niedziela, 28 grudnia 2008

26 grudnia – Ouadane






Pojechaliśmy dziś do oddalonego o 140km od Chinguetti miasteczka Ouadane. Droga była okropna, po garbach na drodze nie dało się po prostu jechać. Często zjeżdżaliśmy na bok, widząc ślady innych samochodów, które też próbowały omijać ten koszmar, żeby im się auta nie rozleciały. Dobrze, że dzień wcześniej przymocowaliśmy drutami kratę wlotu powietrza z przodu samochodu, która nam się trochę już obluzowała, bo na pewno by na tej drodze odpadła. A i tak puścił nam jakiś spaw w tłumiku albo dziurę zrobiliśmy o jakiś kamień, bo Montek wydaje dźwięki jak po home tuningu.
Miasteczko Ouadane to kolejna oaza. Została założona w XII wieku przez Berberów i przez wiele wieków stanowiła ważny punkt tranzytowy dla karawan przewożących złoto, sól i daktyle. Do dziś zachowały się bardzo malownicze ruiny starego miasta. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na mały obiad w przydrożnej restauracji. Zaserwowali nam lokalny przysmak: ksour – naleśnik na słono, zrobiony z ciemnej mąki, podawany z gulaszem warzywno-mięsnym. Bardzo pyszna potrawa. Jeszcze chyba tego nie pisaliśmy, ale w tej części świata (jak i zresztą w Azji), ziemniak traktowany jest jako zwykłe warzywo, na równi z marchewką czy kapustą, tak więc występuje jako składnik wszelkich warzywnych mieszanek. Te z kolei je się z ryżem, chlebem czy innymi tzw. 'zapychaczami', ale ziemniak w tej roli nie występuje.
Niestety do Chinguetti musieliśmy wracać tą samą koszmarną drogą, chyba że zdecydowalibyśmy się na wzięcie przewodnika, który by nam wskazał drogę przez pustynię, ale po przygodach w parku mamy na razie dość jeżdżenia po piasku.
Wieczór spędziliśmy znów u Aishy, jedząc tym razem tagine z kozy. Jednak części kozy, które zostały użyte do przygotowania potrawy odbiegają od tego, co jestem w stanie przełknąć i na Filipa talerzu wylądowały jelita, ogon i inne dziwne kawałki kozy. Filip dzielnie poradził sobie z jedzeniem i pokazał zadowolonej gospodyni pusty talerz. Jak do tej pory, to było nasze najgorsze jedzenie. W kolacji uczestniczyli też dwaj Amerykanie, podróżujący po świecie od 10 miesięcy. Dali nam kilka cennych rad dotyczących Mali, skąd właśnie przyjechali.
Na nocleg zostaliśmy zaproszeni do Ahmeda, z którym jutro mamy się udać na wycieczkę po pustyni na wielbłądach, do oazy, gdzie podobno jest basen!
Domostwo Ahmeda okazało się bardzo tradycyjne – układ podobny jak u Aishy. Spaliśmy w dużym pokoju, chyba gościnnym, gdzie czuło się mocno zapach kóz, a much latało setki. Wychodek, gdzie mieliśmy się też myć, odstraszył nas od wszelkich ablucji i zadowoliliśmy się wilgotnymi chusteczkami dla niemowląt, których na szczęście wielką paczkę wzięliśmy z domu.

25 grudnia - Chinguetti






Rankiem opuściliśmy Nawakszut w kierunku północnym na płaskowyż Adrar. Czytając relacje innych wypraw, które odbyły się na tych terenach, to właśnie tam najwięcej samochodów miało problemy z przegrzewaniem się. W porze gorącej temperatury przekraczają 50 stopni w cieniu. Na szczęście my jesteśmy w Mauretanii w najchłodniejszym okresie i na płaskowyżu Adrar temperatury spadają tylko do 35 stopni, a w nocy nawet do 20. Tak więc Montek nie miał problemów z wysoką temperaturą i dzięki temu dotarliśmy sprawnie do celu. Jedyną niedogodnością była sama droga, która za miejscowością Atar z asfaltowej przechodzi w szutrowo-żwirowo-laterytową, a jej główną cechę stanowi tzw. tarka w poprzek drogi, co czyni jazdę uciążliwą dla pasażerów i zabójczą dla zawieszenia samochodu. Na dość krótkim odcinku droga jest pokryta asfaltem (wspina się mocno w górę) – i tu ciekawostka: zrobili ją Chińczycy w zamian za prawo połowu ryb w Mauretanii.
Do miasta docelowego, którym jest Chinguetti dotarliśmy po 7 godzinach jazdy. Ta miejscowość swego czasu stanowiła perłę tej ziemi, będąc VII najważniejszym miastem islamu, gdzie mieściło się 25 szkół koranicznych oraz 12 meczetów, a każda karawana (niektóre liczące nawet do 30 000 wielbłądów) zatrzymywała się w tej oazie. Miasto słynie też z kilku bibliotek przechowujących stare islamskie inkunabuły. W okresie prosperity żyło tam 20 000 mieszkańców. Dziś pozostało już tylko 1500 osób, które żyją głównie z turystyki. Niestety ta ostatnia od zeszłego roku mocno podupadła. Do 2007 z Francji były regularne tanie loty do Ataru (80km dalej) i stamtąd Francuzi tłumnie jeździli na zorganizowane wycieczki do Chinguetti i innych pobliskich osad. Jednak zeszłoroczne zabójstwo czwórki francuskich turystów na terytorium Mauretanii, późniejsze ataki tych samych muzułmańskich ekstremistów na wojska mauretańskie na pustyni, czego skutkiem było odwołanie rajdu Paryż-Dakar, spowodowało, że Francuzi momentalnie wstrzymali prawie wszystkie wycieczki do Mauretanii, pomimo tego, że ekstremiści jak na razie zostali uciszeni. Małe miejscowości, jak właśnie Chinguetii, bardzo na tym cierpią.
Spacerując po starym mieście, które w przewodniku zostało bardzo barwnie opisane, a w rzeczywistości okazało się raczej zbieraniną budynków zbudowanych z kamienia, gliny i łajna, posiadających tylko drzwi od strony ulicy, zaczepił nas pewien mężczyzna, który zaproponował nam domowe jedzenie po dobrej cenie. Oczywiście z takiej okazji należy skorzystać. Umówiliśmy się, że za godzinę, po zwiedzeniu starego miasta, przyjdziemy we wskazane miejsce. Tak też zrobiliśmy. Ahmed zabrał nas do domu swojej znajomej - Aishy. Okazało się, że te wszystkie drzwi, które widać z ulicy są drzwiami na podwórka. Wokół takiego podwórka są wejścia do różnych pomieszczeń mieszkalnych oraz dla zwierząt, pośrodku ujęcie wody, w rogu toaleta itp. Ahmed zaprowadził nas do jednego z pokoi. Gliniana podłoga przykryta dywanem, gołe, gliniane ściany. Nie używa się tutaj stołów i krzeseł, jedzenie spożywa się na podłodze, opierając się o poduszki, a śpi się albo bezpośrednio na ziemi albo na materacu. Jako wyposażenie służyła półka zrobiona, jakżeby inaczej – z gliny. Często w pokojach nie ma okien, a jeżeli są, to są malutkie i położone blisko ziemi. Gospodyni Aisha zaserwowała nam kuskus z kurczakiem i warzywami (raczej średni), a na deser herbatę. Najlepsze miało nastąpić: Aisha wyciągnęła bęben i zaczęła grać. Ubrali mi na głowę turban, założyli kaftan i zaczęłam tańczyć z córką Aishy. W następnej kolejności udało im się nawet wyciągnąć Filipa, który tańczył z mężczyznami (w międzyczasie dołączył do nas jeszcze Włoch). To nie lada wyczyn, biorąc pod uwagę jego zamiłowanie do tańca. Po sesji tanecznej gospodarze poprosili nas o zaśpiewanie jakiejś polskiej piosenki. A jako, że to czas świąteczny, zaśpiewaliśmy kilka kolęd. Na koniec Aisha zaproponowała zrobienie mi malunków z henny na dłoniach, ale nie będąc zwolenniczką tego typu 'makijażu dłoni' wymyśliłam w żartach, żeby Filip kazał sobie namalować „R” (dla niewtajemniczonych – symbol jego ukochanej drużyny piłkarskiej). Oczywiście Filipowi pomysł się bardzo spodobał. Miał nawet przy sobie naklejkę z logo klubu, która posłużyła jako wzór. I tym sposobem Aisha po raz pierwszy robiła mężczyźnie hennę, i to nie byle jaką:) Na koniec Filip podarował jej naklejkę (wlepka z napisem 'Ruch Pany'), a ona przykleiła ją na honorowym miejscu na ścianie w pokoju, obok zdjęć swojej rodziny!! Powiedziała, że każdemu gościowi będzie teraz ten prezent pokazywała. Filip w zamian za swój upominek dostał od niej szal, z którego można zrobić turban. Przesympatyczny wieczór. Na jutro umówiliśmy się znów na kolację i spotkanie, pomimo nie najlepszej kuchni Aishy.

środa, 24 grudnia 2008

24 grudnia – Wigilia



Jak przystało na Wigilię, postanowiliśmy zjeść dziś kolację choć trochę przypominającą naszą polską, czyli składającą się z ryby, bo inne potrawy z naszych tradycyjnych dań są tutaj absolutnie niedostępne. Mieliśmy przygotowane przepyszne domowe pierniczki, które Monika piecze co roku na święta i nas obdarowuje, ale niestety – zostały przez zapomnienie w domu! I gdyby nie to, że przypomniało nam się o tym dopiero pod granicą niemiecką, na pewno wrócilibyśmy po nie. Tak więc została nam tylko ryba. W tym celu po południu (rano załatwialiśmy wizę do Mali – 1-miesięczna, 20E oraz spacerowaliśmy po stolicy) udaliśmy się na targ rybny w porcie. Przeżycie zapachowe naprawdę mocne. Wizualnie – zobaczcie sami powyżej. Dziesiątki gatunków ryb, sprzedawcy, najpewniej rybacy, którzy przed chwilą te ryby łowili, przekrzykiwali się wzajemnie, tasakami odcinali głowy rybom, zachwalali towar. Filip po długich targach dokonał zakupu ok. półmetrowej ryby (nie mamy pojęcia co to było, może Maciek i Jasiu po zdjęciu poznają) oraz kalmarów. Wcześniej zapytaliśmy kucharza w naszym hoteliku czy będzie mógł nam przygotować jakieś danie, jeżeli damy mu składniki. Przywieźliśmy więc nasz nabytek kucharzowi, a my w międzyczasie udaliśmy się na zasłużoną toaletę Montka. Po eskapadzie do parku z zewnątrz był calutki pokryty brudem, a w środku wszystko kleiło się od kurzu. Niech ma prezent na Gwiazdkę:) Ciekawostka – po przejechaniu 144km w ciężkim terenie, na napędzie na 4 koła, średnie spalanie wyszło w okolicach 12,6l/100km.
Do kolacji zasiedliśmy w okolicach pojawienia się pierwszej gwiazdki, czyli tutaj około 19:30. Zdjęciami udokumentowaliśmy tę egzotyczną wieczerzę. Jako że Mauretania jest krajem w 99% muzułmańskim, atmosfery świątecznej nie odczuliśmy tutaj w ogóle, oprócz momentów spoglądania do bloga na Wasze życzenia:) Kolację uprzyjemniał nam śpiew mułły wzywający do modłów wszystkich wiernych... Kulinarnie nasza potrawa wigilijna różniła się mocno od tego, czym dziś zastawione były polskie stoły. Potrawę, którą przygotował nam kucharz nazywa się tutaj, podobnie jak w Maroku, tagine – czyli mieszanka warzyw z dodatkiem w tym wypadku ryby i kalmarów, zapiekana w glinianym naczyniu. Papryka, pomidory, ziemniaki, ciecierzyca, groszek, marchewka, cebula z dodatkiem przypraw stworzyła świetną kompozycje, w której na plan pierwszy wybijał się smak kuminu (kmin rzymski), jednej z naszych najbardziej ulubionych przypraw. Może nie była to taka standardowa kolacja wigilijna, dla nas jednak była to namiastka tradycji. A jako, że monotonii nie lubimy była to całkiem fajna odmiana. Jako opłatek posłużyła nam bagietka (Szole, dzięki za pomysł).
Teraz właśnie niemiaszki zaprosili nas do choinki. Przywieźli ją ze sobą (plus sporo alkoholu) starym mercedesem 124 i jeszcze starszą BMW z przyczepką. Tak więc bierzemy nasze marokańskie wino i idziemy się przyłączyć.
Jutro ruszamy w kierunku oaz na pustyni, jednak podobno teraz ma to już być normalna asfaltowa droga, nie na azymut przez pustynię. Inshallah....

23 grudnia - In Montek we trust!









Pobudka o 6:14 rano, żeby się przygotować do wypłynięcia łodzią o godzinie 7. Oczywiście z 7 robi się 8, bo nasi łódkowi macherzy mają czas i od 6:50 kwitniemy czekając aż ktoś się zjawi. Łódź, którą mamy wypłynąć, to prawdziwa tradycyjna łódź rybacka, zwana lanche, około 20-metrowa, z żaglem, oczywiście ręcznie szytym. W środku sieci, pełno łusek i miły zapaszek rybny. Nasi majtkowie to 2 młodych lokalnych chłopaków, to prawdopodobnie Haratyni. Po francusku znali słowo bon i pas bon, więc nasza konwersacja odbywała się na migi. Wytłumaczyliśmy im na mapie, dokąd chcielibyśmy pojechać, oni mądrze kiwali głowami, że rozumieją. Po 'wystartowaniu' łódki, okazało się, że te wysepki, do których chcielibyśmy dotrzeć, nie są w zasięgu jednodniowej wycieczki, bo nasz wehikuł wodny poruszał się z prędkością maksymalnie 3-4km na godzinę. Na szczęście ptaki można zaobserwować i na bliższych mieliznach i wysepkach. Do Parku Banc D'Arguin emigrują ptaki z całej Europy oraz część z Ameryki Północnej. Można tam wypatrzeć kilkadziesiąt gatunków, z których dla nas najbardziej atrakcyjne są flamingi, i tak też wytłumaczyliśmy majtkom, że mają płynąć w okolice, gdzie można spotkać flamingi. Po jakiś 3 godzinach pływania, dotarliśmy do wysepki, gdzie brodziły w wodzie czaple, pływały kormorany i pelikany oraz pomniejsze ptaszki. Akurat te ptaki to dla nas nie nowość, bo w tym roku widzieliśmy ich całe mnóstwo w Delcie Dunaju w Rumunii (Ula i Krzysiu – tym razem nie było tak strasznie zimno, wystarczył tylko polar:). A flamingów jak nie było, tak nie ma. Widząc porywające tempo naszej łodzi, nie wiedzieliśmy jakie są szanse, żeby dopłynąć gdziekolwiek, gdzie można zobaczyć te różowe ptaki. A czas coraz bardziej nas naglił, bo mając na uwadze wczorajszą eskapadę, chcieliśmy mieć przynajmniej 3 godziny na przejazd przez pustynię z powrotem do drogi głównej, zanim zapadnie zmrok. Ale mieliśmy szczęście – w trasie powrotnej udało nam się zobaczyć parę niewielkich grup flamingów brodzących w wodzie. Nie było to to, na co miałam nadzieję – całe klucze lecących flamingów, bądź bardzo gromadnie brodzących przy brzegu, ale zawsze coś... Widać po takie widoki trzeba się udać do Miami albo jeziora Nakuru w Kenii. Najprzyjemniejszą częścią wycieczki było gotowanie przez naszych majtków ryb oraz ryżu, a także częstowanie nas raz po raz świeżo przygotowaną herbatą. Po 8 godzinach pływania dotarliśmy, już trochę zaniepokojeni późną godziną, do osady, w której czekał na nas Montek. Szybko uregulowaliśmy należność za łódkę oraz spanie w namiocie i ruszyliśmy w drogę powrotną, która wg słów mieszkańca osady, miała trwać około 2 godzin. Przy wyjeździe udało nam się znaleźć świeże ślady samochodu, który jechał na ten sam azymut, co my, i postanowiliśmy się ich trzymać. Były momenty, że ślady stawały się mniej wyraźne, ale cały czas udawało się je odnaleźć. Na twardszych odcinkach Filip rozwijał prędkość do 90km/h! Czuliśmy się trochę jak na rajdzie Paryż-Dakar. Niesamowite przeżycie. W pewnym momencie, jadąc przez dość głębokie piaski, Montek zaczął się dość mocno nagrzewać. Jak tylko dotarliśmy do twardszego i płytszego fragmentu, zatrzymaliśmy się, nie wyłączając silnika Filip otworzył klapę, a ja włączyłam ogrzewanie. Temperatura szybko spadła. Postanowiliśmy na ogrzewaniu jechać już do końca, żeby nie ryzykować ponownego przegrzania w nieodpowiednim momencie, gdzie zatrzymanie groziłoby zakopaniem się. W pewnym momencie dotarliśmy nawet do drogowskazu pustynnego, który upewnił nas, że jedziemy w dobrą stronę. Chwilę za tym drogowskazem zaczynały się coraz wyższe wydmy, i gdyby nie pewność, że jak jest drogowskaz i są ślady kół, to to musi być dobra droga, chyba byśmy się wycofali. Wjeżdżaliśmy na wysoką wydmę, typu tych, które są na obrazkach przedstawiających prawdziwą pustynię. Montek ciągnął uparcie w górę, Filip kurczowo trzymał kierownicę i koncentrował się na podjeździe, ja trzymałam się rączki na drzwiach bocznych, cała blada, wiedząc czym grozi zakopanie się w piachu w tym momencie. Ale oczywiście Montek i Filip dali radę, wjechaliśmy i zjechaliśmy z wydmy, a za parę kilometrów ukazała się już droga asfaltowa, która była naszym celem. Jechaliśmy godzinę tylko, pokonując 57km po pustyni. Na koniec dopompowaliśmy z powrotem opony, trochę poukładaliśmy graty, które się mocno poprzemieszczały podczas podskoków samochodu i ruszyliśmy w 240km trasę do stolicy – Nawakszut. Po 3 godzinach jazdy dotarliśmy do celu i znaleźliśmy super zajazd, w którym zatrzymują się głównie offroadowcy. Mają tutaj nawet WiFi! Wyczerpani, zmyliśmy z siebie piaski Sahary i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.

22 grudnia – Operacja „Pustynna burza”







Ruszyliśmy z małym poślizgiem, ale udało nam się rano wysłać trochę info na bloga, a poza tym znaleźliśmy informację turystyczną odnośnie naszej planowanej wizyty w Parku Narodowym Banc d'Arguin (co nie było łatwe, bo się przenieśli i w przewodniku były stare dane). Okazało się, że musimy przejechać około 230km w stronę stolicy i później odbić w Saharę. Ja sobie, nie wiem dlaczego ubzdurałem, że ma to być tylko 7km po Saharze, więc zero stresiku. Jak dojechaliśmy do „rozjazdu” to Ala powiadomiła mnie po rozmowie ze strażnikiem, że mamy do przebycia około 50km po pustyni! (komentarz Ali: już po rozmowie w informacji turystycznej i zobaczeniu mapy wiedziałam, że to ma być ok. 50km, ale po co Filipa zawczasu stresować, jeszcze by nie chciał mnie do tych ptaków zawieźć...:) W tym momencie ciśnienie trochę skoczyło, no ale byliśmy już za daleko żeby się wycofać. W informacji zaopatrzyliśmy się w dość szczegółową mapę parku 1:200 000, mieliśmy także kompas, więc ekwipaż się nadawał. Po przejechaniu chyba z 400m i zgubieniu śladów tej „oczywistej” drogi wróciliśmy do naszego strażnika, który już wcześniej oferował nam przewodnika. Zawołał jakiegoś ludka i zaczęła się rozmowa o cenie. Chłopina zawołał 50E, a po kilku minutach obniżył do 40E twierdząc, że za mniej nie pojedzie, bo nie ma jak później wrócić. No ale to jednak nadal za wiele, a poza tym ta droga ma być oczywista. No nic, raz kozie śmierć. Decydujemy się, że jedziemy sami, a ja po wcześniejszej przygodzie z piachem, wiedziałem że to będzie droga przez mękę. Zaczęliśmy od wyłączenia muzyki, a ciśnienie zaczynało być coraz większe. A propos ciśnienia, to spuściliśmy trochę powietrza z kół i Montek zdecydowanie lepiej zaczął przebijać się przez piach. Mieliśmy znaczny zapas wody, a to najważniejsze. Oczywiście już po kilku kilometrach zupełnie potraciliśmy ślady i zaczęliśmy się kierować kompasem. Ślady pojawiały się i znikały. Po przejechaniu 30km dojechaliśmy do namiotu, przy którym stał pick-up. Właściciel powiadomił nas że do „naszej” osady jest jeszcze 50km i nie jedziemy w najlepszym kierunku! No czole zaczęły się gęsto pojawiać krople potu. Przejechaliśmy 30km, a dystans w rzeczywistości się nie zmniejszył. To już zupełnie nie było śmieszne, a wizja zakopania się Montka w tym piachu, przysparzała mi siwych włosów. Montek ciągnął na cztery koła, w kabinie było coraz cieplej, a najgorsze było to, że zachód słońca też nie był naszym sprzymierzeńcem. Robiło się coraz ciemniej. Ala starała się nas prowadzić trochę po mało widocznych śladach, trochę na azymut, wiedząc, że na zachodzie jest ocean i prędzej czy później, jadąc w linii prostej, musimy do niego dojechać. W niektórych momentach moc i prędkość samochodu znacznie spadała i musiałem żyłować naszego biedaka na wysokich obrotach na drugim biegu. Prawdę mówiąc jazda po piachu szła mi już lepiej niż za pierwszym razem, co nie oznacza, że było to dla mnie przyjemnością. W sumie to dość ciężka praca fizyczna, gdzie kierownicę trzeba trzymać z całych sił i mocno kontrować, gdyż koleiny w piasku rzucały samochodem na wszystkie strony. Kilka razy wyskoczyliśmy na wydmach dość konkretnie uderzając głowami w podsufitkę, ja jednak wolałem jechać szybciej, niż zakopać się w piachu. W aucie wszystko zaczęło zgrzytać i piszczeć, ja już słyszałem jakieś stukania w zawieszeniu, ale to chyba raczej strach i imaginacja wzięły górę, jak to mawiał nasz kolega. Jechaliśmy dalej, a oceanosa jak nie było tak nie ma. Po drodze spotkaliśmy jeszcze pasterzy owiec czy wielbłądów (cholera wie czego) którzy wskazali nam niby kierunek, a my ich za to obdarowaliśmy misiami sagowymi, pocztówkami z miasta Ruda Ślaska i innymi gadżetami – zdjęcie powyżej. Niestety na wiele się to nie zdało. Już w zasadzie pogodzeni z nocą na pustyni zobaczyliśmy wreszcie ocean!!!! Hurra! Wspaniale, teraz jeszcze tylko trzeba znaleźć jedną z osad! Teraz już kompletnie nie zależało nam na tej zaplanowanej na początku, każda będzie dla nas zbawieniem! Jedziemy w lewo, ocean mamy po prawej są całkiem wyraźne ślady, ale Montek zaczyna się coraz głębiej zapadać. Natychmiast podejmuję decyzję o odwrocie. Piasek jest znacznie ciemniejszy i wilgotny, a to oznacza, że jest odpływ i jeszcze niedawno pod nami była woda. Taki teren zdecydowanie do mnie nie przemawia i wycofujemy się. Ogólnie dochodzimy do wniosku, że powinniśmy jechać jednak w drugą stronę, więc zawracamy i ruszamy. Po przejechaniu kilku km, znów zmiana decyzji. Wracamy i jedziemy tak jak wcześniej. Cały czas mamy ocean to po prawej, to po lewej w zależności od tego, w którą stronę się kierujemy. W zasadzie spędzenie nocy w aucie na wiele się nie zda, bo rano nadal nie będziemy wiedzieli, gdzie jechać. Teoretycznie i w prawo i w lewo powinniśmy wzdłuż oceanu dojechać do jakiejś osady, ale na pustyni to chyba wszystko jest teoretycznie. Tym razem już wytrwale jedziemy wzdłuż wody, mając ją po prawej. Zaczyna szarzeć za oknem. Moja myśl jest tylko jedna, kiedy to się ku..a skończy!!!! Już mam serdecznie dość tej piep.....j pustyni! Piach wdziera się wszędzie. Czuję, że jest mi coraz cieplej, pomimo tego, że na dworze się ochładza. Dla nich oczywiście ta droga miała być jasna i czytelna, a my już po kilkunastu kilometrach byliśmy w ciemnej du..e, to znaczy na środku pustyni, bez żadnego punktu odniesienia. W sumie wydawało się, że cały czas jedziemy do przodu, a pewnie z lotu ptaka było dopiero widać jak kluczymy. Na pustyni utrzymywanie kierunków jest strasznie złudne. A ja sobie pomyślałem: zamiast pić piwo spokojnie w Sopocie na molo to tobie debilu się zachciewa ekscesów! Najlepiej jak się teraz zakopiesz, i nawet sto kameli tego 2,5–tonowego smoka z piasku nie wyciągnie! Albo urwij koło na tych wydmach! No piękne wizje.....Cholera, kiedy to się skończy!!!! Mamusiu ja już będę grzeczny, tylko niech się ta cholerna pustynia już skończy....A licznik pokazuje przejechanych już ponad 80km! Jak dobrze, że mamy jeszcze sporo paliwa w baku i 60litrow w baniakach! Jedziemy kolejne kilometry już zupełnie nic nie mówiąc do siebie, każde w duchu modląc się o dotarcie do jakiejś ludzkiej osady. Atmosfera jest gęsta i strach jest naszym trzecim pasażerem. Nagle pada pytanie, co to jest, czy to nie jakiś namiot? Jedziemy kolejne kilkaset metrów, tak to chyba jakaś osada. Jest nadzieja, nadzieja zawsze umiera ostatnia! Jest, patrz, bocian, bocian, jak on żyje to i my możemy!!!! Lamia ściągaj te pilotkę!!!! Jest, jest, wspaniale, fantastycznie, idealnie (pewnie można tu jeszcze sto przymiotników dać, ale żaden z nich nie odda tej olbrzymiej ulgi, radości i tego pięknego uczucia jakie nam towarzyszy – dokładnie coś takiego jak Maks i Albert mieli w Seksmisji jak bociana zobaczyli – te namioty to dla nas właśnie taki bocian). Dojechaliśmy, a na dworze już zmrok. Licznik samochodu pokazuje 87km, ale to już wszystko nieważne. Nieważne, że to nie jest ta osada, do której chcieliśmy dojechać. Nasza znajduje się kilkanaście kilometrów na północ wzdłuż oceanu (nie, nie, nie będziemy się starali do niej dojechać. No fucking way! ). Ale to już wszystko nieważne, tutaj też są namioty i można wynająć łódkę za jedyne 60E (cena urzędowa – nienegocjowalna). Umawiamy się na 7:00 rano. Na horyzoncie pojawia się szakal. Wygląda w sumie jak krzyżówka psa z lisem (może przez ten ogon). Jemy jeszcze zaległą bagietkę. Dokonujemy wieczornej toalety, płucząc zęby płynem do ust i wycierając twarz i ręce wilgotna chusteczką. W ubraniach kładziemy się spać w namiotach nomadów. Jest 20:00. Dopada nas uczucie rozluźnienia i błogiego spokoju. Jest super jest super, więc o co ci chodzi........
Jutro ciężki dzień, bo chyba trzeba będzie wracać.......

poniedziałek, 22 grudnia 2008

492$ PKB per capita!


Parę słów o samej Mauretanii. W porównaniu z Marokiem przeskok cywilizacyjny jest bardzo duży. Tutaj zaczyna się prawdziwa Afryka. PKB na mieszkańca wynosi tylko 492USD i tę biedę widać na pierwszy rzut oka. Droga była na razie w dobrym stanie, ale ludzie żyją znacznie biedniej, miasteczko, do którego przyjechaliśmy na początku bardzo kontrastowało z marokańskimi miejscowościami. Bieda wynika głównie z położenia geograficznego. Nie mają niestety bogatych zasobów naturalnych – w latach 70 i 80-tych część przychodu kraju stanowiło wydobycie rud żelaza i miedzi, ale w dzisiejszych czasach główna gałąź słabo rozwiniętej gospodarki to rybołówstwo. Pozostałością po tamtych czasach jest linia kolejowa z miejscowości, gdzie były kopalnie, po której jeżdżą najdłuższe pociągi świata – pojedynczy pociąg może osiągnąć nawet do 2,3km długości!!! Widzieliśmy tylko taki króciutki, 124 wagony, więc to był na ich realia mini pociąg. Kraj ma 1 mln km2 powierzchni, a zamieszkuje go zaledwie 3 mln ludzi. 75% tej powierzchni zajmuje pustynia. Ciekawy jest podział etniczny kraju: 1/3 stanowią 'biali' Maurowie, 1/3 Haratyni – czarnoskórzy potomkowie niewolników trzymanych przez Maurów oraz ostatnie 1/3 – inni czarnoskórzy mieszkańcy. Ciekawostka – w 1980 roku w Mauretanii było 100 tysięcy niewolników! Wtedy to niewolnictwo zostało przez rząd oficjalnie zakazane, ale podobno do dziś zdarza się, że Maurowie trzymają Haratyńskich niewolników. Oczywiście najbogatsza część społeczeństwa to Maurowie. Jak na razie samochody, które tutaj królują to Mercedesy 190, ale w takim opłakanym stanie, że nie wiemy jak one w ogóle się poruszają po drogach: poobijane, bez zderzaków, czasem błotników, świateł – totalne wraki. Tak na pierwszy rzut oka 8 z 10 samochodów to właśnie 190-tki.
A propos wczorajszego jedzenia, to na kolana nie powaliło. Kalmary całkiem smaczne, filet z soli trochę bezpłciowy. Za to sałatka z pomidorów, ogórków, oliwek, salaty, marchewki, mango i jeszcze jakiegoś warzywa, zrobiona na słodko, wyśmienita! Będziemy dalej próbowali owoców morza, co Wam skrzętnie opiszemy. Zapłaciliśmy wczoraj 5tys UM razem z napojami, czyli jakieś 15E. Na koniec dostaliśmy trzy porcje mikro herbatki, ale za to tak mocnej i słodkiej, że aż ciarki przechodziły. Tutaj tradycją i obowiązkiem jest wypicie trzech szklaneczek (w sumie to 1/4 szklanki była wypełniona herbatą z pianką). Pierwsza szklaneczka jest za życie, druga za miłość, trzecia za śmierć. Czwartej można już odmówić:)
Ruszamy właśnie w stronę parku narodowego podglądać ptaki. Prawdę mówiąc nie liczymy tam na internet, więc kolejna relacja prawdopodobnie dopiero ze stolicy Nawakszut w okolicach Wigilii. Jeśli nie będzie okazji to chcieliśmy Wam życzyć Wesołych i spokojnych Świat!

niedziela, 21 grudnia 2008

Do Mauretanii











Jeszcze krótko o wczorajszym wieczorze. Większość restauracji zaczynała serwować jedzenie od 20, ale my wygłodzeni (przecież herbatnikami i innymi ciasteczkami jeszcze z Polski nie da się najeść) zdecydowaliśmy się na kolację w restauracji należącej do naszego hotelu. Jak się później okazało to był dobry wybór. Zamówiliśmy sałatkę marokańską (pomidory, cebula, jajko, oliwki, papryka), która była fantastycznie doprawiona kuminem (kmin rzymski), kotlet z baraniny tez świetny i bardzo smaczna potrawka z ośmiornicy. Do tego jako przystawka oczywiście bagietka z oliwkami. Całości dopełniła świetna zielona herbata mieszana z mięta i dużą ilością cukru. Tutaj to standard. Po posiłku zrobiliśmy sobie jeszcze spacer po Dakhli, której wcześniej opustoszałe ulice nagle wypełniły się młodzieżą, rożnymi sztandami, jadłodajniami i innymi cukierniami. Do pełnego zestawu brakowało tylko piwiarni:) Daminka, a dziewczyny pierwsza klasa, wyższa pólka bez obrzydzenia!
Wracajmy jednak do niedzieli. Wstajemy później, czyli koło 8. Jemy śniadanie i ruszamy w stronę Maretanii. Jeszcze dobrze nie ruszyliśmy, a ja postanowiłem wykąpać Montka w oceanosie. Aby zrealizować ten plan zjechałem z drogi na piasek, nagle zrobiło się bardzo grząsko i samochód zaczął niebezpiecznie zwalniać, szybko zdecydowałem, że wracamy na drogę. Niestety nie udało się dojechać do asfaltu, kiedy koła zaczęły boksować w piachu. Napęd na 4 koła oraz redukcja też nie pomagały, choć przednie koła już prawie łapały asfalt. Smród gumy uświadomił mi, że w ten sposób nie wyjedziemy. Wyszliśmy z samochodu, żeby ocenić sytuację, wyciągnęliśmy saperkę, ale zaraz zatrzymał się pick-up. Dwóch Marokańczyków żwawo ruszyło z pomocą, zaczęli odkopywać nas z piasku, podłożyli pod koła kawałek gumy oraz wyrwane kawałki krzewów rosnących przy drodze. Po kilku próbach Montek zaczął się powoli wytaczać z piachu. Fajne doświadczenie, ale na szczęście byliśmy blisko drogi, więc skończyło się tylko przygodą. Teraz już wiem, że jazda po piachu (plaża/pustynia) wymaga niezłych umiejętności, co oczywiście nie oznacza, że rezygnuję z wykąpania Montka w oceanosie:) Takie stare marzenie, żeby przejechać się autem po plaży.
Droga mija dość nudno, na szczęście krajobrazy rekompensują monotonię jazdy po pustej, pustynnej drodze. Po drodze mijamy Zwrotnik Raka i upamiętniamy go zdjęciem. Bez większych problemów i bez dodatkowych „kosztów” (patrz wczoraj) dojeżdżamy do granicy. Po drodze mijamy rowerzystę z Niemiec. Jego celem jest Gambia. Twardy zawodnik! Na granicy stoi kilka samochodów z „białkami” - Niemcy, Francuzi i Szkot. Procedura po stronie Marokańskiej zajmuje prawie godzinę. Ruszamy 3-kilometrowym kawałkiem ziemi niczyjej. Dokola wraki samochodow. Trzeba się trzymać drogi, bo ponoć teren jest zaminowany. Ale jak tu się trzymać czegokolwiek, jak drogi nie ma, a my jedziemy jako jedyny samochód. (powyżej zdjęcie z 'drogą' i kawałkiem naszego auta). W pewnym momencie dojeżdżamy do piaszczystego terenu, a ja nauczony porannym doświadczeniem postanawiam się wycofać. Oczywiście natychmiast znajdują się dwa samochody koło nas i bardzo mocno gestykulują, że nie mogę sobie tutaj tak jeździć, bo to niebezpiecznie i oni mnie chętnie za opłatą przeprowadzą. Ja już widzę na horyzoncie spotkanego wcześniej gościa, który mówi po rosyjsku (wcześniej zmieniliśmy u niego marokańskie Dirhamy na mauretańskie Ugija (UM), kurs 1E-325 UM). Pokazuje nam kierunek, poza tym inne auta już tamtędy jadą, więc się do nich podpinamy (Halinka na szczęście Twój czarny scenariusz o zepsuciu się Montka właśnie na tamtym terenie się nie spełnił:)
Granica mauretańska typowo afrykańska. Jakieś stare budy, pełno papierów i pieczątek (rowerzysta tez dojechał). Bez problemów dostajemy wizę na 15 dni (w sumie na 17 dni, bo nie policzył ani dzisiaj, ani ostatniego dnia – dla nas lepiej), po 20E od osoby. Oczywiście to nie koniec. Oficjele chcą od nas wydębić 'podatek' za samochód, ale dzięki uśmiechom Ali i opowieściom o nas, biednych studentach – udaje się uniknąć tej opłaty. Trzeba jeszcze zapłacić ubezpieczenie za auto. Około 25E za 20 dni. Po załatwieniu formalności i uwolnieniu się od naganiaczy, oferujących zakwaterowanie w Nouadhibou i super atrakcyjny kurs wymiany udajemy się w dalszą trasę. Od Nouadhibou dzieli nas 50km. Droga mija spokojnie, jest kilka check-pointów, ale kończy się na sprawdzeniu, paszportów, głownie wiz i ubezpieczenia samochodu. Wjeżdżamy do miasta (no może to za duże słowo). Bez problemu znajdujemy nocleg (jest nawet ciepła woda, która już nie jest koniecznością tutaj, gdyż temperatury zaczynają być całkiem sympatyczne). Cena 4,000UM za dwie osoby. Szkot jest na tym samym kempingu, więc może pęknie zachomikowane winko marokańskie. Knajpy oczywiście jeszcze zamknięte, więc pierwszy głód poszliśmy zaspokoić do lokalnego fast-foodu. Całkiem fajne sandwicze na ciepło z bagietki (500UM).
Na kolację idziemy do knajpki Halima poleconej przez naszego szeryfa z kampingu, a i przewodnik Lonely Planet też twierdzi, że seafood jest tam marvellous! Zobaczymy. Później damy Wam znać!