piątek, 2 stycznia 2009

31 grudnia – Oualata, czyli Sylwester na końcu świata


Wstajemy rano i zaskakuje nas bardzo mocny wiatr. Jako, że wkoło jest pustynia to piach wdziera się wszędzie. Wychodząc z namiotu staramy się biegać zakrywając oczy i usta. Jemy śniadanie, zabieramy nasze napoje z lodówki (nie są idealnie schłodzone – widać lodówka nawet na „4” działa systemem afrykańskim, czyli robi sobie przerwy na ...pracę). Jedziemy jeszcze na komisariat dopełnić formalności (to ostatnie miasto przed granicą z Mali) gdzie jesteśmy dokładnie spisani, co wydaje się trwać wiecznie. Policjanci twierdzą, że jak mamy auto 4x4 to droga jest ok. No to ruszamy po raz kolejny na podbój pustyni.

Sam wyjazd z „miasta” nie jest łatwy, ale po kilkukrotnym pytaniu o drogę wydostajemy się na piaskową szosę. Droga wydaje się prosta i całkiem czytelna, pytamy jeszcze kilka razy i wszystko jest ok. Droga rozwidla się kilka razy, my trzymamy się prawej, jak zostaliśmy poinstruowani. Chyba będzie bułka z masłem tym razem. Widzimy jak trzech lokalnych majstruje coś przy studni, więc postanawiamy potwierdzić kierunek na Oualatę i......jak to? Nie ta droga, oni chyba żartują! Nasi Mauretańczycy są jednak pewni i pokazują w zupełnie innym kierunku mówiąc, że ta „nasza” droga wiedzie do zupełnie innej wiochy. Cholera, co robić, może jednak mają rację. Przypominamy sobie, że po drodze było takie większe rozwidlenie. Wracamy tą samą drogą, ale jakoś rozwidlenia nie widać. Na szczęście jest pick-up jadący z przeciwnej strony. Po krótkiej rozmowie kierowca upewnia nas, że mamy się trzymać najbardziej wyjeżdżonej, „głównej” drogi. Wracamy więc na szlak wkurzeni na wcześniejszych Mauretańczyków, którzy zawrócili nas z dobrej drogi. Już obmyślamy plan zemsty, kiedy nagle dojeżdżamy do rozwidlenia, którego przed chwilą nie umieliśmy znaleźć. A jednak zbyt wcześnie osądziliśmy trzech panów spotkanych wcześniej. Droga jest całkiem przyjemna, czasami tylko spore koleiny i nawet nasz prześwit okazuje się za mały i trzemy podwoziem o grunt. Tutaj pustynia jest porośnięta trawą i jedziemy zupełnie spokojnie. Wizja zakopania się tutaj jest raczej mało realna. Po drodze spotykamy kolejne samochody (z turystami nawet) i potwierdzamy kierunek na Oualatę. Cały czas się zastanawiamy jak ludzie z relacji, którą posiadamy mogli się tutaj zgubić. Droga może trochę bardziej wymagająca niż Nowy Świat na Halembie przed remontem:). Ma być 110km, ale trochę pobłądziliśmy na początku, więc pewnie będzie koło 125km. Jaki tu spokój lalalala, nic się nie dzieje lalala.....

Dość twarda droga, zaczyna się pomału przekształcać w piasek, Ala sugeruje włączenie napędu na 4 koła. No i się ku..a zaczęło! Piach coraz głębszy i zaczyna się jazda jaką już bardzo dobrze znamy. Jedziemy cały czas na klimie, ale piach i kurz wdzierają się pomimo tego do środka. W ustach mam cierpki smak kurzu z naszej drogi (przykry smak, prawie tak samo kiepski jak metaliczny smak na tomografii komputerowej, po której prawie zemdlałem, ale tutaj nie mogę sobie pozwolić na taki luksus, choć omdlenie bym przyjął z wielką ulgą). Montek zaczyna się dławić na drugim biegu, zaczyna też wydawać coraz dziwniejsze dźwięki, temperatura rośnie. Wyłączamy klimę i jedziemy dalej. Tym razem przegięliśmy, pewnie się zaraz zakopiemy i taki będzie koniec sylwestrowej wyprawy. Czy my nie możemy jakoś tak normalniej funkcjonować, a nie od ekscesu do ekscesu! Mieliśmy przecież jechać prosto do Mali. Tam mają już piwo i pewnie wszystko jest łatwiejsze:) No nic, jedziemy dalej, ale nie jest dobrze. Oczywiście są kozy i kamele, ale żadnego wypasacza! Jasne, jak potrzeba, to nie ma się kogo zapytać! Droga niby dość czytelna, ale zaczyna prowadzić na coraz głębszy piach. Znów pakujemy się w niezły kanał, a ja już naprawdę mam tego serdecznie dość. Albercik, a miało być tak pięknie, telewizja, radio, wywiady... Praktycznie się nie odzywamy do siebie, tylko wspólnie wydajemy jęki na kolejnych podskokach na muldach (a wolniej nie mogę jechać, bo się zatrzymamy i wiadomo co będzie) oraz odgłosy ulgi, kiedy uda się nam resztkami mocy wyrwać z głębokiego piachu! No panie, aleśmy sobie sylwestra zafundowali. Jeździmy po pustyni w prawie 40 stopniowym upale, bez żywej duszy na horyzoncie, nie wiemy nawet czy to dobry kierunek (kompas niby pokazuje dobry, ale to nie jest żaden wyznacznik w takich sytuacjach), zaraz się zakopiemy na dobre – i to się ma nazywać Wielkie Wakacje, podróż życia, aha to ja dziękuję. Nie wstanę, tak będę siedział! A najlepsze jest to, że my jeszcze za takie „przyjemności” płacimy kupę szmalu! Czyste wariactwo! Jeszcze 30 minut temu myślałem, że ta relacja będzie nudna i pewnie się zawiedziecie łatwością dojazdu! No tak, myślał indyk o niedzieli.......

W pewnym momencie wjeżdżamy na coś twardszego, więc możemy się zatrzymać. Jestem wściekły i stwierdzam: „Na 99% jedziemy w złym kierunku. Już ponad 120km i nic nie widać. To jest niemożliwe. Gdzie ta pieprzona Oualata??”. Na horyzoncie widzimy wieżę telefoniczną, ciężko stwierdzić, czy jest za czy przed górami. Skoro jest wieża to musi być osada (niby logiczne, ale tutaj ten dział matematyki/statystyki stanowczo się nie sprawdza), w sumie to nic nie musi. No dobra ok, ostatnia szansa, jedziemy do wieży i jak nic nie będzie to wracamy. Montek ciężko brnie przez coraz bardziej kopne piaski, coś zaczyna coraz bardziej piszczeć. Piach dostał się już wszędzie, więc nie ma się co dziwić. Jedziemy dalej, a ja coraz bardziej kurczowo trzymam kierownicę. Tutaj się nawet nie da zawrócić. No nie, na dodatek są jakieś wydmy, jasny szlag! Nie lubić, nie lubić. Rozpędzamy bestię i wdrapujemy się na górę. Na szczęście nie ma już więcej wydm a na horyzoncie kamele i kozy. Jedziemy dalej, piach dość konkretny, ale widać już wieżę całkiem blisko, a oprócz tego majaczy chyba jakiś domek, czy namiot! Dodaję gazu, adrenalina uderza konkretnie. Coraz więcej śmieci koło drogi, tu coś musi być. Tak, to zdecydowanie jest domek i nawet jacyś ludzie. Tutaj cytat o bocianie znów bardzo przydatny. Na płocie domku napis WALATA!!! Jak dla mnie może być nawet sralata (Oulata, Walata, czy to ważne)! Dojechaliśmy. Sahara - Montek Team 0:2, a bramki na wyjeździe liczą się podwójnie:)

Osada rzeczywiście całkiem urokliwa. Założona została w XIII wieku i była ostatnią oazą dla karawan jadących w stronę Timbuktu w Mali. Domy zbudowane z kamienia i gliny mają fantastyczny ceglasty odcień, a uroku dopełniają wzory malowane przy drzwiach i oknach, zarówno na zewnątrz jak i wewnątrz domostw. Po przyjeździe dekujemy się w oberży, wyciągamy plecaki i worek ze schłodzonymi napojami z rozpalonego Montka i szturmujemy na miasto. Oczywiście trzeba najpierw dobić targu. Ala dogrywa cenę pokoju na 5 tys. Chłop wołał 10 tys. ale jak zobaczył, że idziemy dalej to spuścił z tonu. Przygotuje nam też kolację wieczorem na godzinę 19 (oczywiście płatną dodatkowo). Będą gołębie faszerowane daktylami, wołowina z warzywami i kuskus. Miasto jest małe więc po godzinie obeszliśmy je całe, a na trasie towarzyszy nam grupa dzieciaków. One chyba pierwsze słowo zamiast mama i tata mówią „cadeau”, czyli prezent. Nie jesteśmy zwolennikami dawania prezentów (choć mamy ich sporo w samochodzie, ale chcemy je dawać w innych okolicznościach), jednak widać poprzedni turyści zdążyli już „zepsuć” te dzieci, które automatycznie na białego reagują hasłem: „Madame/Monsieur cadeau”!

Wracamy do naszej izdebki, w której na podłodze jest piasek, a ściany zdobią kolorowe malunki. Na dworze jest bardzo ciepło i nasza komnata wydaje się wspaniałą oazą chroniącą przed upałem i natrętnymi dzieciakami. Po odpoczynku znów ruszamy na miasto (zdecydowanie jedziemy jutro dalej, bo tutaj można jajko znieść z nudów). Ala łapie jedno z dzieci i woła: ”you are my cadeau now”. Murzyniątka bardzo zadowolone dają nam po chwili spokój. Wracamy do pokoju.

Jest jedzenie. Całkiem smaczne, ale dobrze, że ja też nie wziąłem gołąbków, bo z tego to się nie da najeść. Kończymy o 19:35, Ala mówi, żebyśmy już wypili szampana (w końcu w Chinach już po 24), ale ja jestem twardy. Musimy wytrwać przynajmniej do 23 Waszego czasu, czyli naszej 22. Cava całkiem zimna, będzie smakowała jak nigdy......

Jak się rzekło, wytrzymaliśmy. Chwilę po 23 otworzyliśmy Cave. Teraz siedzimy, z laptopa leci Baranek Kultu, piękne gwiazdy nad nami. Zupełnie inny ten Sylwester, ale dzięki temu będzie niezapomniany...

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!

29 i 30 grudnia – Route de l'Espoir


Tytułowa Droga Nadziei wiedzie ze stolicy Nawakszut do najdalej wysuniętego na południowy wschód miasta Mauretanii – Nemy. Trasa ma około 1100km.

Rano oczywiście po zsumowaniu budżetu okazuje się, że znów mamy za mało lokalnej kasy, więc żwawo szturmujemy wcześniej wypróbowany bank. No i ZONK! Okazuje się, że banki są zamknięte, a co lepsze będą dopiero otwarte po nowym roku 5 stycznia. Niech to szlag. Jak nie urok, to ....... Zawsze coś musi być. Oczywiście natychmiast atakują nas „zmieniacze” lokalni. Pierwszy kurs wzbudził we mnie atak śmiechu. 310UM (w banku ostatnio dostaliśmy 360UM), Ala informuje zmieniaczy o tym kursie, ale na nich nie robi to wrażenia. Twardo kierujemy się w stronę prywatnych kantorów, a kurs rośnie:) 320, za chwilę wołają za nami 330 no i wreszcie zdesperowani wołają: Monsieur, 335 Ugija! Na drzewo myślimy sobie, idziemy do kantoru, tam już powinni mieć zweryfikowany wyższy kurs Euro. Wpadamy do kantorku, a tam mało sympatyczny gość rzuca 330UM. Jako, że kompletnie nie jest skłonny do negocjacji, wychodzimy od niego, a na dworze czekają już nasi szeryfowie od zmiany. Dobijamy targu, zmieniając 150E, sprawdzamy jeszcze, czy zwitki po 10tys. są rzeczywiście dziesiątkami, oni macają nasze Euro. Oczywiście nie chcą nam wydać końcówki mówiąc, że należy im się prowizja. Ja bez wahania z uśmiechem na ustach wkładam rękę do kieszeni w koszuli jednego z nich i walę po angielsku: ”My friend give me 50E back, my comission!” Gościu w delikatnym szoku patrzy na mnie i jak to Afrykańczyk w takich przypadkach zaczyna się śmiać. 50E zostaje mu w kieszeni, a ja dostaję moją resztę. Nasi nowi koledzy (chyba Ryśki się nazywali, bo wszystkie Ryśki to fajne chłopaki) sugerują, żeby zmienić więcej kasy, bo później kurs będzie gorszy i żeby kupić jak najwięcej benzyny, bo też będzie droższa. Nie do końca słuchamy ich rad (człowiek jednak durny jest) i tankujemy tylko bak+baniaki na 45 litrów.

So, off we go...Tak więc ruszamy. Droga przez większość czasu ma być asfaltowa i dobrej jakości. Grzejemy Montkiem jak wariaci, osiągamy nawet zawrotną prędkość 120km/h, ale nie za często. W sumie po co kusić los, to jednak Afryka i za chwilę może się skończyć asfalt, bez żadnej informacji. Trasa nudna, typowo jak polski film. Nic się nie dzieje. Po drodze staramy się dotankować paliwa, ale nie jest to wcale takie proste. We wszystkich miasto-wioskach owszem, stacje benzynowe piętrzą się jedna na drugiej i we wszystkich jest gasoil (potocznie znany u nas pod nazwą diesel – jakieś takie durne zwyczaje francuskie tu mają, we Francji diesel to gasole – bzdura jakaś. Cały Świat na dieslu jeździ a Franciki jak zwykle cudują), ale naszej esencji (tutaj nazywa się essence lub normale) to już ani słychu ani widu. Jedziemy dalej na luziku, bo przecież to Afryka więc nie ma się co na zapas przejmować. Tutaj zawsze się znajdzie rozwiązanie, nawet w najgorszej sytuacji. Przed nami jest duże miasto (duże to znaczy, że taka ulica jak widać na jednym ze zdjęć powyżej jest dłuższa i jest na niej więcej sztandów – dla nie Ślonzoków straganów). Dojeżdżamy do Kiffa po zmroku. W bilansie dnia na konto Montka można dopisać, dwa małe ptaszki, kota i niezliczoną ilość owadów, które stają się łupem „nocnego polowania” . Prawie metropolia. Kilka ulic ze sztandami. Luksus panie! Znajdujemy całkiem sympatyczną oberże, gdzie za 3tys. możemy się wyspać w wielkim namiocie z kilkoma lokalusami. Gospodyni widząc nasze białe mordy decyduje się dać nam jednak pokoik. Oczywiście grzecznie dziękujemy i potwierdzamy, że cena zostaje taka sama, bo jak ma być więcej, to my jednak namiocik weźmiemy. Nasza gospodyni mówi, że banki już jutro działają (no cóż łyknęliśmy jak pelikany wczorajsze info, że banki cały tydzień będą zamknięte – 1:0 dla zmieniaczy). Gospodyni obiecuje też, że podzwoni żeby się dowiedzieć gdzie esencję zatankujemy, bo nam się wieczorem na żadnej stacji nie udało jej wypatrzyć. Ruszamy jeszcze na „miasto” w poszukiwaniu netu i żarcia. Z netem się udało z żarciem tak średnio. W sumie wszędzie były wbite na stelaże i rozciągnięte kawałki różnych zwierzaków, ale to jednak nadal było surowe. Niby trochę okurzone, opiaszczone i podsuszone, ale to nawet do mnie nie przemawiało. Widać nie byłem głodny (mieliśmy na drogę kanapki z serkami brie, camembert i szynkami zakupionymi jeszcze w Espania). W „piekarni” kupiliśmy bagietki i po słodkim rogalu, który popchnęliśmy odrdzewiaczem (coca-cola) i poszliśmy spać.

Rano ruszamy znów w miasto. Trzeba zmienić kasę (coś nam to liczenie budżetu nie wychodzi, chyba mam złe nawyki z pracy, w GM zawsze jakoś się budżet zamykał, nawet jak się nie zamykał). Bank rzeczywiście otwarty, Ala idzie się zapytać o kurs. Zastanawiam się ile wtopiliśmy na wymianie u zmieniaczy, bo w banku pewnie znów będzie 360UM. Ala wychodzi, mina nie tęga, podchodzi do okna, coś chyba jest nie tak! Wsiada do auta i pada magiczna kwota 245UM! Job twoju mać! Co to niby ma być. Rabunek w biały dzień, a na dodatek na komentarz, że w Nawakszut w banku płacą 360, opryskliwy „okienkowy” odesłał nas do Nawakszut. No moi drodzy, bank w Afrika to jednak nadal instytucja. Nie ma, że boli. Oni dyktują warunki! Szturmujemy kolejny, jest lepiej 300. Idziemy do trzeciego. Znów 300, ale zaraz ma być dajrektor i może da więcej (fajnie tak, dyro sobie decyduje: „Fajna biała mordka, dam im 310 a może 315”). Staje na 310 (a więc jednak zmieniacze do końca nas nie nabrali). Nie jesteśmy zachwyceni, ale to jednak lepiej niż 245. To tak jak ze szklanką, w połowie pełną lub w połowie pustą – zależy jak się spojrzy. Lepiej więc policzmy ile zarobiliśmy w stosunku do kursu 245, niż ile straciliśmy od 335:) Plan w połowie wykonany, ale nadal nie mamy esencji. Montek zaczyna błyskać pomarańczowym dystrybutorem. Rezerwa oznacza jakieś 80km. Mamy jeszcze 40 litrów w bańkach, ale to też nie haj lajf! Objeżdżamy wszystkie stacje, na jednej mają 40 litrów w baniakach, ale rezygnujemy. Jedziemy na stacje przed wjazdem do miasta. Wczoraj w nocy nie wszystkie były otwarte, a ponoć któraś ma mieć esencję. Dupa blada. Miasto jest bez paliwa, króluje diesel. Ja bez piwa, Montek bez paliwa – mam już dość Mauretanii. Policjant sugeruje, że w oberży zaraz za ich posterunkiem jest szpec, co nam paliwo załatwi. Człowiek jeszcze komuny trochę pamięta, więc taki numer to standard. Jedziemy do oberży, ale niestety obwoźnej stacji nie ma. Jeden z chłopaków tam pracujących wybiera numer i daje słuchawkę. Po drugiej stronie gość niezłą angielszczyzną mówi: „No problem I am coming, wait for me 15 minutes.” Pięknie, jest jakiś progres. Typowo po afrykańsku siadamy spokojnie i zaczynamy drzemkę. Auto stawiamy w cieniu i jest luksus. Śpiew ptaków, upał, pełny relaks. Za to kocham Afrykę. Aczkolwiek patrząc na Montka wolałbym mieć pełny bak (po cholerę wczoraj na klimie jechaliśmy, to zawsze kilka litrów). Jeden z chlopców przynosi nam krzesła plastikowe. Siadamy więc wygodnie i dalej drzemka. Mija 45 minut. To Afryka, żadne z nas nie liczyło, że Petrolman będzie tutaj za 15 minut. Po 90 minutach nasza cierpliwość się kończy. Wsiadamy w auto i jedziemy do gościa, który miał 40 litrów w bańkach. Na stacji bierze mnie to kamerlika (tylko bez żadnych podtekstów mi tutaj) i na kalkulatorze wbija cenę 30tys! Coś to do mnie nie dociera, ale kojarzę, ze wczoraj za 100 litrów zapłaciliśmy jakieś 29tys. Pytam go jaka jest cena za litr, a on po kilku kliknięciach na kalkulatorze wyświetla 750!!! Wypadam z kamerlika jak poparzony, drę się w stronę auta, gdzie siedzi Ala: „Debil, nie uwierzysz ile on chce! 750UM za litr (to przy naszej ostatniej wymianie daje 2,5 E za litr), wolę tego Montka sam ciągnąć albo ze 4 osły kupić niech one ciągną. Murzina wycedza jeszcze jakieś 600, ale ja nadal tempem sprinterskim zmierzam do auta i wtedy pada ostateczna kwota 450, co nadal mnie nie przekonuje. Szybka decyzja, dolejemy 45 litrów z baniek i jedziemy do Ayoune. Tam coś musi być (dość już tych podziemnych ciuciubabek). Dojeżdżamy do TinTane – jakieś 80km przed Ayoune. Po drodze nasze plany ulegają zmianie. Mieliśmy jechać do Nemy, a później znów przez pustynię (może lepiej, że się plany zmieniły) do Oualaty. Podobno bardzo malownicza osada na Saharze (droga znów miała być karkołomna i z relacji innych ekip wiemy, że szybko zgubili drogę na pustyni i wracali po śladach na GPS nie dojeżdżając do Oualaty). Teraz chcemy już tylko dojechać do Bamako w Mali. Na tym paliwie raczej niewykonalne, ale mamy nadzieję, że po stronie malijskiej uda się zatankować, choć na na drodze do Bamako same wiochy. Jadę bardzo oszczędnie, takim trybem zrobimy może nawet 500km na tym paliwie. W TinTane pytamy na każdej stacji i nagle Eureka!!!! Jest normal! Aż się wierzyć nie chce. Oczywiście ołowiówka ma większą końcówkę, więc aby nalać trzeba wykorzystać kawałek drutu aby wcisnąć klapkę zabezpieczająca. Lejemy powoli paliwo do baku i jak już jest prawie pełno wyciągamy baniaki. Tankujemy po 25 litrów do każdego z nich. W sumie 125 litrów. Ruszamy w drogę do Ayoune bardzo zadowoleni, że nie skusiliśmy się na paliwo po 750UM wcześniej. Robimy szybką kalkulację (tym razem trochę dokładniej) i okazuje się, że na tym paliwie (nawet jeśli już w Mauretanii nie zatankujemy) możemy jechać do Oualaty i wystarczy nam aż do Bamako. Jako, że droga miała się rozwidlać dopiero w Ayoune decydujemy się kolejny raz na podbój pustyni. Naszym poprzednikom się nie udało, ale ja mam świetnego pilota (lepszego niż GPS), Montek to też twarda bestia, więc może damy radę Inshallah!

Reszta drogi mija nam zupełnie spokojnie. W Nemie meldujemy się przed 19. Kupujemy wodę i zakotwiczamy w oberży z namiotami. Właśnie jak to piszę to łażą po mnie jakieś owadziska i strasznie mnie to wkurza. Aha, wykorzystaliśmy jeszcze naszego gospodarza, ma też Boutique, co tutaj oznacza sklep (taki chlyp, pyp, mydło i powidło). A w sklepie jest lodówka. Wpakowaliśmy mu do zamrażalki nasze wody na jutro, oraz kiełbaski i hiszpańską Cava na sylwestra. Cava (czyt. kaba) to hiszpańska odmiana szampana i jak sami Hiszpanie twierdzą dużo lepsza od francuskiej, bo u nich jest więcej słońca i wina są lepsze. Wiadomo w Polsce i tak króluje „ruskoje igristoje” - taki to postkomunistyczny sentyment. Lodówkę miał nastawioną na „1”, co raczej nie za bardzo chłodziło napoje (w sumie jak tutaj jest 40 stopni w ciągu dnia to może i one się chłodne wydają), więc wykorzystałem okazję i podsztalowałem sprzęcicho na „4” jak Ala zagadywała go o mięcie i mam nadzieję, że Cava będzie jutro idealna.

Tytułowa droga nadziei, stała się dla nas drogą nadziei na paliwo, a jak już mówiłem wcześniej, nadzieja zawsze umiera ostatnia, to znów się udało. Zawsze mówię, że mam dużo szczęścia, choć nie jestem w niedziele rodzony jak mój tata.

Jutro ruszamy znów w pustynię! Oby znów się udało!

poniedziałek, 29 grudnia 2008

29 grudnia W strone Mali

Jechalismy dzis caly dzien na wschod Mauretanii, po drodze oprocz wielbladow na szosie, zdechlych krow i oslow, wiele atrakcji nie bylo. Zdjecia dorzucimy juz w Bamako, w Mali. Odezwiemy sie tez prawdopodobnie dopiero stamtad, bo tu juz coraz mniejsze miasteczka i wioski i z netem moze byc problem. W niedziele planujemy dotrzec do stolicy, wiec czekajcie cierpliwie na kolejne opisy przygod, bo takie na pewno beda...

niedziela, 28 grudnia 2008

28 grudnia - Nawakszut reaktywacja

Rankiem, po zjedzeniu śniadania (jeszcze zapasy z Polski), dolaliśmy do Montka 40 litrów paliwa, 20 to jeszcze polska benzyna, a 20 z Maroka. Tutaj już niestety nie ma benzyny bezołowiowej, więc lejemy ołowiówkę, która na dodatek jest bardzo marnej jakości: pewnie część z Was pamięta zielone paliwo z lat 80-tych, które miało całe 76 oktanów. Tutaj paliwo chyba nie jest wiele mocniejsze, gdyż zawory w Montku zaczęły grać lepiej niż filharmonia śląska i częstotliwość zmiany biegów zaczęła być nużąca. Mamy wielką nadzieję, że w Mali polepszy się jakość benzyny, która ma być niestety droższa niż tutaj.
Jesteśmy z powrotem w Nawakszut, w naszym fajnym hosteliku z WiFi. Jutro rano jedziemy w stronę granicy z Mali, ale mamy do pokonania ponad 1000km, więc pewnie sama droga zajmie nam ze 2 dni, co zresztą potwierdza przewodnik. Przed granicą chcemy jeszcze odwiedzić jedną oazę na Saharze. Najprawdopodobniej koło czwartku przekroczymy granicę z Mali.

27 grudnia – Camel Trophy


Rano obudziły nas muchy, które bzyczały tak, że umarły by się z tego obudził. Na śniadanie Ahmed poczęstował nas makaronem z sardynkami i kawą z mlekiem. O 8 ruszyliśmy na pieszy podbój Sahary. Szły z nami 2 wielbłądy, ale jeden nieosiodłany, taka rezerwa, gdyby pierwszy się za bardzo zmęczył. Wielbłądy prowadził ich przewodnik, a z nami szli Ahmed i jego brat. Na pustyni zasada jest taka, że wielbłądy są od noszenia bagażu, a ludzie idą obok nich, ale że my bagażu nie mieliśmy, mogliśmy też na nie wsiadać.
Jako że dzień wcześniej przyleciał długo oczekiwany samolot z turystami francuskimi, o tej samej porze co my wyruszyło kilka dużych grup, na szczęście po krótkim czasie rozeszliśmy się w różnych kierunkach. Po 3 godzinach marszu (12-15 km, w zależności od obranej trasy) dotarliśmy do oazy. Bardzo malowniczo położona pomiędzy wydmami. Jak przystało na oazę – obfituje w wodę. Studnię wystarczy wykopać tam na głębokość 4m, żeby dotrzeć do źródła wody, a na przykład w Chinguetti często 30m głębokości nie wystarcza, żeby dokopać się do wody. Wysokie palmy daktylowe dają dużo cienia i jest pod nimi naprawdę chłodno. Co do chłodu – teraz jest najzimniejszy czas w Mauretanii, o czym już pisaliśmy, i rdzennym mieszkańcom pustyni jest teraz zimno, pomimo 30-35 stopni w ciągu dnia. Nasi przewodnicy byli poubierani następująco: 2x t-shirt, na to bluza, a na to jeszcze wiatrówka. Na głowie obowiązkowy turban. I w ogóle się nie rozbierali w czasie marszu, mimo że było gorąco (dla nas). Z kolei my dla ochłody skorzystaliśmy z dobrodziejstwa oazy i basenu, który tam był. Gliniana wanna ok. 2x3m wypełniona wodą. Na dnie piasek. Nie była to krystalicznie czysta woda, ale ważne, że zimna, więc nie wybrzydzaliśmy i wskoczyliśmy do środka. Po godzinnym ochładzaniu się, Ahmed zaserwował obiad: taki sam jak śniadanie, czyli makaron z sardynkami i odrobiną pomidora bodajże. Około 15 udaliśmy się w drogę powrotną. Tym razem chcieliśmy już wykorzystać wielbłądy w większym zakresie, bo w tamtą stronę, tylko na ostatnim odcinku wsiadłam na chwilę. W tym przypadku jazda była dość przyjemna (dużo wygodniejsze siodło niż na pustyni Thar w Indiach), o ile wielbłąd nie stroi fochów i nie próbuje siadać, bo gdyby się w tym momencie nie trzymać siodła, można się nieźle poturbować.
Po trzech godzinach marszu dotarliśmy z powrotem do Chinguetti. Ahmed zapraszał nas ponownie na nocleg do siebie i na kolację do Aishy, ale podziękowaliśmy serdecznie, bo po pierwsze, chcieliśmy wziąć prysznic, a po drugie w końcu coś dobrego zjeść. Nasz znajomy Corrado z Włoch już wcześniej polecił nam oberżę, w której on mieszkał, do tego za przystępną cenę, tam też się udaliśmy. Właściciel Abdu serwował również posiłki, a że Corrado je polecał, skusiliśmy się także na kolację. I to był dobry wybór. Ksour, kuskus z rodzynkami, gulasz z kurczaka świetnie doprawiony. Po pustynnej wędrówce było to bardzo dobre ukoronowanie dnia. Po deserze dołączyła do nas 17-letnia żona Abdu, Nana, z półroczną córką. Abdu kupił Nanę za 1 wielbłąda jak miała 15 lat. Przy 'zakupie' podpisał z rodziną kontrakt, że nie weźmie sobie kolejnej żony, mimo, że zezwala mu na to religia. Ale Abdu to Casanova z Chinguetti (bez kilku zębów na przedzie, wzrost 155cm) i wymyślił sobie plan, że najpierw będzie miał 3-4 dzieci z obecną żoną, a potem pojmie następną, też oczywiście 15-16 latkę. Już tłumaczę w czym tkwi sedno sprawy. W Mauretanii i kobieta i mężczyzna może się rozwieść ze współmałżonkiem, ale robią to tylko kobiety, które mają maksymalnie dwoje dzieci. Jeżeli ma już więcej niż dwójkę, nie zrobi tego, ponieważ nie ma już żadnych szans na ponowne zamążpójście, rodzina też nie będzie chciała jej przyjąć z taką gromadką, a ona sama na siebie i dzieci nie zapracuje, bo tylko nikły procent kobiet tutaj wykonuje pracę zawodową. Więc Abdu ma taki właśnie plan: jak obecna żona będzie miała już 3-4 dzieci, to kontrakt, który podpisał z jej rodzicami oficjalnie złamie, pojmując kolejną żonę, a Nana się nie będzie mogła temu sprzeciwić, bo nie będzie miała jak utrzymać dzieci.
Takie spotkania są szalenie interesujące, bo w ten sposób można się dowiedzieć prawdziwych historii ludzi, którzy tutaj żyją. Abdu, mimo że posiada 2 oberże i kilka domów, wcale nie jest zamożnym człowiekiem, bo jest niestety jedynym synem w swojej rodzinie, więc na nim spoczywa utrzymanie rodziców i pozostałych niezamężnych sióstr. Zaczęliśmy Abdu i Nanie pokazywać zdjęcia, które mamy na laptopie z naszego mieszkania, urodzin, wesel itp., żeby im też przybliżyć trochę naszą odmienną kulturę. Oglądanie zdjęć skończyło się na tym, że Abdu chciał kupić większość naszych koleżanek na kolejne żony (maksymalna kwota sięgnęła nawet 200 wielbłądów za Karolinę:). Nana nie pozostała mężowi dłużna i chciała w pakiecie kupić Michała i Mikusia za 40 wielbłądów. A jak zobaczyła tors Mikusia, to aż piszczała z uciechy:)
Nasz wesoły wieczór zakończył się późno, ale takich chwil nie warto skracać, bo pozostawiają niezapomniane wrażenia. Jutro z samego rana ruszamy z powrotem do Nawakszut.

26 grudnia – Ouadane






Pojechaliśmy dziś do oddalonego o 140km od Chinguetti miasteczka Ouadane. Droga była okropna, po garbach na drodze nie dało się po prostu jechać. Często zjeżdżaliśmy na bok, widząc ślady innych samochodów, które też próbowały omijać ten koszmar, żeby im się auta nie rozleciały. Dobrze, że dzień wcześniej przymocowaliśmy drutami kratę wlotu powietrza z przodu samochodu, która nam się trochę już obluzowała, bo na pewno by na tej drodze odpadła. A i tak puścił nam jakiś spaw w tłumiku albo dziurę zrobiliśmy o jakiś kamień, bo Montek wydaje dźwięki jak po home tuningu.
Miasteczko Ouadane to kolejna oaza. Została założona w XII wieku przez Berberów i przez wiele wieków stanowiła ważny punkt tranzytowy dla karawan przewożących złoto, sól i daktyle. Do dziś zachowały się bardzo malownicze ruiny starego miasta. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na mały obiad w przydrożnej restauracji. Zaserwowali nam lokalny przysmak: ksour – naleśnik na słono, zrobiony z ciemnej mąki, podawany z gulaszem warzywno-mięsnym. Bardzo pyszna potrawa. Jeszcze chyba tego nie pisaliśmy, ale w tej części świata (jak i zresztą w Azji), ziemniak traktowany jest jako zwykłe warzywo, na równi z marchewką czy kapustą, tak więc występuje jako składnik wszelkich warzywnych mieszanek. Te z kolei je się z ryżem, chlebem czy innymi tzw. 'zapychaczami', ale ziemniak w tej roli nie występuje.
Niestety do Chinguetti musieliśmy wracać tą samą koszmarną drogą, chyba że zdecydowalibyśmy się na wzięcie przewodnika, który by nam wskazał drogę przez pustynię, ale po przygodach w parku mamy na razie dość jeżdżenia po piasku.
Wieczór spędziliśmy znów u Aishy, jedząc tym razem tagine z kozy. Jednak części kozy, które zostały użyte do przygotowania potrawy odbiegają od tego, co jestem w stanie przełknąć i na Filipa talerzu wylądowały jelita, ogon i inne dziwne kawałki kozy. Filip dzielnie poradził sobie z jedzeniem i pokazał zadowolonej gospodyni pusty talerz. Jak do tej pory, to było nasze najgorsze jedzenie. W kolacji uczestniczyli też dwaj Amerykanie, podróżujący po świecie od 10 miesięcy. Dali nam kilka cennych rad dotyczących Mali, skąd właśnie przyjechali.
Na nocleg zostaliśmy zaproszeni do Ahmeda, z którym jutro mamy się udać na wycieczkę po pustyni na wielbłądach, do oazy, gdzie podobno jest basen!
Domostwo Ahmeda okazało się bardzo tradycyjne – układ podobny jak u Aishy. Spaliśmy w dużym pokoju, chyba gościnnym, gdzie czuło się mocno zapach kóz, a much latało setki. Wychodek, gdzie mieliśmy się też myć, odstraszył nas od wszelkich ablucji i zadowoliliśmy się wilgotnymi chusteczkami dla niemowląt, których na szczęście wielką paczkę wzięliśmy z domu.

25 grudnia - Chinguetti






Rankiem opuściliśmy Nawakszut w kierunku północnym na płaskowyż Adrar. Czytając relacje innych wypraw, które odbyły się na tych terenach, to właśnie tam najwięcej samochodów miało problemy z przegrzewaniem się. W porze gorącej temperatury przekraczają 50 stopni w cieniu. Na szczęście my jesteśmy w Mauretanii w najchłodniejszym okresie i na płaskowyżu Adrar temperatury spadają tylko do 35 stopni, a w nocy nawet do 20. Tak więc Montek nie miał problemów z wysoką temperaturą i dzięki temu dotarliśmy sprawnie do celu. Jedyną niedogodnością była sama droga, która za miejscowością Atar z asfaltowej przechodzi w szutrowo-żwirowo-laterytową, a jej główną cechę stanowi tzw. tarka w poprzek drogi, co czyni jazdę uciążliwą dla pasażerów i zabójczą dla zawieszenia samochodu. Na dość krótkim odcinku droga jest pokryta asfaltem (wspina się mocno w górę) – i tu ciekawostka: zrobili ją Chińczycy w zamian za prawo połowu ryb w Mauretanii.
Do miasta docelowego, którym jest Chinguetti dotarliśmy po 7 godzinach jazdy. Ta miejscowość swego czasu stanowiła perłę tej ziemi, będąc VII najważniejszym miastem islamu, gdzie mieściło się 25 szkół koranicznych oraz 12 meczetów, a każda karawana (niektóre liczące nawet do 30 000 wielbłądów) zatrzymywała się w tej oazie. Miasto słynie też z kilku bibliotek przechowujących stare islamskie inkunabuły. W okresie prosperity żyło tam 20 000 mieszkańców. Dziś pozostało już tylko 1500 osób, które żyją głównie z turystyki. Niestety ta ostatnia od zeszłego roku mocno podupadła. Do 2007 z Francji były regularne tanie loty do Ataru (80km dalej) i stamtąd Francuzi tłumnie jeździli na zorganizowane wycieczki do Chinguetti i innych pobliskich osad. Jednak zeszłoroczne zabójstwo czwórki francuskich turystów na terytorium Mauretanii, późniejsze ataki tych samych muzułmańskich ekstremistów na wojska mauretańskie na pustyni, czego skutkiem było odwołanie rajdu Paryż-Dakar, spowodowało, że Francuzi momentalnie wstrzymali prawie wszystkie wycieczki do Mauretanii, pomimo tego, że ekstremiści jak na razie zostali uciszeni. Małe miejscowości, jak właśnie Chinguetii, bardzo na tym cierpią.
Spacerując po starym mieście, które w przewodniku zostało bardzo barwnie opisane, a w rzeczywistości okazało się raczej zbieraniną budynków zbudowanych z kamienia, gliny i łajna, posiadających tylko drzwi od strony ulicy, zaczepił nas pewien mężczyzna, który zaproponował nam domowe jedzenie po dobrej cenie. Oczywiście z takiej okazji należy skorzystać. Umówiliśmy się, że za godzinę, po zwiedzeniu starego miasta, przyjdziemy we wskazane miejsce. Tak też zrobiliśmy. Ahmed zabrał nas do domu swojej znajomej - Aishy. Okazało się, że te wszystkie drzwi, które widać z ulicy są drzwiami na podwórka. Wokół takiego podwórka są wejścia do różnych pomieszczeń mieszkalnych oraz dla zwierząt, pośrodku ujęcie wody, w rogu toaleta itp. Ahmed zaprowadził nas do jednego z pokoi. Gliniana podłoga przykryta dywanem, gołe, gliniane ściany. Nie używa się tutaj stołów i krzeseł, jedzenie spożywa się na podłodze, opierając się o poduszki, a śpi się albo bezpośrednio na ziemi albo na materacu. Jako wyposażenie służyła półka zrobiona, jakżeby inaczej – z gliny. Często w pokojach nie ma okien, a jeżeli są, to są malutkie i położone blisko ziemi. Gospodyni Aisha zaserwowała nam kuskus z kurczakiem i warzywami (raczej średni), a na deser herbatę. Najlepsze miało nastąpić: Aisha wyciągnęła bęben i zaczęła grać. Ubrali mi na głowę turban, założyli kaftan i zaczęłam tańczyć z córką Aishy. W następnej kolejności udało im się nawet wyciągnąć Filipa, który tańczył z mężczyznami (w międzyczasie dołączył do nas jeszcze Włoch). To nie lada wyczyn, biorąc pod uwagę jego zamiłowanie do tańca. Po sesji tanecznej gospodarze poprosili nas o zaśpiewanie jakiejś polskiej piosenki. A jako, że to czas świąteczny, zaśpiewaliśmy kilka kolęd. Na koniec Aisha zaproponowała zrobienie mi malunków z henny na dłoniach, ale nie będąc zwolenniczką tego typu 'makijażu dłoni' wymyśliłam w żartach, żeby Filip kazał sobie namalować „R” (dla niewtajemniczonych – symbol jego ukochanej drużyny piłkarskiej). Oczywiście Filipowi pomysł się bardzo spodobał. Miał nawet przy sobie naklejkę z logo klubu, która posłużyła jako wzór. I tym sposobem Aisha po raz pierwszy robiła mężczyźnie hennę, i to nie byle jaką:) Na koniec Filip podarował jej naklejkę (wlepka z napisem 'Ruch Pany'), a ona przykleiła ją na honorowym miejscu na ścianie w pokoju, obok zdjęć swojej rodziny!! Powiedziała, że każdemu gościowi będzie teraz ten prezent pokazywała. Filip w zamian za swój upominek dostał od niej szal, z którego można zrobić turban. Przesympatyczny wieczór. Na jutro umówiliśmy się znów na kolację i spotkanie, pomimo nie najlepszej kuchni Aishy.