziwe – ani widu ani słychu po hipopotamach. Czekamy chwilę, wypatrujemy, ale nic się nie pojawiło. Jednak sama przejażdżka i moczenie stóp w zimnym jeziorze jest już dużą przyjemnością. Droga powrotna już się trochę daje we znaki, ale umilamy ją zatrzymaniem w przydrożnym barze na piwie (kto je pije, wiadomo:) oraz mięsku z rusztu. To mięsko jest naszym przysmakiem. Już w Mali pojawiły się takie specyficzne 'sztandy' ze zbudowanym z gliny rusztem, na którym kuchcik piecze nogi baranie. Odkąd spróbowaliśmy tego specjału w Timbuktu, wszędzie się nim zajadamy. Można wybrać, z której części nogi chce się mięso, czasem mają też inne części barana, jak wątróbka, czy takie zwijane kiełbasy, w których najpewniej są najmniej jadalne kawałki, bo raz taką mini kiełbaskę spróbowaliśmy i nie było w niej wiele do jedzenia. Po powrocie do hotelu właściciel dwukrotnie się pyta czy aż do jeziora doszliśmy pieszo. Oni naprawdę myślą, że biały turysta to jakiś super słaby okaz, który 20m nie potrafi o własnych siłach przejść. Miejmy nadzieję, że zmienią trochę zdanie. Montek czyściutki w środku, na zewnątrz już się zdążył trochę od rana skurzyć, ale nam zależy najbardziej na wnętrzu, bo te tumany kurzu musimy wdychać. Układamy część rzeczy z powrotem i idziemy poszukać jakiegoś dobrego jedzenia i internetu. Z tym drugim sprawa się szybko rozwiązuje, bo jedyny w tym miasteczku jest zamknięty na cztery spusty i nie działa. Pozostaje więc jedynie kolacja. Mamy wielką ochotę na wczorajszego steka, dlatego postanawiamy najpierw zjeść coś w innej restauracji, aby dać zarobić mniej popularnym knajpom, a potem pójdziemy do McDonalda. Tak też robimy. Znajdujemy całkiem miłą restauracyjkę. Ceny też znośne, postanawiamy zostać. Wołamy kelnerkę w celu złożenia zamówienia. Przychodzi z asystentem i zapisuje nasze napoje i jedzenie. Odchodzą 3m, stają i się zamyślają. Dodam, że knajpa pusta. Stoją tak, stoją, po chwili zamieniają 2 zdania i siadają do stołu. Nasze zamówienie nie zostało jeszcze przekazane do kuchni. Po chwili przychodzi jeszcze jeden chłopak, coś mu mówią i wychodzi. Kelnerka z asystentem nadal siedzą. Czekamy aż wrócą do nas i powiedzą, że jednak nie przygotują naszego zamówienia. No i po chwili asystent kelnerki przychodzi i pod nosem coś mówi. Proszę po powtórzenie: dalej mruczy do siebie. Za trzecim razem w końcu udaje mu się wyartykułować, że zapomnieli co chcemy pić... Pewnie cały ten czas debatowali co mieli nam podać. No to ponownie zamawiamy napoje. W miarę szybko się z nimi uporał. Jesteśmy przygotowani na min. 2 godziny oczekiwania na nasze dania. Cóż, czasu mamy jeszcze tego wieczora trochę, więc to nie problem. Ale po jakiejś półgodzinie podają steka, sałatkę z awokado i naleśniki. Jesteśmy w szoku, że tak szybko! Stek dobry, ale z wczorajszym nie ma porównania, poza tym bardzo mocno przyprawiony estragonem. No, ale za 6zł się nie wybrzydza:) Tak jak postanowione wcześniej, idziemy do McDonalnda, bo tamtejsze steki nie mają sobie równych, a ich sałatka z awokado jest przepyszna. Kelner tak jak wczoraj, sprawnie przynosi zamówione dania. Jednak dziś steki nie są już tak rewelacyjne jak wczoraj, choć nadal pyszne. A sałatki z awokado z majonezem, pomidorami i cebulą nic nie przebije. Musimy zapamiętać składniki, żeby przygotować coś takiego u nas. Także na najbliższej imprezie można zaserwować:) Najedzeni do syta, wręcz przejedzeni (4 steki!) wracamy do hotelu. Jutro czeka nas trasa do Ouagadougou.

16 styczeń – Kraina mangowców




No rjebjata, to dzisiaj zaczniemy inaczej. Właśnie sobie siedzimy i Rysiu Riedel nawija: Czy przyjmiesz mnie mój Boże kiedy odejść przyjdzie czas, czy podasz mi swą rękę, a może będziesz się bał......
Ale zacznijmy od początku. Poranek w Burkinie był świetny. Wreszcie jest ciepło od rana i nawet zimny prysznic nie jest już taki zimny....Omlety w naszym hoteliku były wyśmienite, do tego chrupiąca bagietka, nic dodać nic ująć....
Komu w drogę temu czas. Przed wyjazdem udajemy się jeszcze na lokalny targ, kupujemy trochę lokalnej muzyki (głównie malijskiej), koszulkę piłkarską Burkiny Faso i drobne zakupy spożywcze (między innymi 1litr Pastis, francuski napitek anyżkowy 45%, który ma nam umilić wieczór – cena jak na bezcłówce - po przeliczeniu 2,5E). Ruszamy więc szturmując jeszcze internet (macie wieści na bieżąco). Droga świetna. Płacimy 200CFA na bramce. Burkina jest bardzo zielona w porównaniu z poprzednimi krajami. Dzieci znacznie mniej nachalne. Jest dobrze.....
Bez żadnych problemów docieramy do Banfory. 15Km stąd mają być wodospady. Tam też się udajemy rezygnując z usług kilku przewodników po drodze. Dojeżdżamy do celu widząc po drodze sztandy pełne mango. Ala marzyła już od jakiegoś czasu o tych owocach, niestety wyglądało, że nie wstrzelimy się w sezon. U nas mango dostępne jest tylko czasami w hipermarketach. Jednak są to odmiany południowoamerykańskie, zielono-czerwone i prawdę mówiąc niewiele mające wspólnego z tym naszym upragnionym mango afrykańskim. No może gdyby dojrzały. To tak jak banany w Europie.......
Parking znajduje się kilkaset metrów od wodospadów. Droga jest niezwykle malownicza, olbrzymie drzewa mangowe, uginające się od owoców, bananowce, papajowce. Jak tu zielono, wreszcie nie ma pustyni...
Wodospad zdecydowanie nie powala (nasz Szklarki znacznie okazalszy). Jest to jednak pora sucha, a podobno w mokrej widok jest znacznie bardziej imponujący. Jest ciepło. Już dawno tak się nie zgrzałem. Koszulka, czarna na dodatek, zaczyna wilgotnieć, w zasadzie nie tylko koszulka. O tego nam było trzeba. Wreszcie ciepełko. Wracamy do auta ukrytego w cieniu olbrzymich mangowców. Temperatura prawie 39 stopni. Jak pięknie...a niektórzy teraz marzną w jakichś mroźnych krajach.....
Wracamy zatrzymując się aby kupić tomaty i mango. Ala daje 500CFA (650=1E) licząc na kilka sztuk mango, a lokalna kobieta ładuje, ładuje i nie chce przestać. Torba jest tak okazała, że nie pozwala nieść jej Ali do auta i sama ją zanosi. Dobre 5kg. 16 sztuk dorodnych mango. Oj będzie wyżerka.....
W Banforze znajdujemy hotel. Nie ma go w przewodniku Lonely Planet, ale jakoś udało się tabliczkę zauważyć kątem oka. Wygląda bardzo fajnie. Pewnie nie nasz budżet. Pytamy i niespodzianka. Pokoje nieklimatyzowane jedyne 7900CFA. Chłopina nieskory do negocjacji, ale nam się podoba, więc bierzemy. Zdecydowanie value for money. W takich warunkach nie spaliśmy jeszcze. Kolejny plus dla Burkiny. Niestety kuchnia tutaj nie działa, a nawet napoje muszą kupować w okolicznych sklepikach. Nie najlepsza wróżba dla naszego anyżkowego elikskiru na wieczór. Sącząc piwo (Ala robi pranie, no jakiś podział obowiązków musi być – ja cały czas szoferuje:) podchodzi przewodnik z hotelu i po francusku tłumaczy, że jest niby jakiś koncert w którymś z buszbarów w Banforze. Wyobrażacie sobie naszą gadkę. Ja 10 słów po francusku, on tyle samo po angielsku, a piwa z nim nie chciałem dzielić, więc bariera była nawet większa. Na szczęście komórka znów się przydała i godziny wytłumaczył mi wystukując je w komórkę:) Dla chcącego nic trudnego.....Powiedział, że lokalne knajpy są drogie, a w tamtym buszbarze to tanizna.
Myśmy jednak chcieli iść bardzo do Mc Donalda. Tak moi drodzy. W takiej dziurze jest Mc Donald.....Na szczęście nie ten amerykański mac szit. To była lokalna knajpa o takiej nazwie. Dużo pamiątek na ścianach, widać jakieś „białko” podsunęło lokalnym pomysł. Trafiliśmy bez problemu, bo szeryf miał koszulkę: „Warkę sprzedajemy na metry”. No panie, ale nam się trafiło. Bardzo się cieszył jak się okazało, że umiemy rozszyfrować hieroglify na jego T-shircie. Oczywiście kelner źle zrozumiał zamówienie (w sumie dzięki mu za to) i przyniósł dla mnie ragou – czyli ziemniaki z sosem, warzywami i wołowiną, a do tego stek z polędwicy (dla karlusów co steki uwielbiają Szola i Mateusz – miód w gębie, wielki stek 6zł) z bagietką. Dałem radę, a co. Trochę mi Ala pomogła, bo stek był mega pyszny i rozpływał się w ustach. Nie był niestety krwisty, ale jeszcze jasno czerwony w środku. Ci co lubią steki muszą tutaj zawitać! Ja to bym mógł na śniadanie jeść!!!! Takiego świeżego mięsa się u nas nie dostanie. Coś wspaniałego. Do tego sałatka z awokado, warzywami i majonezem + spaghetti carbonara po afrykańsku dla Ali. Całkiem dobre wbrew pozorom, ale wspólną cechą z oryginalną pastą były nudle:)
Niestety później nastąpił nalot białek i musieliśmy się ewakuować. Amerykański akcent oraz zamówione olbrzymie hamburgery z frytkami były sygnałem do odwrotu. Szczególnie, że kolejna wielka grupa białek wtoczyła się do lokalu.....tak więc komu w drogę......
Wróciliśmy do hoteliku i znów przyatakował gość od koncertu. W sumie nie za bardzo nam się chce iść, szczególnie, że jutro mamy pieszo koło 15km trasy do przejścia żeby hipopotamy pooglądać. Pewnie w sobotę też będą grali, więc się wybierzemy. Stosunkiem głosów siedem do ośmiu przegłosowaliśmy, że zostajemy w pokoju, dopijamy anyżówkę (zaczęliśmy już w Mc Donaldzie) i jutro ze świeżą energią szturmujemy hipopotamosy. Hej, tak a propos, wiecie że hipopotamy to najwięksi zabójcy Afryki!!!!! Hiposy to są takie dziurkacze. Jak krokodyl ma jakiś problem to hipcio go przedziurkuje swoimi kłami i sprawa jest zakończona. Takie niby leniwe spaślaki.....

piątek, 16 stycznia 2009

15 styczeń – Burkina Wita



Ale zanim nas powita, najpierw spotkaliśmy się z trójką Polaków podróżujących Land Roverem Defenderem z Polski, dokoła Afryki aż do Dubaju. Mieliśmy się spotkać wczoraj, ale dopadł ich African Time i dojechali koło 4 rano i na dodatek to innego miasta. Jeden z nich skontaktował się z nami przed naszym wyjazdem i Filip się z nim nawet raz spotkał. Na tę trasę przeznaczyli 3 miesiące, co oznacza praktycznie ciągłe siedzenie w samochodzie, bez zwiedzania i poznawania poszczególnych krajów. Nie dla nas takie wyprawy... Posiedzieliśmy w naszej knajpce z Lady Pankiem (musielibyście widzieć ich zdziwienie jak barman włączył naszą kasetę:), powymienialiśmy doświadczenia z przebytej trasy, Filip udzielił im kilku porad dotyczących jazdy po Nigerii i każdy ruszył w swoją stronę.
Naszym dzisiejszym celem jest Bobo Dioulasso w Burkinie Faso, jakieś 120km od granicy z Mali. Do przebycia mamy ok 530km, a wyruszamy dość późno, bo spotkanie przeciągnęło się prawie do 13. Jedziemy bez żadnych przygód, droga asfaltowa, jakby to powiedział Filip: 'nuda panie'. Ale żeby nie było zbyt nudno, w pewnym momencie droga zaczyna robić się coraz bardziej dziurawa, aż wreszcie dziur jest więcej niż asfaltu. Wygląda to jak jazda slalomem gigant, z jednej strony ulicy na drugą, zwalnianiem prawie do zera na największych dziurach. W kilku momentach huki z zawieszenia były tak zatrważające, że myśleliśmy, że przynajmniej ośka się urwała albo rozerwaliśmy oponę trąc felgą po asfalcie (szczęśliwie nic z tych rzeczy nie nastąpiło). Na szczęście ruch samochodowy ogranicza się do 1-2 samochodów co pół godziny, więc na takie praktyki możemy sobie pozwolić. W jednej z wiosek droga jest zastawiona beczkami (częsta tutaj praktyka), które przeważnie lokalni chłopcy przesuwają, żeby umożliwić przejazd. To najprawdopodobniej pozostałość po kontrolach policyjnych, których kiedyś było tutaj zatrzęsienie, a teraz wszystkie poznikały. Ale w tej wiosce nikt nie podchodzi do beczek, więc omijamy je zjeżdżając na pobocze. A tu nagle, z któregoś z domków wybiega policjant machając do nas. Filip po szybkiej kalkulacji (facet na pewno się przyczepi do naszego manewru i może chcieć jakiś mandat wlepić) daje nogę na gaz i uciekamy. Policjant nie miał nawet motorka, nie mówiąc o samochodzie, więc pościg nam nie grozi. Najgorzej jak jedziemy złą drogą i trzeba będzie wracać... Ale na zapas się nie martwimy. Do granicy docieramy już bez dalszych atrakcji, nawet droga się polepsza. Formalności po stronie malijskiej załatwiamy szybko, parę kilometrów i wita nas Burkina Faso. Nie mamy wizy, bo w Bamako byliśmy w czasie noworocznego długiego weekendu i nie chciało nam się czekać, poza tym w przewodniku wyczytałam, że można dostać na granicy wizę i to 3-krotnie tańszą (na 7 dni tylko, ale z bezpłatnym przedłużeniem na policji). Przekraczanie granicy odbywa się trzyetapowo: etap I – policja narodowa, odpowiedzialna za wystawianie wiz właśnie. Czysty budyneczek, schludni oficerowie, pełna kultura. Wystawia nam wizę, udziela porad co do benzyny, która aż do Bobo jest słabej jakości i nalewana z kanistrów, więc radzi zatankować po dotarciu do celu. Fajnie mu mówić, jak w baku susza, ale na szczęście mamy jeszcze jeden pełen kanister, to go dolewamy. Etap II – żandarmeria. Chłopcy spisują dane samochodu. Etap III – celnicy. Śmieszny urzędnik z siwą bródką spisuje dokładne dane samochodu, pyta o jego wartość, czy mamy coś cennego i wystawia Laissez Faire Touristique, analogiczne do tego malijskiego, które uprawnia do jeżdżenia zagranicznym samochodem po Burkinie. Oczywiście trzeba wnieść opłatę. Po udanej odprawie ruszamy w trasę. Jest już ciemno, ale asfalt całkiem dobry, więc jedzie się dobrze, gdyby nie jadący brzegiem drogi rowerzyści bez jakiegokolwiek oświetlenia, którzy pojawiają się w świetle reflektorów w ostatniej chwili. W pewnym momencie zatrzymuje nas patrol policji uzbrojonej w kamizelki, kaski i karabiny maszynowe. Pytamy czy jest jakiś problem na drodze, ale mówią że nie. Widać chłopcy mają tutaj taki fajny sprzęt.
Teraz trochę o samej Burkinie. Do roku 1984 znana była jako Górna Wolta. W Burkinie mają swoje źródła 3 rzeki Wolta (Biała, Czarna i Czerwona), które potem łączą się w jedną rzekę. Jest to kraj mały w porównaniu z Mauretanią czy Mali, bo ma tylko 274 tys. km2. Zamieszkuje go 12 mln ludzi. Stolicą kraju jest miasto o dźwięcznej nazwie Wagadugu, pisane z francuska: Ouagadougou. PKB na mieszkańca wynosi 492USD. Podział religijny to ok. 50% muzułmanów, 40% animistów (choć część z nich oficjalnie mówi, że są wyznawcami Allaha) oraz 10% chrześcijan. Burkina jest niechlubnym liderem w długości życia: kobiety żyją tutaj średnio 45 lat, a mężczyźni 42 (komentarz Filip: Jak zwykle chłopy padają wcześniej wykończeni przez baby, ot słaba płeć panie!). Przemysłu prawie brak, a państwo czerpie dochody głównie z rolnictwa i hodowli. Burkina to jeden z najbiedniejszych krajów świata, w 2004 roku był na 3 miejscu od dołu. Na pierwszy rzut oka widać różnicę z sąsiednim Mali, gdzie turystyka mocno rozwinęła już swoje skrzydła i wybrańcy zbierają tego plony.
Do Bobo dojeżdżamy koło 21, szybko udaje nam się zlokalizować hotel, mimo że to drugie największe miasto tego kraju. W hotelu od razu duża niespodzianka: ceny są znacznie niższe niż w sąsiednim Mali. Od pokoju począwszy, poprzez piwo (połowa ceny!) i jedzenie. W tej chwili siedzimy właśnie w rooftop restaurant naszego hotelu, ja piję Malta Guinness – bezalkoholowe ciemne piwo, pyszne i słodziutkie. A Filip testuje burkińskie piwa. No i teraz nastąpi ocena konesera:
No moi drodzy. Taśma zmieniona jedziemy dalej (jak to mawiał Muniek Staszczyk z Tlovu). Cena piwka całkiem rozsądna, poniżej Euro za 0,65, to już plus sam w sobie. Pamiętam kiedyś jak jechaliśmy na przysięgę do kumpla gdzieś w poznańskie kupiliśmy piwo DIT. Wiadomo, czasy studenckie, z kasą bardzo krucho, więc zadziałał chwyt reklamowy „Dobre i tanie”! Niestety po kilku puszeczkach chóralnie stwierdziliśmy, że goście od marketingu (pewnie gościówy też) to niezłe ściemniacze. Przerobiliśmy ich hasło na znacznie bardziej adekwatne: ”Dobre bo tanie”! Może nie takie medialne, ale jednak znacznie bliższe prawdy.
Tak więc wziąłem na start SOBBRA. Rozsądny gabaryt 0,65 jak na Ślonzoka przystało (zawsze mnie te piwka 0,25l bawiły). Piana wyglądała całkiem sympatycznie, aczkolwiek wiadomo pierwsza szklanka to takie bardziej płukanie szkła niż degustacja. Niestety druga szklanka nadal smakowała jak płukanie szkła. Delikatny sikacz (potwierdziłem sprawdzając procenty – 4,2% - a ja co niby jakiś Czech, żeby takie erzace pić). Smak trochę podobny do tradycyjnego piwa malijskiego, które piliśmy (tak tak, Ala też próbowała) w kraju Dogonów. No może z tą wielką różnicą, że tamto było ciepłe. Tutaj też przebijał się delikatny smak kwasowości, którego piwosz na całym świecie nie powinien tolerować. W każdym razie nie przepuściłem nawet ostatniej kropli, więc aż takiego dramatu nie było. Problem w tym, że jak człowiek gardziel do Książęcego Tyskacza przyzwyczai..... Kolejny mój strzał to Barkina. Drugie burkińskie piwo. Bardzo podobne walory i moc, aczkolwiek teraz wydaje się smaczniejsze. A może to po prostu ta druga butelka 0,65 zaczyna działać. Podsumowując, piwko może i nie jest jakimś wielkim majstersztykiem, ale po tym całym dzisiejszym kurzu (kabina Montka robi się czerwona na każdej dziurze, kiedy tumany kurzu i laterytu unoszą się ze wszystkich naszych betów, nie licząc tego co wpada przez okna, dach i nawiewy), który skonsumowałem, piwko świetnie spełniło swoje zadanie przepłukując gardło. A poza tym trochę głowa cieszyć.....Buteleczki uwidocznione na zdjęciach........cdn....

czwartek, 15 stycznia 2009

14 styczeń – Dzień drugi trekingu





Wstajemy trochę później. Przewodnik już nam zagląda do namiotu. Jakoś nie mamy klimatu do wielkiej toalety i tu kolejny ukłon w kierunku nawilżanych chusteczek z domu. Wyruszamy o 8:30. Trasa początkowo wiedzie wiejską drogą. Następnie wspinamy się na klif, przechodzimy przez wioskę, w której przewodnik każe nam uważać. Jest tu dużo świętych miejsc i dotknięcie lub naruszenie każdego z nich kosztuje zapłatę w postaci owcy lub kozy (cholera wie ile takie zwierzaki tutaj kosztują). Ostrożnie idziemy za naszym przewodnikiem. Piwa dzisiaj nie pijemy, więc moja dyskusja z nim jest zupełnie zerowa. Docieramy do naszej oberży w Sandze. Rozliczamy się z przewodnikiem dając mu dodatkowo jakieś gadżety w postaci misiów i starych kaset Lady Pank (to była myśl żeby ich nie wyrzucać, da się je tu nieźle przehandlować) oraz moich rozerwanych spodni. Nawet moja stara nokia, posklejana taśmą (ale kolorowa) całkiem się tutaj spodobała. Niestety jest to mój jedyny telefon, więc nie jestem bardzo skłonny do zamian. Przynajmniej na razie....
Przepakowujemy torby i ruszamy dalej. Droga będzie laterytowa, więc nie ma sensu się teraz myć, bo znów się uświnimy. Dzisiaj planujemy przejechać całe 40km i zatrzymać się w Bandiagarze. Droga wydaje się lepsza niż przedwczoraj, a na pewno nikt jej nie naprawiał. W Bandiagarze znajdujemy nocleg za jakieś 15E. Całkiem sympatyczny. Teraz siedzę w miłej lokalnej knajpce, pijemy piwo i herbatę (zgadnijcie kto pije co:). Zaserwowali nam fantastyczne jedzenie. Chyba jedno z lepszych w ostatnim czasie, a co tam jedno z lepszych - najlepsze w Mali prawdopodobnie. Ja dostałem wołowinkę z grzybami oraz zapiekane ziemniaczki, a Ala frytki z brochette, czyli naszym szaszłykiem, z baraniny tym razem. Jutro ruszamy do Burkiny. Wizę niby powinniśmy dostać na granicy, ale wiadomo jak tutaj jest.....Inshallah!
Acha jeszcze mała dygresja, tak żeby Was powkurzać... Wiecie jak jest pięknie jak człowiek ma problemy z odtworzeniem daty i dnia tygodnia. W zasadzie każdy dzień jest piątkiem i sobotą! Taki kompletny luz i nawet te znienawidzone poniedziałki są bardzo przyjemne! Ale jak ja to mawiam, każdy jest kowalem swojego losu (wulgarne komentarze i pogróżki proszę śląc na priva)! Teraz daliśmy chłopakom w barze kasetę Lady Pank i właśnie słuchamy w Czarnej Afryce w buszbarze Lady Panków! A Panki jadą z tym koksem: „W kieliszku już się pieni dla Rock'n'Rolla hołd”! Tak więc Wasze zdrowie!
Czesc zdjec dodamy juz nastepnym razem, bo internet tutaj bardzo powolny.

13 styczeń – Treking w Krainie Dogonów










Przewodnik jest punktualnie. Dzisiaj mamy do przejścia znacznie dłuższy odcinek niż dnia następnego. Rano jest dość chłodno. Przewodnik narzuca konkretne tempo, ale dajemy radę. Na pytanie o przerwę odpowiadamy przecząco. Za którymś razem nie pyta, tylko sam zarządza przerwę. Widać się chłopaczysko zmęczyło. Docieramy do pierwszej wioski. W sumie szybciej niż przypuszczaliśmy. Idziemy dalej. W kolejnej wiosce postój i uzupełnienie płynów. Ja dzielę się piwem z przewodnikiem. Gdybyśmy wzięli 3-dniowy treking na tej samej trasie, właśnie tutaj mielibyśmy nocleg. Jest 10 rano!!! Oni chyba myślą, że biali to inwalidzi, dla których kilka godzin marszu to dawka śmiertelna. Ano tak, zapomniałem, oni mają głównie turystów z Francji. Na takich rzeźników ze Śląska nikt tu nie jest przygotowany! Niby muzułmanin, ale piwko żłopie. Wspinamy się coraz wyżej, wioski podobne do siebie, ale za to te widoki!!!! Wielki Rów Afrykański to małe piwo, przy tym! Jest tak pięknie, że nawet zmęczenia nie czujemy. Wspinamy się po kamieniach i dogońskich drabinkach. Rozpadliny skalne i przepaście wyglądają niesamowicie. Są też pozostałości domków Tellemów (podobno byli bardzo niskiego wzrostu i czerwonoskórzy, jak podają legendy), którzy, żyli tutaj przed Dogonami, kiedy to około XIV wieku Dogoni przegnali ich stąd, zagarniając te tereny na pola uprawne. Do swoich niedostępnych domów skalnych wspinali się po lianach. Dogonowie to jeden z najbardziej oddanych tradycjom ludów w Mali. Ich wierzenia to animizm, mają swojego boga Ammę, od którego wszystko się wywodzi, są znakomitymi astronomami (od zawsze twierdzili, że Syriusz składa się z 3 gwiazd, co współczesnym astronomom udało się dopiero potwierdzić dzięki super silnym teleskopom w 1995 roku), na każdym kroku wystawiają fetysze mające ich chronić przed złymi mocami, po radę udają się do wioskowego hogona, który jest odpowiedzialny za organizowanie wszelkich ceremonii, 'poświęcanie' fetyszy itp. Część Dogonów przyjęła wiarę muzułmańską albo chrześcijańską, ale i tak dalej wyznają wierzenia swojego ludu. Raz na 60 lat odbywa się największe święto Dogonów – Sigui, kiedy to Syriusz jest w specjalnym położeniu. Dogoni wyrabiają na tę okazję ogromne maski (do 10 albo więcej metrów), odbywają się ceremonialne tańce i wielkie obchody. Także wakacje roku 2027 mamy już zaplanowane:) Turystyka miała wielki wpływ na ten obszar i jego mieszkańców, ale bardziej pozytywny niż negatywny, bo biedni Dogoni masowo przenosili się swego czasu do większych wiosek i miast w poszukiwaniu pracy, a od momentu odkrycia ich regionu przez turystykę (wg naszego niewiele wiedzącego przewodnika – początek lat 80-tych), zaczęli napływać z powrotem, wiedząc, że za turystyką zawsze idą pieniądze.
Coś niesamowitego. Jedne z piękniejszych widoków w naszym życiu, a coś tam jednak już człowiek widział i nie był to tylko Wirek Ratusz w Rudzie Śląskiej:) Mijamy kolejne wioski, a widoki zapierają dech w piersiach. Tereny wyglądają wspaniale do wspinaczki górskiej (tutaj myślimy o koledze Cyrusie). Znów się zatrzymujemy w oberży. Są też Francuzi. Przewodnik mówi nam, że dostaniemy materac i możemy się położyć i wypocząć. Jako, że przewodnik mówi tylko po francusku moja konwersacja z nim ogranicza się do dzielenia piwa (ci, którzy mnie znają wiedzą, że ja to małomówny chłopak jestem). Ala mówi, żeby on się położył skoro jest zmęczony. My nie potrzebujemy tego. Francuzi zjedli i idą na sjestę na dachu. Rzeczywiście chyba słabe organizmy. Nie dość, że do stóp góry dojechali autem to już są zmęczeni. Dobra dam im spokój, bo ktoś sobie jeszcze może pomyśli, że się na nich uparłem i ich nie lubię, a to nieprawda. Po prawie godzinnej przerwie ruszamy dalej. Zostało jakieś 2h marszu. Najpierw zejście ze skał, a później droga przez równinę. Nuda panie jak na polskim filmie! Nic się nie dzieje. W wiosce gdzie mamy spać odbywa się targ. Obskakują nas dzieciaki. Kupujemy tomaty i idziemy do naszej oberży. Zaczyna się szarówka. Zamawiamy jedzenie, rezerwujemy namiot. Pokoje są wszystkie zajęte, więc będziemy spali na dachu pod namiotem. Mam nadzieję, że będzie cieplej niż na pustyni. Popijamy herbatę i piwo czekając na jedzenie. Mija godzina, później druga. Zaczynamy się irytować, głównie Ala, bo ja to jednak rozumiem african time (poza tym chyba nie jestem aż tak głodny:) Po interwencji i dwuipółgodzinnym oczekiwaniu dostajemy jedzenie. Jest to yam, tak bardzo przez mnie oczekiwany. Jeszcze nie ugniatany jak w Nigerii, ale zawsze coś. Spotkany malijski przewodnik, który studiował w Nigerii powiedział, że w Ghanie już te wszystkie nigeryjskie przysmaki dostanę. Inshallah!
Jutro mamy jakieś 2,5h marszu. Luzik. To jak wypicie małego piwa naraz:)

12 styczeń – Wyżyna i Klif Bandiagary


Jak było planowane wstajemy rano i ruszamy na miasto. W planie jest zjedzenie omleta na ulicy (świetny - testowany dzień wcześniej), wymiana waluty oraz po raz kolejny przyspawanie rury. Musimy tez zatankować, bo wskaźnik spada poniżej Ľ. Nasz spawacz od razu nas rozpoznał i przystąpił do pracy. Stwierdził, że miejsce w którym jest rura jest zardzewiałe, ale da radę to jakoś inaczej naprawić. W międzyczasie śniadanko z masą lokalnych oraz setkami much. Dziwnym trafem jakoś żaden biały się na takie coś nie decyduje, choć jest ich tam sporo. Dopełnieniem śniadanka jest baranina z grilla. Zadowoleni i najedzeni idziemy odebrać auto, a tu kolejna niespodzianka. W kole tkwi wielki gwoźdź i nasz spawacz zaraz chce go wyciągać. Powstrzymałem go natychmiast z obawą, że gwóźdź jest na tyle długi, że przebił oponę. Jedziemy do poleconego przez niego „wulkanizatora” i oczywiście okazuje się, że gwóźdź wlazł 5cm w oponę. No pięknie. Wulkanizator rusza do roboty prosząc mnie o lewarek i klucz do opon. Nie no panie, pełny profesjonalizm! Mamy już rączkę do lewarka wykonaną wcześniej przez naszego spawacza, więc idzie to dość sprawnie. Co mnie zdziwiło, to że musiałem sam nią kręcić, w sumie to zniżka powinna być. W Nigerii takie praktyki są nie do pomyślenia. No ale to są pozostałości francuskiego kolonializmu....jedyne co dobre pozostało po nich to chyba bagietki.... A wracając do naszego spawacza – po wykonaniu roboty nie chciał pieniędzy, potraktował to jako reklamację. Ale oczywiście zapłaciliśmy, bo przecież to nie jego wina, że auto zardzewiałe.
W każdym razie po 30 min. opona jest naprawiona. Wszystko ręczna robota, aż miło popatrzeć, niestety aparat był głęboko zakopany i nie ma zdjęć, a szkoda. O wyważeniu opony nie ma mowy i ciężarki są mocowane dokładnie w tych samych miejscach co poprzednio. Na szczęście miejsca te wyróżniają się znacznie, gdyż są dużo mniej zakurzone. W międzyczasie Ala poszła do banku zmienić „jewro”. Nie dość, że bank okazał się być znacznie dalej niż sądziliśmy, to jeszcze nie zmieniali tam waluty. Pojechaliśmy na stację sprawdzić po ile paliwo i zapytać gdzie można wymienić szmal. Oczywiście taki serwis prowadził pan na stacji. Wymieniliśmy 100E po trochę słabszym kursie, zatankowaliśmy Montka i w trasę. 48km po asfalcie. Później 101km po laterycie i bruku! Tak bruku! Droga była wyłożona kamieniami zalanymi jakimś spoiwem. Niestety nie była to taka jakość jak za „wujka Adolfa”, więc prędkości raczej wielkiej nie rozwijaliśmy, za to te widoki! Na tych terenach pustynia zaczyna ustępować pola żyźniejszym terenom i robi się coraz bardziej zielono. Najchętniej, to by się człowiek tam zatrzymał, otwarł piwko, siedział i rozmyślał nad beznadzieją swojego zagonionego życia w sojuzie jewropejskim....ech mówię Wam Afrykę albo się kocha ponad wszystko albo się jej nienawidzi. U nas to jednak zdecydowanie miłość i chyba miłość odwzajemniona. Jak na razie Afryka jest dla nas bardzo gościnna. Przejechaliśmy nasze 101km i do Sanga zostało 40km. Z Sangi planowaliśmy zrobić 3 dniowy treking po krainie Dogonów. Ostatnie 40km, to jazda po kamieniach, dziurskach i innych rozpadlinach. Dzieciaki rozbestwione przez francuskich turystów (coś się nad biednymi żabojadami pastwię dzisiaj) skaczą, wydzierają się, w nadziei, że dostaną prezent. Przy każdym zatrzymaniu szczelnie otaczają auto krzycząc: „Madame, Monesiur – cadeau (prezent), foto, foto”. Oczywiście chcą aby zrobić sobie z nimi foto, a później zbierać za to opłatę. Dramat! Nierozważni turyści rozdający podarki i słodycze na prawo i lewo doprowadzili do bardzo niesympatycznej atmosfery! Ten odcinek zajmuje nam prawie 1,5h. Po drodze mijamy 3 samochody, przy których nasz Montek wygląda jak niemowlak. Auta są bardzo profesjonalnie przygotowane do bardzo trudnych wypraw, a pewnie żaden z nich nie zrobił tyle km po pustyni co my! Wyprzedzamy ich, gdyż ciągle spoglądają w swoje gps i inne elektroniczne cuda. My jak zwykle jedziemy na czuja, bo droga wydaje się oczywista. Dojeżdżamy do Sangi, pierwszy kampig dopiero się buduje, ale w drugim znajdujemy nocleg. Właściciel chce 10tys., ale widząc, że wsiadamy w auto aby szukać dalej „zjeżdża” z ceną do 7,5tys., co nas już zadowala. Na parkingu stoi żiguli, czyli sławetna łada. Dwóch turystów z Rosji przyjechało nią do Mali. Widzieliśmy ich już w Timbuktu. Ja jak zwykle z wielkim zainteresowaniem przyglądam się ich żiguli, bo już od dłuższego czasu choruję na takie auto. Niestety taka bryka z lat 70-tych jest w Polsce prawie niedostępna.
Ruszamy na miasto rozeznać sytuację. Negocjujemy ceny za przewodnika. Przeważnie turyści biorą tzw. pakiet „all inclusive”. Przewodnik+spanie+jedzenie. Nas interesuje sam przewodnik. Po długich targach w kilku miejscach znajdujemy przewodnika za 10tys. na dzień za dwie osoby. Biorąc pod uwagę jakie ceny śpiewali na początku, to całkiem niezłe. Mamy w planie treking dwudniowy, który według przewodnika książkowego powinien trwać 4 dni, a według lokalnych przewodników 3 dni. Niektórzy odmówili zrobić to w dwa dni, bo normalnie robią w 3, a krócej to im za trudno (chcemy chodzić, a nie biwakować)! Chłopcy chyba nie wiedzą co to znaczy Śląskie Charaktery! Targu dobijamy i przy okazji dajemy się zaciągnąć do sklepu z pamiątkami. W oczy rzuca mi się maska. Jest anglojęzyczny sprzedawca. Dobrze, z takim zawsze coś potarguję! Pytam o cenę i gość wali 100tys. (jakieś 150E). Ala mówi, że ta maska jest piękna i musi ją mieć. Wybucham śmiechem i zaczynam sypać do niego w pidżin english! Gościu pyta skąd jestem, a ja mu na to że z Nigerii. Show must go on! Mówię, że jestem Afrykańczykiem i ma nie patrzeć na mój kolor skóry. Zaczyna się poklepywanie po plecach, przepychanie, śmiechy i nagle on mówi, skoro jestem jego bratem, to da mi uczciwą cenę 25tys.CFA! No brzmi lepiej, ale nadal za dużo. Kontynuuję show, pełno lokalnych wokół patrzy i przyklaskuje, cieszy się. Chyba jeszcze nie widzieli, żeby biały mógł być taki równy gość. Mówię, że w Bamako są niższe ceny i oni w kraju Dogonów zupełnie zwariowali z cenami. Na pytanie ile zapłacę mówię, że 10tys.! Gość w szoku wychodzi, wraca za chwilę z właścicielem sztandu. Okazuje się, że właściciel był kiedyś w Nigerii w Sokoto, recytuję odwiedzone przeze mnie miejscowości, lecą kolejne zdania w pidżin english i właściciel mówi - dobra sprzedaję za 10tys. Ala stoi w szoku i pakuje maskę. Masa lokalnych chłopaków przybija mi „piątki”. W bardzo miłej atmosferze wracamy do naszego hoteliku, gdzie czeka na nas smakowita kolacja. Jutro o 7 ruszamy!

poniedziałek, 12 stycznia 2009

Cos ostatnio pomieszalismy w ustawieniach i podobno komentarzy nie mozna bylo dodawac. teraz juz jest chyba OK