środa, 24 grudnia 2008

23 grudnia - In Montek we trust!









Pobudka o 6:14 rano, żeby się przygotować do wypłynięcia łodzią o godzinie 7. Oczywiście z 7 robi się 8, bo nasi łódkowi macherzy mają czas i od 6:50 kwitniemy czekając aż ktoś się zjawi. Łódź, którą mamy wypłynąć, to prawdziwa tradycyjna łódź rybacka, zwana lanche, około 20-metrowa, z żaglem, oczywiście ręcznie szytym. W środku sieci, pełno łusek i miły zapaszek rybny. Nasi majtkowie to 2 młodych lokalnych chłopaków, to prawdopodobnie Haratyni. Po francusku znali słowo bon i pas bon, więc nasza konwersacja odbywała się na migi. Wytłumaczyliśmy im na mapie, dokąd chcielibyśmy pojechać, oni mądrze kiwali głowami, że rozumieją. Po 'wystartowaniu' łódki, okazało się, że te wysepki, do których chcielibyśmy dotrzeć, nie są w zasięgu jednodniowej wycieczki, bo nasz wehikuł wodny poruszał się z prędkością maksymalnie 3-4km na godzinę. Na szczęście ptaki można zaobserwować i na bliższych mieliznach i wysepkach. Do Parku Banc D'Arguin emigrują ptaki z całej Europy oraz część z Ameryki Północnej. Można tam wypatrzeć kilkadziesiąt gatunków, z których dla nas najbardziej atrakcyjne są flamingi, i tak też wytłumaczyliśmy majtkom, że mają płynąć w okolice, gdzie można spotkać flamingi. Po jakiś 3 godzinach pływania, dotarliśmy do wysepki, gdzie brodziły w wodzie czaple, pływały kormorany i pelikany oraz pomniejsze ptaszki. Akurat te ptaki to dla nas nie nowość, bo w tym roku widzieliśmy ich całe mnóstwo w Delcie Dunaju w Rumunii (Ula i Krzysiu – tym razem nie było tak strasznie zimno, wystarczył tylko polar:). A flamingów jak nie było, tak nie ma. Widząc porywające tempo naszej łodzi, nie wiedzieliśmy jakie są szanse, żeby dopłynąć gdziekolwiek, gdzie można zobaczyć te różowe ptaki. A czas coraz bardziej nas naglił, bo mając na uwadze wczorajszą eskapadę, chcieliśmy mieć przynajmniej 3 godziny na przejazd przez pustynię z powrotem do drogi głównej, zanim zapadnie zmrok. Ale mieliśmy szczęście – w trasie powrotnej udało nam się zobaczyć parę niewielkich grup flamingów brodzących w wodzie. Nie było to to, na co miałam nadzieję – całe klucze lecących flamingów, bądź bardzo gromadnie brodzących przy brzegu, ale zawsze coś... Widać po takie widoki trzeba się udać do Miami albo jeziora Nakuru w Kenii. Najprzyjemniejszą częścią wycieczki było gotowanie przez naszych majtków ryb oraz ryżu, a także częstowanie nas raz po raz świeżo przygotowaną herbatą. Po 8 godzinach pływania dotarliśmy, już trochę zaniepokojeni późną godziną, do osady, w której czekał na nas Montek. Szybko uregulowaliśmy należność za łódkę oraz spanie w namiocie i ruszyliśmy w drogę powrotną, która wg słów mieszkańca osady, miała trwać około 2 godzin. Przy wyjeździe udało nam się znaleźć świeże ślady samochodu, który jechał na ten sam azymut, co my, i postanowiliśmy się ich trzymać. Były momenty, że ślady stawały się mniej wyraźne, ale cały czas udawało się je odnaleźć. Na twardszych odcinkach Filip rozwijał prędkość do 90km/h! Czuliśmy się trochę jak na rajdzie Paryż-Dakar. Niesamowite przeżycie. W pewnym momencie, jadąc przez dość głębokie piaski, Montek zaczął się dość mocno nagrzewać. Jak tylko dotarliśmy do twardszego i płytszego fragmentu, zatrzymaliśmy się, nie wyłączając silnika Filip otworzył klapę, a ja włączyłam ogrzewanie. Temperatura szybko spadła. Postanowiliśmy na ogrzewaniu jechać już do końca, żeby nie ryzykować ponownego przegrzania w nieodpowiednim momencie, gdzie zatrzymanie groziłoby zakopaniem się. W pewnym momencie dotarliśmy nawet do drogowskazu pustynnego, który upewnił nas, że jedziemy w dobrą stronę. Chwilę za tym drogowskazem zaczynały się coraz wyższe wydmy, i gdyby nie pewność, że jak jest drogowskaz i są ślady kół, to to musi być dobra droga, chyba byśmy się wycofali. Wjeżdżaliśmy na wysoką wydmę, typu tych, które są na obrazkach przedstawiających prawdziwą pustynię. Montek ciągnął uparcie w górę, Filip kurczowo trzymał kierownicę i koncentrował się na podjeździe, ja trzymałam się rączki na drzwiach bocznych, cała blada, wiedząc czym grozi zakopanie się w piachu w tym momencie. Ale oczywiście Montek i Filip dali radę, wjechaliśmy i zjechaliśmy z wydmy, a za parę kilometrów ukazała się już droga asfaltowa, która była naszym celem. Jechaliśmy godzinę tylko, pokonując 57km po pustyni. Na koniec dopompowaliśmy z powrotem opony, trochę poukładaliśmy graty, które się mocno poprzemieszczały podczas podskoków samochodu i ruszyliśmy w 240km trasę do stolicy – Nawakszut. Po 3 godzinach jazdy dotarliśmy do celu i znaleźliśmy super zajazd, w którym zatrzymują się głównie offroadowcy. Mają tutaj nawet WiFi! Wyczerpani, zmyliśmy z siebie piaski Sahary i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.

22 grudnia – Operacja „Pustynna burza”







Ruszyliśmy z małym poślizgiem, ale udało nam się rano wysłać trochę info na bloga, a poza tym znaleźliśmy informację turystyczną odnośnie naszej planowanej wizyty w Parku Narodowym Banc d'Arguin (co nie było łatwe, bo się przenieśli i w przewodniku były stare dane). Okazało się, że musimy przejechać około 230km w stronę stolicy i później odbić w Saharę. Ja sobie, nie wiem dlaczego ubzdurałem, że ma to być tylko 7km po Saharze, więc zero stresiku. Jak dojechaliśmy do „rozjazdu” to Ala powiadomiła mnie po rozmowie ze strażnikiem, że mamy do przebycia około 50km po pustyni! (komentarz Ali: już po rozmowie w informacji turystycznej i zobaczeniu mapy wiedziałam, że to ma być ok. 50km, ale po co Filipa zawczasu stresować, jeszcze by nie chciał mnie do tych ptaków zawieźć...:) W tym momencie ciśnienie trochę skoczyło, no ale byliśmy już za daleko żeby się wycofać. W informacji zaopatrzyliśmy się w dość szczegółową mapę parku 1:200 000, mieliśmy także kompas, więc ekwipaż się nadawał. Po przejechaniu chyba z 400m i zgubieniu śladów tej „oczywistej” drogi wróciliśmy do naszego strażnika, który już wcześniej oferował nam przewodnika. Zawołał jakiegoś ludka i zaczęła się rozmowa o cenie. Chłopina zawołał 50E, a po kilku minutach obniżył do 40E twierdząc, że za mniej nie pojedzie, bo nie ma jak później wrócić. No ale to jednak nadal za wiele, a poza tym ta droga ma być oczywista. No nic, raz kozie śmierć. Decydujemy się, że jedziemy sami, a ja po wcześniejszej przygodzie z piachem, wiedziałem że to będzie droga przez mękę. Zaczęliśmy od wyłączenia muzyki, a ciśnienie zaczynało być coraz większe. A propos ciśnienia, to spuściliśmy trochę powietrza z kół i Montek zdecydowanie lepiej zaczął przebijać się przez piach. Mieliśmy znaczny zapas wody, a to najważniejsze. Oczywiście już po kilku kilometrach zupełnie potraciliśmy ślady i zaczęliśmy się kierować kompasem. Ślady pojawiały się i znikały. Po przejechaniu 30km dojechaliśmy do namiotu, przy którym stał pick-up. Właściciel powiadomił nas że do „naszej” osady jest jeszcze 50km i nie jedziemy w najlepszym kierunku! No czole zaczęły się gęsto pojawiać krople potu. Przejechaliśmy 30km, a dystans w rzeczywistości się nie zmniejszył. To już zupełnie nie było śmieszne, a wizja zakopania się Montka w tym piachu, przysparzała mi siwych włosów. Montek ciągnął na cztery koła, w kabinie było coraz cieplej, a najgorsze było to, że zachód słońca też nie był naszym sprzymierzeńcem. Robiło się coraz ciemniej. Ala starała się nas prowadzić trochę po mało widocznych śladach, trochę na azymut, wiedząc, że na zachodzie jest ocean i prędzej czy później, jadąc w linii prostej, musimy do niego dojechać. W niektórych momentach moc i prędkość samochodu znacznie spadała i musiałem żyłować naszego biedaka na wysokich obrotach na drugim biegu. Prawdę mówiąc jazda po piachu szła mi już lepiej niż za pierwszym razem, co nie oznacza, że było to dla mnie przyjemnością. W sumie to dość ciężka praca fizyczna, gdzie kierownicę trzeba trzymać z całych sił i mocno kontrować, gdyż koleiny w piasku rzucały samochodem na wszystkie strony. Kilka razy wyskoczyliśmy na wydmach dość konkretnie uderzając głowami w podsufitkę, ja jednak wolałem jechać szybciej, niż zakopać się w piachu. W aucie wszystko zaczęło zgrzytać i piszczeć, ja już słyszałem jakieś stukania w zawieszeniu, ale to chyba raczej strach i imaginacja wzięły górę, jak to mawiał nasz kolega. Jechaliśmy dalej, a oceanosa jak nie było tak nie ma. Po drodze spotkaliśmy jeszcze pasterzy owiec czy wielbłądów (cholera wie czego) którzy wskazali nam niby kierunek, a my ich za to obdarowaliśmy misiami sagowymi, pocztówkami z miasta Ruda Ślaska i innymi gadżetami – zdjęcie powyżej. Niestety na wiele się to nie zdało. Już w zasadzie pogodzeni z nocą na pustyni zobaczyliśmy wreszcie ocean!!!! Hurra! Wspaniale, teraz jeszcze tylko trzeba znaleźć jedną z osad! Teraz już kompletnie nie zależało nam na tej zaplanowanej na początku, każda będzie dla nas zbawieniem! Jedziemy w lewo, ocean mamy po prawej są całkiem wyraźne ślady, ale Montek zaczyna się coraz głębiej zapadać. Natychmiast podejmuję decyzję o odwrocie. Piasek jest znacznie ciemniejszy i wilgotny, a to oznacza, że jest odpływ i jeszcze niedawno pod nami była woda. Taki teren zdecydowanie do mnie nie przemawia i wycofujemy się. Ogólnie dochodzimy do wniosku, że powinniśmy jechać jednak w drugą stronę, więc zawracamy i ruszamy. Po przejechaniu kilku km, znów zmiana decyzji. Wracamy i jedziemy tak jak wcześniej. Cały czas mamy ocean to po prawej, to po lewej w zależności od tego, w którą stronę się kierujemy. W zasadzie spędzenie nocy w aucie na wiele się nie zda, bo rano nadal nie będziemy wiedzieli, gdzie jechać. Teoretycznie i w prawo i w lewo powinniśmy wzdłuż oceanu dojechać do jakiejś osady, ale na pustyni to chyba wszystko jest teoretycznie. Tym razem już wytrwale jedziemy wzdłuż wody, mając ją po prawej. Zaczyna szarzeć za oknem. Moja myśl jest tylko jedna, kiedy to się ku..a skończy!!!! Już mam serdecznie dość tej piep.....j pustyni! Piach wdziera się wszędzie. Czuję, że jest mi coraz cieplej, pomimo tego, że na dworze się ochładza. Dla nich oczywiście ta droga miała być jasna i czytelna, a my już po kilkunastu kilometrach byliśmy w ciemnej du..e, to znaczy na środku pustyni, bez żadnego punktu odniesienia. W sumie wydawało się, że cały czas jedziemy do przodu, a pewnie z lotu ptaka było dopiero widać jak kluczymy. Na pustyni utrzymywanie kierunków jest strasznie złudne. A ja sobie pomyślałem: zamiast pić piwo spokojnie w Sopocie na molo to tobie debilu się zachciewa ekscesów! Najlepiej jak się teraz zakopiesz, i nawet sto kameli tego 2,5–tonowego smoka z piasku nie wyciągnie! Albo urwij koło na tych wydmach! No piękne wizje.....Cholera, kiedy to się skończy!!!! Mamusiu ja już będę grzeczny, tylko niech się ta cholerna pustynia już skończy....A licznik pokazuje przejechanych już ponad 80km! Jak dobrze, że mamy jeszcze sporo paliwa w baku i 60litrow w baniakach! Jedziemy kolejne kilometry już zupełnie nic nie mówiąc do siebie, każde w duchu modląc się o dotarcie do jakiejś ludzkiej osady. Atmosfera jest gęsta i strach jest naszym trzecim pasażerem. Nagle pada pytanie, co to jest, czy to nie jakiś namiot? Jedziemy kolejne kilkaset metrów, tak to chyba jakaś osada. Jest nadzieja, nadzieja zawsze umiera ostatnia! Jest, patrz, bocian, bocian, jak on żyje to i my możemy!!!! Lamia ściągaj te pilotkę!!!! Jest, jest, wspaniale, fantastycznie, idealnie (pewnie można tu jeszcze sto przymiotników dać, ale żaden z nich nie odda tej olbrzymiej ulgi, radości i tego pięknego uczucia jakie nam towarzyszy – dokładnie coś takiego jak Maks i Albert mieli w Seksmisji jak bociana zobaczyli – te namioty to dla nas właśnie taki bocian). Dojechaliśmy, a na dworze już zmrok. Licznik samochodu pokazuje 87km, ale to już wszystko nieważne. Nieważne, że to nie jest ta osada, do której chcieliśmy dojechać. Nasza znajduje się kilkanaście kilometrów na północ wzdłuż oceanu (nie, nie, nie będziemy się starali do niej dojechać. No fucking way! ). Ale to już wszystko nieważne, tutaj też są namioty i można wynająć łódkę za jedyne 60E (cena urzędowa – nienegocjowalna). Umawiamy się na 7:00 rano. Na horyzoncie pojawia się szakal. Wygląda w sumie jak krzyżówka psa z lisem (może przez ten ogon). Jemy jeszcze zaległą bagietkę. Dokonujemy wieczornej toalety, płucząc zęby płynem do ust i wycierając twarz i ręce wilgotna chusteczką. W ubraniach kładziemy się spać w namiotach nomadów. Jest 20:00. Dopada nas uczucie rozluźnienia i błogiego spokoju. Jest super jest super, więc o co ci chodzi........
Jutro ciężki dzień, bo chyba trzeba będzie wracać.......

poniedziałek, 22 grudnia 2008

492$ PKB per capita!


Parę słów o samej Mauretanii. W porównaniu z Marokiem przeskok cywilizacyjny jest bardzo duży. Tutaj zaczyna się prawdziwa Afryka. PKB na mieszkańca wynosi tylko 492USD i tę biedę widać na pierwszy rzut oka. Droga była na razie w dobrym stanie, ale ludzie żyją znacznie biedniej, miasteczko, do którego przyjechaliśmy na początku bardzo kontrastowało z marokańskimi miejscowościami. Bieda wynika głównie z położenia geograficznego. Nie mają niestety bogatych zasobów naturalnych – w latach 70 i 80-tych część przychodu kraju stanowiło wydobycie rud żelaza i miedzi, ale w dzisiejszych czasach główna gałąź słabo rozwiniętej gospodarki to rybołówstwo. Pozostałością po tamtych czasach jest linia kolejowa z miejscowości, gdzie były kopalnie, po której jeżdżą najdłuższe pociągi świata – pojedynczy pociąg może osiągnąć nawet do 2,3km długości!!! Widzieliśmy tylko taki króciutki, 124 wagony, więc to był na ich realia mini pociąg. Kraj ma 1 mln km2 powierzchni, a zamieszkuje go zaledwie 3 mln ludzi. 75% tej powierzchni zajmuje pustynia. Ciekawy jest podział etniczny kraju: 1/3 stanowią 'biali' Maurowie, 1/3 Haratyni – czarnoskórzy potomkowie niewolników trzymanych przez Maurów oraz ostatnie 1/3 – inni czarnoskórzy mieszkańcy. Ciekawostka – w 1980 roku w Mauretanii było 100 tysięcy niewolników! Wtedy to niewolnictwo zostało przez rząd oficjalnie zakazane, ale podobno do dziś zdarza się, że Maurowie trzymają Haratyńskich niewolników. Oczywiście najbogatsza część społeczeństwa to Maurowie. Jak na razie samochody, które tutaj królują to Mercedesy 190, ale w takim opłakanym stanie, że nie wiemy jak one w ogóle się poruszają po drogach: poobijane, bez zderzaków, czasem błotników, świateł – totalne wraki. Tak na pierwszy rzut oka 8 z 10 samochodów to właśnie 190-tki.
A propos wczorajszego jedzenia, to na kolana nie powaliło. Kalmary całkiem smaczne, filet z soli trochę bezpłciowy. Za to sałatka z pomidorów, ogórków, oliwek, salaty, marchewki, mango i jeszcze jakiegoś warzywa, zrobiona na słodko, wyśmienita! Będziemy dalej próbowali owoców morza, co Wam skrzętnie opiszemy. Zapłaciliśmy wczoraj 5tys UM razem z napojami, czyli jakieś 15E. Na koniec dostaliśmy trzy porcje mikro herbatki, ale za to tak mocnej i słodkiej, że aż ciarki przechodziły. Tutaj tradycją i obowiązkiem jest wypicie trzech szklaneczek (w sumie to 1/4 szklanki była wypełniona herbatą z pianką). Pierwsza szklaneczka jest za życie, druga za miłość, trzecia za śmierć. Czwartej można już odmówić:)
Ruszamy właśnie w stronę parku narodowego podglądać ptaki. Prawdę mówiąc nie liczymy tam na internet, więc kolejna relacja prawdopodobnie dopiero ze stolicy Nawakszut w okolicach Wigilii. Jeśli nie będzie okazji to chcieliśmy Wam życzyć Wesołych i spokojnych Świat!

niedziela, 21 grudnia 2008

Do Mauretanii











Jeszcze krótko o wczorajszym wieczorze. Większość restauracji zaczynała serwować jedzenie od 20, ale my wygłodzeni (przecież herbatnikami i innymi ciasteczkami jeszcze z Polski nie da się najeść) zdecydowaliśmy się na kolację w restauracji należącej do naszego hotelu. Jak się później okazało to był dobry wybór. Zamówiliśmy sałatkę marokańską (pomidory, cebula, jajko, oliwki, papryka), która była fantastycznie doprawiona kuminem (kmin rzymski), kotlet z baraniny tez świetny i bardzo smaczna potrawka z ośmiornicy. Do tego jako przystawka oczywiście bagietka z oliwkami. Całości dopełniła świetna zielona herbata mieszana z mięta i dużą ilością cukru. Tutaj to standard. Po posiłku zrobiliśmy sobie jeszcze spacer po Dakhli, której wcześniej opustoszałe ulice nagle wypełniły się młodzieżą, rożnymi sztandami, jadłodajniami i innymi cukierniami. Do pełnego zestawu brakowało tylko piwiarni:) Daminka, a dziewczyny pierwsza klasa, wyższa pólka bez obrzydzenia!
Wracajmy jednak do niedzieli. Wstajemy później, czyli koło 8. Jemy śniadanie i ruszamy w stronę Maretanii. Jeszcze dobrze nie ruszyliśmy, a ja postanowiłem wykąpać Montka w oceanosie. Aby zrealizować ten plan zjechałem z drogi na piasek, nagle zrobiło się bardzo grząsko i samochód zaczął niebezpiecznie zwalniać, szybko zdecydowałem, że wracamy na drogę. Niestety nie udało się dojechać do asfaltu, kiedy koła zaczęły boksować w piachu. Napęd na 4 koła oraz redukcja też nie pomagały, choć przednie koła już prawie łapały asfalt. Smród gumy uświadomił mi, że w ten sposób nie wyjedziemy. Wyszliśmy z samochodu, żeby ocenić sytuację, wyciągnęliśmy saperkę, ale zaraz zatrzymał się pick-up. Dwóch Marokańczyków żwawo ruszyło z pomocą, zaczęli odkopywać nas z piasku, podłożyli pod koła kawałek gumy oraz wyrwane kawałki krzewów rosnących przy drodze. Po kilku próbach Montek zaczął się powoli wytaczać z piachu. Fajne doświadczenie, ale na szczęście byliśmy blisko drogi, więc skończyło się tylko przygodą. Teraz już wiem, że jazda po piachu (plaża/pustynia) wymaga niezłych umiejętności, co oczywiście nie oznacza, że rezygnuję z wykąpania Montka w oceanosie:) Takie stare marzenie, żeby przejechać się autem po plaży.
Droga mija dość nudno, na szczęście krajobrazy rekompensują monotonię jazdy po pustej, pustynnej drodze. Po drodze mijamy Zwrotnik Raka i upamiętniamy go zdjęciem. Bez większych problemów i bez dodatkowych „kosztów” (patrz wczoraj) dojeżdżamy do granicy. Po drodze mijamy rowerzystę z Niemiec. Jego celem jest Gambia. Twardy zawodnik! Na granicy stoi kilka samochodów z „białkami” - Niemcy, Francuzi i Szkot. Procedura po stronie Marokańskiej zajmuje prawie godzinę. Ruszamy 3-kilometrowym kawałkiem ziemi niczyjej. Dokola wraki samochodow. Trzeba się trzymać drogi, bo ponoć teren jest zaminowany. Ale jak tu się trzymać czegokolwiek, jak drogi nie ma, a my jedziemy jako jedyny samochód. (powyżej zdjęcie z 'drogą' i kawałkiem naszego auta). W pewnym momencie dojeżdżamy do piaszczystego terenu, a ja nauczony porannym doświadczeniem postanawiam się wycofać. Oczywiście natychmiast znajdują się dwa samochody koło nas i bardzo mocno gestykulują, że nie mogę sobie tutaj tak jeździć, bo to niebezpiecznie i oni mnie chętnie za opłatą przeprowadzą. Ja już widzę na horyzoncie spotkanego wcześniej gościa, który mówi po rosyjsku (wcześniej zmieniliśmy u niego marokańskie Dirhamy na mauretańskie Ugija (UM), kurs 1E-325 UM). Pokazuje nam kierunek, poza tym inne auta już tamtędy jadą, więc się do nich podpinamy (Halinka na szczęście Twój czarny scenariusz o zepsuciu się Montka właśnie na tamtym terenie się nie spełnił:)
Granica mauretańska typowo afrykańska. Jakieś stare budy, pełno papierów i pieczątek (rowerzysta tez dojechał). Bez problemów dostajemy wizę na 15 dni (w sumie na 17 dni, bo nie policzył ani dzisiaj, ani ostatniego dnia – dla nas lepiej), po 20E od osoby. Oczywiście to nie koniec. Oficjele chcą od nas wydębić 'podatek' za samochód, ale dzięki uśmiechom Ali i opowieściom o nas, biednych studentach – udaje się uniknąć tej opłaty. Trzeba jeszcze zapłacić ubezpieczenie za auto. Około 25E za 20 dni. Po załatwieniu formalności i uwolnieniu się od naganiaczy, oferujących zakwaterowanie w Nouadhibou i super atrakcyjny kurs wymiany udajemy się w dalszą trasę. Od Nouadhibou dzieli nas 50km. Droga mija spokojnie, jest kilka check-pointów, ale kończy się na sprawdzeniu, paszportów, głownie wiz i ubezpieczenia samochodu. Wjeżdżamy do miasta (no może to za duże słowo). Bez problemu znajdujemy nocleg (jest nawet ciepła woda, która już nie jest koniecznością tutaj, gdyż temperatury zaczynają być całkiem sympatyczne). Cena 4,000UM za dwie osoby. Szkot jest na tym samym kempingu, więc może pęknie zachomikowane winko marokańskie. Knajpy oczywiście jeszcze zamknięte, więc pierwszy głód poszliśmy zaspokoić do lokalnego fast-foodu. Całkiem fajne sandwicze na ciepło z bagietki (500UM).
Na kolację idziemy do knajpki Halima poleconej przez naszego szeryfa z kampingu, a i przewodnik Lonely Planet też twierdzi, że seafood jest tam marvellous! Zobaczymy. Później damy Wam znać!

sobota, 20 grudnia 2008

20 grudnia - Sahary dzień drugi




Dziś od rana monotonna trasa – 650 km do pokonania po pustyni. Raz bardziej, raz mniej płaskiej, ale dość monotonnej. Jednakże żeby nie było tak nudno, dość często stały patrole policyjne, zatrzymujące wszystkie samochody. Turyści, dla ułatwienia pracy policjantów, są przez nich proszeni o tak zwane 'fiche' – czyli karteczki z wypisanymi danymi osobowymi, nr paszportu itp. Co patrol uzupełnialiśmy nasze fiche o nowe dane. Policjanci uwielbiają pytać o zawód, więc Filip został ogrodnikiem, a ja nauczycielką. Chciałam być pielęgniarką, ale pomyślałam, że któryś z nich może potrzebować praktycznej porady, więc zawód nauczycielski jest w tym wypadku bezpieczniejszy. Koniecznie – nauczycielka szkoły podstawowej, bo dzieci budzą tutaj bardzo pozytywne reakcje. Na użytek kontroli przyjęliśmy też taktykę nieprzyznawania się do znajomości francuskiego, bo policjanci, widząc, że nie potrafią się z nami dogadać tracą pewność siebie i albo wcale, albo mało mówią po angielsku. Wszystkie te szatańskie sztuczki na nic się zdały, kiedy przekroczyliśmy dozwoloną prędkość o 6km/h. Zatrzymał nas patrol, który (chyba jako drugi na całej trasie) posiadał radar i pokazał, że jechaliśmy 66km a obowiązywało ograniczenie do 60. Po długich negocjacjach – po angielsku oczywiście – zapłaciliśmy mandat w wys. 10 Euro, czyli czterokrotnie mniej niż żądali na początku oraz wręczyliśmy 2 odblaskowe misie, które wzbudziły ogromne zainteresowanie policjantów. Już w uśmiechach pożegnali się z nami i kazali powoli jechać.
Jesteśmy teraz w miasteczku położonym na cyplu – Dakhla. Znaleźliśmy pokój w końcu w rozsądnej cenie – 60 MAD. Mamy nawet bezpośredni widok na oddalony o 50 m ocean.
Jutro wyruszamy dalej na południe i chcemy przekroczyć granicę z Mauretanią, więc następne opowieści wyślemy już stamtąd.

19 grudnia - Sahara Zachodnia











Wyruszyliśmy dzisiaj rano o 8:30 z Essaourii. Pilnowacz samochodu był na miejscu, więc załapał się na wcześniej obiecaną koszulkę. Cały czas kierujemy się na południe aby dotrzeć do Sahary Zachodniej. Naszym celem na dzisiaj jest Tarafiya, dystans do pokonania to około 750km. Trasa mija nam bardzo sprawnie, droga wije się górzystymi serpentynami, co nie pozwala na rozwinięcie większej prędkości. Wszystkie niedogodności są sowicie kompensowane przez otaczające widoki. Skaliste górki oblewane przez ocean, w pięknym słońcu, które nie daje się nam we znaki, gdyż powietrze jest bardzo rześkie i dmuchawa w samochodzie zupełnie wystarcza na komfortowe warunki w kabinie. Bardzo miło byliśmy zaskoczeni zachowaniem policjantów na drodze. Widząc zagraniczne numery, od razu kiwali ręką abyśmy kontynuowali jazdę bez zatrzymania. Oczywiście wszystko do czasu. Jechało się nad wyraz dobrze, kolejne miejscowości zostawały z tylu, a skaliste góry pomału zaczynały być zastępowane przez hamadę, czyli kamienistą pustynię. Wjeżdżając w pewnym momencie na zupełnie puste rondo, nie zatrzymałem się ponoć na rzekomym znaku stop. Oczywiście za rondem stał patrol żandarmów. Kazali zjechać na bok i po angielsku tłumaczyli moje przewinienie, do którego ja się oczywiście nie chciałem przyznać. Moja wersja, była taka, że na sekundę się zatrzymałem, ale z racji tego, ze było zupełnie pusto to zaraz ruszyłem. Policjanci widząc, ze nie kwapię się do wspomożenia ich budżetu i z uśmiechem na ustach wmawiam im twardo, że na 100% się zatrzymałem dali za wygraną i życzyli bezpiecznej podróży i zawracania większej uwagi na znaki drogowe. Kolejne patrole ograniczały się do spisywania danych z paszportu, ale na to byliśmy przygotowani wjeżdżając do Sahary Zachodniej. Wskaźnik paliwa Montka opadał bardzo powoli i postanowiliśmy dotrzeć na posiadanym paliwie do pierwszych stacji benzynowych na Saharze. Paliwo ma być tam znacznie tańsze, gdyż rząd marokański subwencjonuje podstawowe artykuły, w tym paliwo, żeby zachęcić Marokańczyków do osiedlania się na tym terenie. Rząd marokański zadeklarował się (co spowodowało zawieszenie broni w 1991 roku) do przeprowadzenia referendum dotyczącego przyznania niepodległości SZ. Od tego czasu ekspansywna polityka ma na celu osiedlenie się jak największej liczby Marokańczyków, którzy w referendum opowiedzieliby się za zostawieniem SZ w granicach Maroka. Zobaczymy, czy ten szatański plan się powiedzie.
Mieliśmy cały czas jeszcze 20-litrowy baniak w zapasie, więc powinniśmy spokojnie dojechać do stacji z tańszym paliwem. Montek jak dotychczas zadowalał się średnio 12,5 litrami na 100km. Dostaliśmy w miarę spójne informacje dotyczące pierwszych stacji na SZ. Jak się później okazało nie były za bardzo dokładne. Udało nam się dojechać wreszcie do stacji, a wskaźnik Montka pokazywał 772km przejechane na baku, co było naszym (albo raczej Montkowym) rekordem. Niestety okazało się, ze na tej stacji nie było paliwa bezołowiowego a następna jest oddalona o kolejne 20km. Postanowiliśmy pojechać dalej mając nadzieję, że nie będziemy musieli dolewać paliwa z naszej beczki. Udało się, i tym to sposobem ustanowiliśmy nowy rekord w spalaniu 10,6/100km. Bardzo rozsądnie patrząc na gabaryty samochodu oraz jego ładunek.
Po 13h jazdy dotarliśmy do Tarafayi. W miarę szybko znaleźliśmy jedyny „hotelik” w tym mieście. Bardzo przyzwoita cena – 7E za pokój dwuosobowy (Columbia ani NH to nie jest:). W jednej z relacji z podobnej trasy, którą mamy ze sobą, trzyosobowa załoga zrezygnowała z tego zakwaterowania twierdząc, że są tu fatalne warunki. Cóż, dla nas jest całkiem ok, szczególnie porównując niektóre miejsca w jakich nam było dane spać. Ot, taka niższa półka bez obrzydzenia (to w skali Daminy). W sumie oceńcie sami.....
Jutro ruszamy dalej. Odcinek podobny. Serpentyny jednak zostaną zastąpione piaskiem wydzierającym kawałki drogi.....

18 grudnia cd

Tak gwoli uzupełnienia dnia dzisiejszego, coś dla koneserów złocistego napoju bogów. Udało się nabyć wreszcie marokańskie piwo! Wcześniej piłem w Marrakeshu piwo hiszpańskie „Alhambra” w kawiarni gdzie mieli WiFi (chyba jedno z najdroższych piw w moim życiu - 16zł za 0.25litra – śmieszna pojemność - już nawet Lufthansa po moich częstych lotach ostatnio zmieniła gabaryty z 0.25l na 0.33, bo za często musieli kursować do mnie:) Nabyłem dzisiaj 3 sorty: butelkowe „Flag Speciale” 0.25l za 8.5MAD, puszkowe „Flag Pils” 0.5l za 12MAD i butelkowego bociana „Stork” 0.33 za 9.5MAD. Oczywiście w całym mieście jest jest jeden lub dwa sklepy z alkoholem (czułem się jak w Trolhattan w Szwecji:). Na miejscu trunki pakują w gazety i czarne reklamówki. W sumie Allah czuwa! Aby dopełnić wieczora dałem się jeszcze skusić dziadkowi na „happy cake”. Ciasteczko z dodatkiem haszu. Z takim arsenałem udaliśmy się do hotelu. Oczywiście w sklepie zapytałem, czy mogę zacząć konsumpcję już w drodze powrotnej, ale odpowiedź była zdecydowanie negatywna. W hotelu wypiłem piwko i zjedliśmy ciasteczko na pól. Ten hasz to chyba był taki sam jak trawka, którą kiedyś kupiliśmy w Laosie, która okazała się zwykłą trawą skoszoną pod czyimś domem... Cóż, i tym razem ja dałem się nabrać, ale jutro poszukam dziadka, bo stał niedaleko parkingu! Jakby co to na miejscu zjem 4 ciastka i zobaczymy co będzie:) Dzisiaj zachwalał: „My friend take one for free, try it and you will come back tomorrow to pay and take more”.
Wracając do piwa, bocian (Stork) bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Przyzwoita goryczka, odpowiednia ilość ekstraktu, był po prostu smaczny (wiadomo, ze nie to co Książęce, ale Żywca przebija). Następnie sięgnąłem po „Flagę Pils”! No i tu już było znacznie gorzej. W sumie co się dziwić, jak reklamą na piwie (notabene wątpliwą) był medal zdobyty w Amsterdamie nie wcześniej czy później niż w....1981roku! Wtedy to ja już miałem kilka sortów piwa na swoim koncie (no może w formie pianki z piwa taty, no ale od czegoś trzeba zacząć). Piwo lurowate, bez goryczki, takie popłuczyny, no ale jak stare porzekadło mówi: „na bezrybiu i rak ryba”, wszak to kraj w 99% muzułmański.
Będę informował zainteresowanych o kolejnych złocistych podbojach. Boję się tylko Mauretanii, bo tam ponoć Sahara, dosłownie i w przenośni! A człowiek nie wielbłąd.....
Jak już jesteśmy przy spożyciu, to dzisiaj na obiad znaleźliśmy bardzo lokalną knajpę. Wśród zgrai lokalusów pijących herbatkę zamówiliśmy marokański specjał „tagine”, czyli mięso mielone zapiekane z warzywami (w naszym przypadku tartymi pomidorami i marchewka prawdopodobnie) na glinianym talerzu, przykrytym glinianym stożkiem. Na starter dostaliśmy, pieczone sardynki:) Całość konsumowało się z bagietką (tutaj podstawa – pozostałość po Francuzach) i muszę powiedzieć, ze było bardzo smaczne i pożywne. Ja oczywiście jak grzeczność nakazuje zostawiłem nasze talerze puściutkie:) Jutro będziemy polować na couscous, gdyż piątek jest tradycyjnie jedynym dniem kiedy serwuje się właśnie ten rodzaj kaszy.