<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525</id><updated>2012-02-03T20:32:33.639+01:00</updated><title type='text'>10 000 MIL AFRYKAŃSKIEJ PRZYGODY</title><subtitle type='html'></subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>81</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-1951348354257481560</id><published>2009-12-29T14:55:00.007+01:00</published><updated>2010-01-13T11:35:47.751+01:00</updated><title type='text'>10 000 mil Afrykańskiej Przygody zgłoszone do konkursu Blogu Roku w Onecie</title><content type='html'>&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/Szs81Qr-LZI/AAAAAAAAAo8/LHV4sIag17s/s1600-h/1_obrazek43.gif"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 300px; height: 100px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/Szs81Qr-LZI/AAAAAAAAAo8/LHV4sIag17s/s400/1_obrazek43.gif" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5420993462180654482" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jesli chcesz zaglosowac na nasz blog w konkursie wyslij sms o tresci: D00131 na numer 7144. Koszt to 1,22 z Vat. Dziekuje. Glosowanie trwa do 21 stycznia.&lt;br /&gt;Organizator przekaze dochod z smsow na turnusy rehabilitacyjne dla osob niepelnosprawnych.&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Link do konkursu: http://www.blogroku.pl/afrykazachodnia,gwa21,blog.html&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-1951348354257481560?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='related' href='http://www.blogroku.pl/afrykazachodnia,gwa21,blog.html' title='10 000 mil Afrykańskiej Przygody zgłoszone do konkursu Blogu Roku w Onecie'/><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/1951348354257481560/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=1951348354257481560' title='Komentarze (20)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/1951348354257481560'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/1951348354257481560'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/12/10-000-mil-afrykanskiej-przygody.html' title='10 000 mil Afrykańskiej Przygody zgłoszone do konkursu Blogu Roku w Onecie'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/Szs81Qr-LZI/AAAAAAAAAo8/LHV4sIag17s/s72-c/1_obrazek43.gif' height='72' width='72'/><thr:total>20</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-5188217596329680064</id><published>2009-04-01T20:38:00.010+02:00</published><updated>2009-04-01T21:42:11.820+02:00</updated><title type='text'>30 marzec - Final countdown</title><content type='html'>&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SdO506gW1WI/AAAAAAAAAoM/mqzmxTerYYs/s1600-h/lagos+plaza.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SdO506gW1WI/AAAAAAAAAoM/mqzmxTerYYs/s200/lagos+plaza.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319799903563994466" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SdO5sdHJvjI/AAAAAAAAAoE/yJffyyWunVs/s1600-h/basen+u+Krasnickich.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SdO5sdHJvjI/AAAAAAAAAoE/yJffyyWunVs/s200/basen+u+Krasnickich.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319799758234697266" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SdO3QnD0UcI/AAAAAAAAAn8/7H5e5YakXUA/s1600-h/syf.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SdO3QnD0UcI/AAAAAAAAAn8/7H5e5YakXUA/s200/syf.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319797080845472194" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SdO3A4bVITI/AAAAAAAAAn0/Qo58DFCavek/s1600-h/sporty+ekstremalne.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SdO3A4bVITI/AAAAAAAAAn0/Qo58DFCavek/s200/sporty+ekstremalne.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319796810629587250" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SdO2b0g05VI/AAAAAAAAAns/-L7RXTf5l7Y/s1600-h/Gulder+na+plazy.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SdO2b0g05VI/AAAAAAAAAns/-L7RXTf5l7Y/s200/Gulder+na+plazy.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319796173923738962" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SdO2JR-bw-I/AAAAAAAAAnk/MJ27X7B95I0/s1600-h/duzy.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SdO2JR-bw-I/AAAAAAAAAnk/MJ27X7B95I0/s200/duzy.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5319795855415034850" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Wszystko co dobre to się szybko, a w sumie nawet za szybko, kończy. Ale po kolei. Po wyjeździe Ali miałem główny cel, to znaczy sprzedaż Montka. Sprawa wyglądała na banalnie prostą, bo klient już był. Niestety trzeba było jechać do Kano, ale jednak lepiej pojechać te 1200km niż mieć problemy ze sprzedażą na miejscu. Oczywiście w Nigerii niektóre rzeczy są rzeczywiście proste, na przykład wypicie Guldera, tudzież inne aktywności z tej serii, ale biznesy już tak łatwo nie przychodzą. Po kilku dniach i wielu rozmowach z przyszłym nabywcą okazało się, że on jednak nie ma całej gotówki, a brat mieszkający w Lagos nie chce dołożyć reszty zanim nie zobaczy auta. Dla mnie to żaden problem, ale jakoś brat się nie potrafił do mnie wybrać na oględziny. Tak więc te wszystkie przysięgi na Allaha i inne cuda są nic nie warte. Taka właśnie jest Afryka, dużo gadać mało robić. Wszystko pięknie, ale ja nadal zostałem z Montkiem. Wiele osób oglądało samochód, mnie się jakoś strasznie nie spieszyło ze sprzedażą, więc nie paliłem się bardzo z obniżeniem ceny. Z moim poprzednim "nabywcą" umówiliśmy się na 775000 Naira. Wiadomo, że sprzedając samochód na miejscu, bez pokonywania żadnej trasy byłem skłonny "zjechać" z ceną. Mijały kolejne dni, wszystko ładnie pięknie. Życie nocne Lagos ma bardzo wiele do zaoferowania, więc czas mijał szybko. Lokale tutaj aż pękają od przepychu, najnowszych mercedesow i drinkow po 10E. W weekendy było balowanie, w niedzielę wypady na rybkę na plażę, rzeczywiście potrzebny relaks po tych wszystkich dniach podróży. Niestety czas zaczął gonić, a auto nadal stało. Dodatkowo przydarzyła się niesympatyczna przygoda. Jako, że mój kolega dostał nowe mieszkanie, to trzeba było zrobić przeprowadzkę i przewieść również Montka. Niestety na końcu drogi wyjazdowej ze starego mieszkania, zanim zacząłem skręcać w prawo, w prawe drzwi uderzył mnie samochód zaparkowany na poboczu, który właśnie postanowił ruszyć nie patrząc w lusterko. Oczywiście początkowo facet wiedział, że to jego wina, do czasu aż wyskoczyło 20 Nigeryjczyków, którzy naskoczyli na mnie, a jego przekonywali, że ja jestem winien i powinienem zapłacić za to! Wyrwali mi kluczyki ze stacyjki i sytuacja była bardzo nerwowa. Zwierzęca złość w ich oczach dała mi jednoznacznie do zrozumienia, że łatwo się nie wykaraskam. Na szczęście jechał z nami znajomy Nigeryjczyk Samuel, który pomógł wyjść cało z tej sytuacji. Pomimo, że znam realia, w tym przypadku się nie odzywałem, a może właśnie dlatego że znam realia! Wołanie policji w takiej sytuacji to samobójstwo, bo i my i ten drugi musielibyśmy zapłacić kupę kasy, a i tak nic by nam nie pomogli. Skończyło się tak, że pomimo winy tamtego, my musieliśmy jemu zapłacić. Wtedy zrozumiałem jak wygląda rasizm w stosunku do białych ludzi w nigeryjskim wykonaniu. W każdym razie Montek już wyglądał znacznie gorzej. Zderzak mu wisiał, od drzwi miał wielką szramę i wgniecenie. Rurę progową trzeba było oderwać. Jaka to była zła sobota. Do tego moi Niebiescy przegrali z Odrą mecz ligowy. Oj, musiałem odreagować. Gulder lał się w konkretnych ilościach, a ja marzyłem tylko o powrocie na Śląsk. Na szczęście po sobocie przyszła spokojna niedziela. Jakoś doszedłem do siebie. Pogodziłem się ze stłuczką, aczkolwiek wiedziałem, że będzie jeszcze trudniej sprzedać wóz. Do tego doszła opowieść znajomego, który wracając z pracy w korku został napadnięty przez Nigeryjczyka, który przyłożył do okna coś na kształt pistoletu. Najprawdopodobniej była to rakietnica, ale jakoś nie było chętnych, aby próbować czy była nabita. Każdy oddawał co miał. Znajomy oddal portfel, na szczęście miał bardzo starą komórkę, więc bandzior się tylko zaśmiał, ale za to lepszy model kierowcy już padł jego łupem. Kilkadziesiąt metrów dalej stała policja z kałachami, ale na skargi wielu osób, że wyżej bandzior z pistoletem rabuje, tylko się śmiali. Welcome to Nigeria my brother! Faktycznie - nikt nie mówił, że będzie lekko! &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie można narzekać, bo są też momenty fantastyczne i nigdzie na świecie nie można przeżyć takich ekscesów jak w Nigerii. W sumie to powinien być kraj turystycznych sportów/atrakcji ekstremalnych. Adrenalina czasami tak uderza do głowy, że aż ciężko sobie wyobrazić. Poza tym to jest kraj, w którym wszystko wolno i nie ma żadnych racjonalnych zasad. Jedyna zasada to lokalna waluta NAIRA! Wróćmy jednak do tematu. Wspomniany wcześniej znajomy, który został napadnięty zaproponował pomoc w sprzedaży auta. We wtorek rozesłał maila, że jest Montek do kupienia. W środę byłem go pokazać i koleś okazał się mocno zainteresowany. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu w piątek zadzwonił, że ma pieniądze i chce go kupić. Sfinalizowaliśmy sprawę bardzo sprawnie, aż się łezka w oku zakręciła jak nowy właściciel Montkiem odjeżdżał. Mam nadzieję, że będzie go szanował. W każdym razie umówiliśmy się razem na piwo i na pounded yam i egusi soup (lokalny przysmak). Mam nadzieję, że jutro uda się to spotkanie sfinalizować. Cena oczywiście była znacznie niższa niż początkowa, ale w sobotę wracam, więc już nie miałem czasu żeby czekać. Dzisiaj właśnie kupiłem bilet i nie ma już odwrotu. W niedzielę 5 kwietnia, po prawie 4 miesiącach poza domem będę na Silesia Superior, czyli na Górnym Śląsku! Mam nadzieję, że nie będzie jakiś wielkich przygód na lotnisku, to znaczy od razu dam w łapę tym cholernym przeszukiwaczom, żeby nie czepiali się pamiątek i nie grzebali w moich przechodzonych majtkach!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dla fanów bloga dobra wiadomość. Zamierzamy wydać to w formie książkowej (dzięki niektórym za motywację), dodając sporo zdjęć i informacji praktycznych, typu ceny, noclegi, miejsca turystyczne. Dla każdego blogowicza, który się zgłosi bardzo chętnie wpiszemy się w książkę. Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku będzie publikacja!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aha chciałem pozdrowić jeszcze kilka osób z Nigerii i bardzo im podziękować za to, że ten pobyt znów będzie niezapomniany:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Krzysiu (Lagos): dzięki za te wszystkie ekscesy, nocne eskapady, lokum i pomoc&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Marek (Ibadan): dzięki za stare czasy, pysznego steka u Libańczyka i dzięki że jesteś&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Hania i Mietek (Kano): dzięki za świetny czas w Kano, jeszcze raz przepraszam, że tak krótko&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Maciek (Lagos): ty wieczny studencie, dzięki za wszystkie nocne wypady&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bożenka i Andrzej (Lagos): dzięki za miły czas na basenie, za świetne obiadki, wyjazd na plaże no i oczywiście za sprzedaż Montka&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Samuel (Lagos): thanks for the parties, suya and help while having the accident&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mohammed (Abuja/Kaduna): thanks for accomodation in Abuja and your support&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Andrzej (Lagos): dzięki za becksa tudzież heinekena (i tak najbardziej lubię Gulder)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Romek (Lagos): dzięki za plaże i wspólne piwko&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Darek (Lagos): stary belfrze, dzięki za wspólne dyskusje i pamiętaj fizyka uber alles&lt;blockquote&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-5188217596329680064?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/5188217596329680064/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=5188217596329680064' title='Komentarze (11)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/5188217596329680064'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/5188217596329680064'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/04/30-marzec-final-countdown.html' title='30 marzec - Final countdown'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SdO506gW1WI/AAAAAAAAAoM/mqzmxTerYYs/s72-c/lagos+plaza.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>11</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-3087718123643008452</id><published>2009-02-26T16:55:00.001+01:00</published><updated>2009-02-26T16:55:37.217+01:00</updated><title type='text'>Farewell i welcome</title><content type='html'>Ano jak się Filip obawiał – niestety problemy w dalszej części odprawy się pojawiły. Po przejściu przez odprawę paszportową, przy skanowaniu bagażu podręcznego pojawiły się znowu problemy, bo celniczka uparła się, że pamiątek nie można brać na pokład samolotu. Tłumaczyłam jej, że drewnianą miską nie zrobię napadu terrorystycznego, ale była nieugięta i dała dwie opcje: albo zostawiam pamiątki albo płacę 50E. Pierwsza z nich nie wchodziła w rachubę, druga tym bardziej. Niestety nie miałam ze sobą telefonu ani też nr na Filipa nigeryjską komórkę, więc nie mogłam do niego zadzwonić, żeby przyszedł i zabrał pamiątki. Pozostało tylko płacić. Powiedziałam celniczce, że wydałam w ich kraju wszystkie pieniądze i zostało mi 5E. Marudziła, marudziła, ale wzięła na szczęście. Niezłe pożegnanie mi Nigeria zafundowała…. Poszłam dalej, do gate, a tu widzę kolejną kontrolę bagażu. Serce mi już zamarło i pomyślałam, że jak któryś znów będzie chciał ode mnie łapówkę, to mu chyba tą miską drewnianą przywalę. Moja cierpliwość dobiegła końca. A gdybym tak zrobiła, to pewnie od razu deportację by mi zafundowali, więc i tak bym do domu poleciała:) Ale na szczęście ostatnia kontrola była już z Lufthansy i sprawdzali tylko czy nie ma płynów powyżej 100ml i ostrych narzędzi. &lt;br /&gt;Polska powitała mnie na wpół roztopionym śniegiem, szarością i smutnymi ludźmi na lotnisku. Ale jakoś to przetrzymam – mam nadzieję, że moja energia nazbierana przez te 2,5 miesiąca pomoże mi rozjaśnić i ocieplić trochę otoczenie:) Jeszcze raz dziękujemy za kibicowanie i wierne czytanie naszych przygód. Na pewno będą następne!!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-3087718123643008452?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/3087718123643008452/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=3087718123643008452' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/3087718123643008452'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/3087718123643008452'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/02/farewell-i-welcome.html' title='Farewell i welcome'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-3694086090976474007</id><published>2009-02-25T09:17:00.010+01:00</published><updated>2009-02-25T15:37:34.529+01:00</updated><title type='text'>Na lotnisku - czyli Pożegnanie z Afryką</title><content type='html'>Wyjeżdżamy  z domu koło 19:20. Niby na lotnisko jedzie się pół godziny, ale w Lagos potrafią być takie korki, że ta sama trasa może zająć 2.5h. W każdym razie droga przez miasto jest w miarę przejezdna. W powietrzu da się już wyczuć ciężką atmosferę powrotu. Pożegnanie z Afryką. Ja jeszcze zostaję, ale też wiem że pewien etap się zakończył. Pierwszy raz od wyjazdu, właśnie w ostatni poniedziałek od rana czułem się jak to w poniedziałki – oj nie lubię poniedziałków, nie lubię.... Skończyły się nasze piątki i soboty niestety....&lt;br /&gt;Na lotnisku na szczęście nie ma kolejki do check-in, ale musimy najpierw otworzyć nasz plecak przed służbami celnymi. Jak się okazuje nie mają dla naszego misternie zapakowanego plecaka żadnej litości. Wciskają swoje łapska do środka i brutalnie wywalają wszystko z niego. Oczywiście każdą pamiątkę (a szczególnie jedną dużą maskę z kraju Dogonów) odkładają na bok i zdenerwowanym tonem żądają zaświadczenia z muzeum, że to nie są antyki. Nie pomagają nasze tłumaczenia, że jesteśmy turystami, że te pamiątki są kupione w innych krajach (pokazujemy wizy w paszporcie). To są pamiątki po kilka E, tłumaczę. Czy ja wyglądam na kogoś kto płaci tysiące dolarów za antyki? Złodzieje (bo nie można ich inaczej nazwać) na granicy po długich dyskusjach pozwalają nam się spakować, ale jeszcze chcą nas zabrać do jakiegoś szefa. Krzysiek w tym momencie traci cierpliwość i wręcza jednemu z nich 2 tysiące N – 10E. Celnik zupełnie bez zażenowania przyjmuje pieniądze, nie zwracając uwagi na wszystkich ludzi wokół. W tym samym momencie nasze antyki zmieniają się w zwykłe pamiątki, które możemy swobodnie wywieźć z Nigerii. Ja już w międzyczasie idę do stanowiska check-in i chcę skasować bilet i odzyskać natychmiast pieniądze za niego. Strasznie mnie to wszystko wkurzyło. Taki syf na sam koniec. Dla mnie to pierwsza styczność z lotniskiem w Lagos (poprzednie razy latałem z Abudży) i pomimo ostrzeżeń, takiego czegoś się nie spodziewałem. Na szczęście panowie oficjalnie wymuszający haracz na lotnisku, pod egidą Nigerian customs, po otrzymaniu pieniędzy zupełnie stracili zainteresowanie nami. Plecak już nie tak dobrze spakowany trafia na wagę. Reszta idzie gładko. Idziemy jeszcze poczekać razem do knajpki, bo do odlotu jest sporo czasu. Emocje trochę z nas zeszły. Koło 22 następuje pożegnanie. Niestety Ala nie ma ze sobą telefonu, więc nie wiem czy nie miała żadnych problemów dalej. W sumie w podręcznym też były jakieś suweniry. Mam nadzieję, że dzisiaj coś napisze o swoim locie..... Mnie czeka chyba jeszcze samotna droga na północ do Kano. Jak o tym pomyślę, to aż mnie ciarki przechodzą. Znów tysiące psychicznych kierowców ciężarówek, setki kilometrów dziur, upał i huśtający Montek. Byle go tylko w całości tam dostarczyć. W każdym razie będę co jeszcze pisał i dam znać jak poszło ze sprzedażą. Dzięki jeszcze raz za świetne komentarze, słowa otuchy i Wasz czas.....&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-3694086090976474007?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/3694086090976474007/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=3694086090976474007' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/3694086090976474007'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/3694086090976474007'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/02/na-lotnisku-czyli-pozegnanie-z-afryka.html' title='Na lotnisku - czyli Pożegnanie z Afryką'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-5539529342549563910</id><published>2009-02-24T19:15:00.000+01:00</published><updated>2009-02-24T19:16:41.664+01:00</updated><title type='text'>24 luty – Koniec podróży</title><content type='html'>I oto nadszedł ostatni dzień naszej podróży po Afryce Zachodniej. Z planowanych 10 tys. mil zrobiło się prawie 13 000. Dziś pakowanie, trochę pluskania się w basenie u znajomych i oczywiście ostatni obiad. Tym razem fresh fish pepper soup. Z akwarium kelner wyławia pokaźnego suma, z którego kucharz robi pyszną, szalenie ostrą zupę. Przy jedzeniu człowiek płacze, leje mu się z nosa, pot leje się z całego ciała, ale pomimo tego – dalej je, tak smaczne to danie. Ale żołądek trzeba mieć żelazny, żeby wytrzymał taką ilość ostrej papryki. Koło 19 wyjedziemy na lotnisko.&lt;br /&gt;Wyprawa dobiegła końca, ale blog nie. Filip zostaje jeszcze w Nigerii na chwilę, więc jak coś ciekawego będzie się działo – będzie pisał. &lt;br /&gt;W każdym razie dziękujemy naszym wszystkim wiernym czytelnikom za towarzyszenie nam w tej wyprawie. Mamy nadzieję, że może udało nam się przekonać szerszą rzeszę, że podróżowanie to jedna z najlepszych rzeczy w życiu, że marzenia się spełniają i że nie ma rzeczy niemożliwych! &lt;br /&gt;Po powrocie Filipa urządzimy pokaz slajdów i opowieści, więc z góry zapraszamy!&lt;br /&gt;Do zobaczenia!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-5539529342549563910?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/5539529342549563910/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=5539529342549563910' title='Komentarze (10)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/5539529342549563910'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/5539529342549563910'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/02/24-luty-koniec-podrozy.html' title='24 luty – Koniec podróży'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><thr:total>10</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-7668180031493686353</id><published>2009-02-24T18:33:00.004+01:00</published><updated>2009-02-24T19:15:46.549+01:00</updated><title type='text'>23 luty – Sungbo Eredo, czyli atrakcje turystyczne Nigerii</title><content type='html'>&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SaQ134oXUdI/AAAAAAAAAnM/V6RIiHzZ4A8/s1600-h/2009.02.23+Sungbo+Eredo.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SaQ134oXUdI/AAAAAAAAAnM/V6RIiHzZ4A8/s200/2009.02.23+Sungbo+Eredo.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5306425495160050130" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SaQ1pfgzxrI/AAAAAAAAAnE/Yk8TkpwJ0uQ/s1600-h/2009.02.23+Sungbo+Eredo+(2).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SaQ1pfgzxrI/AAAAAAAAAnE/Yk8TkpwJ0uQ/s200/2009.02.23+Sungbo+Eredo+(2).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5306425247899305650" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SaQ1d0XRWxI/AAAAAAAAAm8/UOb5B6Y1v2k/s1600-h/2009.02.23+Sungbo+Eredo+(3).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SaQ1d0XRWxI/AAAAAAAAAm8/UOb5B6Y1v2k/s200/2009.02.23+Sungbo+Eredo+(3).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5306425047338015506" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Dzisiejszy plan mamy bardzo ambitny – znalezienie mało znanego w świecie zabytku Nigerii: Sungbo Eredo, czyli wg naszego przewodnika: największej budowli w Afryce zrobionej rękami człowieka, o długości ok. 160km i wysokości nawet do 7 pięter. Zaopatrzeni w takie informacje i lokalizację 'mniej więcej', jedziemy do miejscowości Ijebu-Ode, gdzie mamy podobno znaleźć Sungbo Eredo. Pytamy parę osób po kolei, niestety nikt nie słyszał o czymś takim. Tłumaczę, że ma to być wysoki mur, długi na 160km, więc chyba powinni wiedzieć o czymś takim. Po kolejnej nieudanej próbie udaje nam się znaleźć grupkę przy jednym ze sklepików, w której wiedzą o co nam chodzi i jeden z dziadków proponuje, że z nami pojedzie i pokaże nam drogę. Jedziemy więc we trójkę i rzeczywiście dojeżdżamy do miejsca, które oznaczone jest napisem Sungbo Eredo oraz firmowane nazwą ministerstwa turystyki. Lokalni tłumaczą nam, że jest to domniemany grób Królowej Saby, do którego rokrocznie pielgrzymi muzułmańscy i chrześcijańscy ciągną tysiącami, oddając jej hołd. Okazuje się, że kobiety nie mają tam wstępu i tylko Filip może wejść do świętego miejsca. Ja czekam przy aucie zabawiając wnuczkę jednego z lokalnych dziadków. Po 10 min. wraca Filip ze zdegustowaną miną. Nie ma śladu po żadnym murze – niskim, czy wysokim, tylko parę słupków otoczonych drutem. Część trasy trzeba pokonywać boso po dżungli, ale podobno dobrze się idzie. Pytamy obecnych tam panów jak to jest z tym murem. Nikt nic nie wie, nikt nic nie widział. Jak można zgubić 160km mur?? Jedziemy z powrotem do miasta i znów pytamy. Kierują nas w pewne miejsce 30km dalej, które odnajdujemy bez trudu, ale na miejscu zamiast 'wall' czyli muru widzimy 'war monument', czyli pomnik wojenny. Ale na szczęście obecny tam pracownik jakiegoś hotelu kojarzy nazwę Sungbo Eredo i tłumaczy nam, że to nie jest mur (faktycznie w przewodniku nie została użyta taka nazwa, jedynie 'budowla wysoka na 7 pięter'), a głęboki rów, który był zbudowany 1000 lat temu najprawdopodobniej w celach obronnych ówczesnego królestwa. Tłumaczy nam dokładnie gdzie go znaleźć. Jedziemy kolejne 30km i rzeczywiście znajdujemy zardzewiałą tabliczkę z nazwą Sungbo Eredo. Wchodzimy po spróchniałej desce w dżunglę. Tam ścieżka się kończy, bo zarosła różnymi zielskami. Nie mamy żadnej maczety, więc rękami przedzieramy się przez busz. Po kilku metrach widzimy jakiś rów, ale tak całkowicie zarośnięty, że właściwie gdybyśmy nie wiedzieli, że jest to robota tysięcy ludzi sprzed 1000 lat, to w życiu nie zwrócilibyśmy na to uwagi. Nawet zdjęć nie robimy, bo nie ma czemu.... I tak właśnie wyglądają atrakcje turystyczne w tak nieturystycznym kraju, jakim jest Nigeria. W Mali oczyścili by rów, podkreślając jego imponującą długość 160km oraz głębokość, zrobili obok jakąś rekonstrukcję dawnych zabudowań i kasowali grube pieniądze za możliwość podziwiania tego, a tutaj – nie dość, że mało kto z lokalnych wie, że coś takiego istnieje, a jak się już po wielkich trudach odnajdzie, to się okazuje, że nie warto było jechać 300km, żeby to oglądać... &lt;br /&gt;Po dojechaniu do domu sprawdzamy stan licznika: nasza cała podróż od wyjazdu z domu wyniosła 20 482 km!! Jeszcze szykuje się dodatkowe 1200km, żeby zawieźć auto kupcowi, ale to już jakby poza licznikiem 'turystycznym'. Cóż, wszystko, co piękne ma swój koniec....&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-7668180031493686353?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/7668180031493686353/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=7668180031493686353' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/7668180031493686353'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/7668180031493686353'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/02/23-luty-sungbo-eredo-czyli-atrakcje.html' title='23 luty – Sungbo Eredo, czyli atrakcje turystyczne Nigerii'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SaQ134oXUdI/AAAAAAAAAnM/V6RIiHzZ4A8/s72-c/2009.02.23+Sungbo+Eredo.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-4002830727138471322</id><published>2009-02-24T17:17:00.000+01:00</published><updated>2009-02-24T17:19:01.855+01:00</updated><title type='text'>21  i 22 luty – Wyścig z czasem i Lagos</title><content type='html'>Godzina 5:30 – pobudka. Żeby zdążyć na imprezę urodzinową Krzysia musimy wyjechać jak najwcześniej. Trasa ma 800km, a drogi tutaj bywają różne – parędziesiąt kilometrów świetnego, nowiutkiego asfaltu, a potem same dziury. Wyruszamy jeszcze przed wschodem słońca. Wybieramy inną trasę niż tę, którą jechaliśmy do Abudży, bo był dość długi odcinek bardzo złej drogi. Mamy nadzieję, że teraz będzie już lepsza. Początkowo jedzie się super, bo drogi puste (sobota rano) oraz w miarę dobry asfalt. Niestety, w miarę upływu czasu droga się coraz bardziej zapełnia psychopatycznymi kierowcami ciężarówek, a asfalt zaczyna być wypierany przez ogromne dziury. Na całym świecie jest zasada, że duży może więcej, ale tutaj dochodzi to do granic możliwości. Ciężarówki zaczynają wyprzedzać pod górkę, wlokąc się 20km na godzinę, albo też z górki, mając ograniczoną widoczność, pędząc dla odmiany 100km na godzinę. Oczywiście wszystko odbywa się na naszym pasie i co rusz musimy gwałtownie zjeżdżać na pobocze, które często jest strome albo bardzo dziurawe. Taka jazda może wykończyć nawet kierowcę rajdowego! W pewnym momencie, po 7h jazdy wjeżdżamy na nowiusieńką 2-pasmową autostradę. Jedzie się rewelacyjnie. Ale co z tego, skoro od czasu do czasu na jednym z dwóch pasów w naszą stronę jedzie samochód pod prąd, bo nie chce mu się jechać prawidłowo do zjazdu i jedzie sobie szybko naszym pasem. Nagle, zupełnie niespodziewanie kończy się droga. Jest lateryt i wielki murowany płot. Jak się okazuje, prace właśnie się tutaj skończyły, ale kiedyś się rozpoczną Insallah! Zawracamy więc i jedziemy za pewnym Nigeryjczykiem, który pokazuje nam drogę. Niestety ta już wraca do afrykańskich standardów. Jednopasmowa, prowadząca przez miasta i wiochy, okropnie dziurawa i jeszcze bardziej zatłoczona. Po drodze jeszcze dwa małe korki i po 12h docieramy do Lagos. Szybki prysznic, bierzemy taksówkę i na imprezę. Biba nazywa się Small World i różne kraje mają swoje stanowiska, w których serwują narodowe przysmaki oraz alkohol. Krzyś częstuje swoich gości tortem urodzinowym, a cała zabawa kończymy u sąsiada Krzysia - Andrzeja, również z Polski, nad ranem. &lt;br /&gt;W niedzielę jak już dochodzimy do siebie po sobotnich baletach jedziemy na plażę. Krzysiu zamawia rybę z grilla z frytkami u sprawdzonej wcześniej pani prowadzącej knajpkę „Ble Ble”. W miłym towarzystwie kończymy ten sympatyczny dzień w domu.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-4002830727138471322?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/4002830727138471322/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=4002830727138471322' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/4002830727138471322'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/4002830727138471322'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/02/21-i-22-luty-wyscig-z-czasem-i-lagos.html' title='21  i 22 luty – Wyścig z czasem i Lagos'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-4328519104598417778</id><published>2009-02-23T19:23:00.008+01:00</published><updated>2009-02-23T19:30:51.095+01:00</updated><title type='text'>20 luty – Kano i droga na południe</title><content type='html'>&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SaLrO-pwdSI/AAAAAAAAAmk/FzwkPQNugAU/s1600-h/2009.02.20+Kano+(36).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SaLrO-pwdSI/AAAAAAAAAmk/FzwkPQNugAU/s200/2009.02.20+Kano+(36).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5306061953564701986" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SaLrEKnKzoI/AAAAAAAAAmc/Jwfwnd5Sl7A/s1600-h/2009.02.20+Kano+(34).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SaLrEKnKzoI/AAAAAAAAAmc/Jwfwnd5Sl7A/s200/2009.02.20+Kano+(34).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5306061767796510338" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SaLq7VqNoAI/AAAAAAAAAmU/uIXiSB0shgc/s1600-h/2009.02.20+Kano+(30).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SaLq7VqNoAI/AAAAAAAAAmU/uIXiSB0shgc/s200/2009.02.20+Kano+(30).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5306061616143245314" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SaLqrqgvNbI/AAAAAAAAAmM/vNV66GMeMoU/s1600-h/2009.02.20+Kano+(20).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SaLqrqgvNbI/AAAAAAAAAmM/vNV66GMeMoU/s200/2009.02.20+Kano+(20).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5306061346862740914" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SaLqZpS42SI/AAAAAAAAAmE/_WRPbOEuU4U/s1600-h/2009.02.20+Kano+(14).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SaLqZpS42SI/AAAAAAAAAmE/_WRPbOEuU4U/s200/2009.02.20+Kano+(14).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5306061037298571554" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SaLqP-PHXuI/AAAAAAAAAl8/M3WLihk42E4/s1600-h/2009.02.20+Kano+(4).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SaLqP-PHXuI/AAAAAAAAAl8/M3WLihk42E4/s200/2009.02.20+Kano+(4).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5306060871121198818" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SaLp-cxxo2I/AAAAAAAAAl0/tD7Y2qcOOt8/s1600-h/2009.02.20+Kano+(3).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SaLp-cxxo2I/AAAAAAAAAl0/tD7Y2qcOOt8/s200/2009.02.20+Kano+(3).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5306060570081993570" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Po śniadaniu ruszamy na zwiedzanie Kano. Pani Hania jedzie z nami. Odwiedzamy tradycyjną farbiarnię. Kierownik mnie poznaje (w sumie każdy biały jest podobny) i zaczynamy rozmowę na temat cen za fotografowanie. Mówię mu, że jesteśmy turystami i przyjechaliśmy autem z Polski. Nie wierzy i idzie oglądać samochód. Montek bardzo mu się podoba i natychmiast oferuje zakup. Rozmawiamy chwilę, ale stwierdzam, że jeszcze do Lagos musimy jakoś wrócić. Dla niego to żaden problem, od razu proponuje, że załatwi specjalne auto z kierowcą, nawet na pięć dni, żeby nas zawiozło. W sumie prosi mnie o przysięgę: ja na Boga, on na Allaha, że auto jest dla niego zarezerwowane. Jestem zadowolony, bo cena jest praktycznie taka, jaką chcieliśmy dostać. Kupujemy dwa obrusy wyrabiane i farbowane tutaj. Jeden dla nas, jeden dla naszych gospodarzy. Cena rozsądna i mamy za to zdjęcia gratis (trzeba się umieć targować:). Odwiedzamy jeszcze Dala Hill skąd jest widok na całe Kano. Niestety banda kilkunastu chłopaków psuje nam sielankową atmosferę i szybko musimy się ewakuować, dodatkowo wiejący harmattan mocno ogranicza widoczność. Wracamy do domu, żegnamy się z naszymi fantastycznymi gospodarzami (jeszcze raz przepraszam, że tak krótko) i koło 14:30 ruszamy. Chcemy dojechać do Abudży z przystankiem w Kadunie (tam kiedyś mieszkałem), a to jakieś 400km. Ruszamy więc za panem Mietkiem, który pokazuje nam drogę wyjazdową. Do Kaduny jest świetna trasa i docieramy tam po 2h. Objeżdżamy szybko miasto, pokazuję Ali gdzie mieszkałem, jedziemy na sławetny pounded yam i egusi soup (nigeryjski przysmak). Jedzenie jest fantastyczne, Ala tylko mlaska. Ja niestety zaprawiłem się klimą w Yankari i mam katar, więc smaku nie czuję. Jedziemy dalej do Abudży, ale zastaje nas już zmrok. Na szczęście ta droga ma być bezpieczna. Wczoraj bandyci postrzelili Chińczyka pod Ibadanem. Podróżowanie w nocy w Nigerii to wielkie ryzyko. Trasa to Abudży jest dalej dobra. Dojeżdżamy do Sulejy i zatrzymujemy się w pierwszym hoteliku. Ceny o ponad połowę niższe niż w Abudży. Jutro musimy dojechać do Lagos. Nasz kolega ma 30 lat i jesteśmy zaproszeni na imprezę. W sumie to tylko 800km do przejechania... Trzeba wcześnie wstać, żeby dojechać tam na czas.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-4328519104598417778?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/4328519104598417778/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=4328519104598417778' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/4328519104598417778'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/4328519104598417778'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/02/20-luty-kano-i-droga-na-poudnie.html' title='20 luty – Kano i droga na południe'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SaLrO-pwdSI/AAAAAAAAAmk/FzwkPQNugAU/s72-c/2009.02.20+Kano+(36).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-3461970400646546832</id><published>2009-02-22T20:27:00.003+01:00</published><updated>2009-02-22T20:32:15.662+01:00</updated><title type='text'>19 luty – Z Yankari do Kano</title><content type='html'>&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SaGniE4i2PI/AAAAAAAAAls/_Ikh0XGJKjw/s1600-h/2009.02.20+Kano.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SaGniE4i2PI/AAAAAAAAAls/_Ikh0XGJKjw/s200/2009.02.20+Kano.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5305706039887452402" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SaGnYenN89I/AAAAAAAAAlk/AW0AAtHMu70/s1600-h/2009.02.19+Kano+(2).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SaGnYenN89I/AAAAAAAAAlk/AW0AAtHMu70/s200/2009.02.19+Kano+(2).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5305705874995409874" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Rano postanawiamy jeszcze wykorzystać luksus gorących źródeł i spędzamy ze 2 godziny pływając w zielono-błękitnej ciepłej wodzie. Tak naenergetyzowani pakujemy się i ruszamy w dalszą drogę. Naszym celem jest Kano – miasto na północy kraju, zdominowanej już przez islam. Zatrzymamy się tam u znajomych Filipa: p.Hani i p.Mietka, którzy mieszkają w Nigerii od 20 lat. Wg mapy mamy 2 trasy do wyboru: dłuższa, ale po lepszej drodze i znacznie krótsza, ale w większości po drugo- i trzeciorzędnych drogach. Jako, że Montek ma już tylne zawieszenie konkretnie wyeksploatowane, raczej nie chcemy ryzykować jazdy bo wielkich wybojach. Dojechawszy do Bauchi pytamy policjanta o kierunek i okazuje się, że ta krótsza trasa jest podobno bardzo dobra i bardzo nam poleca tę właśnie drogę. Cóż, ryzyk-fizyk. Jedziemy więc wg wskazówek policjanta. I to jest bardzo dobry wybór, bo rzeczywiście na drodze położony jest nowiuteńki asfalt. Jednak mapom, o czym się już wcześniej wielokrotnie przekonaliśmy, nie należy za bardzo ufać. Tutaj się wszystko tak szybko zmienia, że nawet najnowsza edycja jest już mało aktualna. Koło godziny 17 dojeżdżamy do celu, gdzie p. Mietek spotyka się z nami w centrum miasta, żeby poprowadzić nas przez miasto do domu. Kano ma niską zabudowę, oprócz paru wysokich budynków w samym centrum. Rozciąga się wiele kilometrów w każdą stronę. Kano było pierwszą osadą dla karawan wyjeżdżających z Sahary. Miasto ma więcej niż 5 milionów mieszkańców, ale dokładnie ile - tego nie wie nikt. No może tylko Allah! Panuje tutaj prawo shariatu i od czasu do czasu policja religijna robi akcje typu: koniec sprzedaży alkoholu. Dowiedzieliśmy się też, że niedawno ta sama policja rozbijała ciężarówki wiozące piwo do Kano. Sytuacja zawsze jednak wraca do normy i alkohol jest ogólnie dostępny w części chrześcijańskiej. Kano jest ważnym punktem dla świata arabskiego, wizytował je niedawno Kadafi, który funduje tutaj szkoły i szpitale muzułmańskie, aby przyciągnąć coraz więcej ludzi do islamu. W domu czeka już na nas pyszny obiad, a cały wieczór spędzamy na wielu rozmowach o Nigerii, Polsce i świecie. Na kolację jemy tutejszą słynną rybę o specyficznej nazwie: słonia wodnego. Naprawdę pyszna – polecamy bardzo, trzeba spróbować!  &lt;br /&gt;Na jutro mamy ambitny plan zwiedzenia Kano, i dojechania przynajmniej do Abudży, a po drodze chcemy jeszcze odwiedzić Kadunę.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-3461970400646546832?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/3461970400646546832/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=3461970400646546832' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/3461970400646546832'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/3461970400646546832'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/02/19-luty-z-yankari-do-kano.html' title='19 luty – Z Yankari do Kano'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SaGniE4i2PI/AAAAAAAAAls/_Ikh0XGJKjw/s72-c/2009.02.20+Kano.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-1555865009532803113</id><published>2009-02-19T19:23:00.007+01:00</published><updated>2009-02-19T19:30:55.770+01:00</updated><title type='text'>18 luty – Safari i gorące źródła</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2lQSWmQRI/AAAAAAAAAlc/_B_YWaPC-40/s1600-h/2009.02.18+Yankari+National+Park+(39).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2lQSWmQRI/AAAAAAAAAlc/_B_YWaPC-40/s200/2009.02.18+Yankari+National+Park+(39).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5304577635335422226" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2lKSTRegI/AAAAAAAAAlU/FZzW5wDP7Jg/s1600-h/2009.02.18+Yankari+National+Park+(37).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2lKSTRegI/AAAAAAAAAlU/FZzW5wDP7Jg/s200/2009.02.18+Yankari+National+Park+(37).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5304577532242262530" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2lCpaOdmI/AAAAAAAAAlM/fybOPTICsmY/s1600-h/2009.02.18+Yankari+National+Park+(26).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2lCpaOdmI/AAAAAAAAAlM/fybOPTICsmY/s200/2009.02.18+Yankari+National+Park+(26).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5304577401006487138" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2kxLM-GRI/AAAAAAAAAlE/1UKm95WOS3M/s1600-h/2009.02.18+Yankari+National+Park+(22).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2kxLM-GRI/AAAAAAAAAlE/1UKm95WOS3M/s200/2009.02.18+Yankari+National+Park+(22).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5304577100840048914" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2ke4U5pVI/AAAAAAAAAk8/fjq8Sc8LCaE/s1600-h/2009.02.18+Yankari+National+Park+(20).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2ke4U5pVI/AAAAAAAAAk8/fjq8Sc8LCaE/s200/2009.02.18+Yankari+National+Park+(20).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5304576786535392594" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2kVepYeiI/AAAAAAAAAk0/t_KxvDekD3U/s1600-h/2009.02.18+Yankari+National+Park+(4).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2kVepYeiI/AAAAAAAAAk0/t_KxvDekD3U/s200/2009.02.18+Yankari+National+Park+(4).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5304576625023154722" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Nad ranem budzą nas pawiany, które dobrały się do naszych śmieci. Wyrzuciliśmy spore kawałki trzciny cukrowej wczoraj, która zwabiła przechadzające się tutaj wszędzie pawiany. Nasze śmieci za chwilę były rozrzucone wokół auta, a baboony raz za razem wskakiwały na Montka, zaglądając do środka, co za skarby tam mamy. No, w takich warunkach się nie da się już dalej spać. Podjeżdżamy więc pod recepcję, aby wybrać się na safari. To się też zmieniło. Kiedyś była stara zdezelowana ciężarówka za 100N (1E=200N) od osoby, minimum jednak 1500N jeśli nie było chętnych. Teraz się czarteruje toyoty landcruisery za jedyne 7000N. Na szczęście my mamy 4x4, więc potrzebujemy tylko przewodnika. W takim wypadku 300N za osobę, więc całkiem rozsądnie. Ruszamy na safari. Widzimy oczywiście pawiany i małpy czerwone (red monkey, nie wiem czy one się tak po polsku nazywają), cała masę guźców (w obozie taplają się w wyciekającej z hydrantów wodzie), antylopy bush buck oraz antylopy roan. Zauważamy grupę słoni, ale niestety wchodzą już w las, więc widzimy niewiele. Po hipopotamach też ani śladu. Po dwóch godzinach wracamy. Idziemy na śniadanie. Zamawiamy omlet z frytkami (lepsze to, niż ten ich biały słodki pseudo tostowy chleb, nie utostowany, bo nie ma prądu). W czasie jak nasze śniadanie się robi, idziemy zapłacić za pokój na dzisiejszą noc. Rzeczywiście zmiany są wielkie. Pokoje za 12 tys. N są znacznie mniejsze i brzydsze niż te za 14 tys. Decydujemy się zapłacić więcej. Podaruj sobie odrobinę luksusu za jedyne 70E! Po śniadaniu idziemy do źródełka. Woda ma 31 stopni i fantastyczny turkusowy kolor. Ala widziała wiele zdjęć z Yankari, ale nadal robi to wielkie wrażenie, szczególnie, że to nie żaden basen, a naturalne źródełko, które przeradza się w rzekę, z piaszczysto-kamienistym dnem. Zapomnieliśmy jeszcze dodać, że pozbieraliśmy śmieci rozwalone przez pawiany i chcieliśmy je wyrzucić, niestety jak pawiany zobaczyły, że Ala wychodzi z auta z reklamówką to ją obskoczyły i wyglądały tak groźnie, że musiała wyrzucić torbę, na którą one się natychmiast rzuciły. W wodzie też cały czas patrzymy na olbrzymią grupę pawianów przechodzących obok. Niektóre są dość agresywne. Jedna z samic mających ruję, chyba bierze Alę za rywalkę i zaczyna się agresywnie zachowywać i zbliżać do nas. Musimy rzucać w nią kamieniami. Chwilę później olbrzymi samiec (takie pawiany mogą mieć nawet metr jak stoją na dwóch łapach) idzie w kierunku naszych ubrań. Ala jest już na brzegu i ich pilnuje. Ja w wodzie też z kamieniami. Rzucamy obok niego, a on zupełnie jakby nigdy nic idzie dalej w naszym kierunku i bierze jakiś plastikowy woreczek. Tutaj nazywają pawiany area boys (tak jak gangi młodzieżowe w Lagos). Rzeczywiście coś w tym jest. Wychodzimy z wody, trzeba się przygotować do popołudniowego safari. &lt;br /&gt;Tym razem jedzie z nami mniej elokwentny przewodnik, ale w sumie dobrze – ten poranny miał czasem słowotok, więc wspólne milczenie jest dobre. Jadąc bardzo wyboistą, NIE asfaltową drogą, przewodnik widzi jakieś słonie za krzakami. Jedziemy dalej, bo tam jest zakole rzeki bez żadnych drzew i dojeżdżamy do punktu, gdzie widzimy doskonale całą grupę słoni – w sumie około 40. Widok niesamowity. Przez dłuższą chwilę oglądamy słonie, które dostojnie przechodzą wzdłuż rzeki, a następnie jedziemy dalej. Widzimy jeszcze parę prześlicznych ptaków (trudno zrobić niestety zdjęcie) oraz antylopy. Zadowoleni wracamy do ośrodka. Bardzo udane safari.  &lt;br /&gt;Wieczór spędzamy pracowicie, pisząc relacje z wszystkich zaległych dni, żebyście nie mówili, że się obijamy:) Jutro czeka na nas Kano. Musimy jeszcze zmienić domek, bo w naszym klima nie działa (no tak, magiczny nigeryjski elektryk podłączał – pewnie spalił kompresor). Mebelki są fantastyczne i tak gustownie dobrane, że aż ciężko uwierzyć, iż mógł to robić czarny człowiek. Pomimo całej naszej sympatii do nich trzeba wyraźnie stwierdzić, że nie mają za grosz gustu ani pojęcia o wykończeniu prac budowlanych. Nasz domek pomimo tego, że ma niewiele ponad pół roku jest już brudny, a kafelki oraz prysznic są tak wykończone, jakby małe dziecko bawiło się plasteliną i zapychało dziury. Woda z prysznica leci wszędzie, ale nie z czaszy. Można by jeszcze długo wymieniać te cuda nigeryjskiej techniki. Po krótkiej rozmowie w recepcji, gdzie dzielę się moimi uwagami i spostrzeżeniami oczywiście okazuje się, że domki są meblowane przez niemiecką firmę. Nawet nie trzeba pytać kto robił roboty wykończeniowe. To widać na pierwszy rzut oka......&lt;br /&gt;A, jeszcze jedna ważna kwestia. Nasza podróż dobiega końca. Ala wykupiła bilet powrotny do Polski na 24 lutego i 25 po południu będzie w kraju. Nasza wspólna podróż dobiegnie końca. Ja zostanę jeszcze chwilę w Nigerii, żeby sprzedać Montka. Jeżeli będzie się tutaj coś ciekawego działo, to wrzucę na bloga.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-1555865009532803113?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/1555865009532803113/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=1555865009532803113' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/1555865009532803113'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/1555865009532803113'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/02/18-luty-safari-i-gorace-zroda.html' title='18 luty – Safari i gorące źródła'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2lQSWmQRI/AAAAAAAAAlc/_B_YWaPC-40/s72-c/2009.02.18+Yankari+National+Park+(39).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-8774387628165558002</id><published>2009-02-19T19:18:00.005+01:00</published><updated>2009-02-19T19:23:09.347+01:00</updated><title type='text'>17 luty – Yankari wita</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2jao44cPI/AAAAAAAAAks/1XCr8-o2a3M/s1600-h/2009.02.17a+Nigeryjski+McDonald.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2jao44cPI/AAAAAAAAAks/1XCr8-o2a3M/s200/2009.02.17a+Nigeryjski+McDonald.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5304575614160236786" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2jTvy-OHI/AAAAAAAAAkk/Grm0MR_R2tI/s1600-h/2009.02.17+Trasa+do+Yankari.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2jTvy-OHI/AAAAAAAAAkk/Grm0MR_R2tI/s200/2009.02.17+Trasa+do+Yankari.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5304575495755413618" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2iwhgfuNI/AAAAAAAAAkc/5_YaaIhdz8A/s1600-h/2009.02.17+Trasa+do+Yankari+(4).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2iwhgfuNI/AAAAAAAAAkc/5_YaaIhdz8A/s200/2009.02.17+Trasa+do+Yankari+(4).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5304574890624399570" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Po porannym spotkaniu w biurze Mohammeda z nim samym i jego bratem oraz zakupie pokaźnej ilości pamiątek, ruszamy na północ – do Yankari National Park. Zwierzyna jest tam podobna jak w ghańskim Mole National Park, ale dodatkową atrakcją są gorące źródła. Trasa do parku wiedzie przez malownicze okolice, wspinamy się coraz wyżej. Montek nadal spisuje się świetnie, ale coraz bardziej martwimy się, żeby na sam koniec coś się nie zepsuło. Jest już mocno zmęczony trasą. W końcu na naszym liczniku wyprawy mamy już ponad 18 000 km. Na późny obiad zatrzymujemy się w mieście Jos. Filip chce, żebym koniecznie spróbowała okropnego jedzenia w lokalnej podróbce Mc Donald's – Mr Bigg's. Jedzenie jest rzeczywiście z serii 'na przetrwanie', ale nawet dla samego zdjęcia warto było się zatrzymać. Mc Shit to jak restauracja kategorii „S” przy Mister Biggsie! Od Abudży do Josu nie spotykamy ani jednego patrolu policyjnego. Od Josu zaczynają się kontrole, ale policja jest tutaj tak uprzejma, że aż nie wierzymy własnym oczom – w żadnym kraju wcześniej nie spotkaliśmy się z taką sympatią policji! W poprzednich krajach byli poprawni, czasem mniej bądź bardziej uprzejmi, ale ci tutaj są po prostu do rany przyłóż! Niesamowite. Tym bardziej, że spodziewamy się wiadomego: What do you bring for us? A tutaj nam machają, salutują, śmieją się od ucha do ucha i tylko pokazują, żeby się nie zatrzymywać i jechać dalej. Widocznie na granicy już 'wyrobiliśmy' swoją normę wrednych patroli i na razie mamy spokój. Po obiedzie w Josie pędzimy do Bauchi, które jest 110km od Yankari. Zaczyna się powoli ściemniać. Trasę pomiędzy Josem a Bauchi (112km) pokonujemy w godzinę. Potem, wg Filipa ostatnich wspomnień z 2006 ma się zacząć odcinek z dziurami w asfalcie. Jedziemy, jedziemy, droga cały czas dobra. Na chwilę zaczynają się dziury, ale za moment jest już zjazd na park. Ostatnio droga była dziurawa, a potem przechodziła w lateryt. Jednak w 2008 podobno został przeprowadzony remont drogi i samego ośrodka w parku. Rzeczywiście, droga do bramy wjazdowej do parku jest zrobiona z nowiuśkiego asfaltu. Zapadła już totalna ciemność. Płacimy za wstęp do parku. Wjeżdżamy za bramę i...... tutaj też asfalt!!! To już jest totalna profanacja!! Jak można w parku narodowym, w którym żyją dzikie zwierzęta zbudować prawdziwą asfaltową drogę!!??? Przecież wielkie, głośne maszyny przepędzą zwierzęta!! Jesteśmy naprawdę źli, że coś takiego zostało tutaj zrobione. Jedzie za nami Nigeryjczyk, który jest pierwszy raz w Yankari i bardzo się boi, że  zwierzęta zaatakują jego auto. Jak słyszy, że Filip byl tutaj już 3 razy to zaraz się pyta, czy może jechać za nami. Jasne, czemu nie. Aha, w czasie kupowania biletów pokazano nam tabelę z cenami pokoi w parku. W 2006 roku domek w parku kosztował ok. 10E, a teraz podobno kosztuje 60E najtańszy!!! No, zaczyna się super. Podczas jazdy podejmujemy decyzję, że skoro i tak jest już późno i ciemno, dziś spędzimy noc w samochodzie, a na jutro wynajmiemy domek. Budżet trzeba trzymać, nie będziemy się tutaj rozpasali. Dojeżdżamy do ośrodka. Pomimo ciemności dokoła, Filip szeroko otwiera oczy: wszystko się pozmieniało. Nowe budynki, nowe drogi, ośrodek powiększył się mocno. No i oczywiście ceny... Idziemy do recepcji, próbując wynegocjować jakąś zniżkę. Nie ma takiej możliwości. Madame z recepcji, mimo że już nas polubiła (czytaj oczywiście – Filipa), nie ma takiej mocy. Nic to, będziemy spać w aucie. Na takie stwierdzenie madame coś tam mruczy o opłacie za camping, ale zbywamy ją, a i ona nie nalega za bardzo. Idziemy do baru czegoś się napić. Tam przysiada się do nas jakiś lokalny, pytając o szczegóły naszego tutaj pobytu, a po długim monologu Filipa na temat asfaltu w parku i cenach pokoi pyta, czy w takim razie, skoro nie bierzemy pokoju, zapłaciliśmy za camping. My na to, że spanie w aucie na parkingu, to nie camping, bo takowy wymaga specjalnych warunków zapewnionych przez ośrodek, jak toaleta czy prysznice, a my chcemy tylko spać na parkingu. Facet jest dość uparty. Nic nie wskórawszy znika, a po chwili wraca z jakimś przełożonym, który jest na początku zły, usłyszawszy wersję naszego wcześniejszego rozmówcy, ale po chwili konwersacji stwierdza, że bez problemu możemy nocować w naszym samochodzie bez dodatkowych opłat. Nie ma to jak urok osobisty:) Filipa w tym wypadku....&lt;br /&gt;Po posiedzeniu w barze idziemy do samochodu, przeparkowujemy go, w środku układamy graty tak, żeby móc rozłożyć fotele i kładziemy się spać. To będzie nasza druga noc w Montku. Pierwszą spędziliśmy w Hiszpanii, zatrzymani w nocy przez śnieżycę....&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-8774387628165558002?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/8774387628165558002/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=8774387628165558002' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/8774387628165558002'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/8774387628165558002'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/02/17-luty-yankari-wita.html' title='17 luty – Yankari wita'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2jao44cPI/AAAAAAAAAks/1XCr8-o2a3M/s72-c/2009.02.17a+Nigeryjski+McDonald.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-1521953625418267394</id><published>2009-02-19T19:14:00.005+01:00</published><updated>2009-02-19T19:18:10.104+01:00</updated><title type='text'>16 luty – W stronę stolicy</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2iVuapXnI/AAAAAAAAAkM/R__JSF0ngzA/s1600-h/2009.02.17+Abuja.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2iVuapXnI/AAAAAAAAAkM/R__JSF0ngzA/s200/2009.02.17+Abuja.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5304574430233058930" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2iNKb2TKI/AAAAAAAAAkE/tPRKJHiaanQ/s1600-h/2009.02.17+Abuja+(10).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2iNKb2TKI/AAAAAAAAAkE/tPRKJHiaanQ/s200/2009.02.17+Abuja+(10).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5304574283135470754" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2iGq72zvI/AAAAAAAAAj8/HXIXbZZFn5A/s1600-h/2009.02.17+Abuja+(5).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2iGq72zvI/AAAAAAAAAj8/HXIXbZZFn5A/s200/2009.02.17+Abuja+(5).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5304574171600572146" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2h_Ne58nI/AAAAAAAAAj0/uOYCSV_vJHM/s1600-h/2009.02.17+Abuja+(2).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2h_Ne58nI/AAAAAAAAAj0/uOYCSV_vJHM/s200/2009.02.17+Abuja+(2).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5304574043435430514" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2h3jhVaHI/AAAAAAAAAjs/m6seh7Lkp5E/s1600-h/2009.02.16a+Abuja+noca.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2h3jhVaHI/AAAAAAAAAjs/m6seh7Lkp5E/s200/2009.02.16a+Abuja+noca.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5304573911912245362" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Rano idziemy jeszcze na plac budowy Marka. Jest to Centralny Bank Nigerii, oddział w Ibadanie. Budynek przechodzi bardzo gruntowny remont połączony również z rozbudową. Budowa prowadzona z wielkim rozmachem i olbrzymimi kosztami, ale przecież Nigeria to cholernie bogaty kraj (mówię poważnie) i kto by się tam liczył z pieniędzmi. Ma być wszystko najlepsze i najdroższe. Żegnamy się z Markiem i wyruszamy z Ibadanu. To jakieś 600km do stolicy. Wyjazd z miasta (należy przypomnieć, że Ibadan to drugie największe miasto w Nigerii 7-8 milionów ludzi, aczkolwiek króluje niska zabudowa) zajmuje godzinę, więc właściwie na drodze jesteśmy o 10 rano.  &lt;br /&gt;Początkowo droga jest niezła, później jednak kończy się dwupasmówka i nasze tempo spada. W pewnym momencie widzimy samochód policyjny jadący po poboczu omijając dziury. Nagle samochód przyspiesza, oddala się od nas na jakieś 10 metrów i wyskakuje z niego 4 policjantów z karabinami i bardzo ostro kierują się w naszą stronę. Wygląda to nieciekawie, ale ja od razu otwieram okno i wołam do jednego z nich: Officer how now? On trochę skonfudowany, ale zdecydowanie bardziej rozluźniony odpowiada. Zaczyna się rozmowa. Twierdzą, że się zatrzymali, żeby pozdrowić Oibo (biały człowiek). Niestety jeden z nich nie jest już taki miły i zdecydowanym tonem woła: „Oibo bring dollars!”, odpowiadam, że nie mam dolarów, że jestem turystą. On jednak jest uparty: „Oibo bring nigeria money now!”. Jakoś udaje się sytuację opanować, bo reszta jak usłyszała, że Ala przywiezie im siostrę (której oczywiście nie ma, chyba że Maćka przebierzemy), to aż z radości zaczęli mlaskać. Reszta drogi mija dość spokojnie, choć czasami drogi brak. Jedziemy znów asfalto-laterytem. Godziny mijają, a my nadal dość daleko od Abudży. Na drodze mnóstwo wraków: spalonych, porzuconych, zepsutych. Nikt tego tutaj nie sprząta. Na drodze spory ruch. Im bliżej miasta tym więcej patroli policyjnych. Nie mamy jednak żadnych problemów. Wreszcie dojeżdżamy do Abudży. Na wielkiej bramie wjazdowej widać duży napis: You are welcome!. Trochę dalej mijamy ogromny, zadaszony stadion (w Polsce jeszcze takiego nie mamy). Został zbudowany na All Africa Games, które miały miejsce w Nigerii w 2003 roku. Zapada już zmierzch, ale jeszcze można zobaczyć imponującą panoramę Abudży. Czy my nadal jesteśmy w Afryce? Jedziemy do polskiej ambasady, bo mamy tam kilka spraw do załatwienia, a następnie szukamy noclegu i jest problem. Te najtańsze z przewodnika to kiepskie nory, a na dodatek ceny zaczynają się od 30E! Wykonuję jeszcze jeden telefon do starego szefa, a obecnie przyjaciela – Mohammeda. Do dzisiaj jesteśmy w kontakcie i spotkanie z nim to ważny punkt programu. Okazuje się, że akurat teraz też jest w Abudży. Pyta się o moje plany i nalega na spotkanie (mówię mu, że rano wyjeżdżamy do Yankari National Park). Wspominam, że muszę jeszcze znaleźć spanie, więc dzisiaj raczej nie damy rady się spotkać. On natychmiast proponuje nam nocleg. Spotykamy się pół godziny później. Ala wiele o nim słyszała, ale po naszej krótkiej rozmowie z nim, mówi jedno zdanie: ”Konkret facet”! Taki właśnie jest Mohammed. Po zostawieniu plecaków jedziemy na poszukiwanie specjalnej suyi. Tylko w Abudży był kiedyś gość, który robił małe roladki z grilla. Znajduję miejsce bez większego problemu i facet nadal tam jest (Marek, stał w tym samym miejscu i nas pamiętał – nadal ma po 100N). Kupujemy prowiant (pokazałem, Ali gdzie mieszkała Jadźka) i jedziemy do baru, gdzie ostatnim razem często chadzaliśmy z Markiem. Mają tam świetne ryby z grilla, ale jakoś wolimy roladki. Wieczór wspomnień bardzo sympatyczny. I mam obiecaną zniżkę na roladki jak znów wrócę! Jutro ruszamy do Yankari.&lt;br /&gt;To teraz ja, Jarząbek: Nigerię znam z opowiadań. Wielokrotnie słyszałam przygody i przeróżne historie z Filipa dwóch pobytów w tym kraju. W mojej głowie zrodziło się jakieś wyobrażenie, które teraz przychodzi mi konfrontować z rzeczywistością. Jest to bardzo ciekawe doświadczenie, bo Filip zawsze idealizował swój raj utracony, co ja oczywiście brałam pod uwagę, troszkę 'uziemiając' jego wrażenia, tworząc swój własny obraz tego kraju. No, więc jestem tu i teraz i porównuję. Jedziemy, a Filip mówi: tu jest most, na którym brakowało przęsła jak jechaliśmy z rodzicami w 2003. A ja na to: a, to ten most. I już wszystko jasne. A tutaj kupowaliśmy z Mateuszem piwo na trasie do parku Yankari. Ja na to: to, które było tak mocno schłodzone, że aż się pić nie dało? Tak więc znam wiele szczegółów. Taki obraz z puzzli, w którym brakuje jednak bardzo wielu elementów, żeby utworzył całość. No i teraz uzupełniam te brakujące kawałki, a niektóre istniejące koryguję. Abudża to miasto, gdzie Filip spędził najwięcej czasu i najwięcej mi o nim opowiadał. O przygodach, miejscach, ludziach. Z ludzi poznałam już tego najważniejszego – Marka, który wprowadzał Filipa w ten świat i nauczył wielu rzeczy, które sprawiają, że Filip potrafi się tutaj poruszać i rozmawiać z lokalnymi ludźmi – umiejętność, którą niewielu białych  posiada, a może raczej: chce posiadać. Więc teraz kolej na najważniejsze miasto. Wjeżdżamy czteropasmową ulicą (w każdą stronę oczywiście) do centrum. Ruch dość spory, ale nieporównywalny z Lagos. Nie ma motorków, czyli 'okada', których poruszanie się po mieście jest całkowicie zabronione. Nie ma otwartych rowów kanalizacyjnych, jest czysto, nie ma śmieci. Wszyściutko poukładane, wyrównane, nowoczesna zabudowa. W Afryce byłam w 14 krajach, ale czegoś takiego nie widziałam. Wygląda tak, jakby ktoś przeniósł kawałek Europy i wrzucił w sam środek Nigerii. Praktycznie nie ma charakterystycznych targowisk, zostały zastąpione nowoczesnymi boksami, ulice są czyste, są chodniki, światła dla pieszych... Dla nas niby to normalka, ale tutaj to naprawdę ewenement. W latach 80-tych XX w. ówczesny prezydent postanowił przenieść stolicę z portowego molocha Lagos, w sam środek kraju. Miasto zostało stworzone od zera. W 2002 roku, w czasie pierwszego pobytu Filipa w Nigerii, Abudża miała ok. 300tys. mieszkańców, a ulice były praktycznie puste. 4 lata później liczba mieszkańców się potroiła, a ulice bardziej się zapełniły. Dziś – nie wiemy ile jest mieszkańców, ale ulice są już dużo bardziej zapełnione. Jednak nie ma nadal porównania nawet z Katowicami, nie mówiąc o Warszawie, pod względem korków. Ja porównałabym to do Rudy Śląskiej, gdzie w pewnych miejscach tworzą się korki, ale nie jakieś bardzo czasochłonne, a przez resztę miasta przejeżdża się płynnie. Drogi zaplanowali naprawdę bardzo dobrze (oczywiście biały człowiek), nie widziałam nic węższego niż 2 pasma, a 3-4 to standard. I ciągle dobudowują nowe. W ogóle miasto to nadal jeden wielki plac budowy. Oczywiście najważniejsze budowle od dawna już stoją, ale ciągle dobudowywane są nowe biurowce i budynki mieszkalne. W każdym razie Abudża w moim wyobrażeniu wyglądała trochę bardziej po afrykańsku. Muszę kilka puzzli jednak zmienić na lepsze:)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-1521953625418267394?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/1521953625418267394/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=1521953625418267394' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/1521953625418267394'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/1521953625418267394'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/02/16-luty-w-strone-stolicy.html' title='16 luty – W stronę stolicy'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2iVuapXnI/AAAAAAAAAkM/R__JSF0ngzA/s72-c/2009.02.17+Abuja.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-4285168136308012508</id><published>2009-02-19T19:06:00.001+01:00</published><updated>2009-02-19T19:14:34.102+01:00</updated><title type='text'>15 luty – Ibadan i wizyta u Marka</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2haMygNAI/AAAAAAAAAjk/XoAdjonGeNQ/s1600-h/2009.02.15+U+Marka+w+Ibadanie.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2haMygNAI/AAAAAAAAAjk/XoAdjonGeNQ/s200/2009.02.15+U+Marka+w+Ibadanie.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5304573407594034178" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2hQGJGJNI/AAAAAAAAAjc/CW9LLf4mfP4/s1600-h/2009.02.15+U+Marka+w+Ibadanie+(2).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2hQGJGJNI/AAAAAAAAAjc/CW9LLf4mfP4/s200/2009.02.15+U+Marka+w+Ibadanie+(2).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5304573234011055314" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;W niedzielę rano ruszamy do Abudży. W Lagos pytamy policjantów o drogę, gdyż wjechaliśmy na zły most. Ci eskortują nas i wyprowadzą na express road. O dziwo chłopcy nic nie chcą za to, ale w imię międzynarodowej współpracy dajemy im odblaskowe misie sagowe dla dzieci, żeby były lepiej widoczne, jak po zmroku będą chodzić. Niestety niewiele za Lagos zaczyna się korek. W remoncie jest jeden pas jezdni, więc tracimy sporo czasu, ale jedziemy dalej. No jasne, niech to szlag. Nie ujechaliśmy zbyt daleko, a tu kolejny korek. Czas leci, a my stoimy. Jesteśmy świadkami awantury między Nigeryjczykami. Kierowca audi TT, chcąc skrócić sobie trasę wjeżdża na stację benzynową, ale chyba to się komuś nie spodobało (w sumie cała masa ich tak robiła) i zaczyna się awantura. W pewnym momencie kierowca TeTetki nie wytrzymuje i wyskakuje z auta. Od razu ściąga koszulkę (chyba trochę rzucał na siłowni, bo mięśniak był konkretny) i jak wściekły byk na corridzie rusza na swojego oponenta. Ale jak to bywa w Nigerii od razu znajduje się kilku gości, którzy go powstrzymują. Oczywiście do starcia nie dochodzi, a szkoda, bo to by była jedyna rozrywka w tym korku. No coś się rusza, więc trzeba wisieć na zderzaku wcześniejszego samochodu, bo inaczej zaraz jakiś magiczny nigeryjski busik pojawi się znikąd i wepchnie przed nas. Walczę o swoje pool position prawie jak Kubica, no niestety czasami zdezelowane busiki mniej dbają o swoją blacharkę i muszę dać za wygraną. Oczywiście, z olbrzymimi autobusami nie mam żadnych szans (widać, że niektórzy próbowali starcia, bo autobusy są mocno poobijane), ale przyznam, że kilka małych bitewek w korku też wygrywam, a to dopiero mój 3 dzień w Nigerii po prawie trzyletniej nieobecności. Będzie dobrze:) &lt;br /&gt;Nasz dojazd do Abudży wygląda coraz mniej realnie. To jakieś 800km, a droga bywa bardzo różna. Robi się już 13:00 a my nadal w korku. Wyjechaliśmy z Lagos o 10 rano, a licznik nieubłaganie pokazuje, że przejechaliśmy 100km. Podejmujemy decyzję, że jedziemy odwiedzić naszego przyjaciela Marka, który jest weteranem nigeryjskim. Mieszka w Nigerii prawie 30 lat - obecnie w Ibadanie, jakieś 150km od Lagos. Marka poznałem na imprezie w polskiej ambasadzie w Abudży w 2002. Od tego czasu utrzymujemy bardzo bliski kontakt i dość regularnie się widujemy.  Wiem, że na Marka zawsze mogę liczyć i zawsze jestem u niego mile widziany. Dzwonię więc do niego i komunikuję, że za jakieś 2h będziemy u niego. W słuchawce bardzo zadowolony głos odpowiada, jasne przyjeżdżaj, dwie skrzynki Guldera się chłodzą. Korek pomału się luzuje. Okazuje się, że był wypadek. Ciężarówka z puszkowym piwem się wywróciła. Wszędzie walają się puszki po piwie Star (oczywiście już opróżnione). Z autobusu przed nami przez okno wypadają puszki. Na barierkach siedzą zadowoleni ludzie, każdy dzierży puchę Stara. No niezła impreza, szkoda, że my tak daleko byliśmy, ale ja za Starem w sumie nie przepadam. Staliśmy w korku do 14:30, ale to nic dziwnego, skoro każdy pomagający usunąć skutki wypadku wychylił kilka puszek piwa. Mnie by się też nie spieszyło przy takim wypadku. Z naszej strony to była świetna decyzja o postoju w Ibadanie, gdyż do Abudży nie mamy żadnych szans dojechać. Mnie zaraz wraca humor na samą myśl o spotkaniu z Markiem, a poza tym stresował mnie ten mijający czas i duża odległość dzieląca nas od stolicy. Umawiamy się z Markiem w restauracji w centrum Ibadanu. Jesteśmy tam o 16:30. Marek pojawia się ze swoim kolegą Włochem. Jemy fantastyczne steki, pijemy piwo i rozmawiamy o starych czasach oraz naszych przygodach na trasie. Nagle zaczyna grać bardzo głośna muzyka, więc dopijamy piwo i jedziemy do Marka. To duży pokolonialny dom, gdzie Marek mieszka ze wspomnianym Włochem Antonio. Długo rozmawiamy i kończymy niesamowicie przyjemny wieczór dość późno, Marek rano idzie do pracy, a my ruszamy do Abudży. &lt;br /&gt;Aha, pamiętacie historię z aresztowaną kozą? Jak się okazało, to jednak nie była koza tylko baran. Pracownik Marka opowiadał, że widział wywiad w telewizji z owym baranem posądzanym o rabunek banku, ale baran się do niczego nie przyznał! No pech co zrobić. Takie rzeczy to tylko w......Nigerii.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-4285168136308012508?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/4285168136308012508/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=4285168136308012508' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/4285168136308012508'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/4285168136308012508'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/02/15-luty-ibadan-i-wizyta-u-marka.html' title='15 luty – Ibadan i wizyta u Marka'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZ2haMygNAI/AAAAAAAAAjk/XoAdjonGeNQ/s72-c/2009.02.15+U+Marka+w+Ibadanie.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-1128232558213673019</id><published>2009-02-15T22:19:00.003+01:00</published><updated>2009-02-15T22:28:05.496+01:00</updated><title type='text'>14 luty – Impreza polonijno-podróżnicza</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZiItDD9a5I/AAAAAAAAAjU/Jq2f8z5x7YA/s1600-h/2009.02.14+Lagos+mlyny.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 134px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZiItDD9a5I/AAAAAAAAAjU/Jq2f8z5x7YA/s200/2009.02.14+Lagos+mlyny.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5303138868726164370" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZiIIC9VMwI/AAAAAAAAAjM/Tm98e1tKlYg/s1600-h/2009.02.14+Lagos+impreza+u+Krzysia+(8).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZiIIC9VMwI/AAAAAAAAAjM/Tm98e1tKlYg/s200/2009.02.14+Lagos+impreza+u+Krzysia+(8).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5303138233043202818" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZiH03Sad_I/AAAAAAAAAjE/m2Ia9P0Ld6Y/s1600-h/2009.02.14+Lagos+impreza+u+Krzysia.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZiH03Sad_I/AAAAAAAAAjE/m2Ia9P0Ld6Y/s200/2009.02.14+Lagos+impreza+u+Krzysia.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5303137903492888562" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Dziś wstajemy koło 9, po nocnych podbojach klubów w Lagos. Filip wysyła stewarda (tutaj standardem jest posiadanie stewarda w domu, który gotuje, sprząta i pierze) do sklepu po prowiant na śniadanie i instruuje go jak przygotować nam omlet. Jemy pyszne śniadanie. Krzyś przyjeżdża do nas w czasie przerwy w pracy i bierze nas na zwiedzanie swojego miejsca pracy, czyli młynów nigeryjskich, największego takiego przedsiębiorstwa w kraju. Wjeżdżamy specjalnym taśmociągiem (na zdjęciu – stoi się na tej małej platformie, trzymać się trzeba za rączkę powyżej, sama konstrukcja wydaje się dość niebezpieczna, ale uczucie niezłe) na kolejne piętra i oglądamy proces mielenia zboża na mąkę (dopiero później dowiadujemy się, że awaryjność tej windy jest dość spora i były już wypadki śmiertelne). Ogromne hale z dziesiątkami maszyn, każdy proces odbywa się na innym piętrze, by na parterze uzyskać finalny produkt. Po zwiedzaniu fabryki jedziemy na małe zakupy do supermarketu (tak, jest tu właśnie coś takiego, z cenami trzy razy wyższymi niż u nas) bo dziś wieczorem Krzyś wydaje na naszą cześć imprezę, na którą zaprosił swoich polskich znajomych mieszkających i pracujących w Lagos. &lt;br /&gt;Impreza udaje się świetnie. Frekwencja dopisuje, nasze zdjęcia budzą spore zainteresowanie. Kończymy dość późno i w świetnych humorach idziemy spać. Rano planujemy dojechać do Abudży.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-1128232558213673019?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/1128232558213673019/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=1128232558213673019' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/1128232558213673019'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/1128232558213673019'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/02/14-luty-impreza-polonijno-podroznicza.html' title='14 luty – Impreza polonijno-podróżnicza'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZiItDD9a5I/AAAAAAAAAjU/Jq2f8z5x7YA/s72-c/2009.02.14+Lagos+mlyny.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-3450780823190460563</id><published>2009-02-14T16:49:00.004+01:00</published><updated>2009-02-14T19:02:45.629+01:00</updated><title type='text'>13 luty – granica benińsko-nigeryjska challenge</title><content type='html'>&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZb5opjQ7xI/AAAAAAAAAi8/yB52fGKR4Yw/s1600-h/2009.02.13+Nigeria+wita+(5).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZb5opjQ7xI/AAAAAAAAAi8/yB52fGKR4Yw/s200/2009.02.13+Nigeria+wita+(5).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5302700088019185426" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZb5iOD3EzI/AAAAAAAAAi0/zBbJ-T0cEzw/s1600-h/2009.02.13+Nigeria+wita+(4).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZb5iOD3EzI/AAAAAAAAAi0/zBbJ-T0cEzw/s200/2009.02.13+Nigeria+wita+(4).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5302699977560494898" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZb5JzgEj7I/AAAAAAAAAis/al2fogoZnQA/s1600-h/2009.02.13+Nigeria+wita.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZb5JzgEj7I/AAAAAAAAAis/al2fogoZnQA/s200/2009.02.13+Nigeria+wita.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5302699558114201522" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Rano Filip budzi się jak nowo narodzony (nie dziwota, bo takich końskich dawkach antymalaryku, który sam w sobie jest antybiotykiem + dodatkowego antybiotyku, pewnie wszystkie bakterie zostały wyplenione na długi czas). Zbieramy się sprawnie i jedziemy do  odległej do 20km granicy nigeryjskiej. To jest przejście graniczne, którego się boję od początku, bo wiem z opowieści, jak oni chcą pieniądze za wszystko, a granica zawsze jest dobrą okazją do oskubania turysty, nawet w bardziej 'cywilizowanych' afrykańskich krajach. Tym bardziej, że nie mamy wspominanego już wcześniej carnet de passage, czyli owego dokumentu wystawianego w Polsce (za sowitą kaucję), który utwierdza władze celne w poszczególnych krajach, że nie sprzedamy u nich samochodu. No a wiadomo, że właśnie tak w Nigerii chcemy zrobić... A do tego wszystkiego, przejście, które chcemy przekroczyć jest najbardziej ruchliwym między Beninem a Nigerią (pewnie jedno z najruchliwszych w Afryce), bo tam właśnie z portu w Cotonu przewożone są do Nigerii samochody starsze niż 10-letnie, których tam oficjalnie sprowadzać nie wolno. Ale nic to, raz kozie śmierć. &lt;br /&gt;Wjeżdżamy w duże zagęszczenie ludzi, co oznacza, że dotarliśmy do przejścia. Widzimy pierwszy szlaban, zrobiony z gałęzi oczywiście. Zatrzymuje nas jakiś człowiek w cywilu, który żąda okazania benińskiego lasser passez. Pokazujemy mu, na co on mówi, że nie mamy jakiegoś tam kwitka. Na co ja mu odpowiadam, że przy wjeździe do Beninu pytałam dwukrotnie (co jest szczerą prawdą), czy na pewno nam celnicy wszystko wypisali i wystawili, żebyśmy nie mieli później żadnych problemów. Więc wiem, że nie potrzebujemy już żadnego innego świstka. Ale mimo to facet chce nas skasować prawie 10E za brak papierka. Ignoruję go i każę Filipowi powoli jechać pod szlaban. Facet szlaban podnosi, leci przed nami do jakiegoś mundurowego, coś mu tam szepcze, wraca z mundurowym, który sprawdza nasze dokumenty i mówi OK. Facet w cywilu, po odejściu funkcjonariusza chce znów kasę. Ja mu mówię, że nic nie dostanie i odjeżdżamy. Po prawej stronie widzimy budynek z napisem 'Immigration', parkujemy samochód i idziemy załatwiać formalności. Podchodzimy do okienka, gdzie wbijane są pieczątki wyjazdowe. Podaję paszporty celnikowi, a on na to, że za wbicie pieczątki do paszportu mam zapłacić 1000Naira (5E)!!!! Nie dość, że operuje już nigeryjską walutą, to jeszcze ma czelność żądać opłaty za wstawienie pieczątki WYJAZDOWEJ. Oj, tego już za wiele. Mam gdzieś ich wyjazdową pieczątkę! Niech nie wstawia jak nie chce, bo ja mu nic nie zapłacę! Zaczyna się we mnie gotować, już chcę wołać jego przełożonego. Ale widzę, że wbił pieczątki i powoli podaje mi paszporty. Zdecydowanym ruchem wyciągam je z jego ręki i idziemy dalej. 2m za okienkiem stoi stolik, przy którym siedzą 2 osoby. Facet nas zatrzymuje i każe pokazać paszporty (jest w cywilu). Otwiera je, sprawdza pieczątkę i mówi, że mamy zapłacić 200Naira (1E) za to, że on to obejrzał. Jeszcze moment i wybuchnę. Teraz się już nie patyczkuję i wyrywam facetowi paszporty z ręki i idziemy dalej, na stronę nigeryjską. Tu już pałeczkę przejmuje Filip. To w końcu jego kraj:) Ja jak na razie mam dość. Pierwszy urzędnik imigracyjny, kolejny, całkiem miło. W każdym razie dużo lepiej niż po benińskiej stronie. Nigeryjski show trwa! Madame celniczka wbija nam pobyt na 90 dni (zawsze chcemy maksymalną ilość na jaką pozwala nasza wiza, bo nie wiadomo czy się nie przyda), rzuca coś o napiwku na colę, ale Filip przybija jej piątkę i idziemy dalej. Teraz głęboki oddech, bo musimy załatwić sprawy samochodu. Idziemy od jednego celnika do drugiego, i wreszcie trafiamy do docelowego biura, gdzie siedzi 2 mundurowych i 1 cywil. Wyłuszczamy sprawę. Celnik pyta o carnet de passage. My na to, że nie mamy, bo nie jest to nigdzie potrzebne, a i tak nam wszędzie wystawiają nam lasser passez. Celnik odpowiada, że dla turystów jest obowiązkowy carnet i w takim wypadku mamy problem. Dobrze, że siedzimy, bo ja mam już miękkie nogi. Filip mówi, czy nie mógłby nam wystawić w takim razie lasser passez, jak to zrobili w Ghanie, gdzie też coś o karnecie wspominali na granicy. On na to, że i owszem, ale trzeba zapłacić. Na pytanie ile pada odpowiedz: 500E.... Zamieniamy się w dwa słupy soli. 500E, on chyba zwariował! Filip na to, odpowiada, że w poprzednich krajach płaciliśmy, i owszem, ale po 10E i że jak mamy płacić 500, to zostawiamy tutaj auto i jedziemy dalej stopem. Celnik się cieszy, mówi: to dawajcie kluczyki. Filip zaczyna się też śmiać i atmosfera się trochę rozluźnia. Celnik bierze jakieś papiery do wypisywania ignorując nas. Filip zaczyna zagajać przyjazną rozmowę, a po jakimś czasie wszyscy się śmiejemy, celnik wręcz się łapie za brzuch i mówi: you are my brother now! No, to teraz już go mamy. Brata przecież nie można oskubać, nie? Więc Filip dalej urabia celnika i wszystkich wokoło. W międzyczasie przewija się parę osób, które wręczają naszemu celnikowi grube zwitki pieniędzy, lądujące od razu w czeluściach szuflady, w zamian za pieczątkę na ich dokumentach. Mija około godziny. Celnik w tym czasie wypisuje parę druczków. W pewnym momencie sięga po nasz dowód rejestracyjny i zaczyna wypisywać formularz dla nas! Pisze powoli, sprawdza wszystkie informacje z dowodu (bo oczywiście jak to na polskich dokumentach, ciężko się połapać). Przybija powoli i precyzyjnie pieczątki. Chucha na tusz pieczątki, żeby wysechł. Serca nam biją coraz szybciej. Jaka kwota padnie? Celnik: bring the money. Filip wyciąga z sakwy 10E i mu wręcza. Ten, bez mrugnięcia okiem wrzuca je do szuflady. Mamy lasser passez!!!!! Chyba słychać te kamienie spadające nam z serca. Nasz celnik mówi, że potrzebujemy na tym papierku jeszcze jednej pieczątki. Dzwoni do jakiegoś swojego kolegi, który przychodzi do biura. Oczywiście musi mu wytłumaczyć całą historię. Tamten na to, że turyści muszą mieć carnet de passage itp. Ale nasz mówi, że nalegaliśmy na wystawienie lasser passez, więc wystawił. A tamten ma tylko przybić pieczątkę. Niezadowolony, ale godzi się łaskawie na to i każe nam iść za sobą. W swojej kanciapie przybija ostatnią pieczątkę i jesteśmy wolni! Mamy papier, o który na pewno wszyscy będą pytać. A do tego jesteśmy przekonani, że nawet gdybyśmy mieli carnet de passage, to i tak chciałby kasę za przybicie na nim pieczątki albo jeszcze coś ciekawszego by wymyślił. Welcome to Nigeria!!! Land of beauty! Tak się reklamują. Zapominają jeszcze tylko dokończyć tego zdania: and of corruption. Ale – najgorsze już za nami. W każdym razie tak mi się wydaje przez pierwsze 5m przejechanych po nigeryjskim asfalcie. W tym momencie przypomina nam się, że nie mamy jeszcze żadnych lokalnych pieniędzy i jakieś parę E i pozostałe CFA trzeba wymienić. Pytamy pewnego człowieka o wymianę, wskazuje w kierunku granicy. Więc trzeba się wrócić... Filip parkuje tam gdzie stoimy i biegnie wymienić pieniądze. Ja blokuję zamki w aucie i obserwuję drogę przed nami. A tu 2m w przód, ten sam facet, którego pytaliśmy o wymianę pieniędzy, podstawia pod przejeżdżające samochody taką bardzo profesjonalną dechę najeżoną grubymi gwoździskami. I wymusza od nich pieniądze. Niektórzy płacą, niektórzy nie. Ci, którzy nie płacą – dostają parę 'klapsów' ręką po masce i jadą dalej. W pewnym momencie widzę motorek jadący z 2 osobami. Podstawiają deskę. Kierowca zaczyna gestykulować, widać, że nie chce zapłacić. Ale on nie może się schować w swoim samochodzie niestety. Wymuszaszcze próbują wyrwać torebkę jego pasażerce. Zaczyna się przepychanka, której końca nie widzę, bo przejeżdża jakiś duży samochód i tracę ich z widoku na chwilę, a po jego przejeździe para na motorku już zniknęła. No ładnie się zaczyna! Filip wraca z wymienionymi pieniędzmi, ale ja już mam nietęgą minę. Opowiadam co widziałam, Filip się śmieje i mówi – zobaczysz, to tutaj normalka. Dziękuję za taką normalkę! Ruszamy. Oczywiście facet chce od nas kasę. Filip rzuca mu nigeryjskie pozdrowienie, pyta co on ma dla nas za prezent z Nigerii (to zawsze się oni pytają pierwsi: Poland na beautiful contry! Masta what you dey bring for us from Poland?), przybija piątkę i jedziemy. Za 5m, kolejna blokada z gwoździami, kolejna szybka rozmowa, piątka przybita i jedziemy. I tak parę dobrych razy. A po blokadach wymuszaczy zaczynają się blokady (już bez gwoździ, za to z karabinami na ramieniu) różnych funkcjonariuszy: policja, celnicy, służba narkotykowa, służba zdrowotna i wszelkie mundurowe (prawdziwe albo i nie) służby tego kraju. Każdy chce sprawdzić coś innego, każdy oczywiście chce kasę. Nie płacimy nic, Filip ich tylko pozdrawia, rozśmiesza i jedziemy dalej. Bez białego Nigeryjczyka, ta granica i droga mogłaby być dramatem i odcisnąć się takim piętnem, że Nigeria by już nigdy nie znalazła się na liście krajów do zobaczenia. Z granicy do Lagos jest jakieś 70km. Na tym odcinku, a najwięcej przez pierwsze 20km, zostaliśmy zatrzymani, i to bez żadnej przesady, jakieś 30-40 razy!!! Straciliśmy w pewnym momencie rachubę. Ja po paru kontrolach ochłonęłam i zaczęłam też już powoli traktować to jako normalkę. Ale przyznam, że ci wymuszacze z deskami z gwoździami zrobili na mnie piorunujące, oczywiście negatywne, wrażenie. &lt;br /&gt;W Lagos jesteśmy umówieni z naszym kolegą Krzysiem, który mieszka i pracuje tam. Mamy się spotkać na którymś z dużych dworców autobusowych. Po wjechaniu do miasta odnajdujemy dworzec, ale Krzyś utknął w dużym korku (nie dziwna rzecz w tym prawie 20-milionowym mieście) i powoli kierujemy się wg jego wskazówek dalej. W końcu udaje nam się spotkać niedaleko jego domu i szczęśliwi jedziemy do jego mieszkania. Uff, pełen wrażeń dzień. A tu dopiero 14. Gdzie tam wieczór! Krzyś częstuje nas lunchem, trochę się ogarniamy i każe nam się przygotować na nocne zwiedzanie Lagos, a właściwie jego klubów nocnych. To dla nas nie lada wyzwanie, biorąc pod uwagę, że w podróży mamy rytm wczesnego wstawania, ale też wczesnego chodzenia spać. Nie będzie łatwo, tym bardziej po tylu emocjach na granicy. Ale co tam, żyje się raz – wszystkiego trzeba spróbować!:)&lt;br /&gt;Lagos pokazuje nam zupełnie inne oblicze. Odwiedzamy klub, w którym ochrona napakowana co najmniej jak „Pudzian”, uzbrojona w karabiny maszynowe, lustruje nas z góry na dół. W sumie pozwalają nam wejść, ale stwierdzają: „Make sure you spend 1 milion Naira” (no jasne, w sumie to tylko 50 tys. E). Knajpa znajduje się nad salonem Bentleya. W środku poraża nas przepych. Sami czarni, ubrani w markowe ciuchy. W menu pozycja numer jeden to szampan za 1 tys. dolarów. Niestety to miejsce nie jest dla nas i to nie tylko z powodu cen (aha, drinków nie sprzedają tyko całe butelki trzeba kupować), ale bardzo fajnie było coś takiego zobaczyć. Tak się bawi biedna Afryka. &lt;br /&gt;Odwiedzamy kolejne kluby. Niektóre aż pękają w szwach, od starszych, białych facetów otoczonych czarnymi młodymi dziewczynami. No taki folklor! Lądujemy wreszcie w klubie z lokalną muzyką. Ceny już rozsądniejsze, bo tylko 3E za piwo i gra muzyka na żywo. Szczególnie wciągające są covery najbardziej znanego, nieżyjącego już muzyka nigeryjskiego Fela Kuti. Na koniec gitarę przejmuje człowiek, który twierdzi, że grał kiedyś z Felą. Zapowiada, że zagra kawałek Jimiego Hendrixa. Ja od razu się napalam na „Hey Joe”! Lecą pierwsze nuty i pojawia się wielki banan na mojej twarzy. Aranżacja jest fantastyczna. Wszyscy zaczynają się bujać, a niektórzy rzucają pieniądze wykonawcy. Na koniec nabywamy jego płytę. Miejmy nadzieję, że będzie równie dobra. Wracamy w środku nocy, pustymi ulicami Lagos, zwalniając tylko na policyjnych kontrolach. Teraz to już na dobre Welcome to Nigeria, land of beauty!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-3450780823190460563?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/3450780823190460563/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=3450780823190460563' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/3450780823190460563'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/3450780823190460563'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/02/13-luty-granica-beninsko-nigeryjska.html' title='13 luty – granica benińsko-nigeryjska challenge'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZb5opjQ7xI/AAAAAAAAAi8/yB52fGKR4Yw/s72-c/2009.02.13+Nigeria+wita+(5).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-421289829771817636</id><published>2009-02-14T15:47:00.006+01:00</published><updated>2009-02-14T16:01:06.778+01:00</updated><title type='text'>12 luty – wioska na palach i szpital</title><content type='html'>&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZbb3vUsD-I/AAAAAAAAAik/JwWBXEIJ-qA/s1600-h/2009.02.12+Ganvie.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 134px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZbb3vUsD-I/AAAAAAAAAik/JwWBXEIJ-qA/s200/2009.02.12+Ganvie.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5302667361917865954" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZbbbRpIknI/AAAAAAAAAic/L2ZMzzYGYzk/s1600-h/2009.02.12+Ganvie+(8).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZbbbRpIknI/AAAAAAAAAic/L2ZMzzYGYzk/s200/2009.02.12+Ganvie+(8).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5302666872914219634" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZbazIhIIdI/AAAAAAAAAiU/FZTMvm3n0y8/s1600-h/2009.02.12+Ganvie+(13).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZbazIhIIdI/AAAAAAAAAiU/FZTMvm3n0y8/s200/2009.02.12+Ganvie+(13).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5302666183269949906" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZbaPN0331I/AAAAAAAAAiM/hNs1kecVhBw/s1600-h/2009.02.12+Ganvie+(14).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZbaPN0331I/AAAAAAAAAiM/hNs1kecVhBw/s200/2009.02.12+Ganvie+(14).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5302665566219657042" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZbZ6NPL3jI/AAAAAAAAAiE/t_FDnsQXNpU/s1600-h/2009.02.12+Ganvie+(17).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZbZ6NPL3jI/AAAAAAAAAiE/t_FDnsQXNpU/s200/2009.02.12+Ganvie+(17).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5302665205284331058" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Jedziemy dalej. Jedziemy drogą kierując się na główne miasto–port w tym kraju: Cotonou. Nie jest to jednak stolica Togo. Stolica to Porto Nuovo, które znajduje się również na wybrzeżu tylko 30km dalej w stronę Nigerii. Droga niezła, więc szybko docieramy do rozjazdu, gdzie zbaczamy na drogę w budowie aby dotrzeć do rozlewiska oceanu, które utworzyło bardzo płytkie jezioro, na którym powstała wioska na palach. Geneza założenia wioski, jest podobna jak ta z wiosek z domkami 'tata', czyli ucieczka przed niewolnictwem.&lt;br /&gt;Zapłaciliśmy za bilety i przewodnik zabrał nas na „przystań”. Czekało tam sporo łódek zwanych pirogami, napędzanych wiosłami oraz żaglem. Wsiedliśmy do naszej łajby i zaczęliśmy rejs w kierunku wioski Ganvie. Oczywiście przewodnik na starcie zaznaczył, że on nie jest płacony i jak nam się będzie podobało to mamy mu coś dać. Jak zwykle w Afryce, to już się robi nudne, wstęp zawiera przewodnika, a przewodnik zanim się  przedstawi, to żąda kasy! No nic, jedziemy, to znaczy płyniemy dalej. Wioska całkiem ciekawa, oczywiście pierwszy przystanek w sklepie z pamiątkami. Za chwilę pada pytanie, czy chcemy pojechać na targ pływający w tej wiosce (znamy już coś takiego z Tajlandii). Oczywiście, to już nie jest w standardowym programie i nasz przewodnik oraz „wiosłowy” wyraźnie sugerują, że to będzie ekstra płatne. No nie, tego już za wiele. Prosimy, aby nas wieźli normalną trasą, na jaką obowiązuje nasz bilet. Na koniec przewodnik przypomina, że jeśli chcemy mu coś dać to teraz, bo później będzie musiał się dzielić z kobietami na brzegu. Po krótkiej konsultacji decydujemy: żadnej kasy dla obiboków, leserów, naciągaczy i pseudo przewodników. Bardzo grzecznie puszczam moją przemowę. W związku z bardzo krótką wizytą w wiosce (około 15 minut na miejscu), brakiem jakichkolwiek dodatkowych informacji (te podstawowe wyczytaliśmy w przewodniku) nie czujemy, że należy się jakakolwiek dodatkowa opłata. Przewodnik zdegustowany na nasze 'dziękuję' wycedza odpowiedź, na co już nie stać naszego łódkowego. Ja nie jestem agresywny. Agresywność „1”! Idziemy czym prędzej do biura z biletami. Tam się wypytujemy o szczegóły naszej wycieczki. Okazuje się, że wszystko było w cenie, przewodnik, pływający targ itd. Zostajemy przeproszeni, a nasz leniwy przewodnik dostaje burę. Wracamy do auta jednak w nie najlepszych nastrojach. Jeszcze się dużo muszą Afrykańczycy uczyć w sferze obsługi turystów...&lt;br /&gt;Przez Cotonu przejeżdżamy ekspresem, jako że naszym celem jest Porto Novo. Znajdujemy miły hotelik. Ale pobyt jest mało przyjemny, bo Filip zaczyna się coraz gorzej czuć. Już od paru dni pobolewa go brzuch, a dziś do tego dochodzi gorączka, łamanie w kościach i nudności. Zauważamy też wysypkę, która wg opisu, może być, razem z innymi objawami – symptomem duru brzusznego. Filip czuje się jednak bardziej 'malarycznie', bo podobne objawy miał już przy poprzednich atakach malarii. Nie zwlekając idziemy do szpitala. Jako że jest już 18, tylko ostry dyżur jest czynny. Znajduję lekarza, któremu staram się po francusku wyjaśnić objawy (P. Urszulo – zapomniałam jak jest ból brzucha!), co się na szczęście udaje i mówimy, że chcemy zrobić test na malarię. Filip czuje się coraz słabiej. Pielęgniarz chodzi z nami od okienka do okienka, bo trzeba pobrać ampułkę, wypisać 100 wniosków, wnieść opłatę itp. Wracamy do lekarza z druczkami, dowodami wpłaty i ampułką do pobrania krwi. Pielęgniarz sterylną igłą pobiera Filipowi krew, idziemy znów do ambulatorium. Wynik ma być za godzinę. Idziemy poszukać jakiegoś internetu, co nie okazuje się łatwe, więc wracamy z niczym do szpitala. Muszę dodać, że to nie jest budynek szpitalny, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni, ale parterowa zabudowa, częściowo zamknięta, ale też częściowo otwarta. Na dworze jakieś 30 stopni, więc w tej otwartej części podobna temperatura, a do tego brak przewiewu. Filip słaby, komary nas gryzą, a godzina już minęła i wyniku nadal brak. Madame z recepcji laboratoryjnej mówi, że ciągle jeszcze badają. Wreszcie po 1,5 godzinie jest wynik – negatywny. Czyli to nie malaria. Idziemy z wynikiem do lekarza. Mówi, że we krwi nie wykryto pasożyta malarii, ale mimo to może być obecny, na razie jeszcze w szczątkowej postaci, więc warto wziąć dawkę antymalaryku, a do tego przepisuje jeszcze antybiotyk, bo podejrzewa że to albo dur brzuszny, ale tego nie jest pewien, albo jakieś zatrucie pokarmowe. Biegiem więc jeszcze do apteki. Antymalaryki mamy swoje, lekarz potwierdził, że są OK, więc Filip je od razu zażywa. Idziemy do hotelu, żeby wcześnie się położyć, bo sen to najlepsze lekarstwo.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-421289829771817636?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/421289829771817636/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=421289829771817636' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/421289829771817636'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/421289829771817636'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/02/12-luty-wioska-na-palach-i-szpital.html' title='12 luty – wioska na palach i szpital'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZbb3vUsD-I/AAAAAAAAAik/JwWBXEIJ-qA/s72-c/2009.02.12+Ganvie.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-341045947490747498</id><published>2009-02-13T17:44:00.005+01:00</published><updated>2009-02-13T17:53:56.252+01:00</updated><title type='text'>11 luty – Ouidah, historia niewolnictwa</title><content type='html'>&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZWlhSPdyVI/AAAAAAAAAh8/8-h2v8R8-Fk/s1600-h/2009.02.11+Ouidah+(4).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZWlhSPdyVI/AAAAAAAAAh8/8-h2v8R8-Fk/s200/2009.02.11+Ouidah+(4).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5302326127549598034" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZWlQlm4TGI/AAAAAAAAAh0/PH2i6SB0GuI/s1600-h/2009.02.11+Ouidah+(8).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZWlQlm4TGI/AAAAAAAAAh0/PH2i6SB0GuI/s200/2009.02.11+Ouidah+(8).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5302325840690302050" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZWlA7JF8QI/AAAAAAAAAhs/5lxgQ0RSpRE/s1600-h/2009.02.11+Ouidah+(10).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZWlA7JF8QI/AAAAAAAAAhs/5lxgQ0RSpRE/s200/2009.02.11+Ouidah+(10).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5302325571593040130" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZWk2c1eU7I/AAAAAAAAAhk/J8pYqNQOHnE/s1600-h/2009.02.11+Ouidah+(11).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 134px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZWk2c1eU7I/AAAAAAAAAhk/J8pYqNQOHnE/s200/2009.02.11+Ouidah+(11).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5302325391658996658" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZWkjxaFZZI/AAAAAAAAAhc/zhb2scWYs-U/s1600-h/2009.02.11+Ouidah+(18).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 134px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZWkjxaFZZI/AAAAAAAAAhc/zhb2scWYs-U/s200/2009.02.11+Ouidah+(18).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5302325070763746706" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Śniadanie, kąpiel w basenie i leniwie opuszczamy kurort w Grand Popo. Dzisiaj mamy do przejechania zaledwie 40km, więc nie trzeba się spieszyć z wyjazdem. Droga dobra, więc szybko docieramy do Ouidah. Znajdujemy nocleg i już pieszo idziemy zobaczyć lokalne muzeum – stary fort portugalski. Niestety po raz kolejny trafiamy na przerwę. Muzeum otwiera się dopiero od 15. No cóż szybka zmiana planów. Ruszamy w stronę hotelu aby przejść drogę niewolników, aż do „Wrót bez powrotu”, skąd niewolnicy byli wysyłani do różnych zakątków świata. Upał jest tak niemiłosierny, że decydujemy się wziąć auto. Po drodze zauważamy spotkanego wcześniej na targu voodoo Anglika oraz Amerykankę. Idziemy razem do naszego hotelu, oni aby coś zjeść, bo nasza restauracja wygląda sensownie, a my aby pojechać stamtąd nad ocean. Siadamy jednak z nimi, pijemy colę, a po 30min. nabieramy już dość mocy i jednak decydujemy się iść pieszo. Upał bardzo solidny, droga laterytowa, ciągle jeżdżą nią motorki i auta, a my musimy uskakiwać na bok. W czasie marszu widzimy różne symbole, które później są nam tłumaczone przez przewodnika u „Wrót bez powrotu”. Robimy jeszcze zdjęcia krajobrazom, oraz w połowie roznegliżowanej kobiecie, która płynie łódką. Niestety ta się zorientowała, że jest przez nas „ostrzelana” i wydzierając się zaczyna gwałtownie płynąć do brzegu. My w międzyczasie spokojnie chowamy aparat i ruszamy w dalszą drogę. Po dopłynięciu do brzegu, kobiecina łapie za kamień i odgraża się w naszym kierunku. No tego już za wiele. Wkraczam więc do akcji opierając się na płocie jak rozdrażniony byk i puszczam w jej kierunku konkretniejszą wiązankę po polsku, popartą do tego gestykulacja i intonacją!  Pozwolicie, że nie będę cytował, bo ponoć uczniowie czytają bloga. Pewnie wyglądało to komicznie jak czerwony jak cegła yovo (tak tu na białego wołają), w okularach słonecznych i koszulce „I love India”, wydziera się w jakimś niesamowitym języku i dość jednoznacznie gestykuluje. No najważniejsze, że zadziałało. Kobiecina kompletnie zdezorientowana coś tam jeszcze mruczy pod nosem, ale kamień ląduje już na ziemi. Zadowoleni ze swojego zwycięskiego starcia ruszamy dalej, a obok dwóch lokalusów pchających wózek ma z całej akcji niezły ubaw. Liczy się jednak efekt. Nikt za nami nie woła, nikt nie goni, nikt nie ciska kamieniami. Udało się pokonać babkę w „kwiecie wieku”, na pół nagą dzikuskę, która na dodatek była kilkanaście metrów pod nami. Niezły ze mnie twardziel! No ale w sumie to dość duża była. Chyba nawet wyższa kategoria wagowa niż ja, no i konkretne bimbały miała, niby obwisłe, ale pewnie w bezpośrednim starciu z nimi miałbym bankowy wstrząs mózgu (tutaj pewnie grupka żartownisiów powie: „wstrząs mózgu? Ee tam tobie coś takiego nie grozi!”). Bogdan jednak mówi bankowy i tyle. Miała kilka zdecydowanych atrybutów, więc zwycięstwo nad nią jest tym cenniejsze! Reszta drogi to już tylko kurz i upał. Na miejscu nie ma nic porywającego. Postawiono bramę aby upamiętnić los niewolników, widać jakieś ruiny domku po pierwszych misjonarzach z 1861 roku. Na bramie są symbole oznaczające niewolników z Dahomeju, czyli obecnego Beninu, Nigerii, Nigru oraz Ghany, z których właśnie to terenów była większość pojmanych Afrykańczyków, sprzedawanych później w Ouidach. Miasteczko Ouidah było centrum niewolnictwa w Beninie. Takich głównych ośrodków było kilka, właśnie Dahomej, czyli obecny Benin, Senegal, Ghana i Angola, wywieziono z nich w sumie około 20 mln ludzi do obydwu Ameryk i Europy. Właśnie w Ouidach Dahomejczycy, o których była mowa w poprzednich postach sprzedawali niewolników. W mieście swoje siedziby mieli Portugalczycy, Brytyjczycy, Holendrzy, Duńczycy i Francuzi. Niewolników kupowało się na odległym o 4km targu aby następnie spętanych prowadzić do portu skąd odpływali. Po drodze były odprawiane różnego rodzaju ceremonie, np. niewolnicy musieli kilkukrotnie okrążyć tzw. drzewo zapomnienia, co miało sprawić, że zapominali oni o swoich rodzinach w Afryce i posłusznie pracowali na farmach. Po tych wyjaśnieniach wracamy sprawnie do miasteczka i idziemy od razu do muzeum. Tutaj bardzo sympatyczna przewodniczka, która ruszała się jakby każdy krok był jej ostatnim, a na dodatek największą karą w życiu, opowiada nam różne szczegóły z tamtych czasów. Niewolnicy byli wywożeni nie tylko do USA i Europy, ale również do Brazylii, Haiti i na Kubę. W muzeum są przedstawione różne tradycje przeniesione przez lokalnych ludzi w tamte rejony. Stolicą voodoo obecnie jest Haiti, gdzie zostało zesłanych bardzo wielu niewolników z tych okolic. Dowiedzieliśmy się, że niewolnicy byli „stemplowani” rozpalonym do czerwoności żelazem, przed wejściem na statek. Każdy handlarz miał swoje logo, a niewolnicy płynęli jednym statkiem, więc aby uniknąć nieporozumień po dopłynięciu, każdy z niewolników był oznaczany. W czasie trwającego 12 tygodni rejsu niewolnicy byli trzymani pod pokładem, częściowo skuci, karmieni chlebem i wodą. Ci, którzy umierali (a była to często nawet połowa) byli wyrzucani za burtę. Obecne muzeum to stary portugalski fort. Oglądamy pokoje gubernatora, koszary dla wojska oraz plac, na którym trzymani byli niewolnicy. Przez pewien okres trzymano ich na zewnątrz narażonych na deszcz, wiatr i słońce. Miało to zahartować ich organizmy, a dodatkowo wyeliminować słabsze jednostki. W forcie można zobaczyć cała masę armat, które Portugalczycy wymieniali z królami Dahomeju na niewolników. Jedna armata to 15 silnych i zdrowych mężczyzn lub 21 kobiet (widzicie, już nawet wtedy bardzo dobrze wiedzieli jaka jest wartość chłopa! Tak, tak a może Curie-Skłodowska też była kobietą!!!! Sfiksowałyście boście dawno chłopa nie miały! Chłopa wam trzeba!). Wizyta w forcie - muzeum ciekawa, ale my już się słaniamy na nogach, po dzisiejszym „spacerku” w upale. Jeszcze tylko internet i wracamy do hotelu. Tutaj kolacja: dwie sałatki z awokado, stek, frytki i po tak zakończonym dniu można iść spać.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-341045947490747498?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/341045947490747498/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=341045947490747498' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/341045947490747498'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/341045947490747498'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/02/11-luty-ouidah-historia-niewolnictwa.html' title='11 luty – Ouidah, historia niewolnictwa'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZWlhSPdyVI/AAAAAAAAAh8/8-h2v8R8-Fk/s72-c/2009.02.11+Ouidah+(4).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-7333227262220430386</id><published>2009-02-11T18:36:00.003+01:00</published><updated>2009-02-11T19:11:34.211+01:00</updated><title type='text'>9/10 luty – Grand Popo, czyli plaże w Beninie</title><content type='html'>&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZMN1hCJ_gI/AAAAAAAAAhU/-3vhC8hj6eE/s1600-h/2009.02.10+Grand+Popo+(7).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZMN1hCJ_gI/AAAAAAAAAhU/-3vhC8hj6eE/s200/2009.02.10+Grand+Popo+(7).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5301596399396847106" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZMNXp8BVtI/AAAAAAAAAhM/SZH3HP8G7uw/s1600-h/2009.02.10+Grand+Popo+(2).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZMNXp8BVtI/AAAAAAAAAhM/SZH3HP8G7uw/s200/2009.02.10+Grand+Popo+(2).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5301595886390957778" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZMNIgJ6aNI/AAAAAAAAAhE/CydtKiJnpmM/s1600-h/2009.02.10+Grand+Popo.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZMNIgJ6aNI/AAAAAAAAAhE/CydtKiJnpmM/s200/2009.02.10+Grand+Popo.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5301595626066831570" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;2 leniwe dni. W poniedziałek rano zbieramy się z Abomey i kierujemy się na wybrzeże. Do Grand Popo dojeżdżamy dość wcześnie, więc jest dużo czasu na wybranie dobrego lokum. A to na plaży jest ważne. Okazuje się, że ocean tutaj ma ogromne fale, więc kąpanie się jest bardzo utrudnione. Do tego plaża nie grzeszy czystością. Chodzimy od hotelu do pensjonatu. Ceny wysokie, plaża średnia – oj, stajemy się coraz bardziej wymagający... W końcu docieramy do hotelu Awale Plage, który ma nawet basen. Ceny pokoi (a właściwie połówek bungalowów) są do przyjęcia, plaża oczyszczona. Wiele się nie zastanawiając postanawiamy tutaj zostać. Grand Popo trudno nazwać miasteczkiem, jest to po prostu kurort z dużą ilością restauracji, barów i pensjonatów. Poza tym nic innego tutaj nie ma. Po południu ruszamy na kolację. Ceny w naszym hotelu są zaporowe, poza tym warto dać zarobić komuś na zewnątrz. Trafiamy do fufu baru. Big mama serwuje fufu z sosem oraz mięsem albo rybą. Decydujemy się na posiłek u niej, do tego po rewelacyjnej cenie, czyli niecałe 1E od osoby. Fufu niezłe, sos też. Mięso jak zwykle składa się w 80% z kości. W pewnym momencie mała córeczka właścicielki przynosi nam wykałaczki i biały proszek w kubeczku. Jako, że fufu wydawało mi się mało słone, dosalam troszeczkę. Biorę kawałek do ust i ...... to nie była sól, a proszek do prania, do umycia rąk po obiedzie!!!! Jak dobrze, że nie 'posoliłam' całości, a tylko małą część. To właściwie jedyna przygoda tego dnia:) Wieczór spędzamy w kolejnym barze 'Carrefour'.&lt;br /&gt;Następnego dnia od rana zażywamy kąpieli słonecznych i próbujemy się wykąpać w oceanie, ale jest to bardzo trudne, bo fale i prąd są bardzo duże. Dlatego przenosimy się nad basen, gdzie woda ma temperaturę zupy, ale przynajmniej fale człowieka nie zalewają. Obiad jemy w naszym ulubionym barze 'Carrefour', który jak się okazuje ma świetnego kucharza i ryba oraz miło brzmiące rognon, które okazało się żołądkami, są bardzo dobrze przyprawione, co tu nie zdarza się za często. Należy jeszcze nadmienić, że VanPur reklamuje się tutaj w każdym sklepie i barze. Wszędzie można go tez nabyć. Jak się okazało ma trzy wersje zwykłe jasne, mocne 10% i bezalkoholowe (że też im nie wstyd takiego czegoś eksportować, bezalkoholowym to się człowiek tylko zatruć może).&lt;br /&gt;Takie leniwe dni są fajne, ale nam brakuje już aktywności, więc jutro jedziemy dalej, do Ouidah, aby przejść słynną drogą niewolników, którą miliony ludzi przechodziły po raz ostatni, żeby opuścić Afrykę w podróż na nieznany kontynent, gdzie czekała ich katorżnicza praca albo śmierć podczas drogi.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-7333227262220430386?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/7333227262220430386/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=7333227262220430386' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/7333227262220430386'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/7333227262220430386'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/02/blog-post.html' title='9/10 luty – Grand Popo, czyli plaże w Beninie'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZMN1hCJ_gI/AAAAAAAAAhU/-3vhC8hj6eE/s72-c/2009.02.10+Grand+Popo+(7).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-5020474782122063056</id><published>2009-02-09T12:24:00.003+01:00</published><updated>2009-02-09T12:27:00.464+01:00</updated><title type='text'>8 luty – Królestwo Dahomejów</title><content type='html'>&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZAS02YS3iI/AAAAAAAAAg8/3bnqMxl62I4/s1600-h/2009.02.08+Abomey+(2).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZAS02YS3iI/AAAAAAAAAg8/3bnqMxl62I4/s200/2009.02.08+Abomey+(2).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5300757460574985762" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZASodCo51I/AAAAAAAAAg0/XWS_AR5OBN4/s1600-h/2009.02.08+Abomey.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZASodCo51I/AAAAAAAAAg0/XWS_AR5OBN4/s200/2009.02.08+Abomey.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5300757247614838610" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Ruszamy rano. Dzisiaj na szczęście mamy niewiele kilometrów do przejechania, jakieś 150. Droga cały czas dobra, więc w miarę szybko dostajemy się do miasteczka Abomey. To tutaj właśnie są dwa odrestaurowane „pałace” królów Dahomejskich (proszę nie mylić z pałacami w naszym wyobrażeniu) oraz 9 ruin pałaców, każdy wybudowany przez innego króla. Dość łatwo znajdujemy przyjemne i tanie lokum, więc ruszamy do muzeum. Niestety tu zabierają nam aparat, gdyż zdjęć nie wolno robić, a po dobrych kilku minutach przychodzi przewodnik Alexandre i to było wszystko co zrowumiałem. Najgorsze jest to, że w Beninie mają silne naleciałości ze swoich plemiennych języków, co przekłada się na swoiste seplenienie. Ala wielokrotnie prosi naszego sepleniacza, który dodatkowo informacjami to nie grzeszy, o powtórzenie. Jeśli są jakieś nieznane słowa i pytamy co to znaczy, nasz gwiazdor powtarza dokładnie tę samą sentencję co przedtem, nadal używając tych samych nieznanych słów. No cóż, jakie pałace, taki przewodnik. Prawdę mówiąc jesteśmy rozczarowani. Niby obiekt Unesco, a wygląda tragicznie. Gliniane ściany pomalowane na biało, słomiane dachy, zamienione na te z blachy falistej, a na nasze pytanie dlaczego tak to zmieniają (zardzewiała blacha falista wygląda obrzydliwie na tych budynkach), stwierdził, że te ze słomy mogą gnić albo się zapalić w porze suchej. Typowy objaw ignorancji i lenistwa. Jakoś Dahomejowie przez wieki mieli słomę i dawali sobie radę. Dodatkowo sufity są pokryte bambusowymi matami, bo ponoć oryginalne się waliły. Większość eksponatów wewnątrz to repliki, a oryginały zawłaszczyli Francuzi i już nigdy nie oddali. W sumie to ciekawe, że jak Hitlerowcy mordowali i grabili w Europie, to ściga się ich do dzisiaj i nazywa zbrodniarzami (zresztą słusznie). A Francuzi i reszta kolonialistów wybiła znacznie więcej Afrykańczyków i rozkradła dzieła tego kontynentu, to o tym się nie mówi i Francuzi to nadal są ci dobrzy. Ale wracając do pałaców, w sumie to dziwne, że Unesco daje patronat i swoją nazwą firmuje tego typu pseudo renowacje. Po godzinie chodzenia opuszczamy pałac, kupując jeszcze kilka pamiątek. Na pewno warto wiedzieć, że Dahomejowie istnieli, jak żyli i czym się zajmowali, ale zdecydowanie nie jest to miejsce gdzie się będzie chciało wrócić. Umieszczamy tylko jedno zdjęcie, gdyż w środku nie można było ich robić. Jest to zdjęcie okolicznego płotu z charakterystycznymi dla Dahomejów, infantylnymi płaskorzeźbami. &lt;br /&gt;Zrobiło się popołudnie, a my dalej nic nie jedliśmy. Pora nie jest najlepsza, bo jeszcze za wcześnie na wieczorne kramiki, a za późno na te obiadowe. Znajdujemy wreszcie jakąś lokalną jadłodajnię. Madame z wielkich garów nakłada ryż, białe ciasto i czarne. Właśnie tak to nazywa. Ja biorę jasne, do tego sos i kawałek mięsa, Ala czarne i tylko sos. Z tym mięsem to delikatna wtopa, bo mój kawałek to mięsa nie widział, a nie będę już zupełnie jak lokalny kości wcinał. Zęby białego mogłyby sobie z tym wyzwaniem nie poradzić.&lt;br /&gt;Po drodze jeszcze kupujemy smażony maniok i pyszne, chrupiące kuleczki z fasoli. Udajemy się w stronę baru Carrefour (skrzyżowanie), gdzie zamierzamy skończyć wieczór. Muszę przyznać, że nie kryję zaskoczenia, jak idę do baru zamówić kolejne piwo Awooyo, które zasmakowało mi w Togo, gdy widzę na podłodze leżącą całą zgrzewkę zielonych puszek Van Pur, z napisem 'Szlachetny smak'! W tym przypadku nie mogłem się oprzeć pokusie i zamawiam takie piwo. Cóż, nad walorami Van Pura może nie będę się rozpisywał, bo każdy to piwo zna. Jedna puszeczka zupełnie wystarczyła i przy kolejnych wróciłem już do Awooyo. W każdym razie fajnie się napić polskiego piwa w Afryce. Tak gwoli informacji sporo lokalnych piło to piwo. Może dlatego, że było słodkawe. W pewnym momencie podchodzi do nas Ghańczyk i oferuje zakup lampki. Zupełnie prosta, wykonana z puszki po mleku i pojemnika po lekarstwach. Reklamuje ją jako produkt 100% afrykański. Cenę podaje też rozsądną, więc nawet się nie wahamy. Robi to własnoręcznie i z tego żyje. Poza tym mamy do Ghany wielki sentyment, bo kraj rzeczywiście jest kilka lepiej zorganizowany niż pozostałe, a ludzie byli niesamowicie mili i szczerzy. W chwili, kiedy przynosi nam resztę do wydania, dokładam mu kasy i proszę o drugą lampkę, każę też wyciągnąć baterie, bo dla niego to dodatkowy koszt, a ja wolę aby to było lżejsze. Patrzy na nas całkowicie zaskoczony i zadaje pytanie: Who are you? (no jak to kto, przecież nie święty Mikołaj!) I want to know you better! Tak więc daję mu email i mówię, żeby się odezwał i jak będę w okolicy to znów kupię coś od niego. Wieczór  kończymy koło 23, konsumując jeszcze bagietkę z grillowaną wołowiną, a na koniec kurczaka z rusztu. Jutro jedziemy na wybrzeże Beninu, poleżeć znów trochę na plaży.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-5020474782122063056?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/5020474782122063056/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=5020474782122063056' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/5020474782122063056'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/5020474782122063056'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/02/8-luty-krolestwo-dahomejow.html' title='8 luty – Królestwo Dahomejów'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZAS02YS3iI/AAAAAAAAAg8/3bnqMxl62I4/s72-c/2009.02.08+Abomey+(2).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-6263735628044447971</id><published>2009-02-09T12:14:00.005+01:00</published><updated>2009-02-09T12:23:52.951+01:00</updated><title type='text'>7 luty – Domostwa 'tata' i Benin</title><content type='html'>&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZASJr1mEbI/AAAAAAAAAgs/Qvf_zoT0iCU/s1600-h/2009.02.07+Nadoba+Tata+Houses+(7).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZASJr1mEbI/AAAAAAAAAgs/Qvf_zoT0iCU/s200/2009.02.07+Nadoba+Tata+Houses+(7).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5300756719010714034" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZARzAIhvuI/AAAAAAAAAgk/EjwfxURLFfE/s1600-h/2009.02.07+Nadoba+Tata+Houses+(5).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZARzAIhvuI/AAAAAAAAAgk/EjwfxURLFfE/s200/2009.02.07+Nadoba+Tata+Houses+(5).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5300756329321840354" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZARiPcuEnI/AAAAAAAAAgc/CrD1IefgnJ0/s1600-h/2009.02.07+Benin+Tata+houses+(13).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZARiPcuEnI/AAAAAAAAAgc/CrD1IefgnJ0/s200/2009.02.07+Benin+Tata+houses+(13).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5300756041375289970" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZARQ0c3mFI/AAAAAAAAAgU/cpx4UpgszRc/s1600-h/2009.02.07+Benin+Tata+houses+(12).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZARQ0c3mFI/AAAAAAAAAgU/cpx4UpgszRc/s200/2009.02.07+Benin+Tata+houses+(12).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5300755742070380626" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZAQ5RxaCgI/AAAAAAAAAgM/KYWlR319MIg/s1600-h/2009.02.07+Benin+Tata+houses+(10).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZAQ5RxaCgI/AAAAAAAAAgM/KYWlR319MIg/s200/2009.02.07+Benin+Tata+houses+(10).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5300755337624291842" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Rano dość wcześnie opuszczamy hotel, ponieważ przed nami aktywny dzień i wiele kilometrów do pokonania. Po 2 godzinach jazdy docieramy do miejscowości Kande, skąd jest zjazd laterytową drogą w stronę Beninu oraz wiosek ludu Tamberma. Cała laterytowa trasa ma 29km po stronie togijskiej, a po około 20km mają zacząć się wioski z zabudowaniami 'tata'. Na samym początku drogi jest szlaban i budka z napisem „Ministerstwo turystyki Togo” i coś o biletach za wjazd do doliny. Zatrzymujemy się przed szlabanem i momentalnie obskakuje nas parę osób. Mamy kupić bilet, co wydaje się sensowne, bo jest klarownie rozpisane, ceny dla Togijczyków, uczniów i turystów zagranicznych, ale jednocześnie mówią, że naszym obowiązkiem jest wzięcie przewodnika, który nam pokaże gdzie są wioski z domkami i oprowadzi po okolicach. Ich nachalność od razu wyzwala we mnie dużą niechęć i mówię im, że nikt nie będzie mnie zmuszał do brania przewodnika, bo po pierwsze jest jedna droga, więc wioski znajdziemy bez problemu, a po drugie, wolimy na miejscu zobaczyć czy rzeczywiście trzeba przewodnika wynajmować, a jeżeli tak, to zrobimy to w konkretnej wiosce. Na to 'przewodnicy' podnieśli krzyki, że tak nie wolno, każdy turysta ma obowiązek właśnie w tym miejscu wynająć przewodnika (za 15E oczywiście) i nie pojedziemy dalej, bo oni nas nie puszczą. Tłumaczę im, że gdyby był obowiązek brania przewodnika, to ministerstwo turystyki poinformowałoby o tym turystów, tak jak o konieczności kupienia biletów. Nie przemawia to do nich wcale, więc w końcu mówimy, że nie chcemy jechać do wiosek, jedziemy prosto do Beninu, bez zatrzymywania się po drodze. Po kolejnych kilku minutach słownych przepychanek 'przewodnicy' dają za wygraną i sprzedają nam same bilety oraz otwierają szlaban. Taka mafia jest zmorą niezależnych turystów i niestety często trzeba przejść gehennę, żeby się od nich uwolnić. Nam się to na szczęście po raz kolejny udaje. Wjeżdżamy do doliny. Historia tych terenów jest bardzo interesująca. W XVIIw., w szczytowym okresie handlu niewolnikami ludy z południa Togo uciekały na północ, w mniej dostępne tereny i zaczęły budować ufortyfikowane domostwa, które miały chronić ich przed atakiem Dahomejów, największych na tych terenach łowców i handlarzy żywym towarem. W tym celu parter domu przeznaczony jest dla zwierząt, a ludzie mieszkają, śpią i jedzą na dachu. Jest to swoista druga kondygnacja, bo oprócz otwartej przestrzeni, na dachu buduje się okrągłe spichlerze oraz pomieszczenia do spania w porze deszczowej. Przejścia wszędzie są małe, żeby atakujący nie byli w stanie użyć łuków czy dzid. W takim domu mieszka tylko jedna rodzina. Po parunastu kilometrach jazdy zaczynają się zabudowania. Z daleka wyglądają jak małe zameczki. Docieramy do jednej z wiosek – Nadoby, gdzie widzimy sklep z pamiątkami i bar. Zatrzymujemy się, bo upał daje się mocno we znaki. Termometr samochodowy pokazuje 47 stopni na dworze. Przy sklepie siedzi na schodach biała dziewczyna, którą po obejrzeniu ekspozycji sklepikowej pytam, czy wchodziła do któregoś domostwa. Na to ona odpowiada, że owszem, ale ona tutaj mieszka! Pytamy ze zdziwieniem o więcej szczegółów. Okazuje się, że przyjechała 2 miesiące temu w ramach projektu rozwojowego  amerykańskiego Peace Core, który ma trwać dwa lata. Jej celem jest pomoc lokalnej wspólnocie w zdobywaniu funduszy na rozwój infrastruktury, rolnictwa i turystyki. Mieszka w „nowoczesnym” domku – w znaczeniu nie tata, nie ma jednak bieżącej wody ani prądu. Wyzwanie na dwa lata niezłe. Dodatkowo wynagrodzenie jest płacone w lokalnej walucie i pozwala tylko na utrzymanie się. Plusem takiego wyjazdu (poza doświadczeniem, poznaniem nowych kultur itd.) jest na przykład zniesienie opłaty za studia jeśli wytrzyma się do końca projektu. Zapraszamy ją na colę do baru, żeby porozmawiać, a ona opowiada nam wiele szczegółów z życia tutejszych ludzi, historię doliny oraz domostw. Bardzo ciekawe spotkanie, no i przy okazji przewodnik:). Po jakiejś godzinie ruszamy dalej, a za jej radą – domostwo 'tata' zwiedzimy już za granicą, w Beninie, gdzie jest mniej turystycznie. Zatrzymuje nas kolejny szlaban, tym razem to kontrola policyjna. Policjant pyta czy w Kande, skąd zjechaliśmy na tę drogę, poszliśmy na komisariat dopełnić formalności wyjazdowe z kraju. Zdziwieni odpowiadamy, że nie. Nikt nas nie zatrzymał, o niczym nie poinformował. Faktem jest, że w trakcie naszej żywej rozmowy z mafią przewodników przy wjeździe do doliny jeden z nich zapytał mnie czy byliśmy na policji po pieczątkę. Myślałam, że chodzi im o jakąś pieczątkę, która niby pozwoli nam wjechać na te tereny, więc ich zignorowałam, a jak się okazało chodziło o pieczątkę wyjazdową do paszportu. Uśmiecham się miło do policjanta, który początkowo chce nas odesłać z powrotem 29km. Udaje się i z obietnicą poprawy następnym razem, ruszamy dalej. Za chwilę kolejny szlaban (oczywiście zrobiony z gałęzi, bo tu szlabany są albo z gałęzi albo ze sznurka), krzywy napis na budynku głosi, że to siedziba benińskich celników. Więc jesteśmy już w Beninie! Celnicy są zainteresowani tylko samochodem, mówią, że formalności wizowych dokonuje policja, parę kilometrów dalej. Kupujemy dla Montka 'laisser-passer' i jedziemy dalej na poszukiwanie policji. W miarę szybko udaje się namierzyć komisariat. Wchodzimy akurat w trakcie obiadu jedynego funkcjonariusza, ale na szczęście jest bardzo sympatyczny, więc nie robi z tego powodu żadnych problemów. Przy przechodzeniu granicy nigdy nie wiadomo, co się komu spodoba albo nie i mogą w najlepszym wypadku przetrzymywać nas godzinami albo kazać płacić jakieś łapówki. Do tego brakuje nam pieczątki wyjazdowej z Togo. Ale miły policjant ogląda tylko wizę, wbija swoją pieczątkę i po bólu. Życzy miłego pobytu w Beninie i zabiera się do dalszej konsumpcji obiadu. Jesteśmy w miejscowości Boukombe. Po tej stronie granicy ludzie mieszkający w domostwach 'tata' są nazywani Somba, ale ich domy nie różnią się od tych po stronie togijskiej. Zatrzymujemy się przy jednym z nich i wychodzę przeprowadzić negocjacje cenowe za zwiedzenie domku. Podbiega do mnie od razu cała gromadka dzieci mieszkająca w tym domu i najstarszy z nich rzuca kwotę 15000CFA, czyli prawie 25E za samo zobaczenie domku! Wybucham gromkim śmiechem, wszyscy dokoła też i pada kwota 2000 CFA. To już brzmi lepiej. Akceptujemy tę ofertę i idziemy zwiedzać domek. Na parterze są 3 pomieszczenia. W dwóch z nich mieszkają kozy, kury i barany, trzecie to kuchnia, gdzie gotują tylko podczas pory deszczowej. Wszędzie wiszą amulety i fetysze mające chronić przed złymi mocami. Z kuchni wchodzi się wąskim przejściem na dach. Tam znajdują się okrągłe spichlerze na zapasy oraz 3 budki – sypialnie. Po zejściu na dół pojawia się ojciec rodziny, który chce nagle 3000CFA za zwiedzanie jego domostwa. Targujemy się i staje na 2tys., ale dodajemy 2 koszulki i spodenki. Idziemy do samochodu, a dzieciaki biegną za nami, każde wołając, że też chce jeszcze jakieś pieniądze. Dwaj najstarsi chłopcy, którzy nam pokazywali dom są bliscy łez, bo powiedzieli, że ojciec im pieniędzy nie da. Więc dorzucamy po 100CFA dla chłopców i jedziemy dalej. Chcemy dziś  przejechać jak najwięcej się da, bo w niedzielę chcielibyśmy już być w Abomey, stolicy dawnego królestwa Dahomejów. Po 40km laterytu zaczyna się asfalt. I to całkiem dobry, pewnie niedawno położony. Po szybkim obiedzie jedziemy przez kilka godzin bez przerwy, by już po zmroku dotrzeć do miejscowości Save. Udało nam się dziś pokonać 500km, co jest nie lada wyczynem, biorąc pod uwagę, ile dziś zobaczyliśmy i dowiedzieliśmy się. W Save znajdujemy przyjemny hotel i idziemy w okolice targu coś zjeść i wypić. Namierzamy sprzedawcę grillowanego mięsa, tym razem wołowiny, i kupujemy i niego piękny kawał ugrillowanej polędwicy. Kolacja jak się patrzy. &lt;br /&gt;A teraz kilka słów o Beninie. Statystycznie, PKB per capita jest prawie dwukrotnie wyższe niż w sąsiednim Togo i wynosi USD 709, ale na ulicach tego nie widać. W ogóle te dwa kraje są do siebie bardzo podobne. Za czasów kolonialnych nie było między nimi granicy, dopiero po uzyskaniu niepodległości nastąpił podział na dwa kraje: Dahomej i Togo. W 1975 r. porucznik Kerekou, który był wtedy u władzy, zmienił nazwę kraju na Benin, żeby odciąć się od ciemnej przeszłości królów Dahomeju, znanych głównie jako okrutnych handlarzy niewolnikami oraz wyznaczyć nowy kierunek rozwoju kraju, z marksizmem-leninizmem jako główną ideologią. Po wielu latach rządów porucznika Kerekou i kilku przewrotach, dziś Benin jest jednym z najstabilniejszych politycznie krajów w Afryce Zachodniej. Ekonomia opiera się na rolnictwie, a głównym towarem eksportowym jest bawełna. Obszar kraju to 112tys. km2, a zamieszkuje go prawie 8 mln ludzi.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-6263735628044447971?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/6263735628044447971/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=6263735628044447971' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/6263735628044447971'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/6263735628044447971'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/02/7-luty-domostwa-tata-i-benin.html' title='7 luty – Domostwa &apos;tata&apos; i Benin'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SZASJr1mEbI/AAAAAAAAAgs/Qvf_zoT0iCU/s72-c/2009.02.07+Nadoba+Tata+Houses+(7).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-3782651841961157334</id><published>2009-02-08T14:26:00.006+01:00</published><updated>2009-02-08T14:41:01.096+01:00</updated><title type='text'>6 luty – Jaki tu spokój....</title><content type='html'>&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7g06FqrAI/AAAAAAAAAgE/SL47moN5EJw/s1600-h/2009.02.06+Las+Klouto+(13).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7g06FqrAI/AAAAAAAAAgE/SL47moN5EJw/s200/2009.02.06+Las+Klouto+(13).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5300421011012496386" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7gkgruqDI/AAAAAAAAAf8/cT1ag3IttsA/s1600-h/2009.02.06+Las+Klouto+ANANAS+(28).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 134px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7gkgruqDI/AAAAAAAAAf8/cT1ag3IttsA/s200/2009.02.06+Las+Klouto+ANANAS+(28).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5300420729314912306" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7gC47lh3I/AAAAAAAAAf0/kP7dR8cfByg/s1600-h/2009.02.06+Las+Klouto+KAKAO+(35).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7gC47lh3I/AAAAAAAAAf0/kP7dR8cfByg/s200/2009.02.06+Las+Klouto+KAKAO+(35).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5300420151708321650" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7fDTLQTtI/AAAAAAAAAfs/dU2zmR3lLMI/s1600-h/2009.02.06+Las+Klouto+KAWA+(36).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7fDTLQTtI/AAAAAAAAAfs/dU2zmR3lLMI/s200/2009.02.06+Las+Klouto+KAWA+(36).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5300419059241733842" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7eJYKFZvI/AAAAAAAAAfk/bx5BBct-y4g/s1600-h/2009.02.06+Trasa.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7eJYKFZvI/AAAAAAAAAfk/bx5BBct-y4g/s200/2009.02.06+Trasa.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5300418064146589426" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Zdjęcia od lewej od góry: konik polny, ananas, kakao, kawa i hurtownia bananów.&lt;br /&gt;Po śniadaniu o 9 ruszamy z naszym przewodnikiem do buszu aby oglądać motyle i przyrodę. Pokazuje nam różnego rodzaju drzewa owocowe. Widzimy kawę. Kwitnie tutaj cały rok, wszędzie unosi się fantastyczny słodki zapach z jej kwiatów. Jest znów jak w raju. Kolejnym etapem po kwiatkach są małe owoce kawy, które po osiągnięciu czerwonego koloru są zbierane i suszone. Później sprzedaje się je do hurtowników, którzy obierają nasionka z delikatnej skórki, następnie wypalają i mielą lub przecinają. Mamy na koniec okazję powąchać takiej świeżej kawy. Szkoda, że znawcami nie jesteśmy, bo pachną dla nas jak zwykła arabica w Tesco. Po drodze widzimy kolejne drzewa mające już fasolki kawy. Tutaj wegetacja trwa cały rok. Najciekawsze jest to, że oprócz plantacji kawy, cała reszta drzew rośnie po prostu w lesie. Każdy może sobie przychodzić, zrywać owoce, a następnie je jeść albo sprzedawać. Po drodze widzimy ananasy, awokado, banany, mango, orzechy coli, kakao, kokosy, maniok (cassava), yam, hibiskus, 20-metrową jukę, gloriozy, orchidee, rafię, różnokolorowe koniki polne, motyle. Ogólnie wycieczka jest niesamowita. Nad mini wodospadem zjadamy pysznego ananasa i po 3,5 godzinie wracamy do hotelu. Kupujemy jeszcze kolekcję motyli. Początkowo mieliśmy obiekcje, ale po drodze okazało się, że motyle nocne - ćmy (po ślonsku się godo na nie moty, a po angielsku „moth”) żyją dwa-trzy dni, a zwykłe motyle do dwóch tygodni. Tak więc nie robi to żadnej szkody naturze, skoro maks po 2 tygodniach te motyle i tak by umarły.  &lt;br /&gt;Wsiadamy w Montka i ruszamy.  Mamy jakieś 370km do przejechania. Pierwsze 120km to droga wątpliwej jakości. Najgorsze jest to, że tylne zawieszenie Montka nadaje się już zdecydowanie do remontu. Na każdej dziurze słychać bardzo głośne stukanie. Dla mnie to  jest zdecydowanie niekomfortowa sytuacja. Teraz muszę bardzo ostrożnie omijać dziury, a nawet na niewielkich nierównościach zdecydowanie da się odczuć brak tylnej amortyzacji. Mijamy kolejne wioski. Zatrzymaliśmy się tylko na samym początku na colę. Droga jest wymagająca i zdecydowanie czuję już zmęczenie. Nawet nawilżane chusteczki nie pomagają. Mijamy kilka patroli policyjnych bez zatrzymania. Jest już na tyle blisko, że nie mamy siły ani ochoty gadać z policją. Dojeżdżamy wreszcie do miejscowości Kara. Musieliśmy dotankować 10 litrów paliwa po drodze. Już od jakiegoś czasu paliła się rezerwa. Mamy jeszcze 70 litrów w baniakach z Ghany, ale woleliśmy nie tracić czasu na przelewanie z kanistrów. Paliwo tutaj to jakieś 0.8E, czyli znacznie drożej niż w Ghanie, ale tez dużo taniej niż w innych krajach unii walutowej CFA (Burkina i Mali, a następnie Benin dla nas). Wjeżdżamy do miasta i bez problemu znajdujemy hotel za całkiem rozsądne pieniądze. Idziemy do centrum coś zjeść i ugasić pragnienie. Ja decyduję się na baraninę z grila (pyszna), a Ala na frytki, które przegryza moim barankiem. Jutro mamy w planie zobaczyć jeszcze unikatowe w Afryce wioski i przekroczyć granicę z Beninem.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-3782651841961157334?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/3782651841961157334/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=3782651841961157334' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/3782651841961157334'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/3782651841961157334'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/02/6-luty-jaki-tu-spokoj.html' title='6 luty – Jaki tu spokój....'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7g06FqrAI/AAAAAAAAAgE/SL47moN5EJw/s72-c/2009.02.06+Las+Klouto+(13).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-8132513411970041887</id><published>2009-02-08T14:05:00.012+01:00</published><updated>2009-02-08T14:24:12.980+01:00</updated><title type='text'>5 luty – Kuluminacja wizowa i voodoo</title><content type='html'>&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7c6XhMWFI/AAAAAAAAAfc/iQJb5tZCmzk/s1600-h/2009.02.05+Mistrzostwo+swiata.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7c6XhMWFI/AAAAAAAAAfc/iQJb5tZCmzk/s200/2009.02.05+Mistrzostwo+swiata.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5300416706765412434" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7cf5Q3fDI/AAAAAAAAAfU/WbCBxHFOWBs/s1600-h/2009.02.05+Targ+voodoo+Lome+(2).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7cf5Q3fDI/AAAAAAAAAfU/WbCBxHFOWBs/s200/2009.02.05+Targ+voodoo+Lome+(2).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5300416251967274034" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7cAmAeBvI/AAAAAAAAAfM/o0A4INlE3Hk/s1600-h/2009.02.05+Targ+voodoo+Lome+(3).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7cAmAeBvI/AAAAAAAAAfM/o0A4INlE3Hk/s200/2009.02.05+Targ+voodoo+Lome+(3).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5300415714222278386" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7bw1OphII/AAAAAAAAAfE/JrYuunBvr-Q/s1600-h/2009.02.05+Targ+voodoo+Lome+(4).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7bw1OphII/AAAAAAAAAfE/JrYuunBvr-Q/s200/2009.02.05+Targ+voodoo+Lome+(4).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5300415443430376578" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7bX-dOdgI/AAAAAAAAAe8/SX5zjFyRp5s/s1600-h/2009.02.05+Targ+voodoo+Lome+(5).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7bX-dOdgI/AAAAAAAAAe8/SX5zjFyRp5s/s200/2009.02.05+Targ+voodoo+Lome+(5).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5300415016410707458" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7bGLKDGuI/AAAAAAAAAe0/abjdm0QcjhU/s1600-h/2009.02.05+Targ+voodoo+Lome+(6).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7bGLKDGuI/AAAAAAAAAe0/abjdm0QcjhU/s200/2009.02.05+Targ+voodoo+Lome+(6).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5300414710582287074" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7ax9ETb-I/AAAAAAAAAes/-De3HFmJBoI/s1600-h/2009.02.05+Targ+voodoo+Lome+(7).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 134px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7ax9ETb-I/AAAAAAAAAes/-De3HFmJBoI/s200/2009.02.05+Targ+voodoo+Lome+(7).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5300414363202711522" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7afO04AcI/AAAAAAAAAek/X4A5GIKCynI/s1600-h/2009.02.05+Targ+voodoo+Lome+(8).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7afO04AcI/AAAAAAAAAek/X4A5GIKCynI/s200/2009.02.05+Targ+voodoo+Lome+(8).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5300414041552323010" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7Z_Y5pkvI/AAAAAAAAAec/PwcCy-9t5Iw/s1600-h/2009.02.05+Targ+voodoo+Lome+(10).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7Z_Y5pkvI/AAAAAAAAAec/PwcCy-9t5Iw/s200/2009.02.05+Targ+voodoo+Lome+(10).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5300413494500889330" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7Z143BBfI/AAAAAAAAAeU/0hksx-KQIz4/s1600-h/2009.02.05+Targ+voodoo+Lome+(11).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7Z143BBfI/AAAAAAAAAeU/0hksx-KQIz4/s200/2009.02.05+Targ+voodoo+Lome+(11).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5300413331281085938" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7ZpPSns7I/AAAAAAAAAeM/UCkMJEv63hE/s1600-h/2009.02.05+Targ+voodoo+Lome+(12).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7ZpPSns7I/AAAAAAAAAeM/UCkMJEv63hE/s200/2009.02.05+Targ+voodoo+Lome+(12).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5300413113964147634" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7ZSWcDjrI/AAAAAAAAAeE/_MzfWkXHlEE/s1600-h/2009.02.05+Targ+voodoo+Lome+(13).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7ZSWcDjrI/AAAAAAAAAeE/_MzfWkXHlEE/s200/2009.02.05+Targ+voodoo+Lome+(13).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5300412720745778866" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Wstajemy rano i ruszamy do ambasady. Teraz albo nigdy. Musimy dostać wizę. Jakby miały być problemy to mamy zaproszenie z Nigerii (dzięki Marek!). Meldujemy się w ambasadzie o 9:30 i widzimy jak madame wkleja nam wizy do paszportów. Dziękujemy jej bardzo i dajemy książkę o Rudzie Śląskiej. Wymieniamy się mailami i ruszamy na targ voodoo. Wstęp dość drogi, za dwie osoby i aparat to prawie 100zł, ale warto. Przewodnik objaśnia, że wszystkie zebrane tutaj fetysze są używane tylko i wyłącznie po to, aby pomagać ludziom. Widzimy głowy wielu małp, lampartów, psów, czaszki antylop, hien, szczęki rekina, stopę słonia, poroże antylop, skóry lampartów, nietoperze zasuszone z wnętrznościami, ptaki. Suszone węże i kameleony oraz niezliczone ilości innego ustrojstwa, którego nawet nie można rozszyfrować. Widok jest niesamowity, a do tego dochodzą jeszcze wrażenia zapachowe, które już pewnie każdy może sobie wyobrazić, widząc na zdjęciach te góry nieżywych zwierząt. Ogólnie procedura jest taka: chory człowiek idzie do chiefa voodoo w wiosce, on rozpoznaje jego chorobę i przepisuje lekarstwo. Na przykład 4 czaszki krokodyla, głowę kobry i cztery skorupy żółwia. To trzeba razem ugnieść, wymieszać z wodą i spalić. Czasami taką miksturę trzeba wymieszać z miodem i spożywać regularnie przez kilka dni. Na targu można handlować tylko „białą magią”, bo czarna, ta znana z filmów w postaci wbijania igieł w lalki voodoo jest zabroniona. Dodatkowo nie wolno polować na zwierzęta, ale wolno kupować różnego rodzaju głowy i skóry. Na tym targu są amulety z całej Afryki. W trakcie naszej wizyty kilku lokalnych przyszło na targ dokonać zakupów zgodnie z listą wyznaczoną przez voodoo chiefa. Wszyscy kramikarze wyskakiwali przed swoje sztandy i głośnym psssssykaniem nawoływali klienta. Klient złapany przez jakiegoś sprzedawcę dokonuje całych zakupów u niego. Nawet, jeśli sklepikarz nie posiada odpowiedniej głowy lub skóry, to bierze ją z kramiku sąsiedniego.  Wychodząc spotykamy turystę, który pyta nas o cenę i niestety jest bardzo niezadowolony, że nie da się nic stargować. W sumie zdecydowanie warte było to tych pieniędzy. &lt;br /&gt;Ruszamy na północ do Kpalime. Planujemy tutaj wejść na najwyższą górę w Togo – Mt. Agou (986m), a następnie pójść w busz oglądać bardzo liczne tutaj i kolorowe motyle. Docieramy bez problemu. Po drodze widzimy super reklamę Baru Izrael, jak na zdjęciu powyżej. Co najlepsze tabliczka „Bar Izrael” jest wzbogacona rysuneczkiem świni. Ciekawe, co by na to Mosze powiedział...... Droga całkiem niezła, na szczyt góry wjeżdżamy autem. W sumie bardzo dobrze, bo widoczność kiepska i droga prowadzi głównie „asfaltem”. Wracając zatrzymujemy się w knajpce, gdzie jemy bardzo smaczny obiad: rybkę z frytkami. Jedziemy do wioski 12km za Kpalime, która jest bazą wypadową na wycieczki etymologiczne. Znajdujemy sympatyczny nocleg. Obok naszego Montka stoją dwa auta bardzo dobrze przystosowane do off roadu. Montek wygląda jak niemowlak przy nich. Niestety w restauracji nie mają mojego ulubionego piwa. Udajemy się więc do wioski. Tam bardzo miło spędzamy wieczór. Piwo nie jest najchłodniejsze, bo od rana nie ma prądu. Lokalni próbują coś do mnie zagadać, ale śmieją się do rozpuku jak moim pięknym francuskim mówię im: No compris francais.....Na szczęście tutaj jest już chłodniej i nie ma komarów. W naszym pokoju nawet nie ma wiatraka, a w łazience jest bojler – niestety nie działający. Cholera, nawet chłodno jest, chyba ze 25 stopni.... Lokalni próbują coś do mnie zagadać, ale śmieją się do rozpuku jak moim pięknym francuskim mówię im: No compris francais.....&lt;br /&gt;Wracamy w nocy przy akompaniamencie świerszczy, cykad i ptaków. Po powrocie francuski ciemnoskóry turysta bardzo łamaną angielszczyzną pyta nas czy ta droga jest bezpieczna i czy coś się dzieje ciekawego we wiosce.....Widać turysta z Francji wraca do kraju przodków i boi się bardziej niż białe hanysy z Rudy Śląskiej......&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-8132513411970041887?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/8132513411970041887/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=8132513411970041887' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/8132513411970041887'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/8132513411970041887'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/02/5-luty-kuluminacja-wizowa-i-voodoo.html' title='5 luty – Kuluminacja wizowa i voodoo'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SY7c6XhMWFI/AAAAAAAAAfc/iQJb5tZCmzk/s72-c/2009.02.05+Mistrzostwo+swiata.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-9073914822459322471</id><published>2009-02-05T00:51:00.006+01:00</published><updated>2009-02-08T14:52:03.378+01:00</updated><title type='text'>4 luty – wiza nigeryjska odsłona N-ta</title><content type='html'>&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYord3gs6yI/AAAAAAAAAd8/Hwq47UDydjs/s1600-h/2009.02.04+Aneho+(12).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYord3gs6yI/AAAAAAAAAd8/Hwq47UDydjs/s200/2009.02.04+Aneho+(12).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5299095703672122146" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYorBQDQPxI/AAAAAAAAAd0/ew68yswTxUE/s1600-h/2009.02.04+Aneho+(7).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYorBQDQPxI/AAAAAAAAAd0/ew68yswTxUE/s200/2009.02.04+Aneho+(7).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5299095212043288338" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYoqlaLxTjI/AAAAAAAAAds/tjasdcgINc4/s1600-h/2009.02.04+Aneho+(6).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYoqlaLxTjI/AAAAAAAAAds/tjasdcgINc4/s200/2009.02.04+Aneho+(6).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5299094733727026738" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYoqbxPcEfI/AAAAAAAAAdk/MG26EiXd5Ms/s1600-h/2009.02.04+Aneho+(2).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYoqbxPcEfI/AAAAAAAAAdk/MG26EiXd5Ms/s200/2009.02.04+Aneho+(2).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5299094568117735922" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Punktualnie o 10 rano stawiamy się w ambasadzie. Madame mówi, że nie ma nadal podpisanej wizy. Po pół godzinie czekania mówi, że mamy wrócić o 12. Chcieliśmy rano jechać na targ fetyszy voodoo, ale boimy się, że do 12 możemy się nie wyrobić, więc postanawiamy przeczekać w pobliskim barze. Kiedy wybija południe, stawiamy się karnie w ambasadzie. Nadal nie ma wizy. Konsul ponoć dziś bardzo zajęty, a że pracuje do 16, to ma cały dzień na podpisanie wniosków. Przecież to nie jemu się spieszy, a nam... Po kolejnej godzinie czekania decydujemy, że nie będziemy wysiadywali tutaj bezsensownie, i tak musimy w Lome zostać kolejną noc, więc nie ma dla nas już różnicy, czy dostaniemy wizy dziś czy jutro rano. Tłumaczymy madame na czym stoimy i prosimy o podstęplowanie kopii paszportów, bo w razie kontroli policyjnej chcemy mieć dowód na to, że paszporty posiadamy. Madame służbistka nie może nam podbić kser, więc idzie do konsula po pieczątkę. Wraca po chwili mówiąc, że konsulowi powiedziała, żeby lepiej zamiast pieczątki na kserach, podpisał się na wizie. Mamy poczekać kolejne 10 minut. Po niedługiej chwili madame wraca i mówi, że konsul super zajęty i on teraz na pewno tego nie podpisze, nawet kser nie podbił, ale dała nam kwitki potwierdzające uiszczenie opłaty wizowej, więc mamy jakieś potwierdzenie, że tam są nasze paszporty. Przeprasza nas, że jej się nie udało niczego przyspieszyć. Oczywiście to nie jej wina. Dla nas najważniejsze jest dostanie wizy, co mamy nadzieję nastąpi w końcu jutro rano. Tym razem do ambasady pojechaliśmy autem, bo z naszego hotelu się wymeldowaliśmy. Znaleźliśmy wczoraj tańszy, w podobnym standardzie, a nawet ze śniadaniem. No i nie przy mega głośnym barze, a to chyba najważniejsze. Jedziemy więc do nowego hotelu, a potem kierujemy się w stronę granicy z Beninem, do miejscowości Aneho, która do 1920r.  (dopisek Filipa: chyba zbieg okoliczności, ale wtedy tez powstał RUCH) była stolicą kolonialną tych terenów. Miasteczko nas rozczarowuje, bo oprócz paru walących się pokolonialnych budynków nic ciekawego w nim nie ma. Ale za to plaża! Wjeżdżamy między gliniane domostwa, które leżą parę metrów od oceanu. Ale mają niesamowitą lokalizację! Jest godzina 15, pod palmą śpi parę osób, kilkoro dzieci powoli przechadza się pomiędzy domkami. Całkowity relaks. Oczywiście dokoła domków sterty reklamówek. Widzimy ciekawe zjawisko – ocean utworzył swoisty atol, więc prawdziwa plaża jest oddzielona pasem wody od reszty lądu. Mała łódeczka służy do przeprawy na plażę. Na zdjęciu to fajnie widać. Napawamy się pięknymi widokami i wracamy do Lome. Chcieliśmy zjeść coś po drodze, ale ceny były bardzo adekwatne do widoków, więc postanawiamy zaatakować znów Libańczyka, a wieczorem udajemy się do wczorajszej garkuchni. Jemy rybę ze szpinakiem, ubijanym yamem (czyli fufu tutaj) oraz ryż ze szpinakiem i sosem. Szpinak tutaj jest podawany razem z okoro (Nigeryjczycy wiedzą), po angielsku to się nazywa ladies finger, polskiej nazwy nie znamy. Tworzy to razem ciągnący się sos, ale całkiem smaczny. Przy okazji jedzenia z samymi lokalnymi, którzy drugiego dnia już nie zwracają na nas uwagi, zastanawiamy się, kto z naszych przyjaciół by zjadł tutaj razem z nami, a kto by uciekał do sterylnie higienicznego miejsca? W sumie jakby dobrze zareklamować, to pewnie wielu by się skusiło.... Dziś już środa, czyli właściwie weekend. Widać to na ulicy, w barach większy tłok, muzyka gra jeszcze głośniej. Tutaj to chyba tylko wtorek jest dniem przestoju. W poniedziałek jeszcze dogorywał weekend, a dziś, we środę już się zaczął kolejny:) Filip mi tu podpowiada, że w GM było takie powiedzenie: wtorek minął, tydzień zginął – w sumie coś w tym jest....&lt;br /&gt;Jutro mamy już nadzieję odebrać wizę. Jeżeli to się uda, jedziemy na północny-zachód do Kpalime, okolicy górzystej, gdzie są duże plantacje kawy i kakao. Nie wiemy jak z netem będzie, więc jeszcze dziś w Lome załadujemy ostatnie dwa dni ze zdjęciami, żebyście się nie nudzili do następnego wpisu, który nie wiemy kiedy uda się uskutecznić:)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-9073914822459322471?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/9073914822459322471/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=9073914822459322471' title='Komentarze (8)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/9073914822459322471'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/9073914822459322471'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/02/4-styczen-wiza-nigeryjska-odsona-n-ta.html' title='4 luty – wiza nigeryjska odsłona N-ta'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYord3gs6yI/AAAAAAAAAd8/Hwq47UDydjs/s72-c/2009.02.04+Aneho+(12).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>8</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-8902627056140505227</id><published>2009-02-05T00:44:00.004+01:00</published><updated>2009-02-05T00:51:13.491+01:00</updated><title type='text'>3 luty – Lome i wiza</title><content type='html'>&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYop4H0jl4I/AAAAAAAAAdc/PxQsUgjBZGM/s1600-h/2009.02.03+Lome+(5).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYop4H0jl4I/AAAAAAAAAdc/PxQsUgjBZGM/s200/2009.02.03+Lome+(5).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5299093955703707522" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYopj94QdZI/AAAAAAAAAdU/HjxMUMsJ0TU/s1600-h/2009.02.03+Lome+(4).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYopj94QdZI/AAAAAAAAAdU/HjxMUMsJ0TU/s200/2009.02.03+Lome+(4).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5299093609437492626" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYopW34q89I/AAAAAAAAAdM/VOaJ9kGf0e8/s1600-h/2009.02.03+Lome+(2).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYopW34q89I/AAAAAAAAAdM/VOaJ9kGf0e8/s200/2009.02.03+Lome+(2).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5299093384490316754" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYoo_vFnYtI/AAAAAAAAAdE/9HgjUMXhEEs/s1600-h/2009.02.03+Togo+walczy+z+AIDS.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYoo_vFnYtI/AAAAAAAAAdE/9HgjUMXhEEs/s200/2009.02.03+Togo+walczy+z+AIDS.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5299092986991698642" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYoou6K5SSI/AAAAAAAAAc8/4Cj66GwnCS0/s1600-h/2009.02.03+Lome.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYoou6K5SSI/AAAAAAAAAc8/4Cj66GwnCS0/s200/2009.02.03+Lome.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5299092697908857122" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Zanim przejdziemy do części kulturalno-rozrywkowej, kilka słów o samym Togo. Jest to na razie najbiedniejszy wg danych statystycznych kraj, który odwiedziliśmy na naszej trasie. Jego PKB na mieszkańca wynosi tylko USD 387. Jest to malutkie państwo, o powierzchni ok. 58 tys. km2 z ponad 5 milionami mieszkańców. W Togo oficjalnym językiem jest francuski, ze względu na kolonialną przeszłość oczywiście. Ale pod koniec XIX wieku  Niemcy przez chwilę przejęli tutaj władzę, choć wpływów ich krótkich rządów nie widać. W przeciwieństwie do francuskich, bo oczywiście bagietki królują jako pieczywo, choć można też kupić białe, 'dmuchane' bułki, lekko słodkie, których było pełno w Ghanie. Z Togo wywodzi się wierzenie voodoo. Dzisiaj to wyznanie kojarzy się najbardziej z Haiti, gdzie rzeczywiście jest jego największy ośrodek, ale przodkami Haitańczyków są właśnie ludzie z plemion z obszaru dzisiejszego Togo i Beninu, którzy jako niewolnicy byli wywożeni do 1870r. w tamte rejony. Po odzyskaniu niepodległości w XX w., po kilku przewrotach władzę przejął sierżant Eyadema i przez ponad 40 lat rządził twardą ręką krajem, a dopiero jego śmierć (po drodze były próby wprowadzenia systemu demokratycznego, krwawo tłumione) zakończyła jego 'panowanie'. W chwili obecnej w kraju panuje względny spokój i powoli 'wdraża się' w bardziej demokratyczny ustrój. &lt;br /&gt;Po takim 'krajoznawczym' wstępie czas na parę historyjek z naszego, jak zwykle obfitującego w przygody, dnia. Rano udajemy się do ambasady nigeryjskiej. Na wszelki wypadek potwierdzam jej lokalizację z naszym recepcjonistą, no i okazuje się, że przenieśli się w całkiem inne miejsce. Po zapewnieniach, że to niedaleko, ruszamy na poszukiwania. Idziemy, idziemy, a ambasady ani widu ani słychu. Pytamy na stacji benzynowej, ale nie mają pojęcia gdzie to. Jedynie potwierdzają, że dobrze idziemy w kierunku kolumny pokoju, na którą kazał się kierować recepcjonista. Zatrzymujemy się w kafejce internetowej i tam pracownik tłumaczy dokładnie dalszą drogę. Znajdujemy w końcu ambasadę, rozpoznając z daleka biało-zielony płot. Jak do tej pory wszystkie ambasady nigeryjskie, które tutaj odwiedziliśmy (jest to nasza trzecia próba już) miały co tylko się da pomalowane w barwy narodowe. Wchodzimy do budki strażnika przy bramie, rejestrujemy się i idziemy do budynku biurowego. W okienku, które jest odpowiedzialne za wydawanie wiz siedzi dość wiekowa madame, która na nasze pytanie o wizę turystyczną kręci przecząco głową. Filip zaczyna jej tłumaczyć naszą historię: wyjechaliśmy z kraju jeszcze w zeszłym roku i nie wyrabialiśmy wizy w Polsce, ponieważ jej ważność mogła wygasnąć do momentu naszego wjazdu do Nigerii. Bo to właśnie jest największym problemem w każdej z ambasad nigeryjskich, w których się pojawiamy. Jeżeli w kraju turysty jest ambasada, to jego świętym obowiązkiem jest wyrobienie sobie wizy tamże właśnie. Filip okrasza naszą historię wstawkami z życia nigeryjskiego, madame się coraz bardziej rozluźnia, aż w końcu się śmieje z jego historyjek. Okazuje się, że jest Togijką, ale w ambasadzie pracuje ponad 30 lat. Madame każe nam zrobić po 2 kopie głównej strony paszportu, wizy togijskiej i wysmarować list do konsula z wytłumaczeniem, czemu nie zrobiliśmy wizy w Polsce i zawracamy im tutaj głowę. Biegniemy do pobliskiego 'business centre', gdzie robimy kopie dokumentów i piszemy list. Przychodzimy do madame z całym zestawem oraz zdjęciami. Madame odrzuca pismo, bo jest napisane odręcznie, a ma być komputerowo. Więc biorę nasz list i pędem znów do 'business centre', a Filip w międzyczasie będzie zabawiał madame i zmiękczał ją, żeby była nam bardziej przychylna. Na miejscu okazuje się, że nie mają takiej usługi! Jakieś 300m dalej ma być kolejne centrum informatyczne, gdzie można coś na komputerze przepisać (nasz laptop jest w samochodzie, który jest na parkingu hotelowym). Udaje mi się zlokalizować przybytek i zdyszana wyłuszczam właścicielowi sklepiku czego od  niego chcę. Mówię, że sama przepiszę, bo nie wiem ile mu to czasu może zabrać, znając ich tempo tutaj. Drukuję na wszelki wypadek 4 egzemplarze, po 2 na każde z nas, bo madame lubi mieć dużo kopii. Biegiem z powrotem do ambasady. Wszystko odbywa się w upale ponad 35 stopni, z szalenie wysoką wilgotnością powietrza, więc możecie sobie wyobrazić jak wyglądam. Przychodzę do ambasady, Filip jest już najlepszym przyjacielem madame, ma nawet jej nr komórkowy, żebyśmy mogli po południu zadzwonić i zapytać o status wniosku. Bo oczywiście jest kolejna przeszkoda – odbieranie wiz odbywa się tylko we wtorki i czwartki, dziś jest wtorek, więc odbiór dopiero we czwartek! Błagamy madame, żeby przyspieszyła proces, najlepiej aby się dało jeszcze dziś odebrać wizy. Mówi, że zrobi co się da. W każdym razie zapewnia nas, że jeżeli ona przyjęła wniosek, to konsul podpisze i wizy dostaniemy. Inshallah! Wracamy spacerkiem do hotelu. Teraz nasz priorytet to naprawić dziurawą oponę (tę, która już 2 gwoździe przeżyła) i zobaczyć czy się da reanimować tę rozwaloną wczoraj na dziurze ściekowej. W hotelu tłumaczą nam jak dojechać do serwisu Good Yeara. Przyjeżdżamy na miejsce. Szefem jest Libańczyk. A propos Libańczyków – jest ich w Afryce dość dużo, głównie są właścicielami restauracji z całkiem dobrym jedzeniem, ale jak widać prowadzą też inne biznesy. Okazuje się, że nasza 'gwoździowa' opona ma kolejnego gwoździa! To jest jakieś fatum. Przejechaliśmy nią mniej niż 200km. Ale naprawić się da bez problemu. Gorzej z tą wczorajszą – niby naprawić można, ale trzeba ją będzie traktować bardziej jako dojazdówkę niż pełnowartościową oponę. Decydujemy się jednak na naprawę – w krytycznej sytuacji może się okazać bardzo cenna. Jak widać opony można rozpruć nie tylko na bezdrożach, więc lepiej nosić niż się prosić. Naprawa tej opony ma zająć parę godzin, więc umawiamy się na powrót po 17. Dzwonimy do madame z ambasady, ale mówi, że dziś już nic nie da rady załatwić, mamy dzwonić jutro o 10 rano. Idziemy więc pooglądać plażę w Lome, która cieszy się złą sławą, szczególnie w nocy. Książkowy przewodnik i miejscowi odradzają samotnego chodzenia po plaży, a już szczególnie po zmierzchu. Więc idziemy ją zobaczyć za dnia. Niesamowita lokalizacja – centrum Lome rozciąga się parędziesiąt metrów od plaży, która jednak jest mocno zaniedbana i zaśmiecona. Skąd my to znamy...  Teraz zagadka – na jednym ze zdjęć plaży, na tym gdzie widać dość dużo ludzi jest jeden ciekawy szczegół, który zobaczyliśmy dopiero przy oglądaniu zdjęć na komputerze. Kto widzi co to? &lt;br /&gt;Zrobił się już wieczór, pora na kolację. Na lunch przekąsiliśmy w libańskiej restauracji pyszne sandwicze z krewetkami zawijane w libańskie placki. Chodząc po głównej ulicy Lome, przy której mieszkamy (cenne rzeczy mamy w samochodzie, paszporty w ambasadzie, więc raczej nas nie ma z czego okradać, bo przewodnik sugeruje, żeby po zmroku nie pałętać się samopas po stolicy) znajdujemy lokalną jadłodajnię. Wygląda bardzo klimatycznie. Przy chodniku mieszczą się dwie garkuchnie. W pierwszej, większej, serwują fufu (tutaj to nie maniok z plantainami, ale ugnieciony jam – ulubiona potrawa Filipa z Nigerii) z różnymi sosami. Cztery starsze big fat mamy siedzą obok swoich wielgachnych aluminiowych mis. Każda ma inny specjał. Pierwsza – baraninę w sosie z ostrymi papryczkami, druga – kurczaka w sosie z ostrymi papryczkami, trzecia i czwarta – różne rodzaje ryb w sosie, jakże by inaczej, z ostrymi papryczkami. Druga garkuchnia jest jednoosobowa – młoda i szczupła dziewczyna serwuje ryż z sosem z kawałkami mięsa i oczywiście papryczkami oraz, uwaga – sos szpinakowy! Dokoła nie ma oświetlenia elektrycznego, świecą się tylko naftowe kaganki. Jest ustawionych parę niskich drewnianych stolików z ławeczkami i restauracja pełną gębą. Na każdym stoliku postawiono miskę do mycia rąk. Ruch wielki, klienci się przepychają, wołają jakie menu im podać, aluminiowe talerze przechodzą z rąk do rąk. My decydujemy się na drugą garkuchnię. Ja z powodu szpinaku, a Filip – hmm, może z powodu kucharki:) Jedzenie pierwsza klasa. Pali podniebienie, ale bardzo przyjemnie. Na pewno takie papryczki trzeba przywieźć do domu i na jakiejś imprezie zaserwować.... będzie niezły ubaw:) &lt;br /&gt;Wieczór spędzamy tradycyjnie przy piwie i herbacie (ten drugi napitek staje się nie wiedzieć czemu coraz mniej popularny), planując dalszą trasę w Togo i Beninie. &lt;br /&gt;Aha, na jednym z powyższych zdjęć – rewelacyjny przykład tutejszej propagandy anty HIV. Ten plakat przebił wszystkie, jakie do tej pory widzieliśmy. Czyż nie jest rewelacyjny? &lt;br /&gt;Gwoli nowej świeckiej tradycji, teraz nastąpi opis chmielowego płynu dla zainteresowanych: Wypiłem tutaj  trzy rodzaje piw. Dwa w brązowych butelkach i jedno w zielonej (widzicie jak się dla Was poświęcam). To w zielonej butelce to Pils lub Specjal. Ja piłem Pilsa i było całkiem smaczne, a jak na zieloną butelkę to nawet niezłe. Miało wprawdzie dziwny aromat po odkapslowaniu, ale później smak dobry. Piana tylko szybko opadała prawie jak w coca-coli. Awooyo to jest moje piwo w Togo. Piwo ciemne, no może raczej brązowe. Niektórzy stali bywalcy Nomada może pamiętają GóRnośląskiego Diamenta. Awooyo ma podobny smak, jest jednak dużo mniej słodkie. Delikatnie przepalany smak (jakby to Kkondrat powiedział), do tego bardzo rozsądne % (6,2), zdecydowana goryczka w posmaku. Cholera dlaczego nie ma takiego piwa u nas??!!! Kolejne piwo to Flag, już wcześniej testowane w poprzednich krajach. Solidne piwo, ale nie powala na ziemię. Jest goryczka, jest piana, ale czegoś brakuje. Zdecydowanie ustępuje miejsca Awooyo. Ciekawostką jest to, że trafiliśmy w Lome na piwo pression! Czyli piwo lane! Okazało się, że to też była Flaga. Mały kufelek to mniej niż 1/3 E. Piwo całkiem smaczne, więc szybko wychyliłem kilka kufelków 0,3. Lane piwo w Afryce o rarytas i nie można przegapić takiej okazji. Kelnerka (chyba siostra szefa) tak się zapatrzyła na moją „piękną” białą mordę, że bardzo przelała piwo, które sięgało bez piany rantu kufla. Ja już ucieszony od razu mówię ok, ok. Zostaw jak jest ja wypiję. Niestety jej brat interweniował i odlał część piwa, a mnie resztę spienił. Pewnie sprzeda odlaną część kolejnemu klientowi. Niestety takie czasy, rachunek ekonomiczny musi się zgadzać. Ponoć kryzys jest na świecie....&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-8902627056140505227?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/8902627056140505227/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=8902627056140505227' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/8902627056140505227'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/8902627056140505227'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/02/3-luty-lome-i-wiza.html' title='3 luty – Lome i wiza'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYop4H0jl4I/AAAAAAAAAdc/PxQsUgjBZGM/s72-c/2009.02.03+Lome+(5).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-8694619872487674721</id><published>2009-02-04T19:06:00.002+01:00</published><updated>2009-02-04T19:14:29.178+01:00</updated><title type='text'>2 luty – A miało być tak pięknie........</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYna2TkkpUI/AAAAAAAAAc0/b8XD9hq0XUw/s1600-h/2009.02.02+Owoce.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYna2TkkpUI/AAAAAAAAAc0/b8XD9hq0XUw/s200/2009.02.02+Owoce.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5299007063079560514" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYnaadBo1lI/AAAAAAAAAcs/bfAqrkngEzI/s1600-h/2009.02.02+Togo+wita+dziura.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYnaadBo1lI/AAAAAAAAAcs/bfAqrkngEzI/s200/2009.02.02+Togo+wita+dziura.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5299006584581051986" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Zacznijmy od zagadki. Co to są za owoce na zdjęciu? Sami nie wiemy. Podano nam tutaj tylko lokalną nazwę, którą już oczywiście zapomnieliśmy. Smakują jak kwaśne konfitury z moreli i trochę jak śliwka, skórka jest twarda. Może ktoś zna te owoce?&lt;br /&gt;Rano ruszamy do ambasady. Bierzemy taksówkę, żeby nie tracić czasu błądząc. Jesteśmy w nigeryjskiej ambasadzie niewiele po 9 rano. Niestety okazuje się, że sekcja wizowa jest otwarta dopiero od 10. Bierzemy więc formularze i idziemy przeczekać do okolicznego baru. Wracamy i wchodzimy do ambasady. Po kilku minutach podchodzi do nas urzędnik. Po krótkiej rozmowie okazuje się, że brakuje nam zaproszenia, potwierdzenia bankowego, że mamy dość środków na pobyt w Nigerii i rezerwacji hotelu. Po kilku minutach rozmowy okazuje się, że bez tego nie da rady. Wkurzony wyrywam paszporty z rąk urzędnika. Jak to cholera, mnie, Nigeryjczyka nie chcą wpuścić do kraju! Wracam i rozmawiam z madame z recepcji. Chcę mówić z konsulem. Po kilkunastu minutach to się udaje. Niestety, tutaj znów odbijamy się od ściany! Konsul twierdzi, że nie może wydać wizy bez zaproszenia, bo w Delcie Nigru jest bardzo niebezpiecznie i mogą nas porwać. No mów mi jeszcze, tak jak byśmy o tym nie wiedzieli! Niestety bez zaproszenia nędza. Wracamy jak niesmaczni. Podjęliśmy decyzję, że natychmiast jedziemy do Togo. Tam jest ostatnia szansa, żeby dostać wizę do Nigerii. Jeśli się nie uda to wjedziemy do Nigru. Mamy już wizę Entente Touristique uprawniającą nas do wjazdu do pięciu krajów: Burkina Faso, Benin, Togo, Wybrzeże Kości Słoniowej i Nigru. To bardzo pesymistyczny scenariusz burzący nasz cały plan, ale cholera wie z Nigeryjczykami.&lt;br /&gt;W każdym razie wracając idziemy na internet i piszemy do naszego przyjaciela Marka o wystosowanie zaproszenia. Może się okazać konieczne w ambasadzie nigeryjskiej w Togo.&lt;br /&gt;Wsiadamy w auto i wyjeżdżamy. Ta część Akry wydaje się bardzo spokojna i bez problemu udaje nam się wyjechać. Droga całkiem przyzwoita. Tankujemy auto i ostatni kanister do pełna. W Togo ma być droższa benzyna. Pytamy kilka razy o drogę. Wszystko idzie całkiem sprawnie. Niestety droga jest coraz gorsza. Omijanie dziur w asfalcie pomału przemienia się w szukanie asfaltu lub nieźle ubitego laterytu. Całość to prawie 200km. Niestety ostatnie 60km jest już bardzo złe. Całość zajmuje nam dobre 4h! Podjeżdżając na granicę obskakują nas zmieniacze pieniędzy, sprzedawcy i różnego rodzaju pomagacze w przekroczeniu granicy. Jakoś tym zmieniaczom nie ufamy i idziemy do biura wymiany. Tutaj dziwnym trafem i jakoś zmyleni całą sytuacją (jakby to Maksiu powiedział:  a bo mnie zmyliły) nie do końca dobrze odczytujemy kurs i zmieniamy na zewnątrz u ulicznego chłopka 'kantoru'. Okazuje się, że straciliśmy na tym jakieś 20zł, a na dodatek mieliśmy kupę stresu. Siedzieliśmy w aucie nie wychodząc, najpierw wzięliśmy całą ich kasę przeliczając kilkakrotnie i dopiero później daliśmy naszą. Wystarczyło trochę więcej spokoju i zimnej kalkulacji i mogliśmy to zrobić na spokojnie po lepszym kursie w biurze, ale po tylu godzinach walki na drodze, obskoczeni przez dziesiątki ludzi starających się nam wmówić, że bez ich pomocy nie damy rady przekroczyć granicy, źle przeliczyliśmy kursy. Na szczęście 20zł to żaden majątek!&lt;br /&gt;Nadal kategorycznie odmawiamy pomocy granicznych cwaniaków przy przekroczeniu granicy. Idziemy od jednego biura do drugiego. Paszporty mamy już podbite, teraz trzeba załatwić sprawę z autem. Nie mamy dokumentu Carnet de Passage, więc odsyłają nas od okienka do okienka, od biura do biura. Wreszcie w jednym urzędnik odbiera nasz świstek papieru i mówi, że mamy jechać. Ja jednak chcę mieć jakiś dowód, że jestem ok, bo spodziewam się problemów na granicy. Większość z Was już pewnie nie pamięta jak wyglądało przekraczanie granicy w starych czasach. Najpierw kontrola po jednej stronie, a później po drugiej. Dokładnie tak tutaj jest. Wsiadamy w auto i wyjeżdżamy. Urzędnik nas zapewniał, że mamy powiedzieć, że oddaliśmy papier i jest ok. Oczywiście przy przejeździe sto pytań do.... Po kilku minutach podchodzi jakiś większy Oga (szef) i po raz kolejny tłumaczę mu naszą sytuację. Wreszcie pozwala nam jechać. Po stronie togijskiej znów jakieś problemy. Jasny szlag, przekroczenie granicy w Afryce, to jest niezłe wyzwanie. Załatwiamy formalności opłacamy pozwolenie na przejazd autem taką samą jak w poprzednich frankofońskich krajach. Tym razem to jednak 6000CFA, a nie pięć jak w Mali i Burkinie. Jak wyszedłem z biura do urzędnik nie zauważył, że Ala została i powiedział do kolegi, żeby te pieniądze (z całego dnia) schował, bo one są poza rejestracją i nikt nie może o nich wiedzieć (pewnie stąd ten nasz 1000 więcej). Jak zauważył, że Ala to słyszała i zrozumiała to się trochę zmieszał, ale oczywiście niczego to nie zmieniło.&lt;br /&gt;W każdym razie przejechaliśmy granicę, a stolica Togo – Lome, ma być 600metrów dalej. Coś pięknego – granica na samym brzegu oceanu, a droga ciągnie się wzdłuż plaży. Niesamowity obraz. Tacy celnicy to mają szczęście. Niestety formalności i kiepska droga zajęły nam za dużo czasu i wjeżdżamy do Lome po zmroku. Najgorsze co może być, bo z oświetleniem w Afryce jest krucho i wszystko wygląda zupełnie inaczej po ciemku. Szybko jednak lokalizujemy tani hotelik z przewodnika. Okazuje się, że ceny znacznie podskoczyły i jedyny dostępny pokój jest za 30E. To zdecydowanie za dużo jak na nasz budżet. Kolejny hotel też fiasko. Jedziemy kolejne kilka km główną drogą w Lome. Nagle po lewej stronie wypatruję następny hotel. Zatrzymuję się zaraz na światłach na skrzyżowaniu. Cofam trochę, żeby ominąć auto przede mną i zaparkować na chodniku, a Ala skoczy zobaczyć jakie mają ceny. Udaje się ominąć auto przed nami, wjeżdżam na chodnik i nagle jeeee....bbbb! Lewe przednie koło leci pół metra w dół. Murzyni wokół patrzą się z przerażeniem. Próbuję wycofać, ale tylne koła nie mają przyczepności. Ala wychodzi z auta, ja włączam napęd na 4 koła. Lokalni też wypychają. Montek pomału wyrywa się z dziury. Uf, ale ulga. Wpadliśmy do nieprzykrytego ścieku kanalizacyjnego, jedynego na przestrzeni kilkudziesięciu metrów. Z powodu słabego oświetlenia ulicy nie było go w ogóle widać. Chyba nie urwałem zawieszenia. Ala leci do hotelu, ja parkuję pół na chodniku pół na drodze. Koło mnie cały czas sznur aut i motorków. Jest już kompletna ciemność. Wysiadam z auta, aby zobaczyć czy wszystko ok. No i niestety nie. Widzę, że przednia opona jest rozwalona i auto stoi na samej feldze! Jasny szlag. W tych ciemnościach wymieniać koło. No pięknie! Czekam aż wróci Ala, żeby poświeciła mi latarką poza tym pilnowała śrub, bo nie wiem czy lokalni nie podwędzą i będą chcieli później kasę żeby oddać (nie takie numery się już widziało). Wjeżdżam 4 kołami na chodnik i biorę się do roboty. Kilku lokalnych podchodzi, żeby mi pomóc. Dziękuję i działam dalej sam. Na szczęście są jakieś kamienie żeby koła zablokować. Pot się leje ze mnie bardziej niż często woda z kranu w Afryce. No ale oni mają problemy z ciśnieniem, a ja za to wcale. Cygańskie dzieci nas obskoczyły, dziesiątki motorków i samochodów przejeżdżają obok nas. Każdy coś tam zagaduje i doradza. Ja to mam gdzieś i robię swoje. Ciekawe ile to kalorii, pewnie mogę kilka browarków wypić po wszystkim bezkarnie. Niestety teraz nie jest mi do śmiechu. Patrzę nerwowo, czy lewarek dźwignie auto na wytaczającą wysokość, żeby nowe koło założyć. Na szczęście udaje się je zmienić. Pakuję graty, a wszystkim którzy pierwszy raz w życiu widzieli białasa zmieniającego koło wypada powiedzieć: show est fini!  &lt;br /&gt;Ala już wynegocjowała rozsądną cenę w hotelu naprzeciwko (w sumie zniżkę powinni dać jeszcze lepszą, bo przez nich rozwaliłem oponę). Lokujemy się w hotelu. Jutro idziemy znów do ambasady Nigerii i musimy naprawić opony, bo na teraz nie mamy żadnego dobrego zapasu!&lt;br /&gt;Wieczór kończymy w barze obok naszego hotelu. Kosztuję lokalnego piwa, które smakuje jak balsam po tych wszystkich ekscesach. „Nasza” knajpka niestety serwuje nam bardzo głośną muzykę bardzo dobrze słyszalną nawet w naszym pokoju aż do 2 nad ranem. W sumie to poniedziałek, prawie weekend w Afryce, więc ludzie się bawią prawie do rana......&lt;br /&gt;A propos muzyki, to zaczęło się od Ghany. Muzyka w barach jest tak głośna, że nie da się rozmawiać i żadne prośby o ściszenie nie działają. Dodatkowo głośniki z odzysku z Europy bardzo kiepsko radzą sobie z basami, a w zasadzie nie tylko basami.....&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-8694619872487674721?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/8694619872487674721/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=8694619872487674721' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/8694619872487674721'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/8694619872487674721'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/02/2-luty-miao-byc-tak-pieknie.html' title='2 luty – A miało być tak pięknie........'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYna2TkkpUI/AAAAAAAAAc0/b8XD9hq0XUw/s72-c/2009.02.02+Owoce.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-8048893496668576359</id><published>2009-02-03T14:06:00.003+01:00</published><updated>2009-02-03T14:15:14.305+01:00</updated><title type='text'>1 luty – Niedziela w Akrze</title><content type='html'>&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYhDOJFP8pI/AAAAAAAAAck/h456UZWX8HI/s1600-h/2009.02.01+Accra+(3).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYhDOJFP8pI/AAAAAAAAAck/h456UZWX8HI/s200/2009.02.01+Accra+(3).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5298558871836553874" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYhCvLYzo-I/AAAAAAAAAcc/WlGCIYYRv-w/s1600-h/2009.02.01+Accra.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 134px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYhCvLYzo-I/AAAAAAAAAcc/WlGCIYYRv-w/s200/2009.02.01+Accra.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5298558339879511010" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Rano nie spieszymy się z opuszczeniem Cape Coast, bo przed nami tylko 140km drogi. Trasa w bardzo dobrym stanie, a jak powiedział nam Tim, Japończycy ją wybudowali, częściowo jako pomoc międzynarodową, a częściowo jako pożyczkę dla Ghany, która podobno jak większość pożyczek – zostanie potem anulowana. Kupujemy u przydrożnych sprzedawczyń ananasy, na które jest teraz dobry sezon. Są bardzo słodkie i soczyste, więc można się nimi zajadać godzinami. &lt;br /&gt;Do Akry wjeżdżamy bezproblemowo, jest na szczęście niedziela i nie ma zbyt dużego ruchu na ulicach. Za każdym razem przy wjeździe do dużego miasta jesteśmy trochę nerwowi, bo poruszanie się po wąskich uliczkach, pełnych samochodów i ludzi nie jest łatwe, a jeszcze trzeba znaleźć jakieś lokum i zorientować się w planie miasta. Dzięki temu, że jest niedziela, od razu namierzamy nasz wybrany hotelik. Okazuje się całkiem przyjemny i ma nawet parking na placyku. Zaczynamy nosić rzeczy do pokoju, gdy Filip spostrzega, że opona, którą wczoraj naprawialiśmy znów jest bez powietrza. Jeszcze nie całkowicie, ale mocno się spłaszczyła. Czyli wczorajsza naprawa coś nie do końca chłopcom wyszła. Zmieniamy koło, zostawiając sobie wizytę u wulkanizatora na poniedziałek. Włóczymy się trochę po mieście, które nie jest zbyt interesujące. Ale za to ma szerokie drogi, dość dużo chodników, trochę wysokich budynków. Oczywiście my zapuszczamy się w dzielnicę bez chodników, z wąskimi drogami, otwartymi ściekami i chatkami pokrytymi blachą. W takich miejscach jest więcej do oglądania. Niedaleko rozciąga się plaża, na którą próbujemy się dostać. Niestety, sterty śmieci odwodzą nas od tego zamiaru. Nie dość, że dojście do plaży to jedno wielkie wysypisko, to sama plaża też z plażą ma niewiele wspólnego, a na pewno już po takim rajskim miejscu jak plaża w Axim. Wycofujemy się i dalej krążymy po bardzo lokalnych miejscach. Kiedyś taki Afrykańczyk zjadł banana, skórkę rzucał na ziemię, ona się rozkładała i wszystko było pięknie. Niestety Afryka też się rozwija, ale w ten najgorszy z możliwych sposobów. Tutaj nikt kompletnie nie dba o środowisko, wszystko jest pakowane w czarne reklamówki lub plastykowe woreczki, które tak samo jak kiedyś skórka z owoca, również trafiają na ziemię. Wszyscy niestety wiemy jak długi jest proces rozkładania się polietylenu. Te woreczki przeżyją tego które je zostawił i pewnie jeszcze kilka pokoleń. Afryka tonie w śmieciach. Smród z niedrożnych rynsztoków unosi się wszędzie. Z plastykowych odpadów można by pewnie ułożyć górę większą od Mt Everestu. Dla mnie osobiście to jest dramat (Damina, mam nadzieję, że w robocie dalej gonisz ludzi aby zgniatali plastykowe butelki i używali tylko jednego ręcznika papierowego). Co gorsza Afryka się rozwija (pomału ale jednak), szklane butelki są wypychane przez plastykowe, coraz rzadziej używają naturalnych surowców do pakowania. Z takim negatywnym postępem za kilkadziesiąt lat Afryka będzie jednym wielkim wysypiskiem śmieci. Na dodatek rozmnażają się jak wściekli i zaczynają zjadać dzikie zwierzęta. Na Canopy Walk było muzeum poświęcone zwierzętom, które zniknęły z terenu Ghany właśnie przez kłusownictwo. Człowiek jest największym zagrożeniem dla tej planety, a nieświadomy człowiek, to już jest tragedia. Biali zamiast wysyłać jakieś durne podarki do Afryki, to powinni pomóc w budowie spalarni śmieci. Dało by to znacznie lepszy efekt. Masa ludzi miałaby pracę przy budowie, później przy obsłudze i zbieraniu śmieci. No, ale oczywiście Afryką nikt się nie przejmuje dopóki ona kisi się we własnym sosie. Niestety przyjdzie pewnie taki moment, że światowe organizacje będą biły na alarm, ale to może być niestety już za późno. &lt;br /&gt;Dobra koniec moralizatorskich tekstów i wracamy do niedzieli. Próbujemy po raz pierwszy tutejszych lodów. Dobry wynalazek – jako że w takim upale lody się od razu roztapiają, lody na patyku czy w waflu nie są tutaj powszechnie sprzedawane. Te najpopularniejsze są w plastikowym opakowaniu, z którego odgryza się rożek i wysysa zawartość. Więc nie ma znaczenia, czy lód jest już roztopiony czy nie – nie kapie na ręce. Niestety „podłącza” się do nas nachalny, podobno psychicznie niezrównoważony (aczkolwiek tego nie jestem pewien, bo sprytny był) żebrak, który przy zakupie lodów tak nam się naprzykrzał, że wymusił kilka rzeczy od sprzedawcy. Później idzie za nami krok w krok, nawet czeka w barze gdzie zatrzymaliśmy się na pół godziny. Pewnie liczył, że przy kolejnym zakupie znów coś wymusi. Sytuacja zaczęła być dość niezręczna, bo ze strony wariata można się wszystkiego spodziewać. Wreszcie zatrzymujemy się i mówimy mu, że on teraz idzie przodem a my za nim. Dał za wygraną! Kupujemy też fufu w proszku, więc będziemy mogli w domu kiedyś przygotować tę potrawę. Wieczór spędzamy częściowo w kafejce internetowej a częściowo w przyhotelowym barku. Jutro walka o wizę!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-8048893496668576359?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/8048893496668576359/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=8048893496668576359' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/8048893496668576359'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/8048893496668576359'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/02/1-luty-niedziela-w-akrze.html' title='1 luty – Niedziela w Akrze'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYhDOJFP8pI/AAAAAAAAAck/h456UZWX8HI/s72-c/2009.02.01+Accra+(3).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-8586915761642323525</id><published>2009-02-01T20:51:00.007+01:00</published><updated>2009-02-01T21:01:36.256+01:00</updated><title type='text'>31 styczeń – Cape Coast i canopy walk</title><content type='html'>&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYX_l1ZtRDI/AAAAAAAAAcM/FiJXUdKi8g8/s1600-h/2009.01.31+Kakum+National+Park+(11).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 134px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYX_l1ZtRDI/AAAAAAAAAcM/FiJXUdKi8g8/s200/2009.01.31+Kakum+National+Park+(11).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5297921562126402610" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYX_Sbt1CYI/AAAAAAAAAcE/jGcgTARSwfo/s1600-h/2009.01.31+Kakumi+National+Park+(2).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYX_Sbt1CYI/AAAAAAAAAcE/jGcgTARSwfo/s200/2009.01.31+Kakumi+National+Park+(2).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5297921228813961602" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYX-z8945RI/AAAAAAAAAb8/42_zGwA6aRU/s1600-h/2009.01.31+KakumNational+Park+(5).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 134px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYX-z8945RI/AAAAAAAAAb8/42_zGwA6aRU/s200/2009.01.31+KakumNational+Park+(5).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5297920705163748626" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYX-eKw_7KI/AAAAAAAAAb0/2Xjcv7YUmx4/s1600-h/2009.01.31+Naprawa+auta+(9).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYX-eKw_7KI/AAAAAAAAAb0/2Xjcv7YUmx4/s200/2009.01.31+Naprawa+auta+(9).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5297920330910657698" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYX-TT_PZ7I/AAAAAAAAAbs/3rvXDwTlNUA/s1600-h/2009.01.31+Naprawa+auta+(5).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYX-TT_PZ7I/AAAAAAAAAbs/3rvXDwTlNUA/s200/2009.01.31+Naprawa+auta+(5).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5297920144407750578" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYX9y-URxLI/AAAAAAAAAbk/YIMd4UK9Z-Q/s1600-h/2009.01.31+Naprawa+auta.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYX9y-URxLI/AAAAAAAAAbk/YIMd4UK9Z-Q/s200/2009.01.31+Naprawa+auta.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5297919588834591922" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Jeszcze gwoli wyjaśnienia do wczorajszych zdjęć, dla tych co są na bakier z językiem ślonskim. Górny Ślonsku jo Ci pszaja, znaczy kocham Cię Górny Śląsku!&lt;br /&gt;Po śniadaniu ruszamy do lasu tropikalnego na „spacer” po wiszących nad buszem mostach. Park Kakum jest oddalony o 35km. Płacimy wstęp i razem w Amerykanami, Brazylijczykami, Chińczykami, Hindusami i jedną Holenderką ruszamy w busz. Wilgotność jest niesamowita. Ze wszystkich pot się leje strumieniami. Po kilkunastu minutach marszu docieramy do pierwszego mostu. Ma być ich 7 połączonych ze sobą. Przewodnik przestrzega, że może bujać i każe wchodzić parami, aby za bardzo nie obciążać konstrukcji. My już takie gadżety znamy z Parku Taman Negara w Malezji. Oczywiście pierwsze co robię, to zaczynam huśtać mostkiem. Niestety jesteśmy tylko we dwójkę, więc nikt nie panikuje. W sumie było sympatycznie, ale nasz przewodnik był trochę zdziwiony jak zobaczył nasze uśmiechnięte gęby i z rozczarowaniem dodaliśmy, że to była bułka z masłem. Stwierdził, że niektórzy to prawie płaczą.....ciekawe....&lt;br /&gt;Wracając kupujemy miód z lasu tropikalnego (bardzo ciekawy smak) i wielki owoc kakaowca. Dostajemy instrukcje, że mamy tylko ssać (bez podtekstów proszę) pestki, a później je wypluwać. Smak kwaskowo-orzeźwiający. Całkiem przyjemny. Aby otrzymać kakao, należy pestki bardzo dobrze wysuszyć, a następnie przemielić, aby otrzymać kakaowy proszek. W drodze powrotnej już na przedmieściach Cape Coast zauważmy przyzwoitego wulkanizatora, bo znów nam powietrze ucieka z tej samej opony, w którą wbił się gwóźdź, więc zawracamy. W czasie naprawy idziemy do baru naprzeciwko (tylko Afryka jest tak fantastycznie zorganizowana, że można się czegoś napić zawsze naprzeciw warsztatu w którym stoi auto). Niestety okazuje się, że mój Gulder stracił ważność w 2007, więc rezygnuję z jakiegokolwiek napoju. W trakcie, gdy koło jest ściągnięte sprawdzam jak wygląda sprężyna i amortyzator, bo na ostatnich dziurach zawieszenie zaczęło mocno walić i tył Montka znacznie się obniżył. No niestety, sprężyna jest już pęknięta i tak naprawdę stanowi dwa kawałki. Pewnie po drugiej stronie jest to samo, bo właśnie od tamtej się wszystko zaczęło. Wulkanizator zaraz dzwoni po mechanika. Ściągają drugą oponę i moje przypuszczenia się potwierdzają. Mechanik twierdzi, że są to w stanie naprawić w 2h. Jedziemy więc 200m dalej do ich „warsztatu” (wulkanizator już naprawił nam oponę, znów tkwił w niej wielki gwoźdź, zakrzywiony na końcu na dodatek). Nasz warsztat ma znaczącą nazwę „Victory in the Blood of Jesus”. W Ghanie większość small biznesów ma nazwy wzięte z Biblii. Np. fryzjer 'Holy Mary's Grace Ltd.' albo sklep z chemią 'Jesus Christ Enterprise', czy budka gdzie sprzedaje się pomidory – 'Only God Can Save Us Ltd.'. Naprawę zaczynają od pożyczenia mojego lewarka i klucza do kół. No będzie wesoło. Każemy jednemu z nich zaprowadzić się do baru i wyraźnie stwierdzam, że mają mnie zawołać jak będzie wszystko rozebrane i będą mieli sprężyny. W barze trafiamy na pogrzeb. Tutaj wygląda to jak u nas wesele. Biba na 102. Wchodzimy do budynku, bo na zewnątrz gra orkiestra i jest niemiłosiernie głośno. Gdyby nie to, że Afrykańczycy mają taką krótką średnią życia to większość by chyba była głucha. Dramat zaczyna się jak orkiestra przestaje grać i DJ robi użytek z głośników zaraz koło okien gdzie siedzimy. Dopijamy co trzeba i wracamy do warsztatu. Okazuje się, że nasze zuchy już są gotowe z jedną stroną. Sprężyna jest używana i krótsza na moje oko. Szef mechanik jest zdziwiony, że ma też naprawić drugą stronę. Wysyła brata po drugą sprężynę. Cena miała być 30GH za jedną, ale za używane i za krótkie jak na moje oko za żadne skarby tyle nie zapłacę! W każdym razie po mniej niż dwóch godzinach chłopcy są gotowi. Pada cena 20GH za sprężyny i 30 za robociznę. Zaczynam się śmiać i mówię, że za takie ekscesy to im wyślę area boys z Nigerii i oni im zrobią porządek w tym grajdołku. Negocjacje trwają, dodaję starą koszulkę (mam kilka już do wyrzucenia). Wszyscy mają niezły ubaw. Finalnie daję im ofertę 33GH + dwie (stare) koszulki albo 35GH i jedna koszulka. Dla mnie to świetna zabawa, bo już dawno postanowiłem im dać dwie koszulki. Oczywiście oni mówią, że mam płacić 35GH+koszulkę, a o drugą mnie błagają, poza tym twierdzą, że ich lubię (to prawda) i spełnię ich błaganie. Ja uderzam w drugą nutę i mówię, że oni mnie też lubią i powinni przystać na moją ofertę. Wreszcie wzbogacam ofertę. 33GH+dwie koszulki+gadżet. Oni oczywiście chcą wiedzieć, co jest gadżetem, ale to nie byłaby frajda. Murzyni są trochę jak dzieci, więc zgadzają się na niespodziankę. Dodajemy im dwa odblaskowe misie sagowe i jakieś kolczyki dla żony. Wszyscy są zadowoleni. Dają mi wizytówkę i proszą o telefon jak zajedziemy bez awarii do Nigerii. Po niecałych 2h jedziemy dalej. Kosztowało nas to 33GH, czyli ok. 20E+2 koszulki (i tak były do wydania) + gadżety też przygotowane na te cele. Zabawy za to co niemiara. Wracamy do Cape Coast, zostawiamy auto i idziemy na kolację. Znów pęka homar i ryba snapper. Żarcie mają tutaj bezbłędne....&lt;br /&gt;Jutro jedziemy do Akry i tam będziemy się starali o wizę do Nigerii. Dzwoniliśmy już do ambasady. Wiza to koszt 86USD (przyjmują tylko dolary) i trzeba mieć zaproszenie lub rezerwację hotelu. Nie mamy rezerwacji, nie mamy hotelu i nie mamy USD (wzięliśmy tylko Euro na wyprawę), ciekawe jak będzie.....&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-8586915761642323525?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/8586915761642323525/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=8586915761642323525' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/8586915761642323525'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/8586915761642323525'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/02/31-styczen-cape-coast-i-canopy-walk.html' title='31 styczeń – Cape Coast i canopy walk'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYX_l1ZtRDI/AAAAAAAAAcM/FiJXUdKi8g8/s72-c/2009.01.31+Kakum+National+Park+(11).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-9187619563242408792</id><published>2009-01-31T21:58:00.007+01:00</published><updated>2009-01-31T22:09:29.063+01:00</updated><title type='text'>29/30 styczeń – Elmina i Cape Coast</title><content type='html'>&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYS98nQuyNI/AAAAAAAAAbc/JAaWnKUrTek/s1600-h/2009.01.30+Elmina+(28).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYS98nQuyNI/AAAAAAAAAbc/JAaWnKUrTek/s200/2009.01.30+Elmina+(28).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5297567910723504338" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYS9urExAuI/AAAAAAAAAbU/TWq9oleRbI8/s1600-h/2009.01.30+Elmina+(27).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYS9urExAuI/AAAAAAAAAbU/TWq9oleRbI8/s200/2009.01.30+Elmina+(27).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5297567671228891874" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYS9dJ35-bI/AAAAAAAAAbM/Vz_25ZIadBE/s1600-h/2009.01.30+Elmina+(23).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYS9dJ35-bI/AAAAAAAAAbM/Vz_25ZIadBE/s200/2009.01.30+Elmina+(23).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5297567370258807218" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYS9QRPmY6I/AAAAAAAAAbE/KjXi4hqar4Q/s1600-h/2009.01.30+Elmina+(20).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYS9QRPmY6I/AAAAAAAAAbE/KjXi4hqar4Q/s200/2009.01.30+Elmina+(20).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5297567148898935714" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYS8knbbycI/AAAAAAAAAa8/h2SWOZ0ElgI/s1600-h/2009.01.30+Elmina+(8).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYS8knbbycI/AAAAAAAAAa8/h2SWOZ0ElgI/s200/2009.01.30+Elmina+(8).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5297566398939908546" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYS8YsDnEfI/AAAAAAAAAa0/4b-kRZme0QM/s1600-h/2009.01.29+Elmina+(4).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYS8YsDnEfI/AAAAAAAAAa0/4b-kRZme0QM/s200/2009.01.29+Elmina+(4).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5297566194023731698" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYS8FmpBouI/AAAAAAAAAas/o903D9vbSe4/s1600-h/2009.01.29+Elmina+(2).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYS8FmpBouI/AAAAAAAAAas/o903D9vbSe4/s200/2009.01.29+Elmina+(2).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5297565866152534754" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Kolacja była wyśmienita. Zarówno homar jak i ryba najwyższej jakości. Togijski kucharz w Lou Moon zna się na swoim fachu. &lt;br /&gt;Rano się jeszcze opalamy i bardzo leniwie opuszczamy nasz ghański raj. Jesteśmy umówieni na frytki z yamu z ostrygami. Po tym pysznym posiłku koło 15 ruszamy do Elminy. Elmina to miasto na wybrzeżu, bardzo znane z powodu pewnej budowli. Jest to zamek zbudowany przez Portugalczyków w 1482 roku. Przez wieki spełniał zadanie handlowe, najpierw handlowano alkoholami, bronią i tytoniem przywożonymi z Europy, a wywożono złoto, kość słoniową i przyprawy. Od momentu rozpoczęcia procederu handlu niewolnikami, ten najbardziej intratny biznes wyparł pozostałe gałęzie. Zamek/fort w Elminie to najstarszy europejski budynek w całej Afryce na południe od Sahary. Holendrzy zdobyli ten fort 1637 roku aby na jeszcze większą skalę zająć się handlem niewolnikami. Rozbudowali go, rezygnując z wielu portugalskich rozwiązań. Między innymi w obawie przed zatruciem wody wybudowali nowy zbiornik wodny, zostawiając ten portugalski bezużytecznym. Również umocnili fortyfikacje, aby tym razem oni nie padli łupem nowego najeźdźcy, np. Brytyjczyków którzy stacjonowali w pobliskim Cape Coast. Tak się jednak nie stało i gdy w XIX wieku zakazano handlu niewolnikami, fort okazał się zbyt drogi w utrzymaniu dla Holendrów, którzy sprzedali go Brytyjczykom, a ci przemianowali go na swoje biura, a później na akademię wojskową, gdzie szkolili żołnierzy do Western Africa Royal Corps walczących w Indiach i Birmie. Fort został przekazany rządowi Ghany po odzyskaniu przez nią niepodległości w 1957 roku. Podczas rządów Holendrów w zamku przetrzymywano jednocześnie około 1000 niewolników. 400 kobiet i 600 mężczyzn trzymanych w osobnych pomieszczeniach. Wielu umierało z powodu tragicznych warunków sanitarnych, zero wody, zero toalet, tylko w rogach stały kubły, znikomych porcji żywnościowych oraz bardzo słabej wentylacji. Wszystko to było robione specjalnie, aby niewolnicy byli za słabi, żeby wszczynać bunt. W forcie było tylko 200 holenderskich żołnierzy, więc około 5 razy mniej niż niewolników. Muszę jeszcze zaznaczyć, że w większości niewolnicy byli tutaj sprzedawani przez inne plemiona afrykańskie. Biali kolonizatorzy rzadko zapuszczali się w busz w celu pojmania lokalnych ludzi. Bardzo często antagonistycznie nastawione do siebie plemiona walczyły, napadając wzajemnie na swoje wioski, a zwycięska strona porywała kobiety i mężczyzn i sprzedawała je Holendrom. Sam zamek nie jest w najlepszej kondycji, oryginalne cegły (z czerwonych budowali Portugalczycy, a żółtych używali Holendrzy) zostały pokryte grubą warstwą białej farby. Podobnie podłogi ceglane zostały zalane betonem w celach konserwacyjnych. Na moje pytanie, czy jest szansa aby kiedykolwiek zamek wyglądał tak jak w oryginale przewodnik stwierdził, że nie jest konserwatorem i nie wie, a poza tym to oni go odnawiają regularnie tą białą farbą. Nie mówię już nawet o świetlówkach zamontowanych na niektórych sufitach (ponoć były te pomieszczania wykorzystywane przez jakieś lokalne parlamenty). Niestety w Afryce pokutuje mentalność, że stare jest złe i brzydkie i lepiej to zburzyć i postawić nowe...Wiadomo aby zmienić mentalność potrzeba pokoleń. U nas dopiero obecne pokolenie będzie chyba zupełnie wyleczone z symptomów komunizmu.&lt;br /&gt;W każdym razie po zwiedzeniu fortu wracamy do naszego hoteliku i ruszamy do Cape Coast. Odległość minimalna bo 10km. W Cape Coast znajdujemy dość szybko sensowne zakwaterowanie. Niestety okazuje się, że mają w sprzedaży tylko piwo Star, ale chłopina widząc moją minę od razu deklaruje się, że załatwi Guldera. No to, to rozumiem....&lt;br /&gt;Włóczymy się po mieście. Chcemy wymienić pieniądze i wrzucić pierwszą partię kartek pocztowych. Kusimy się po drodze na świeżutkiego ananasa. Jeszcze słodszy i bardziej soczysty niż u nas puszkowany:) Niesamowite. Wymieniamy pieniądze po niezłym kursie. Pocztę też znajdujemy. Kierujemy się pomału w stronę pokoju, ale chcemy jeszcze o jakąś knajpkę zahaczyć. Jest restauracja z widokiem na ocean. Menu bardzo bogate. Zamawiamy napoje i przystawki w postaci smażonych krewetek i sałatki z krewetkami. Na drugie chcemy owoce morza w kokosowym sosie curry i duże krewetki w sosie imbirowym z frytkami. Niestety okazuje się, że krewetek nie ma, ale może być homar. No dobra niech będzie homar. Co gorsza okazuje się, że nie mają już Guldera. W takim przypadku ja dziękuję, poczekam i napiję się w hotelu. Oczywiście przy rachunku okazuje się, że ceny na naszych obydwu menu nie były pozmieniane i mamy zapłacić więcej. Jedzenie było rzeczywiście pyszne i sycące, ale sytuacja jest niezręczna. Tłumaczymy kulturalnie kelnerce, że nie robi się takich rzeczy. A jeśli tak często zmieniają ceny (taka była jej argumentacja), to niech zmienią na wszystkich menu, a nie tylko na tych przynoszonych na koniec przy weryfikacji cen. No cóż, niestety biedna kelnerka (całkiem ładna i sympatyczna notabene), która nie jest winna tej sytuacji nie dostaje napiwku. Musimy się ciężko zastanowić, czy jutro tam wrócimy. Aczkolwiek jedzenie pierwsza klasa. &lt;br /&gt;Jutro trochę Cape Coast pozwiedzamy.&lt;br /&gt;Aha jeszcze jedno. Ruch oficjalnie poinformował, że w pierwszym tygodniu sprzedał już ponad 10tyś biletów na deRby. Oj znów będzie komplecik w naszych sektorach! Tak więc spieszyć się do kas!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-9187619563242408792?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/9187619563242408792/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=9187619563242408792' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/9187619563242408792'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/9187619563242408792'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/01/2930-styczen-elmina-i-cape-coast.html' title='29/30 styczeń – Elmina i Cape Coast'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYS98nQuyNI/AAAAAAAAAbc/JAaWnKUrTek/s72-c/2009.01.30+Elmina+(28).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-7811929008022801299</id><published>2009-01-28T22:22:00.005+01:00</published><updated>2009-01-28T22:30:45.806+01:00</updated><title type='text'>28 styczeń – Raj z WiFi, czyli Lou Moon</title><content type='html'>&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYDOSKazufI/AAAAAAAAAak/nrChvvphmWo/s1600-h/2009.01.26-28+Axim+Lou+Moon+(24).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYDOSKazufI/AAAAAAAAAak/nrChvvphmWo/s200/2009.01.26-28+Axim+Lou+Moon+(24).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5296459973217466866" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYDOASnhSiI/AAAAAAAAAac/3tNSDsmBHpE/s1600-h/2009.01.26-28+Axim+Lou+Moon+(28).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYDOASnhSiI/AAAAAAAAAac/3tNSDsmBHpE/s200/2009.01.26-28+Axim+Lou+Moon+(28).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5296459666180622882" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYDNvuq3XzI/AAAAAAAAAaU/uc0eHStEPbY/s1600-h/2009.01.26-28+Axim+Lou+Moon+(21).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYDNvuq3XzI/AAAAAAAAAaU/uc0eHStEPbY/s200/2009.01.26-28+Axim+Lou+Moon+(21).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5296459381653069618" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYDNdRaBKaI/AAAAAAAAAaM/pGLHaC8hDag/s1600-h/2009.01.26-28+Axim+Lou+Moon+(15).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYDNdRaBKaI/AAAAAAAAAaM/pGLHaC8hDag/s200/2009.01.26-28+Axim+Lou+Moon+(15).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5296459064560134562" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYDNKZCitJI/AAAAAAAAAaE/FV0H8lK0zgc/s1600-h/2009.01.26-28+Axim+droga+do+Lou+Moon+(3).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYDNKZCitJI/AAAAAAAAAaE/FV0H8lK0zgc/s200/2009.01.26-28+Axim+droga+do+Lou+Moon+(3).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5296458740191638674" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;A Eva Cassidy właśnie śpiewa: „Heaven, I am in heaven”. W sumie trochę dziwne, bo nie widzę jej tutaj. A no tak, ona umarła i jest w niebie dla białych, a my jesteśmy w niebie dla czarnych. Zawsze mówię, że oni mają lepiej. W zimę nie zamarzną, śpią pod palmą, to im mango na głowę spadnie, więc z głodu też nie umrą. A ty człowieku walcz o przetrwanie. Chałupy nie ogrzejesz, to zimy nie przetrwasz. Z drzewa to ci najwyżej niejadalny kasztan spadnie, a nawet już nie to, bo kasztany gnębi jakaś zaraza. Ta Europa, same problemy.... &lt;br /&gt;Dziś już totalna laba. Fajnie tak zwolnić po ciągłej jeździe, codziennie w inne miejsce, codziennie nowe wrażenia. Plaża, zatoczka, słońce i Gulder (coś się obawiam, że po tym blogu to wszyscy będą mnie nękać o tego wymarzonego, fantastycznego Guldera po powrocie). Ja się muszę ostrożnie ze słońcem obchodzić, bo dla takiego białasa jak ja każda dawka musi być racjonalnie dozowana. Ala jest prawie jak murzina. Słońce nie wyrządza jej takich szkód (tak jak mój tata, może się opalać bez kremów cały dzień, normalnie murzina i tyle). Opalamy się i chłodzimy w oceanie na przemian. Klima utrzymuje pokój w przyzwoitej temperaturze, piwko też jest całkiem ok. Przed 15 wyłączają prąd. Tutaj w Lou Moon mają elektryczność tylko z generatora, bo za daleko od miasta, więc prąd jest jedynie w określonym czasie. Pomimo tego, że instrukcja na drzwiach wyraźnie pokazuje, że prąd ma być całą noc, to wczoraj o 24 wyłączyli. Rano zrobiło się bardzo gorąco. Mnie na szczęście w ciągu nocy chłodził Gulder.....&lt;br /&gt;W każdym razie my i tak już planujemy domek opuścić i jechać do miasta na jedzenie i picie. Piwo w barze jest już świetnie schłodzone, no mają wreszcie prąd. Jako starter już wczoraj zamówiliśmy ostrygi. Fantastycznie chrupiące, świeżutkie i soczyste. Rozpływają się w ustach. Miód w gębie, co poniektórzy by powiedzieli. Główne danie nie powala na nogi. Całe mięso od razu trafia na mój talerz, no co reaguje właściciel z zapytaniem dlaczego Ala nie chce tego mięsa. Krótka odpowiedź, że nie przepada za mięsem szybko go przekonuje (aczkolwiek to nie prawda), szczególnie widząc jak ja wbijam moje kły w kolejne kawałki sprężystej kozy i buszmeatu. Fakt, że nie wyglądało jakoś mega apetycznie, ale białko jest białko... Ja tam jestem wszystkożerny i niewybredny. Mięso jest inne niż to znane nam. Dużo bardziej elastyczne i włókniste, ale całkiem smaczne. W sosie są też małe ości. Pytam więc madam kucharkę, co to jest. Miało nie być ryby. Okazuje się, że oni dodają suszonej ryby do sosu, żeby dodać smaku. Prawdę mówiąc ryby to tam nie czuć, a ości są wkurzające. Znam jednak ten proceder z Nigerii, tam też do egusi często dodają suszonej ryby (prawda Mareczku?). A propos Nigerii, to dostałem maila od mojego wspomnianego przed chwilą przyjaciela Marka, że jest całkowicie przygotowany na nasza wizytę w Ibadanie. Ja jestem prosty chłop ze Ślonska i wiele mi nie trzeba, a dwie skrzynki Guldera trzymane na bieżąco w lodówce w 100% spełniają moje oczekiwania. Dzięki Marek i do zobaczenia. To jak już o Nigerii, to kolejny przyjaciel chce w Lagos zrobić dla nas bibę powitalną połączoną z jego 30-tymi urodzinami. Na razie pracujemy nad datą. Dzięki Krzysiek, widzimy się w Lagos! No i jak tu nie wracać do Nigerii.....&lt;br /&gt;Teraz wracamy jednak do naszego domku. Idę dopompować powietrza w kole, bo coś ucieka (naprawimy w Akrze). Gulder pomaga mi w tej ciężkiej czynności. Montek znów jest kompletnie pomarańczowy, pomimo tylko kilku przejechanych kilometrów. Zamawiamy rybkę (sola) z ryżem i homara z warzywami (jak się bawić to się bawić, a co, w sumie GM w tym tygodniu jakąś premię wypłacił). Umawiamy się na 20:30, więc mamy trochę czasu na relaks. Prąd już jest, więc melinujemy się w chłodnym (jak na te warunki) pokoju i piszemy do Was....&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-7811929008022801299?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/7811929008022801299/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=7811929008022801299' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/7811929008022801299'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/7811929008022801299'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/01/28-styczen-raj-z-wifi-czyli-lou-moon.html' title='28 styczeń – Raj z WiFi, czyli Lou Moon'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYDOSKazufI/AAAAAAAAAak/nrChvvphmWo/s72-c/2009.01.26-28+Axim+Lou+Moon+(24).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-5022955092814142271</id><published>2009-01-28T21:14:00.004+01:00</published><updated>2009-01-28T21:20:41.522+01:00</updated><title type='text'>27 styczeń – Lou Moon, czyli raj z WiFi</title><content type='html'>&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYC-CVQIALI/AAAAAAAAAZ8/CPbpNqg3LS4/s1600-h/2009.01.26-28+Axim+droga+do+Lou+Moon+(9).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYC-CVQIALI/AAAAAAAAAZ8/CPbpNqg3LS4/s200/2009.01.26-28+Axim+droga+do+Lou+Moon+(9).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5296442109061497010" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYC90Ce0mTI/AAAAAAAAAZ0/yN6ndC4tZQw/s1600-h/2009.01.26-28+Axim+droga+do+Lou+Moon+(8).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYC90Ce0mTI/AAAAAAAAAZ0/yN6ndC4tZQw/s200/2009.01.26-28+Axim+droga+do+Lou+Moon+(8).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5296441863504697650" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYC9ezMMaNI/AAAAAAAAAZs/ai-RR3d1OA8/s1600-h/2009.01.26-28+Axim+Lou+Moon+(23).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYC9ezMMaNI/AAAAAAAAAZs/ai-RR3d1OA8/s200/2009.01.26-28+Axim+Lou+Moon+(23).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5296441498622781650" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYC9L2cgLmI/AAAAAAAAAZk/7O6gLDXtR_E/s1600-h/2009.01.26-28+Axim+Lou+Moon+(11).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYC9L2cgLmI/AAAAAAAAAZk/7O6gLDXtR_E/s200/2009.01.26-28+Axim+Lou+Moon+(11).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5296441173078978146" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Po śniadaniu ruszamy pośpiesznie do miasteczka, do szpitala na badanie na malarię. Bez problemu znajdujemy naszego lab-mana, który nakłuwa sterylną mini igiełką kciuk i pobiera tylko kroplę krwi. Zostawiamy mu nasze strzykawki i igły, które mieliśmy przygotowane w tym celu. Pewnie się komuś przydadzą. Podobno to wystarcza, żeby pod mikroskopem zobaczyć czy pasożyt jest obecny czy nie. Na wynik musimy czekać około godziny, więc umawiamy się na popołudnie w naszym barze, gdzie i tak będziemy na obiad. Wracamy do hotelu spakować graty, piję jeszcze Guldera na plaży (Ala wzięła świeży sok z ananasa, ale nie dość, że był już lekko sfermentowany, to na dodatek przesiąkł zapachem lodówki. Dramat panie! Zawsze mówię, że piwo jest najbezpieczniejsze, aczkolwiek tutaj też kilka razy Gulder miał podejrzany smak, a butelka nie była pełna). Wymeldowujemy się i jedziemy do Lou Moon, czyli raju na ziemi, a jak się później okaże, nawet z internetem bezprzewodowym. Timo, menedżer z Holandii wita nas w barze. Wprowadzamy się do naszego burżujskiego domku z klimatyzacją i po rozpakowaniu zażywamy kąpieli morsko-słonecznych. Okazuje się, że jesteśmy jedynymi gośćmi. No nieźle. Nawet nie marzyliśmy o takich luksusach. Na 15 jesteśmy umówieni na obiad, zostanie podane nasze wyczekiwane fufu. Jedziemy więc do miasteczka (pieszo tym razem sobie podarujemy, bo to 6km w jedną stronę po laterycie, gdzie każdy przejazd samochodu to kolejna warstwa pomarańczowego kurzu). Na niesamowicie malowniczej drodze do miasta robimy trochę zdjęć. Właściciel restauracji (oczywiście z restauracją w naszym europejskim mniemaniu ma to niewiele wspólnego, ale że je się tu posiłki, to tak ją nazywają. Sanepid miał by tutaj niezłą zabawę!) podaje fufu z sosem i rybą. Fufu ma rzeczywiście konsystencję naszych klusek śląskich, tylko jeszcze bardziej się ciągnie (jak to się u nos godo gumin klyjzy). W smaku – troszeczkę czuć banany, ale bardzo delikatnie, poza tym – jak nasze kluski. Z sosikiem i rybką całkiem smaczne. Mieliśmy w planie zjeść wieczorem homara (wiem, cuchnie burżujstwem) w hotelu, ale po tak sowitym obiedzie nie damy już chyba rady. Gulder leje się sowicie – oczywiście tylko w moim kierunku, nie udało się Ali (właściwie na szczęście) przekabacić na polubienie piwa. W pewnym momencie zauważam, że zapala się żarówka w barze. Zaczynam się wydzierać na cały lokal, they bring light now!!! Wszyscy się cieszą, ludzie zaczynają tańczyć na ulicy, a ja też podryguję w barze. Prąd po dwóch tygodniach. Czy to nie luksus?! Właściciel odpala muzykę, dajemy mu kasetę Lady Pank i Queen, ale niestety cywilizacja tutaj przyspieszyła i mają tylko CD. Kasetę wziął do domu, bo tam ma magnetofon. Jeszcze mamy ich trochę do rozprowadzenia, a każdą już chyba po 10 razy przesłuchaliśmy. Wybór jest średni, poza wspomnianym Lady Pankiem jest Perfekt, Queen, Lombard, Tlove, Ramones, Dead Kennedys, Wzgórze YaPa3 i jakiś House of Pain się zaplątał. Nasza chińska mp4, działa mniej więcej jak poczta nigeryjska. Fizycznie jest, ale praktycznie, to ciężko z niej coś odtworzyć (poczta nigeryjska też jest, ale żeby jeszcze się jej udało jakieś listy dostarczyć to już by był cud). &lt;br /&gt;W każdym razie wracamy do naszej restauracji. Tutaj nie można sobie pozwolić na zbędne ględzenie, bo Gulder po 15 minutach jest ciepły jak ślonski żurek. A wiecie, że ja lubię sobie pogadać przy pierwszych kilku piwkach. Dopiero jak pompa zaciągnie od 5 browarka, to przejmuję żółtą koszulkę lidera. Na jutro zamawiamy fufu z sosem z orzeszków ziemnych oraz mięsem (będzie albo koza albo bushmeat, pod którą to nazwą kryje się .... specjalna odmiana szczura żyjącego w buszu). W końcu przychodzi nasz lab-man i obwieszcza, że wynik negatywny. Czyli na razie udało się uchować przed malarią. Mamy nadzieję, że tak będzie dalej. Aczkolwiek to jeszcze nic nie znaczy, bo malaria może się dwa tygodnie w organizmie rozwijać niezauważona, a wczoraj był nalot tych wrednych owadów i nasze nogi wyglądają nieciekawie. Moje trochę lepiej, ale to pewnie zapach Guldera i spoconego chłopa je odstrasza bardziej niż jakieś chemikalia. W świetnych humorach wracamy do naszego resortu. Tutaj jeszcze kilka piwek i włączamy kompa. Timo, pyta się czy mamy net. Stwierdzamy, że nie, więc daje nam hasło do bezprzewodowej sieci. Tak więc uploadujemy Wam wieści i zdjęcia. Miłego czytania.....&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-5022955092814142271?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/5022955092814142271/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=5022955092814142271' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/5022955092814142271'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/5022955092814142271'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/01/27-styczen-lou-moon-czyli-raj-z-wifi.html' title='27 styczeń – Lou Moon, czyli raj z WiFi'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SYC-CVQIALI/AAAAAAAAAZ8/CPbpNqg3LS4/s72-c/2009.01.26-28+Axim+droga+do+Lou+Moon+(9).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-4370204211297919165</id><published>2009-01-28T01:16:00.006+01:00</published><updated>2009-01-28T01:20:57.759+01:00</updated><title type='text'>26 styczeń – Plaża w Axim</title><content type='html'>&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SX-k02nQ8II/AAAAAAAAAZc/fq_NJLwgkiM/s1600-h/2009.01.26-28+Axim+(15).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SX-k02nQ8II/AAAAAAAAAZc/fq_NJLwgkiM/s200/2009.01.26-28+Axim+(15).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5296132914731348098" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SX-ke6RQa8I/AAAAAAAAAZU/v85sr110T88/s1600-h/2009.01.26-28+Axim+(14).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 134px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SX-ke6RQa8I/AAAAAAAAAZU/v85sr110T88/s200/2009.01.26-28+Axim+(14).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5296132537755659202" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SX-kK0J3OvI/AAAAAAAAAZM/fVtJJBKGJEU/s1600-h/2009.01.26-28+Axim+(9).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SX-kK0J3OvI/AAAAAAAAAZM/fVtJJBKGJEU/s200/2009.01.26-28+Axim+(9).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5296132192516651762" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SX-kCl-6EzI/AAAAAAAAAZE/O7-mBo7Sp94/s1600-h/2009.01.26-28+Axim.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SX-kCl-6EzI/AAAAAAAAAZE/O7-mBo7Sp94/s200/2009.01.26-28+Axim.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5296132051273650994" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Turyści mają w zwyczaju mówić, że Ghana to Afryka dla początkujących, pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że to Tajlandia Afryki. Coś w tym jest. Ludzie są bardzo przyjaźni, drogi i ceny również. Kraj naprawdę tourist friendly. &lt;br /&gt;Po raz pierwszy tutaj odczuwamy harmatan, czyli wiatr wiejący z dalekiej pustyni. Na tej szerokości geograficznej skutkuje on mocnym pogorszeniem widoczności, bez wyraźnego wiatru. Wszystko jest spowite jakby lekką mgłą. Niestety, zdjęcia nie będą za dobre... Po porannej dawce słońca, które mimo że wydaje się niewyraźne, mocno przypieka i kąpieli przy wysokich falach, udajemy się do lokalnego baru w Axim. W naszym hotelu są 2 restauracje, ale chcemy dać też zarobić lokalnym 'biznesmenom', a nie tylko hotelowi, z którego większość gości w ogóle się nie rusza. Okazuje się, że od dwóch tygodni nie mają w miasteczku prądu, bo padł im główny transformator. Skąd ja to cholera znam, czuję się prawie jak w Nigerii, a mój pidżin english bawi gawiedź. Gość ze szpitalnego laboratorium wpada na piwko i po chwili rozmowy zaprasza nas na darmowy test na obecność pasożyta malarii we krwi. Postawimy mu jutro za to piwo i test na malarię mamy zrobiony. Czujemy się bardzo dobrze, ale i tak planujemy się przebadać. Ala jest non-stop gryziona przez dziesiątki komarów, mimo smarowania się różnymi super preparatami niby odstraszającymi wszelkie stworzenia latające. A i tak pewnie będzie jak w Afryce Wschodniej – mnie ugryzie jeden komar i to będzie ten malaryczny. Tutaj nikt z malarii nie robi wielkiego halo. Jest to choroba postrzegana lepiej niż grypa, bo leczona w odpowiednim momencie dawką specjalnego antybiotyku jest całkowicie wyleczalna. A po grypie mogą wystąpić różne poważne powikłania. Oczywiście słabsze organizmy (czyli najczęściej dzieci i osoby starsze) są zawsze najbardziej narażone. Ja mam teorię, zresztą wywodzącą się z Afryki, że profilaktyka osłabia symptomy złapanej bakterii, która może niezauważona rozwijać się w organizmie, aby zaatakować później bardzo mocno. Lepiej, nie biorąc profilaktyki, po zarażeniu od razu wiedzieć, że jest się chorym i natychmiast udać się do szpitala na test oraz po leki. Coś w tym jest, tym bardziej, że czytaliśmy relację trójki podróżników, którzy wybrali się w te tereny w zeszłym roku: dwie osoby brały tabletki profilaktycznie, a jedna nie. No i właśnie ta osoba, która nie brała leków, zaraz po wystąpieniu objawów malarii poszła do szpitala na test, a pozostałe dwie (bez żadnych objawów) też przy okazji zrobiły testy i okazało się, że również mają bakterię malarii. Tutaj każdy lekarz potwierdzi, że w odpowiednim czasie zauważona i odpowiednio leczona malaria nie stanowi zagrożenia dla życia. To tylko nas w Europie i Stanach straszą nie wiadomo czym, każą męczyć wątrobę mocnymi lekami, które i tak nie stanowią 100% zabezpieczenia (ja w 2001 brałem Lariam, a i tak zachorowałem). Tutaj lokalnie nikt, ani mieszkańcy, ani osoby z Europy pracujące na kontraktach, nie biorą żadnej profilaktyki, a z naszymi mocnymi, śląskimi organizmami (a w moim przypadku z układem dezynfekowanym regularnie przez Guldera) zwalczymy wszystko:)&lt;br /&gt;W barze z racji tego, że nie ma światła, nie ma też niestety jedzenia, więc będziemy musieli zjeść coś w hotelu po trzykrotnie wyższej cenie oczywiście. Pijemy dalej, ja mojego kochanego Guldera, a Ala Chairmana z Maltą. Chairman, to napitek zrobiony ze słodu i imbiru. Po biesiadzie jesteśmy umówieni na jedzenie jutro (wreszcie mamy skosztować ghańskiego fufu, czyli maniok pomieszany z dużymi bananami, zwanymi plantain, następnie wszystko razem ugniecione moździerzem do konsystencji gładkiej plasteliny, która przypomina dość mocno nasze kluski) i na test na malarię. Kupujemy jeszcze skrzynkę Guldera, bo u nas w hotelu nie ma, a ja już się umówiłem, że wsadzą mi do lodówki. W knajpie jesteśmy mega atrakcją. Wszyscy mają ubaw po pachy z moim nigeryjskim angielskim. Uczymy się przydatnego słówka: bibini, co oznacza 'Murzyn', w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Będzie to nasza odpowiedź na wiecznie słyszane z każdej strony obroni, czyli 'biały'. Już w poprzednich krajach słyszeliśmy coraz częściej 'Bonjour Monsieur Le Blanc' (czyli dzień dobry panie biały), co jak powiedziała nam Astrid z Ouaga, jest pozytywnym określeniem. W Ghanie nie mówią do nas Mr White, a używając lokalnego określenia obroni. Dodatkowo właściciel rekomenduje nam resort, który jest położony kilka km za naszym. Twierdzi, że jak z pogadamy holenderskim menedżerem – Timothym, to dostaniemy dobrą ofertę. Skuszeni przez niego jedziemy do Lou Moon. Resort wygląda bardziej niż imponująco. Leży w zatoczce, jest oddalony od miasta o jakieś 10km bardzo polną drogą poprzez gęsty las równikowy (teraz jesteśmy na 4 st. szerokości geograficznej północnej – najniżej w naszej podróży). Atakujemy menedżera Tima, który jest już 4 lata w Ghanie, on stawia mi natychmiast Guldera i na pytanie o cenę wysyła nas z jednym z pracowników do pokoju. Idziemy ochoczo. Pokoje powalają nas luksusem oraz smakiem wykończenia. Domek z 4 apartamentami leży jakieś 15m od oceanu. Zgodnie twierdzimy, że to będzie zdecydowanie nie nasz budżet. No i oczywiście mamy rację - cena to 100E za apartament, ten tańszy. Zaczyna się rozmowa. Negocjacje są ciężkie. Wreszcie po dość długiej rozmowie, Tim akceptuje moją ofertę 50GH za dobę, co czyni jakieś 31E, czyli dokłanie tyle, ile płaciliśmy za Formułę 1 we Francji. Ala, aż mlaska z rozkoszy, bo domki są naprawdę rewelacyjne. Właścicielem jest Belg – dekorator wnętrz, który wszystko sam zaprojektował, a umywalki zrobione przez niego własnoręcznie z egzotycznego drzewa powalają Alę prawie na kolana. Chyba już wiem jaką kiedyś będziemy mieć umywalkę...:). O takim domku nawet nie marzyliśmy. Umawiamy się na przeprowadzkę jutro. Wracamy do naszego resortu, gdzie zamawiamy tuńczyka i casawa fish na kolację. Jedzenie jest wyśmienite. No a jutro przenosimy się do luksusu....&lt;br /&gt;PS Dzisiejsze zdjęcia są z pierwszego hotelu, jutro zamieścimy te z nowego&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-4370204211297919165?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/4370204211297919165/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=4370204211297919165' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/4370204211297919165'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/4370204211297919165'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/01/26-styczen-plaza-w-axim.html' title='26 styczeń – Plaża w Axim'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SX-k02nQ8II/AAAAAAAAAZc/fq_NJLwgkiM/s72-c/2009.01.26-28+Axim+(15).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-7817331459637699606</id><published>2009-01-28T01:10:00.003+01:00</published><updated>2009-01-28T01:15:41.660+01:00</updated><title type='text'>25 styczeń – Niedzielny relaks</title><content type='html'>&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SX-jlekfG4I/AAAAAAAAAY8/fOzfVGvY04M/s1600-h/2009.01.25+Kumasi+(21).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SX-jlekfG4I/AAAAAAAAAY8/fOzfVGvY04M/s200/2009.01.25+Kumasi+(21).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5296131551067577218" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SX-jXUgfURI/AAAAAAAAAY0/V6SSFJ3Viks/s1600-h/2009.01.25+Kumasi+(11).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SX-jXUgfURI/AAAAAAAAAY0/V6SSFJ3Viks/s200/2009.01.25+Kumasi+(11).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5296131307848290578" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SX-jKthHm9I/AAAAAAAAAYs/o9_UEaVbSlw/s1600-h/2009.01.25+Kumasi+(9).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SX-jKthHm9I/AAAAAAAAAYs/o9_UEaVbSlw/s200/2009.01.25+Kumasi+(9).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5296131091223518162" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SX-i-BIG9tI/AAAAAAAAAYk/vbpH76CLyc0/s1600-h/2009.01.25+Kumasi+(5).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SX-i-BIG9tI/AAAAAAAAAYk/vbpH76CLyc0/s200/2009.01.25+Kumasi+(5).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5296130873149028050" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Dziś po raz pierwszy od dawna czujemy, że jest niedziela. A to z tego powodu, że po wyjściu z hotelu widzimy, że wszystko dokoła jest pozamykane. Sklepiki, restauracje i wszelkiego rodzaju small biznesy. Jedynie omleciarze stoją ze swoimi kramami. Idziemy na poszukiwanie centrum kultury, w którym mieści się muzeum najsławniejszego, nieżyjącego już, króla Ashanti – Prempeha II. Jest to malutkie muzeum, ale za to z licznymi eksponatami. Pani kustosz tłumaczy do czego były używane poszczególne przedmioty oraz kogo przedstawiają zdjęcia. Na koniec zwiedzania dowiadujemy się, że jest dziś akurat tradycyjne święto Ashanti, które odbywa się co 42 dni i możemy pójść do pałacu obecnego króla, aby obserwować ceremonię. Nie lada przeżycie – zobaczyć prawdziwego króla plemiennego! Bierzemy taksówkę i ze spotkanym w muzeum chłopcem, jedziemy do pałacu. Przy wejściu spotykamy grupę ok. 25 Brytyjczyków, ze średnią wieku minimum 65 lat, która z aparatami biega dokoła placu ceremonialnego. Usadawiamy się na krzesłach i obserwujemy przybywających gości. Mężczyźni mają ubrane tradycyjne szaty zrobione z kente, materiału tkanego przez Ashanti. Jeden długi kawał materiału owijają dokoła ciała, zostawiając jedno ramię nagie. Kobiety mają z takiego samego materiału uszyte suknie, albo też zakładają w analogiczny sposób jak mężczyźni. Wzory i gatunek materiału kente świadczą o bogactwie noszącego go. Przybywają wodzowie z różnych wiosek, aby na koniec powitać ceremonialnie króla. Cały czas grają głośno bębny, a niektórzy jak w transie tańczą w ich rytm. Ceremonia będzie trwała dobre parę godzin, a my musimy jeszcze dojechać na wybrzeże, więc po jakimś czasie postanawiamy jechać, tym bardziej, że ludzie tak się stłoczyli (szczególnie wycieczka Brytyjczyków skacze z aparatami w każdą stronę, bardzo wyzgierni ci emeryci w Anglii), że mało co już widać. Żegnamy naszego małoletniego kolegę, który objaśnił nam kilka szczegółów z tradycji Ashanti i jedziemy do hotelu. Przed nami ok. 300km na wybrzeże. Trasa bardzo ładna, bo wjeżdżamy już w strefę lasów tropikalnych. Droga, jak to zwykle tutaj ma 4 jakości: asfalt, asfalt z dziurami, lateryt i lateryt z dziurami. Wszystkiego po trochu. Ale dzięki temu nie da się zasnąć za kierownicą:) W końcu po 21 docieramy do miejscowości Axim, która była naszym celem i udajemy się do polecanego przez naszych kolegów Szwajcarów hotelu. Jest to duży ośrodek, położony przy samym morzu, z jednej strony rozciąga się klif i kamienista plaża, a z drugiej żółty piaseczek i palmy kokosowe. Jest co prawda ciemno i mało widać przy świetle księżyca, ale już nam się tutaj bardzo podoba. Ocean szumi bardzo mocno, a fale rozbijają się o kamienie. Taka muzyka kołysze nas do snu...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-7817331459637699606?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/7817331459637699606/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=7817331459637699606' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/7817331459637699606'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/7817331459637699606'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/01/25-styczen-niedzielny-relaks.html' title='25 styczeń – Niedzielny relaks'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SX-jlekfG4I/AAAAAAAAAY8/fOzfVGvY04M/s72-c/2009.01.25+Kumasi+(21).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-3268070975520271847</id><published>2009-01-25T15:04:00.004+01:00</published><updated>2009-01-25T15:08:15.992+01:00</updated><title type='text'>24 styczeń – Afryka dzika cd</title><content type='html'>&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXxyOSMAKKI/AAAAAAAAAYc/fmNpS2AqSxc/s1600-h/2009.01.24+Mole+National+Park+(2).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXxyOSMAKKI/AAAAAAAAAYc/fmNpS2AqSxc/s200/2009.01.24+Mole+National+Park+(2).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5295232851606775970" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXxyDePKE5I/AAAAAAAAAYU/mCuyITEckjA/s1600-h/2009.01.24+Mole+National+Park+(5).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXxyDePKE5I/AAAAAAAAAYU/mCuyITEckjA/s200/2009.01.24+Mole+National+Park+(5).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5295232665862673298" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXxxj8VnITI/AAAAAAAAAYM/byMRdZIM9uI/s1600-h/2009.01.24+Mole+National+Park+(7).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXxxj8VnITI/AAAAAAAAAYM/byMRdZIM9uI/s200/2009.01.24+Mole+National+Park+(7).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5295232124186992946" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Kolejny dzień z wczesnoporanną pobudką. Ale trzeba się poświęcić, jeżeli człowiek chce coś zobaczyć. Ze zwierzętami jest tak, że można je wypatrzyć łatwiej albo z samego rana albo po południu. W ciągu dnia jest to bardzo trudne, bo chowają się przed upałem. Mamy dziś luksusowe warunki, bo jedziemy samochodem (żeby sprawdzić odleglejsze zakątki parku) i mamy strażnika tylko dla siebie. Od samego początku widzimy dziesiątki różnych odmian antylop, które płochliwie stoją przy drodze i na każdy najmniejszy ruch reagują ucieczką. Po niedługiej jeździe Filip gdzieś w głębi krzaków wypatruje słonia. Wysiadamy z samochodu i idziemy w jego stronę. Okazuje się to być stary samiec. Strażnik mówi, że w pewnym wieku młode samce usuwają starszego ze stada i zajmują jego miejsce. Widać, że stoczył dużo walk o swoje miejsce, bo jeden kieł ma złamany. Ale za to drugi jest imponującej długości, prawie tak długi jak jego trąba! Nasz strażnik dzwoni do innych, żeby przyszli tu ze swoimi grupami, a my obserwujemy słonia i zagłębiamy się coraz bardziej w busz. W pewnym momencie słoń zatrzymuje się przed wysokim drzewem, oplata je trąbą i zaczyna potrząsać. Ogromne, wysokie drzewo rusza się całe, a jego kwiaty, przysmak słoni, spadają dziesiątkami na ziemię. Potem te malutkie kwiatuszki słoń wybiera z trawy delikatnie trąbą. Niesamowity widok. Po tym jak odnalazły nas pozostałe grupy, udajemy się z powrotem do samochodu na dalsze poszukiwania zwierzyny. Widzimy znów  dużo guźców, antylop, ptaków (widziałam prześliczną szaro-niebieską sowę) oraz kolejnego słonia. To safari możemy też zaliczyć do bardzo udanych. I jeszcze jedna uwaga – póki co, park Mole jest bardzo tani. Za takie safari, niezależnie czy pieszo czy własnym samochodem płaci się 1E za 2h od osoby! Dlatego ludzie siedzą tam po kilka dni, chodząc na safari codziennie, a nawet 2 razy dziennie. Oczywiście znacznie bardziej popularne safari w Afryce wschodniej (Kenia czy Tanzania) to jednak trochę inna jakość, dużo więcej zwierzyny, lepiej widocznej, jest tylko sawanna, a tutaj busz, ale za to cena tam wynosi min. 100$ za dzień z wyżywieniem, transportem i zakwaterowaniem oczywiście. Inne opcje nie wchodzą w grę. Generalnie safari są zawsze robione w samochodach, z których bardzo rzadko można wychodzić, ale w Mole jest możliwe organizowanie pieszego safari, ponieważ prawie nie ma tutaj drapieżników (podobno jest kilka lwów i lampartów, ale są głęboko w buszu i tylko niektórzy strażnicy mieli okazję je zobaczyć), więc chodzenie jest relatywnie bezpieczne. Trzeba tylko uważać żeby nie narazić się słoniowi, ale tego bardzo mocno pilnują strażnicy chodzący z każdą grupą.&lt;br /&gt;Po safari jemy śniadanie, które jest w cenie pokoju (oczywiście wczoraj madame z recepcji chciała nas za nie kasować, jak i zresztą za kąpiel w basenie, na szczęście jest napisane na tablicy ogłoszeń, że te rzeczy są w cenie noclegu), bierzemy kąpiel, już nie z wiaderka i jedziemy dalej. Teraz naszym priorytetem jest stacja benzynowa. Wyjeżdżając z Wa, po wizycie w Hippo Sanctuary zastanawialiśmy się nad tankowaniem + uzupełnieniem przynajmniej jednego kanistra, ale coś nas zaćmiło i stwierdziliśmy, że pojedziemy dalej. No to mamy to, na co zasłużyliśmy. Teraz nerwowo czekamy do następnej wioski, w której podobno ma być normalna stacja z dystrybutorami. Wioska jest, stacja jest, ale co z tego, skoro nieczynna! Pracownik stacji mówi, że jest jeszcze jedna przy wyjeździe z miasteczka, ale też może nie działać, bo od rana nie ma prądu. Znajdujemy stację i z ulgą stwierdzamy, że mają własny generator i pompy działają. Tak więc można śmiało ruszać dalej, do Kumasi.&lt;br /&gt;Koło 17, po przerwie na obiad (jedliśmy jedną z najpopularniejszych potraw w Ghanie – banku – ciasto ze sfermentowanej kukurydzy z wołowiną i sosem), docieramy na przedmieścia Kumasi. Jest to jedno z największych miast w Ghanie, gdzie ma swoją siedzibę król Ashanti, najbardziej licznego plemienia ghańskiego. Już przed miastem zatrzymuje nas korek. Wleczemy się koło za kołem do przodu, by wreszcie dotrzeć w okolice centrum. Wg przewodnika, za ogromnym targiem jest dzielnica, w której mieszczą się hotele. Olbrzymie targowisko wylewa się na ulice, sprzedają tutaj wszystko począwszy od jedzenia, starej elektroniki, jak i plastikowych chińskich butów. Setki kolorów i zapachów przeplatają się ze sobą, dając niesamowity urok. Pomimo tego, że korek jest straszny, auta starają się wepchać przed nas, ludzie ocierają się o nasze lusterka, kilka razy musimy zawracać, to nadal zachowujemy spokój i podziwiamy ten afrykański kram zajmujący pół dzielnicy. Takie rzeczy to tylko w ....Afryce! Próbujemy przebić się przez targ, ale okazuje się to niemożliwe. Tkwimy w ogromnym korku, gdzie królują minibusy z ludźmi ładującymi do nich towar ze swoich stoisk targowych. Jakoś udaje nam się zawrócić i inną drogą próbujemy przebić się do naszej dzielnicy. Na nosa jedziemy w kierunku, który wydaje się prawidłowy i znajdujemy prawie od razu hotel, którego szukaliśmy. To się nazywa dobry GPS:)&lt;br /&gt;Po rozpakowaniu betów zrobiła się 19:30, bo 2h zajął nam przejazd przez miasto. Idziemy szukać internetu, a tutaj już wszystko pozamykane! Nawet w barze hotelowym mówią, że o 20:30 będą zamykać. A jest sobota wieczór. Dziwne tutaj mają zwyczaje. Po długich poszukiwaniach udaje nam się znaleźć otwartą kafejkę internetową, a po niej fajny bar z wielką plazmą, w której akurat jest nadawany nigeryjski film o magii i o tym, że Jezus zwycięża czarne moce. Kręcony amatorską kamerą, która nie potrafi złapać ostrości, głosu to prawie wcale nie słychać, a efekty specjalne są znacznie słabsze niż te z lat 50-tych. Generalnie mamy super ubaw oglądając ten filmik. Kupimy kilka w Nigerii i zrobimy sobie wieczór filmowy pod znakiem Nollywood...&lt;br /&gt;Jutro czeka nas zwiedzanie Kumasi i droga do wymarzonych plaż....&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-3268070975520271847?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/3268070975520271847/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=3268070975520271847' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/3268070975520271847'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/3268070975520271847'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/01/24-stycze-afryka-dzika-cd.html' title='24 styczeń – Afryka dzika cd'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXxyOSMAKKI/AAAAAAAAAYc/fmNpS2AqSxc/s72-c/2009.01.24+Mole+National+Park+(2).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-1852303774923203257</id><published>2009-01-25T14:47:00.008+01:00</published><updated>2009-01-25T15:03:49.554+01:00</updated><title type='text'>23 styczeń – Afryka dzika, czyli w poszukiwaniu Hrochów....</title><content type='html'>&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXxxPZlxYUI/AAAAAAAAAYE/pPqiYSoL65o/s1600-h/2009.01.23+Weichau+Hippo+Sanctuary+(5).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXxxPZlxYUI/AAAAAAAAAYE/pPqiYSoL65o/s200/2009.01.23+Weichau+Hippo+Sanctuary+(5).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5295231771262148930" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXxxIMBsjiI/AAAAAAAAAX8/dl1-2_98l6o/s1600-h/2009.01.23+Weichau+Hippo+Sanctuary+(14).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXxxIMBsjiI/AAAAAAAAAX8/dl1-2_98l6o/s200/2009.01.23+Weichau+Hippo+Sanctuary+(14).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5295231647362092578" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXxxAKo20AI/AAAAAAAAAX0/zDzq_N6Dg_M/s1600-h/2009.01.23b+Mole+National+Park+(2).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXxxAKo20AI/AAAAAAAAAX0/zDzq_N6Dg_M/s200/2009.01.23b+Mole+National+Park+(2).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5295231509550518274" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXxwe-oeJnI/AAAAAAAAAXs/FSyXONy9oOo/s1600-h/2009.01.23b+Mole+National+Park+(7).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXxwe-oeJnI/AAAAAAAAAXs/FSyXONy9oOo/s200/2009.01.23b+Mole+National+Park+(7).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5295230939391993458" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXxwXh0dZ_I/AAAAAAAAAXk/3wAWiImfPK4/s1600-h/2009.01.23b+Mole+National+Park+(13).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXxwXh0dZ_I/AAAAAAAAAXk/3wAWiImfPK4/s200/2009.01.23b+Mole+National+Park+(13).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5295230811398563826" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXxwGddqIoI/AAAAAAAAAXc/AjLpvFpE86Q/s1600-h/2009.01.23b+Mole+National+Park+(20).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXxwGddqIoI/AAAAAAAAAXc/AjLpvFpE86Q/s200/2009.01.23b+Mole+National+Park+(20).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5295230518171411074" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXxwAM52SZI/AAAAAAAAAXU/BOBV23q6fW0/s1600-h/2009.01.23b+Mole+National+Park+(38).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXxwAM52SZI/AAAAAAAAAXU/BOBV23q6fW0/s200/2009.01.23b+Mole+National+Park+(38).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5295230410647030162" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXxvz2tzXAI/AAAAAAAAAXM/70GGLa8jKHo/s1600-h/2009.01.23b+Mole+National+Park+(40).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXxvz2tzXAI/AAAAAAAAAXM/70GGLa8jKHo/s200/2009.01.23b+Mole+National+Park+(40).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5295230198532496386" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXxt9GpwOTI/AAAAAAAAAXE/cZKEjeOQ1SI/s1600-h/2009.01.23b+Mole+National+Park+(42).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXxt9GpwOTI/AAAAAAAAAXE/cZKEjeOQ1SI/s200/2009.01.23b+Mole+National+Park+(42).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5295228158406048050" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Wstajemy o 6 rano. Zaczyna świtać, ja zdecydowanie rezygnuję z porannej toalety, Ala idzie z wiaderkiem do prysznica. Umycie twarzy i zębów jest dla mnie zupełnie wystarczające. Nasz przewodnik i strażnik też wstają. Zaczynają się pomału przygotowywać do wymarszu. Najpierw jednak formalności. Wypisują kwitki dla Szkota, który wczoraj robił safari. Wszystko się przeciąga i na brzeg docieramy sporo po siódmej, po drodze dołączają Czesi. Wskakujemy na łódkę zwaną tutaj „piroga”. Nie czarujmy się, jest to takie indiańskie canoe, które po wpakowaniu 7 ludzi (wioślarz, przewodnik i strażnik) zanurza się tak głęboko, że każdy balans ciałem powoduje wlewanie się wody. Od razu uprzedzają nas, że właśnie ciałem mamy balansować, żeby łódka się nie przechyliła. Niezły start. Jeszcze lepszą sprawą jest to, że nasz strażnik zostawia swoją flintę w samochodzie Czechów. No teraz to już jesteśmy super przygotowani na spotkanie z największymi zabójcami Afryki. Przewodnik potwierdza nasze info, o tym, że hipopotamy zabijają statystycznie najwięcej ludzi ze wszystkich dzikich zwierząt. Tak więc płyniemy tym naszym „promem” pełni respektu dla tych olbrzymich ssaków, które potrafią osiągnąć wagę 3000kg! No panie, tutaj to nawet Pudzian nie dałby rady! Przewodnik nagle wskazuje na jakieś wydmy w wodzie. Podpływamy na odległość kilkudziesięciu metrów. Przewodnik jest bardzo ostrożny. Twierdzi, że nigdy nie mieli wypadku śmiertelnego, a co więcej nawet nigdy łódki nie wywrócił hipopotam. Przy okazji nasi południowi sąsiedzi uczą nas nowego słówka. Hroch, czyli hipopotam po czesku. No pane Havranek, nieźle......&lt;br /&gt;Obserwujemy hiposy, początkowo ze sporą adrenaliną, szczególnie jak znikają pod wodą, od razu mamy wizje, że się zaraz koło nas wynurzą. Na szczęście takie ekscesy nie mają miejsca. Nasza rodzinka to dwa duże osobniki i dwójka dzieci. Robimy tysiącpięćsetstoosiemset zdjęć, i prawie po godzinie stwierdzamy zgodnie, że już jesteśmy gotowi wracać. Po drodze widzimy jeszcze czarną kobrę wylegującą się na brzegu. Jesteśmy już spakowani i gotowi do jazdy. Szkot, który miał wyjechać o 7 rano nadal czeka na transport. Czesi oferują mu podwóz, a my wykorzystujemy chwilowy chaos i pierwsi wbijamy się na laterytową drogę. Jest to o tyle ważne, że to oni będą jechać w tumanach naszego kurzy. Jak to Freddie śpiewał „another one bites the dust”! Miał chłopina rację, aczkolwiek raczej w sanktuarium hipopotamowym w Weichau w Ghanie nie był, bo jakoś mu się szybciej zeszło (nie mylić z doszło).&lt;br /&gt;Trasa mija bardzo sprawnie, po drodze jeszcze tylko omlecik na śniadanie i kontynuujemy. Droga to głównie lateryt i jakiś biały kurz. Tarka na przemian z dziurami (zęby skaczą jak na mrozie – dobrze, że prawie nie mam plomb w zębach, bo chyba by mi powypadały). Udaje nam się kilka razy nieźle wyskoczyć na muldach, ale jeden skok był całkiem imponujący. Wszystkie 4 koła zawisły w powietrzu, ale zawieszenie Montka godnie przyjęło to wyzwanie. Człowiek się jak Hołek czasami może poczuć. No może z tą drobną różnicą, że jak on roz.....li auto, to firma naprawi, a nasz budżet będzie wymagał zostawienia auta w buszu. Tak więc, bez nadmiernych szaleństw dojeżdżamy do wioski Larabanga. Wskaźnik paliwa niesympatycznie chyli się ku zeru, ale wioska na mapie prezentuje się całkiem dogodnie. Niestety w rzeczywistości nie jest już tak kolorowo. Na pytanie o stację benzynową, lokalni pokazują nam plastikowe kanistry i beczki z paliwem. Aż takiej sahary nie mamy. Podobno jest jakaś normalna stacja w kolejnej wiosce 20km stąd.  Robimy więc krótki postój, wpadamy do baru i pada magiczne słowo – GULDER. Okazuje się, że tutaj większość to muzułmanie i piwo jest tylko w jednym miejscu – oczywiście akurat nie w tym, w którym jesteśmy. Przy okazji spotykamy parę, Niemiec i Austriaczka. Wyglądali maks na 20 lat. Cholera, to myśmy się już tak postarzeli... Rozmawiamy krótko, no ale o czym z nimi rozmawiać skoro gość twierdzi, że Opel to niemiecki samochód i że niemieckie auta są najlepsze. Nie potrafił pojąć, że Opel został kupiony przez Amerykańcow (my w GM to wiemy bardzo dobrze) jeszcze przed urodzeniem jego ojca, a dzisiejsze niemieckie auta są produkowane przez Turków i innych auslendrów, a nie rodowitych Niemców. Widać chłopak żyje przeszłością i nadal śpiewa Deutschland Deutschland uber alles, ale to już jego cyrk i jego małpy.....ech ta dzisiejsza młodzież......&lt;br /&gt;Ruszamy aby obejrzeć jeszcze meczet w tej wiosce zanim pojedziemy do Parku Narodowego Mole, oddalonego o kilka km. Oczywiście jak oglądamy mosque, pojawia się samozwańczy pilnowacz, który pokazuje nam jakiś wymiętoszony heft (po polsku zeszyt). Mówię mu, że też mam coś takiego w aucie i jaką mam gwarancję, że jak zapłacę za oglądanie to to pójdzie na renowację, a nie do jego kieszeni.  Poza tym stwierdzam, że nie oglądam meczetu tylko jestem w wiosce, a meczet jest tutaj, więc oczu nie będę zamykał. W sumie płacę mu 2 ghańskie cedis (1E=1,6GH). Chciał czwórkę, ale powiedziałem, że madam się nie podobało i ona nie chce płacić. Oczywiście zażądałem rachunku. Nie wiem, czy mnie nabrał czy nie. Mam nadzieję, że nie i kasa pójdzie na renowację. Dobra, jedziemy dalej. Na granicy parku strażnik woła mnie do uregulowania opłat. Pytam więc ile, a on że to zależy i mam wpisać się w książkę. Mówię do niego w najdżirian pidżin english i ogólnie jest wesoło. Pisze więc, 2 osoby, aparat, auto. Strażnik podsumowuje 26 cedis. Jasny szlag, co tak dużo pytam. A on mówi, że żartuje. Cena to 12,6 cedis. No nie byłbym sobą gdybym o zniżkę nie zapytał. A on do mnie mówi, tak ja chcę zniżkę, niedawno był nowy rok, a ja nawet nic dla niego nie mam. Na co ja odpowiadam, a skąd wiesz, że nic nie mam. Wszystko w pidżin english, co pewnie dla normalnego białego by było mega zabawne (tak brzmi jakbym ja nie był normalny biały, no w sumie może coś w tym jest). Z auta przynoszę odblaskowego misia sagowego i kasetę Lady Pank 'W transie. Strażnik zadowolony, stwierdza, że teraz to da zniżkę. Wypisuje 8,6 na kalkulatorze. Nie mam drobnych i płacę 10. Ala ma w aucie ubaw po pachy. Zabawa musi być. Afrykańczycy to uwielbiają, ja też nie czarujmy się....&lt;br /&gt;Wjeżdżamy do parku, wszystko super zorganizowane. Dobiega 15:00, a wiemy, że kolejne safari zaczyna się o 15:30. W recepcji kolejny problem. Okazuje się, że nie mają dzielonych pokoi po 8GH od osoby tylko domki za 35GH. Zaczynam rozmawiać o obniżce dla mnie, bo jak to Nigeryjczyk taki jak ja ma płacić, tyle co zwykli turyści! Wchodzi babka, która może dać mi zniżkę. Zaczynam znów mój pidżin english show! Okazuje się, że ona niedawno była w Ibadanie w Nigerii na weselu. Ja jej mówię, że mam przyjaciela w Ibadanie (Marek tutaj pozdrowienia dla Ciebie) i jak ona może mi takie ceny dawać. Zaczynam ją straszyć ju-ju, czyli nigeryjską czarną magią. Po kilku minutach śmiejemy się do rozpuku i ona mówi, żebyśmy poszli sprawdzić te dzielone pokoje, czy są jakieś wolne łóżka. W moim jest jedno.....zajęte, w damskim trzy (pokoje są 8 osobowe). Wracam i dopiero wydzieram się na nią! Oczywiście wszystko w formie żartu, ona ze śmiechu łapie się za boki i z rozbrajającą mina mówi, że nie wiedziała. Oczywiście później się przyznaje, że chciała więcej zarobić (może ma prowizję). Na szczęście moja afrykańska natura znów się przydała. Rozpakowujemy się i ruszamy na safari. Krokodyle, jak podeszliśmy do nich na kilka metrów, w popłochu uciekały do jeziora. Dużo odważniejsze były guźce, które były prawie na wyciągnięcie ręki. To tak jak w tym dowcipie z fiordami, gdzie dwóch kolegów przechwala się swoimi wakacjami. Jeden mówi, a fiordy widziałeś, a drugi odpowiada, jasne, ale to noc. Słuchaj stary fiordy to mi z ręki jadły. To tak jak nam te guźce. Antylopy też były, niestety słonia ani słychu ani widu. Jak wróciliśmy już do kempingu zadzwoniła komórka strażnikowi, który z nami był na safari. Okazało się, że inna grupa wypatrzyła słonie. Od razy zgodnie stwierdziliśmy, że wracamy. Opłacało się. Pomimo tego, że już widziałem słonie sporo razy na żywo, to nigdy z takiej odległości. Tutaj to nie było więcej niż 15m. Słoń szedł prosto na nas, aż kompletnie zeszliśmy mu z drogi. Trzeba przyznać, że chodzone safari ma dodatkowy urok. Widzisz takiego olbrzyma kilka metrów od siebie i nic cię nie dzieli. Po wszystkim strażnik pokazał mi naboje do swojej flinty i zapewnił, że to solidny kaliber i nawet słoń nie ma szans.&lt;br /&gt;Po safari zjedliśmy świetną afrykańską kolację, a wieczorem wypiliśmy winko i anyżkowy pastis. Pastis to jeszcze pozostałość z Burkiny, a winko kupione na bezcłówce między Burkiną a Ghaną. Małoletni Niemcy (dołączyła do nas dziewczyna i chłopak, 19 i 21 lat) całkiem sympatycznie się wstawili i nawet dowcipy o amerykańskim statku, który tonął i wzywał pomocy wołając przez radio: ”we are sinking, we are sinking, and then they heard: zis is German Coast Guard, what are you s(th)inking about” przyjmowali z uśmiechem.&lt;br /&gt;Zapomniałem jeszcze dodać, ze w ośrodku był basen i też nie omieszkaliśmy skorzystać z tej wspaniałej okoliczności.....&lt;br /&gt;Rano znów ruszamy na safari, tym razem autem.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-1852303774923203257?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/1852303774923203257/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=1852303774923203257' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/1852303774923203257'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/1852303774923203257'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/01/23-stycze-afryka-dzika-czyli-w.html' title='23 styczeń – Afryka dzika, czyli w poszukiwaniu Hrochów....'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXxxPZlxYUI/AAAAAAAAAYE/pPqiYSoL65o/s72-c/2009.01.23+Weichau+Hippo+Sanctuary+(5).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-3123050176769453530</id><published>2009-01-24T21:16:00.002+01:00</published><updated>2009-01-24T21:21:45.136+01:00</updated><title type='text'>22 styczeń  - Trasa</title><content type='html'>&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXt4PQvq5ZI/AAAAAAAAAW0/gkYy4pk3KA4/s1600-h/2009.01.23+Trasa+(2).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXt4PQvq5ZI/AAAAAAAAAW0/gkYy4pk3KA4/s200/2009.01.23+Trasa+(2).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5294957990492431762" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXt3lemePYI/AAAAAAAAAWs/DuYp0c2GFCk/s1600-h/2009.01.22+Most.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXt3lemePYI/AAAAAAAAAWs/DuYp0c2GFCk/s200/2009.01.22+Most.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5294957272657444226" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Nasz plan na dziś to dotarcie do Hippo Sanctuary nad rzeką Czarna Wolta. Droga wg mapy ma być drugorzędna, co najprawdopodobniej oznacza lateryt. Mamy nadzieję, że Montek nie będzie wkurzony na nas, że go po takich bezdrożach prowadzamy, bo nie dość że dostanie w zawieszenie, to jeszcze będzie wewnątrz i zewnątrz cały pomarańczowy, a tego nie lubi:) Droga rzeczywiście po kilkudziesięciu kilometrach zmienia się w laterytową, z dość dużymi dziurami. Jednocześnie wjeżdżamy do 'wildlife corridor', czyli korytarza dla dzikiej zwierzyny, która może przecinać tę drogę przemieszczając się z jednej strony na drugą. Jako że teraz jest szczyt pory suchej, najprawdopodobniej nic nie zobaczymy, bo cała zwierzyna już przeszła tam, gdzie są największe zbiorniki wodne. Jest nawet ostrzeżenie, że jeżeli zobaczymy przechodzące słonie, nie należy ich płoszyć. W miejscowości Wa, jakieś 60km przed Hippo Sanctuary postanawiamy zjeść obiad, bo w przewodniku jest napisane, że na miejscu nie zjemy już nic. Po długich poszukiwaniach znajdujemy najlepszy w mieście hotel, gdzie jest restauracja. Nie poprzewracało nam się w głowach, że szukamy hotelu i super restauracji, ale w tym miasteczku jest wielka posucha nawet na buszbary. Nie chcemy zjeść jajek na twardo (solo) albo omleta, tylko coś bardziej sycącego i okazuje się, że jedyną opcją jest ten właśnie hotel. Wchodzimy do wnętrza kapiącego złotem. Wiatraki ze złotymi elementami, złote kinkiety, ciężkie zasłony w kolorze złota z ozdobnymi frędzlami (jakby powiedzieli niektórzy po staropolsku – kutasami – dziewczyny z Doks i Promo wiedzą o co chodzi:) i obrazem w złotej ramie – jednym słowem: złoty kicz. A do tego plastikowe tacki na stołach z reklamą jakiegoś majonezu:) No, ale liczy się intencja, chcieli, żeby było elegancko. Oglądamy menu, ceny jak na Ghanę wysokie, ale można zapłacić 18zł za pełen obiad, w końcu można trochę budżet nadszarpnąć od czasu do czasu. Zamawiamy 2 dania i napoje. Po dość krótkim czasie przynoszą pierwsze z nich, to które zamówił Filip. Zjada ze smakiem, ja troszkę próbuję. Czekamy na moją rybę. Czekamy i czekamy. I czekamy. Po godzinie, trochę już zniecierpliwiona, bo do hipopotamów chcieliśmy dotrzeć przed zapadnięciem zmroku, a zrobiła się już 16:30, pytam drugiego kelnera (ten, który przyjmował zamówienie gdzieś się zdematerializował), co z drugim zamówionym daniem. Na to on idzie do kuchni sprawdzić i wraca mówiąc, że kuchnia dostała zamówienie tylko na jedno danie! Dzwoni do naszego kelnera, żeby sprawdzić co jest grane i jakimś trafem on zrozumiał, że chcemy tylko jedną porcję. W moim przypadku powiedzenie o głodnym i złym Polaku bardzo się sprawdza i wściekła opuszczam hotel. Po polsku rzucam kilka pozdrowień typu, żeby go szlag trafił i inne, już mniej cenzuralne, i jedziemy do hipopotamów. Na chwilę przed zapadnięciem zmroku docieramy do Hippo Sanctuary. Rzeka jest jakieś 1,5km od campingu, więc od razu idziemy ją zobaczyć. Po drugiej stronie rzeki widać naszą ulubioną Burkinę Faso. 40 km na południe zaczyna się Wybrzeże Kości Słoniowej i ta sama rzeka oddziela Ghanę od drugiego sąsiada. Hipopotamów nie widzimy, ale za to poznajemy Czeszkę, która jeździ po kraju z czeskim Murzynem. Jego ojciec jest z Ghany, ale on mieszka na stałe w Czechach. Śmieszne uczucie jak rozmawia się z półkrwi Ghańczykiem po czesku. Po powrocie do campingu załatwiamy formalności opłaty za wstęp, spanie i jutrzejsze rzeczne safari, bo jak się okazało w ostatniej wiosce przed sanktuarium było biuro, w którym mieliśmy się zatrzymać i to właśnie załatwić. Oczywiście biura nie widzieliśmy, ani nikt nas nie zatrzymał. Spać będziemy w glinianej chacie z wiadrem do mycia się i wychodkiem gdzieś w polu. Tutejsze Hippo Sanctuary jest bardzo ciekawą inicjatywą. Jest to projekt wspólnoty mieszkającej w tej okolicy, która (nie wiemy za czyją radą, ale podejrzewamy w tym rękę jakiegoś Europejczyka) założyła swoisty mini park, z którego dochody idą na polepszanie infrastruktury wioski, takie jak wykopanie nowej studni czy zbudowanie jakiegoś wspólnotowego budynku, a w przyszłości może nawet pociągnięcie prądu. Na takie inicjatywy naprawdę warto wydawać pieniądze, bo trafiają one prosto w ręce zainteresowanych i nie zostaną po drodze sprzeniewierzone, jak się to często zdarza.&lt;br /&gt;Wieczorem, przed zaśnięciem (czyli o jakiejś 19) siadamy przy stole z trzema Ghańczykami i Szkotem-turystą. Nawiązuje się dyskusja polityczno-gospodarcza. Ghana 1,5 roku temu miała denominację swojej waluty, analogiczną do naszej, a jak się dowiedzieli o tym, że mamy takie samo doświadczenie, byli bardzo ciekawi naszych wrażeń i chcieli wiedzieć, czy im to wyjdzie na dobre czy nie. Przypuszczamy, że jest to jeden z kroków w celu ustanowienia wspólnej waluty dla 5 krajów angielskojęzycznych z tego regionu (Nigeria, Ghana, Sierra Leone, Gambia i Gwinea), waluta ma się nazywać ECO i być przeciwwagą dla unii walutowej krajów francuskojęzycznych. Rozmawiamy też o ostatnich wyborach prezydenckich w Ghanie i polityce lokalnej. &lt;br /&gt;Na koniec jeszcze prysznic z wiadra i udajemy się na spoczynek na łóżku zrobionym z gałęzi przykrytych materacem.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-3123050176769453530?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/3123050176769453530/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=3123050176769453530' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/3123050176769453530'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/3123050176769453530'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/01/22-stycze-trasa.html' title='22 styczeń  - Trasa'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXt4PQvq5ZI/AAAAAAAAAW0/gkYy4pk3KA4/s72-c/2009.01.23+Trasa+(2).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-6823106002503827106</id><published>2009-01-24T20:57:00.006+01:00</published><updated>2009-01-24T21:23:22.198+01:00</updated><title type='text'>21 styczeń – Pożegnanie Burkiny</title><content type='html'>&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXt4ofXkwAI/AAAAAAAAAW8/r1wjyATE2vY/s1600-h/2009.01.21+Szkola++(8).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXt4ofXkwAI/AAAAAAAAAW8/r1wjyATE2vY/s200/2009.01.21+Szkola++(8).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5294958423914627074" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXt2q_npyEI/AAAAAAAAAWk/iX9uNKHiMnE/s1600-h/2009.01.21+Tiebele+(23).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXt2q_npyEI/AAAAAAAAAWk/iX9uNKHiMnE/s200/2009.01.21+Tiebele+(23).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5294956267908483138" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXt2Q5keKZI/AAAAAAAAAWc/uJp9tw0bw24/s1600-h/2009.01.21+Tiebele+(18).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXt2Q5keKZI/AAAAAAAAAWc/uJp9tw0bw24/s200/2009.01.21+Tiebele+(18).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5294955819607927186" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXt0ZC7Tp4I/AAAAAAAAAWU/T11xAgwqCt8/s1600-h/2009.01.21+Tiebele+(9).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXt0ZC7Tp4I/AAAAAAAAAWU/T11xAgwqCt8/s200/2009.01.21+Tiebele+(9).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5294953760535324546" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXtz3MHgLYI/AAAAAAAAAWM/RwxKPmpD8wo/s1600-h/2009.01.21+Tiebele+(5).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXtz3MHgLYI/AAAAAAAAAWM/RwxKPmpD8wo/s200/2009.01.21+Tiebele+(5).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5294953178886843778" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXtzimbTdbI/AAAAAAAAAWE/i9qJQki5MyE/s1600-h/2009.01.21+Pierwszy+Gulder.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXtzimbTdbI/AAAAAAAAAWE/i9qJQki5MyE/s200/2009.01.21+Pierwszy+Gulder.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5294952825171965362" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Wizę odbieramy punktualnie o wyznaczonej godzinie i bez dalszej zwłoki ruszamy na południe Burkiny. Najpierw chcemy znaleźć w jakiejś małej wiosce szkołę, w której będziemy mogli zostawić nasze podarki. Nie chcieliśmy, żeby to było za blisko stolicy, bo wiadomo, że miasteczka i wsie w okolicach stolicy zawsze mają się najlepiej pod względem finansowym. Jakieś 100km za Ouaga widzimy szkołę, która wygląda na podstawową, patrząc na wiek kręcących się tam dzieci. Wjeżdżamy na plac szkolny. Dzieci mają akurat przerwę między lekcjami (3h), ale część z nich siedzi przed szkołą. Zapytaliśmy się, czy jakiś nauczyciel jest w okolicy. Okazało się, że dyrektor i jeden z dwóch nauczycieli w jednej osobie jest na miejscu. Witamy się i wyjawiamy cel naszej wizyty. Dyrektor Philippe (co za zbieg okoliczności:) jest bardzo mile zaskoczony. Opisuje nam pokrótce historię tej szkoły: powstała 5 lat temu i do dziś utworzone zostały 3 klasy, w których uczy się około setka dzieci w wieku od 7 do 13 lat. Lekcje odbywają się w trzcinowych chatkach, ale nowy, betonowy budynek szkoły jest na ukończeniu i za niedługo zostanie oddany do użytku. Lekcje odbywają się od 7:30 do 12 i od 15 do 17. We czwartki mają dzień wolny, ale za to w sobotę odbywają naukę do południa. Mamy nadzieję, że dyrektor zrobi dobry pożytek z drobiazgów, które zostawiliśmy dla jego uczniów. Mamy dość ambiwalentne podejście do tego typu pomocy, jakim jest obdarowywanie. Dużo lepsze jest uczenie Afrykańczyków samodzielności, przedsiębiorczości, podnoszenie poziomu edukacji. Również turystyka przyczynia się do tego, że tutejsze narody się bogacą, dlatego też nie narzekamy, jeżeli narzucane są wysokie opłaty za niektóre atrakcje. Poprzez wspólne rozmowy staramy się naszym rozmówcom pokazać nasze 'europejskie' spojrzenie na świat, opowiedzieć, że realia w Europie wcale nie są takie różowe jak może się wydawać z zewnątrz, że też borykamy się z korupcją, biurokratyzacją i przeróżnymi problemami, istnieje szeroka rzesza biednych (oczywiście w innej skali) ludzi. Polska jest dobrym przykładem kraju, który w ciągu 20 lat dokonał ogromnego skoku cywilizacyjnego w dziedzinie politycznej i gospodarczej, co może ich napawać optymizmem, że jest szansa i dla nich. Ale pomoc stricte materialna też jest potrzebna, jak na przykład w szkolnictwie. Podręczniki, zeszyty czy inne przybory szkolne na pewno zostaną dobrze spożytkowane i przyczynią się do tego, że dzieci będą się mogły uczyć w odrobinę lepszych warunkach. W Burkinie poziom analfabetyzmu sięga prawie 80%, więc w tej dziedzinie, będącej podstawą rozwoju każdego kraju, jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia. &lt;br /&gt;No dobrze, już koniec kazania:) Wracamy do lżejszego tematu jakim jest dalsza droga. Wioskę Tiebele namierzamy dość łatwo, przy okazji niestety znów brudząc Montka jego 'ulubionym' pomarańczowym kurzem, bo lateryt jest tutaj wszechobecny. W Tiebele mieszkają plemiona Lobi, budujące domostwa – fortece. Wszystko zbudowane jest z gliny, w ramach takiego domostwa może żyć wiele spokrewnionych ze sobą rodzin. My zwiedziliśmy gospodarstwo, gdzie mieszka 147 osób z jednej rodziny! W ramach domostwa jest kilkanaście domków, spichlerze, pomieszczenia dla zwierząt. Domki podzielone są na 3 kształty i przyporządkowane następująco: najstarsi (dziadkowie) mieszkają w okrągłych chatkach z płaskim dachem, małżeństwa z większymi dziećmi mieszkają w prostokątnych domkach, a osoby niezamężne – w okrągłych, ale ze spiczastym dachem pokrytym strzechą. Jeżeli małżeństwo ma malutkie dziecko, idzie ono na wychowanie do dziadków i z nimi mieszka. Domy malowane są co 2 lata przez kobiety, które używają naturalnych barwników pochodzenia roślinnego i mineralnego. Malunki symbolizują najważniejsze w życiu tego ludu rzeczy, czyli rolnictwo, rodzinę, święte zwierzęta (krokodyle), księżyc, bębny itp. Na pewno wizyta w tej wiosce jest warta polecenia.&lt;br /&gt;Z Tiebele jest już niedaleko do granicy. Chcemy jeszcze przez zapadnięciem zmroku wjechać do Ghany, bo powiedzenie 'egipskie ciemności' ma tutaj swoje pełne uzasadnienie. Na trasie nie ma szansy na żadne oświetlenie, a mijane po drodze małe miasteczka z reguły też nie mają prądu. I tak było we wszystkich krajach po drodze. Każdej nocy oglądamy niebo z bardzo dobrze widocznymi gwiazdami, bo dokoła nie ma żadnego większego oświetlenia. W pokoju, po zgaszeniu światła jest tak ciemno, że nawet machając sobie ręką przed nosem nie widać jej, tylko czuć ruch powietrza. Dlatego nie dziwcie się naszemu upartemu dążeniu wszędzie przed zapadnięciem zmroku, bo jak się zrobi już ciemno, to na dobre, i znalezienie czegokolwiek poza największymi miastami jest bardzo trudne. W każdym razie formalności graniczne udaje nam się załatwić jeszcze za dnia. Po stronie ghańskiej Filip w końcu może zacząć coś mówić do ludzi, bo tu już króluje angielski. Ale i tak ciągle mówi wszystkim 'merci':) Ghańscy pogranicznicy są uprzejmi i nawet samochodowe formalności (mimo wymaganego przez nich dokumentu carnet de passage, którego nie mamy, bo płaci się za samochód dużą kaucję w Polsce, żeby zagwarantować, że się go nie sprzeda, co jest właśnie naszym celem), przebiegają gładko. W pierwszym miasteczku za granicą, Navrongo, postanawiamy spędzić noc. Znajdujemy niezły hotel i ruszamy 'na miasto'. Oczywiście wiadomo w jakim celu – degustacji lokalnego piwa, bo zjedliśmy jeszcze w Burkinie i głodni nie jesteśmy. Po drodze wchodzimy do apteki, bo nasze leki przeciwmalaryczne jakimś cudem wywędrowały z naszej apteczki (a raczej do niej nie dotarły, pewnie gdzieś na półce w domu leżą, mimo że byliśmy pewni, że je spakowaliśmy). W Burkinie jedno opakowanie kosztowało około 30zł, więc nie kupiliśmy, a tutaj płacimy niecałe 1,5zł!! Nie wiem jak ludzie w Burkinie mogą sobie pozwolić na tak drogie lekarstwa na jedną z najbardziej powszechnych chorób w tym regionie. Widać rząd Ghany prowadzi bardzo rozsądną politykę i lekarstwa na malarię mają taką cenę, że stać na nie większość ludzi. W każdym razie profilaktycznie lepiej mieć te leki pod ręką. &lt;br /&gt;Zanim przejdziemy do oczekiwanej przez wierną rzeszę piwoszy recenzji piwa, najpierw opiszę parę faktów dotyczących Ghany. W XV wieku do Ghany przybyli Holendrzy, w poszukiwaniu zysków z handlu złotem, w które obfitują te tereny oraz kością słoniową. Ale już w następnym wieku, poprzez odkrycie i kolonizację Ameryki znaleźli inną przysłowiową   'żyłę złota', mianowicie handel niewolnikami. Wielu Holendrów,  Brytyjczyków i Duńczyków zbiło w tamtym czasie bajeczne fortuny na handlu żywym towarem. Finalnie, Ghana została kolonią brytyjską. Niepodległość uzyskała w 1957, jako pierwszy z krajów w tym rejonie. Przez prawie 20 lat rządził (pośrednio i bezpośrednio) w Ghanie Jerry Rowlings, pół-Szkot z pochodzenia, który wyprowadził kraj 'na prostą', w porównaniu z ościennymi państwami. Do dziś Ghana pozostaje jednym z najbardziej stabilnych politycznie krajów w Afryce, co udowodniły ostatnie wybory prezydenckie, które odbyły się na sam koniec grudnia 2008. Przykład Ghany daje ich sąsiadom nadzieję, że i u nich takie zmiany są możliwe. Powierzchnia kraju wynosi prawie 240 000km2, a zamieszkuje go 21 mln ludzi. 70% to chrześcijanie, 15% muzułmanie, a 15% animiści. PKB wynosi USD 690. Jak na razie wydaje nam się, że to kraj z najlepszą infrastrukturą i najbardziej rozwinięty z tych, które mijaliśmy na naszej trasie po Maroku.&lt;br /&gt;Jak już wspomnieliśmy wjechaliśmy do Ghany już po zmroku. W hotelu zaraz zapytałem o mojego ukochanego Guldera (piwo to namiętnie spijałem podczas moich dwóch pobytów w Nigerii). Niestety okazało się, że w hotelu mają sporo piw, ale akurat Guldera nie! Tak więc nie tracąc czasu ruszyliśmy na poszukiwanie buszbaru, w którym można by spędzić wieczór. Po kilkuset metrach znaleźliśmy! Długo oglądałem butelkę podczas gdy piana spokojnie opadała w szklance. W składzie zastanowił mnie cukier. Rzeczywiście piwo ma delikatnie słodkawy smak, na szczęście po chwili przebija się na pierwszy plan zdecydowana goryczka. Po wychyleniu drugiej butelki mogę stwierdzić, że to jedno z najlepszych piw (butelkowa togijska FLAGa też była niezła- nie mylić z marokańską) jakie piłem od wyjazdu. Liczę na to, że Gulder warzony w Nigerii będzie jeszcze lepszy. Kolejne podejście do piwa w Ghanie to Club w zielonej butelce (Ci co mnie znają, to wiedzą że nie przepadam za piwami w żabach, czyli zielonych butelkach). Dodatkowo Club był dość wodnisty, więc chyba moja przygoda z nim się już zakończyła (no wiadomo, że na bezrybiu i Cluba wypiję). Kolejne piwo to Stone. Reklamowane jako mocne, a ma 5,7% - ja się więc pytam gdzie ta moc panowie???? U nas to są prawdziwe mózgowały po 10% made in whatever.....W każdym razie „kamień” miał brązową butelkę, ale to by było na tyle dobrego o tym piwie. Walorem mocnych piw w Polsce jest to, że są ......mocne. Każdy na studiach był fanem Warki Strong, tudzież Okocim mocne:) Z wiekiem jednak kasa trochę zasobniejsza i podniebienie się zrobiło wybredniejsze. Byle chłamu nie przyjmie, to znaczy zawsze przyjmie, ale po co ryzykować, że odrzuci.....&lt;br /&gt;W każdym razie Stone był słodki jak strong u nas, ale nie był strong. Cena też była całkiem normalna, więc walorów się nie dopatruję. Sytuacja podobna jak z Clubem, jak mnie na bezrybie rzuci to dam radę, ale mam nadzieję że nie będzie tak dramatycznie....&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-6823106002503827106?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/6823106002503827106/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=6823106002503827106' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/6823106002503827106'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/6823106002503827106'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/01/21-stycze-poegnanie-burkiny.html' title='21 styczeń – Pożegnanie Burkiny'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXt4ofXkwAI/AAAAAAAAAW8/r1wjyATE2vY/s72-c/2009.01.21+Szkola++(8).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-8858803014815250990</id><published>2009-01-21T10:36:00.000+01:00</published><updated>2009-01-21T10:38:43.721+01:00</updated><title type='text'>20 styczeń – Ouaga dzień drugi</title><content type='html'>Dziś od rana do 14 biegaliśmy za wizami. Mamy już w ręku wizę entante ważną do Beninu i Togo, złożony wniosek z paszportem w ambasadzie Ghany oraz informację, że tutaj wizy do Nigerii nie dostaniemy, bo ta akurat ambasada ma takie zasady, że wg nich wizę dostaje się w ostatnim kraju przed wjazdem do Nigerii, więc w naszym przypadku w Togo. Ale w Ghanie i tak spróbujemy. Poza tym dzień raczej niewypełniony przygodami, oprócz spotkania z trójką chłopaków z Defendera oraz zakupem świeczników z brązu, po dwóch dniach targów.  Jutro w południe, po odbiorze wizy ghańskiej ruszamy na południe kraju w stronę granicy. Jeszcze w Burkinie chcemy zobaczyć wioskę Tiebele z malowanymi domami, a następnie znaleźć jakąś szkołę w którejś z wiosek, gdzie możemy dzieciom podarować różne drobiazgi, jakie ze sobą wieziemy. Mamy taki właśnie pomysł, żeby zamiast bezmyślnie rozdawać dzieciom wrzeszczącym 'cadeau' podarki, przekażemy je na ręce dyrektora szkoły, który będzie je mógł wykorzystać jako nagrody w różnych konkursach, za dobrą naukę czy sprawowanie. W ten sposób im pomożemy, a nie nauczymy złych nawyków. Chcemy wziąć adres tej szkoły i może w Polsce uda nam się zorganizować jakąś zbiórkę przyborów szkolnych i wysłać im. Wieczorem przekroczymy granicę z Ghaną. Nasz plan na ten kraj zaczyna się od ponownej próby ujrzenia hipopotamów i wyprawy do Parku Narodowego Mole, do cywilizacji dotrzemy dopiero za parę dobrych dni, najprawdopodobniej z Kumasi będzie dopiero możliwość wysłania postu, więc czekajcie cierpliwie na nasze przygody z hipopotamami (mam nadzieję!) i słoniami.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-8858803014815250990?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/8858803014815250990/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=8858803014815250990' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/8858803014815250990'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/8858803014815250990'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/01/20-stycze-ouaga-dzie-drugi.html' title='20 styczeń – Ouaga dzień drugi'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-4368664825628695633</id><published>2009-01-19T20:05:00.004+01:00</published><updated>2009-01-19T20:11:34.946+01:00</updated><title type='text'>19 styczeń – wizy</title><content type='html'>&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXTQVyip-OI/AAAAAAAAAV8/9n5X7HwUsY0/s1600-h/2009.01.19+Ouagadougou.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXTQVyip-OI/AAAAAAAAAV8/9n5X7HwUsY0/s200/2009.01.19+Ouagadougou.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5293084534830135522" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXTP7tmpWnI/AAAAAAAAAV0/u8nSo2XuFKw/s1600-h/2009.01.19+Ouagadougou+(4).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXTP7tmpWnI/AAAAAAAAAV0/u8nSo2XuFKw/s200/2009.01.19+Ouagadougou+(4).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5293084086828096114" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXTPoGZRspI/AAAAAAAAAVs/lxVT8UcpLHs/s1600-h/2009.01.19+Ouagadougou+(2).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 134px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXTPoGZRspI/AAAAAAAAAVs/lxVT8UcpLHs/s200/2009.01.19+Ouagadougou+(2).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5293083749885522578" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXTPXydqgBI/AAAAAAAAAVk/eY_Ya4O0hnI/s1600-h/2009.01.19+Ouagadougou+(6).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXTPXydqgBI/AAAAAAAAAVk/eY_Ya4O0hnI/s200/2009.01.19+Ouagadougou+(6).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5293083469657309202" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt; Rano Astrid przed wyjściem do pracy przygotowuje nam super śniadanie, więc najedzeni możemy ruszyć na poszukiwanie ambasad i biura wizowego. Okazuje się, że pierwszy adres, który mamy do przedłużenia wizy burkińskiej jest zły, a do service de passeports musimy iść w całkiem inną stronę. No to w tył zwrot i idziemy gdzie nas kierują. Rzeczywiście biuro znajduje się tam, gdzie nam wskazano. Napisali, że na przedłużenie wizy czeka się 48h, a na wizę entente – 72h. Tyle czasu nie mamy! A gdzie wiza ghańska i nigeryjska! Na szczęście urzędnik jest miły i udaje się go przekonać, żeby na jutro rano (on twierdzi, że raczej koło 12, ale przyjdziemy wcześniej i będziemy presję wywierać wzrokowo) obydwie sprawy były załatwione. No, to teraz na drugi koniec miasta, do ambasady Ghany. Dowiadujemy się tam, że następnego dnia po złożeniu wniosku wiza jest do odebrania. Czyli do środy rano na pewno tutaj musimy być. Sprawdzamy jeszcze niedaleką ambasadę nigeryjską, ale dopiero od jutra sprawy konsularne są załatwiane po przerwie noworocznej. Może uda się przekonać ich, żeby się pospieszyli. Nie chcemy po pierwsze tracić zbyt wiele czasu tutaj, bo miasto mało ciekawe, a po drugie, nie chcemy Astrid siedzieć na głowie za długo. Dziś zrobiliśmy tutaj jakieś 10-12 km w różnych kierunkach i właściwie to nam wystarczy. Na szczęście znamy już lokalizację szybkiego internetu oraz paru lokalnych barów:) Więc jutro, po odebraniu paszportu, zaniesieniu do ambasady ghańskiej oraz sprawdzeniu nigeryjskiej pewnie spędzimy resztę dnia w tych dwóch miejscach. No, chyba że spotkamy się z chłopakami z Defendera, którzy nie mając wizy do Nigru, chcieli przekroczyć granicę z Mali, ale zawrócono ich i muszą wyrobić wizę do Nigru albo w Bamako albo tutaj. Zdecydowali nie wracać do Bamako, tylko przyjechać do Ouagadougou. Więc może się z nimi jutro spotkamy.&lt;br /&gt;Powyżej kilka fotek przedsięwzięć kulturalno-artystycznych w Ouaga. Plac wyglądający jak poststalinowski, rzeźbiarze tworzący na drzewach płaskorzeźby o przyjaźni, miłości i braterstwie, realistyczne rzeźby dla palaczy. Po zobaczeniu tego na żywo – każdy palacz od ręki rzuca palenie. Efekt piorunujący i murowany!:)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-4368664825628695633?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/4368664825628695633/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=4368664825628695633' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/4368664825628695633'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/4368664825628695633'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/01/19-stycze-wizy.html' title='19 styczeń – wizy'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXTQVyip-OI/AAAAAAAAAV8/9n5X7HwUsY0/s72-c/2009.01.19+Ouagadougou.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-2073640673501880986</id><published>2009-01-19T20:04:00.000+01:00</published><updated>2009-01-19T20:05:29.397+01:00</updated><title type='text'>18 styczeń – 13 000 km na liczniku</title><content type='html'>&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXTO8ZjJXoI/AAAAAAAAAVc/xY038jzqRhw/s1600-h/2009.01.18+Trasa+do+Ouaga+(2).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXTO8ZjJXoI/AAAAAAAAAVc/xY038jzqRhw/s200/2009.01.18+Trasa+do+Ouaga+(2).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5293082999112949378" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Dzisiejszy dzień jest dość monotonny, oprócz tego, że stuknęło nam 13 000 km na liczniku naszej podróży. Trasa z Banfory do Ouagadougu przebiega cała po asfaltowej, dobrej drodze, więc jedzie się szybko i sprawnie. W stolicy mamy za zadanie odnaleźć stadion miejski, przy którym mieszka znajoma naszego przyjaciela Grzesia, która zaoferowała nam za jego pośrednictwem nocleg. Jest Niemką pracującą od paru lat w Burkinie, w instytucji niemieckiej pomagającej lokalnym społecznościom. Znajdujemy jej dom bez problemu. Astrid jest przemiłą osobą, z którą spędzamy super wieczór, trochę w domu, trochę w lokalnej restauracji na słynnym tutaj kurczaku z grilla.  Rano musimy przedłużyć wizę burkińską, załatwić wizę entente touristique do pięciu krajów (nas interesuje Benin i Togo) oraz dowiedzieć się procedur w ambasadzie Ghany i Nigerii...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-2073640673501880986?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/2073640673501880986/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=2073640673501880986' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/2073640673501880986'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/2073640673501880986'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/01/18-stycze-13-000-km-na-liczniku.html' title='18 styczeń – 13 000 km na liczniku'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXTO8ZjJXoI/AAAAAAAAAVc/xY038jzqRhw/s72-c/2009.01.18+Trasa+do+Ouaga+(2).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-2707670830622770175</id><published>2009-01-19T20:00:00.003+01:00</published><updated>2009-01-19T20:04:28.066+01:00</updated><title type='text'>17 styczeń – Dzień Steka</title><content type='html'>&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXTOqyy0vUI/AAAAAAAAAVU/FJbTsZ6SqxY/s1600-h/2009.01.17+Jezioro+Tengrela+(2).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXTOqyy0vUI/AAAAAAAAAVU/FJbTsZ6SqxY/s200/2009.01.17+Jezioro+Tengrela+(2).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5293082696651947330" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXTOdXZ6MgI/AAAAAAAAAVM/p3qXgIYZgBU/s1600-h/2009.01.17+Jezioro+Tengrela+(7).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXTOdXZ6MgI/AAAAAAAAAVM/p3qXgIYZgBU/s200/2009.01.17+Jezioro+Tengrela+(7).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5293082465961390594" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXTOKpKiueI/AAAAAAAAAVE/lbH5ccicjKo/s1600-h/2009.01.17+Jezioro+Tengrela.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXTOKpKiueI/AAAAAAAAAVE/lbH5ccicjKo/s200/2009.01.17+Jezioro+Tengrela.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5293082144311261666" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Od rana dużo krzątania, bo Montka trzeba dać porządnie umyć z grubej warstwy kurzu na zewnątrz i w środku. Wynosimy wszystkie rzeczy z samochodu, przy okazji je myjąc, a jeden z pracowników naszego hoteliku zajmie się myciem. Z rana, zanim wstaliśmy, umył już Montka na zewnątrz. Wreszcie koło 11 ruszamy na spacer do jeziora Tengrela. Pytając  o drogę ludzie śmieją się z nas, że chcemy te 8km pokonać pieszo, widać spacerujący turysta to tutaj duża egzotyka. I rzeczywiście, po drodze widzimy turystów wożonych na motorkach czy w samochodach, pieszo nie mijamy nikogo. Do jeziora docieramy bez problemów, wnosimy opłatę za wstęp połączoną z przejażdżką łódką. Flisak od razu mówi, że teraz hipopotamów mało, główne stado poszło w głąb lądu, a dziś rano widział tylko dwa, ale one najprawdopodobniej już dołączyły do reszty. Okazuje się, że jego słowa są niestety prawdziwe – ani widu ani słychu po hipopotamach. Czekamy chwilę, wypatrujemy, ale nic się nie pojawiło. Jednak sama przejażdżka i moczenie stóp w zimnym jeziorze jest już dużą przyjemnością. Droga powrotna już się trochę daje we znaki, ale umilamy ją zatrzymaniem w przydrożnym barze na piwie (kto je pije, wiadomo:) oraz mięsku z rusztu. To mięsko jest naszym przysmakiem. Już w Mali pojawiły się takie specyficzne 'sztandy' ze zbudowanym z gliny rusztem, na którym kuchcik piecze nogi baranie. Odkąd spróbowaliśmy tego specjału w Timbuktu, wszędzie się nim zajadamy. Można wybrać, z której części nogi chce się mięso, czasem mają też inne części barana, jak wątróbka, czy takie zwijane kiełbasy, w których najpewniej są najmniej jadalne kawałki, bo raz taką mini kiełbaskę spróbowaliśmy i nie było w niej wiele do jedzenia. Po powrocie do hotelu właściciel dwukrotnie się pyta czy aż do jeziora doszliśmy pieszo. Oni naprawdę myślą, że biały turysta to jakiś super słaby okaz, który 20m nie potrafi o własnych siłach przejść. Miejmy nadzieję, że zmienią trochę zdanie. Montek czyściutki w środku, na zewnątrz już się zdążył trochę od rana skurzyć, ale nam zależy najbardziej na wnętrzu, bo te tumany kurzu musimy wdychać. Układamy część rzeczy z powrotem i idziemy poszukać jakiegoś dobrego jedzenia i internetu. Z tym drugim sprawa się szybko rozwiązuje, bo jedyny w tym miasteczku jest zamknięty na cztery spusty i nie działa. Pozostaje więc jedynie kolacja. Mamy wielką ochotę na wczorajszego steka, dlatego postanawiamy najpierw zjeść coś w innej restauracji, aby dać zarobić mniej popularnym knajpom, a potem pójdziemy do McDonalda. Tak też robimy. Znajdujemy całkiem miłą restauracyjkę. Ceny też znośne, postanawiamy zostać. Wołamy kelnerkę w celu złożenia zamówienia. Przychodzi z asystentem i zapisuje nasze napoje i jedzenie. Odchodzą 3m, stają i się zamyślają. Dodam, że knajpa pusta. Stoją tak, stoją, po chwili zamieniają 2 zdania i siadają do stołu. Nasze zamówienie nie zostało jeszcze przekazane do kuchni. Po chwili przychodzi jeszcze jeden chłopak, coś mu mówią i wychodzi. Kelnerka z asystentem nadal siedzą. Czekamy aż wrócą do nas i powiedzą, że jednak nie przygotują naszego zamówienia. No i po chwili asystent kelnerki przychodzi i pod nosem coś mówi. Proszę po powtórzenie: dalej mruczy do siebie. Za trzecim razem w końcu udaje mu się wyartykułować, że zapomnieli co chcemy pić... Pewnie cały ten czas debatowali co mieli nam podać. No to ponownie zamawiamy napoje. W miarę szybko się z nimi uporał. Jesteśmy przygotowani na min. 2 godziny oczekiwania na nasze dania. Cóż, czasu mamy jeszcze tego wieczora trochę, więc to nie problem. Ale po jakiejś półgodzinie podają steka, sałatkę z awokado i naleśniki. Jesteśmy w szoku, że tak szybko! Stek dobry, ale z wczorajszym nie ma porównania, poza tym bardzo mocno przyprawiony estragonem. No, ale za 6zł się nie wybrzydza:) Tak jak postanowione wcześniej, idziemy do McDonalnda, bo tamtejsze steki nie mają sobie równych, a ich sałatka z awokado jest przepyszna. Kelner tak jak wczoraj, sprawnie przynosi zamówione dania. Jednak dziś steki nie są już tak rewelacyjne jak wczoraj, choć nadal pyszne. A sałatki z awokado z majonezem, pomidorami i cebulą nic nie przebije. Musimy zapamiętać składniki, żeby przygotować coś takiego u nas. Także na najbliższej imprezie można zaserwować:) Najedzeni do syta, wręcz przejedzeni (4 steki!) wracamy do hotelu. Jutro czeka nas trasa do Ouagadougou.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-2707670830622770175?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/2707670830622770175/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=2707670830622770175' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/2707670830622770175'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/2707670830622770175'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/01/17-stycze-dzie-steka.html' title='17 styczeń – Dzień Steka'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXTOqyy0vUI/AAAAAAAAAVU/FJbTsZ6SqxY/s72-c/2009.01.17+Jezioro+Tengrela+(2).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-4746209433370885186</id><published>2009-01-19T15:14:00.004+01:00</published><updated>2009-01-19T15:18:35.288+01:00</updated><title type='text'>16 styczeń – Kraina mangowców</title><content type='html'>&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXSLrpsn3MI/AAAAAAAAAU8/DQQeVDpV1A0/s1600-h/2009.01.16+Bobo+Dioulasso.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXSLrpsn3MI/AAAAAAAAAU8/DQQeVDpV1A0/s200/2009.01.16+Bobo+Dioulasso.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5293009044110826690" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXSLb84p2bI/AAAAAAAAAU0/MBt7TOgY2KA/s1600-h/2009.01.16+Wodospad+Karfiguela+-+mangowce.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXSLb84p2bI/AAAAAAAAAU0/MBt7TOgY2KA/s200/2009.01.16+Wodospad+Karfiguela+-+mangowce.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5293008774383655346" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXSLFw4dyLI/AAAAAAAAAUs/K8m-qiQ2bRc/s1600-h/2009.01.16+Wodospad+Karfiguela+(5).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXSLFw4dyLI/AAAAAAAAAUs/K8m-qiQ2bRc/s200/2009.01.16+Wodospad+Karfiguela+(5).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5293008393204517042" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;No rjebjata, to dzisiaj zaczniemy inaczej. Właśnie sobie siedzimy i Rysiu Riedel nawija: Czy przyjmiesz mnie mój Boże kiedy odejść przyjdzie czas, czy podasz mi swą rękę, a może będziesz się bał......&lt;br /&gt;Ale zacznijmy od początku. Poranek w Burkinie był świetny. Wreszcie jest ciepło od rana i nawet zimny prysznic nie jest już taki zimny....Omlety w naszym hoteliku były wyśmienite, do tego chrupiąca bagietka, nic dodać nic ująć....&lt;br /&gt;Komu w drogę temu czas. Przed wyjazdem udajemy się jeszcze na lokalny targ, kupujemy trochę lokalnej muzyki (głównie malijskiej), koszulkę piłkarską Burkiny Faso i drobne zakupy spożywcze (między innymi 1litr Pastis, francuski napitek anyżkowy 45%, który ma nam umilić wieczór – cena jak na bezcłówce - po przeliczeniu 2,5E). Ruszamy więc szturmując jeszcze internet (macie wieści na bieżąco). Droga świetna. Płacimy 200CFA na bramce. Burkina jest bardzo zielona w porównaniu z poprzednimi krajami. Dzieci znacznie mniej nachalne. Jest dobrze.....&lt;br /&gt;Bez żadnych problemów docieramy do Banfory. 15Km stąd mają być wodospady. Tam też się udajemy rezygnując z usług kilku przewodników po drodze. Dojeżdżamy do celu widząc po drodze sztandy pełne mango. Ala marzyła już od jakiegoś czasu o tych owocach, niestety wyglądało, że nie wstrzelimy się w sezon. U nas mango dostępne jest tylko czasami w hipermarketach. Jednak są to odmiany południowoamerykańskie, zielono-czerwone i prawdę mówiąc niewiele mające wspólnego z tym naszym upragnionym mango afrykańskim. No może gdyby dojrzały. To tak jak banany w Europie.......&lt;br /&gt;Parking znajduje się kilkaset metrów od wodospadów. Droga jest niezwykle malownicza, olbrzymie drzewa mangowe, uginające się od owoców, bananowce, papajowce. Jak tu zielono, wreszcie nie ma pustyni...&lt;br /&gt;Wodospad zdecydowanie nie powala (nasz Szklarki znacznie okazalszy). Jest to jednak pora sucha, a podobno w mokrej widok jest znacznie bardziej imponujący. Jest ciepło. Już dawno tak się nie zgrzałem. Koszulka, czarna na dodatek, zaczyna wilgotnieć, w zasadzie nie tylko koszulka. O tego nam było trzeba. Wreszcie ciepełko. Wracamy do auta ukrytego w cieniu olbrzymich mangowców. Temperatura prawie 39 stopni. Jak pięknie...a niektórzy teraz marzną  w jakichś mroźnych krajach.....&lt;br /&gt;Wracamy zatrzymując się aby kupić tomaty i mango. Ala daje 500CFA (650=1E) licząc na kilka sztuk mango, a lokalna kobieta ładuje, ładuje i nie chce przestać. Torba jest tak okazała, że nie pozwala nieść jej Ali do auta i sama ją zanosi. Dobre 5kg. 16 sztuk dorodnych mango. Oj będzie wyżerka.....&lt;br /&gt;W Banforze znajdujemy hotel. Nie ma go w przewodniku Lonely Planet, ale jakoś udało się tabliczkę zauważyć kątem oka. Wygląda bardzo fajnie. Pewnie nie nasz budżet. Pytamy i niespodzianka. Pokoje nieklimatyzowane jedyne 7900CFA. Chłopina nieskory do negocjacji, ale nam się podoba, więc bierzemy. Zdecydowanie value for money. W takich warunkach nie spaliśmy jeszcze. Kolejny plus dla Burkiny. Niestety kuchnia tutaj nie działa, a nawet napoje muszą kupować w okolicznych sklepikach. Nie najlepsza wróżba dla naszego anyżkowego elikskiru na wieczór. Sącząc piwo (Ala robi pranie, no jakiś podział obowiązków musi być – ja cały czas szoferuje:) podchodzi przewodnik z hotelu i po francusku tłumaczy, że jest niby jakiś koncert w którymś z buszbarów w Banforze. Wyobrażacie sobie naszą gadkę. Ja 10 słów po francusku, on tyle samo po angielsku, a piwa z nim nie chciałem dzielić, więc bariera była nawet większa. Na szczęście komórka znów się przydała i godziny wytłumaczył mi wystukując je w komórkę:) Dla chcącego nic trudnego.....Powiedział, że lokalne knajpy są drogie, a w tamtym buszbarze to tanizna.&lt;br /&gt;Myśmy jednak chcieli iść bardzo do Mc Donalda. Tak moi drodzy. W takiej dziurze jest Mc Donald.....Na szczęście nie ten amerykański mac szit. To była lokalna knajpa o takiej nazwie. Dużo pamiątek na ścianach, widać jakieś „białko” podsunęło lokalnym pomysł.   Trafiliśmy bez problemu, bo szeryf miał koszulkę: „Warkę sprzedajemy na metry”. No panie, ale nam się trafiło. Bardzo się cieszył jak się okazało, że umiemy rozszyfrować hieroglify na jego T-shircie. Oczywiście kelner źle zrozumiał zamówienie (w sumie dzięki mu za to) i przyniósł dla mnie ragou – czyli ziemniaki z sosem, warzywami i wołowiną, a do tego stek z polędwicy (dla karlusów co steki uwielbiają Szola i Mateusz – miód w gębie, wielki stek 6zł) z bagietką. Dałem radę, a co. Trochę mi Ala pomogła, bo stek był mega pyszny i rozpływał się w ustach. Nie był niestety krwisty, ale jeszcze jasno czerwony w środku. Ci co lubią steki muszą tutaj zawitać! Ja to bym mógł na śniadanie jeść!!!! Takiego świeżego mięsa się u nas nie dostanie. Coś wspaniałego. Do tego sałatka z awokado, warzywami i majonezem + spaghetti carbonara po afrykańsku dla Ali. Całkiem dobre wbrew pozorom, ale wspólną cechą z oryginalną pastą były nudle:)&lt;br /&gt;Niestety później nastąpił nalot białek i musieliśmy się ewakuować. Amerykański akcent oraz zamówione olbrzymie hamburgery z frytkami były sygnałem do odwrotu.  Szczególnie, że kolejna wielka grupa białek wtoczyła się do lokalu.....tak więc komu w drogę......&lt;br /&gt;Wróciliśmy do hoteliku i znów przyatakował gość od koncertu. W sumie nie za bardzo nam się chce iść, szczególnie, że jutro mamy pieszo koło 15km trasy do przejścia żeby hipopotamy pooglądać. Pewnie w sobotę też będą grali, więc się wybierzemy. Stosunkiem głosów siedem do ośmiu przegłosowaliśmy, że zostajemy w pokoju, dopijamy anyżówkę (zaczęliśmy już w Mc Donaldzie) i jutro ze świeżą energią szturmujemy hipopotamosy. Hej, tak a propos, wiecie że hipopotamy to najwięksi zabójcy Afryki!!!!! Hiposy to są takie dziurkacze. Jak krokodyl ma jakiś problem to hipcio go przedziurkuje swoimi kłami i sprawa jest zakończona. Takie niby leniwe spaślaki.....&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-4746209433370885186?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/4746209433370885186/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=4746209433370885186' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/4746209433370885186'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/4746209433370885186'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/01/16-stycze-kraina-mangowcw.html' title='16 styczeń – Kraina mangowców'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXSLrpsn3MI/AAAAAAAAAU8/DQQeVDpV1A0/s72-c/2009.01.16+Bobo+Dioulasso.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-7227160212856642157</id><published>2009-01-16T11:54:00.003+01:00</published><updated>2009-01-24T21:33:03.679+01:00</updated><title type='text'>15 styczeń – Burkina Wita</title><content type='html'>&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXBqmwRxqBI/AAAAAAAAAUE/g1ZE3qvpsEU/s1600-h/2009.01.15+Baobaby+i+Ala+(2).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXBqmwRxqBI/AAAAAAAAAUE/g1ZE3qvpsEU/s200/2009.01.15+Baobaby+i+Ala+(2).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5291846776187365394" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXBp7w_vgZI/AAAAAAAAAT8/d4zrFA8D09s/s1600-h/2009.01.15+Bobo+Dioulasso.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXBp7w_vgZI/AAAAAAAAAT8/d4zrFA8D09s/s200/2009.01.15+Bobo+Dioulasso.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5291846037645787538" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Ale zanim nas powita, najpierw spotkaliśmy się z trójką Polaków podróżujących Land Roverem Defenderem z Polski, dokoła Afryki aż do Dubaju. Mieliśmy się spotkać wczoraj, ale dopadł ich African Time i dojechali koło 4 rano i na dodatek to innego miasta. Jeden z nich skontaktował się z nami przed naszym wyjazdem i Filip się z nim nawet raz spotkał. Na tę trasę przeznaczyli 3 miesiące, co oznacza praktycznie ciągłe siedzenie w samochodzie, bez zwiedzania i poznawania poszczególnych krajów. Nie dla nas takie wyprawy... Posiedzieliśmy w naszej knajpce z Lady Pankiem (musielibyście widzieć ich zdziwienie jak  barman włączył naszą kasetę:), powymienialiśmy doświadczenia z przebytej trasy, Filip udzielił im kilku porad dotyczących jazdy po Nigerii i każdy ruszył w swoją stronę. &lt;br /&gt;Naszym dzisiejszym celem jest Bobo Dioulasso w Burkinie Faso, jakieś 120km od granicy z Mali. Do przebycia mamy ok 530km, a wyruszamy dość późno, bo spotkanie przeciągnęło się prawie do 13. Jedziemy bez żadnych przygód, droga asfaltowa, jakby to powiedział Filip: 'nuda panie'. Ale żeby nie było zbyt nudno, w pewnym momencie droga zaczyna robić się coraz bardziej dziurawa, aż wreszcie dziur jest więcej niż asfaltu. Wygląda to jak jazda slalomem gigant, z jednej strony ulicy na drugą, zwalnianiem prawie do zera na największych dziurach. W kilku momentach huki z zawieszenia były tak zatrważające, że myśleliśmy, że przynajmniej ośka się urwała albo rozerwaliśmy oponę trąc felgą po asfalcie (szczęśliwie nic z tych rzeczy nie nastąpiło). Na szczęście ruch samochodowy ogranicza się do 1-2 samochodów co pół godziny, więc na takie praktyki możemy sobie pozwolić. W jednej z wiosek droga jest zastawiona beczkami (częsta tutaj praktyka), które przeważnie lokalni chłopcy przesuwają, żeby umożliwić przejazd. To najprawdopodobniej pozostałość po kontrolach policyjnych, których kiedyś było tutaj zatrzęsienie, a teraz wszystkie poznikały. Ale w tej wiosce nikt nie podchodzi do beczek, więc omijamy je zjeżdżając na pobocze. A tu nagle, z któregoś z domków wybiega policjant machając do nas. Filip po szybkiej kalkulacji (facet na pewno się przyczepi do naszego manewru i może chcieć jakiś mandat wlepić) daje nogę na gaz i uciekamy. Policjant nie miał nawet motorka, nie mówiąc o samochodzie, więc pościg nam nie grozi. Najgorzej jak jedziemy złą drogą i trzeba będzie wracać... Ale na zapas się nie martwimy. Do granicy docieramy już bez dalszych atrakcji, nawet droga się polepsza. Formalności po stronie malijskiej załatwiamy szybko, parę kilometrów i wita nas Burkina Faso. Nie mamy wizy, bo w Bamako byliśmy w czasie noworocznego długiego weekendu i nie chciało nam się czekać, poza tym w przewodniku wyczytałam, że można dostać na granicy wizę i to 3-krotnie tańszą (na 7 dni tylko, ale z bezpłatnym przedłużeniem na policji). Przekraczanie granicy odbywa się trzyetapowo: etap I – policja narodowa, odpowiedzialna za wystawianie wiz właśnie. Czysty budyneczek, schludni oficerowie, pełna kultura. Wystawia nam wizę, udziela porad co do benzyny, która aż do Bobo jest słabej jakości i nalewana z kanistrów, więc radzi zatankować po dotarciu do celu. Fajnie mu mówić, jak w baku susza, ale na szczęście mamy jeszcze jeden pełen kanister, to go dolewamy. Etap II – żandarmeria. Chłopcy spisują dane samochodu. Etap III – celnicy. Śmieszny urzędnik z siwą bródką spisuje dokładne dane samochodu, pyta o jego wartość, czy mamy coś cennego i wystawia Laissez Faire Touristique, analogiczne do tego malijskiego, które uprawnia do jeżdżenia zagranicznym samochodem po Burkinie. Oczywiście trzeba wnieść opłatę. Po udanej odprawie ruszamy w trasę. Jest już ciemno, ale asfalt całkiem dobry, więc jedzie się dobrze, gdyby nie jadący brzegiem drogi rowerzyści bez jakiegokolwiek oświetlenia, którzy pojawiają się w świetle reflektorów w ostatniej chwili. W pewnym momencie zatrzymuje nas patrol policji uzbrojonej w kamizelki, kaski i karabiny maszynowe. Pytamy czy jest jakiś problem na drodze, ale mówią że nie. Widać chłopcy mają tutaj taki fajny sprzęt.&lt;br /&gt;Teraz trochę o samej Burkinie. Do roku 1984 znana była jako Górna Wolta. W Burkinie mają swoje źródła 3 rzeki Wolta (Biała, Czarna i Czerwona), które potem łączą się w jedną rzekę. Jest to kraj mały w porównaniu z Mauretanią czy Mali, bo ma tylko 274 tys. km2. Zamieszkuje go 12 mln ludzi. Stolicą kraju jest miasto o dźwięcznej nazwie Wagadugu, pisane z francuska: Ouagadougou. PKB na mieszkańca wynosi 492USD. Podział religijny to ok. 50% muzułmanów, 40% animistów (choć część z nich oficjalnie mówi, że są wyznawcami Allaha) oraz 10% chrześcijan. Burkina jest niechlubnym liderem w długości życia: kobiety żyją tutaj średnio 45 lat, a mężczyźni 42 (komentarz Filip: Jak zwykle chłopy padają wcześniej wykończeni przez baby, ot słaba płeć panie!). Przemysłu prawie brak, a państwo czerpie dochody głównie z rolnictwa i hodowli. Burkina to jeden z najbiedniejszych krajów świata, w 2004 roku był na 3 miejscu od dołu. Na pierwszy rzut oka widać różnicę z sąsiednim Mali, gdzie turystyka mocno rozwinęła już swoje skrzydła i wybrańcy zbierają tego plony.&lt;br /&gt;Do Bobo dojeżdżamy koło 21, szybko udaje nam się zlokalizować hotel, mimo że to drugie największe miasto tego kraju. W hotelu od razu duża niespodzianka: ceny są znacznie niższe niż w sąsiednim Mali. Od pokoju począwszy, poprzez piwo (połowa ceny!) i jedzenie. W tej chwili siedzimy właśnie w rooftop restaurant naszego hotelu, ja piję Malta Guinness – bezalkoholowe ciemne piwo, pyszne i słodziutkie. A Filip testuje burkińskie piwa. No i teraz nastąpi ocena konesera: &lt;br /&gt;No moi drodzy. Taśma zmieniona jedziemy dalej (jak to mawiał Muniek Staszczyk z Tlovu). Cena piwka całkiem rozsądna, poniżej Euro za 0,65, to już plus sam w sobie. Pamiętam kiedyś jak jechaliśmy na przysięgę do kumpla gdzieś w poznańskie kupiliśmy piwo DIT. Wiadomo, czasy studenckie, z kasą bardzo krucho, więc zadziałał chwyt reklamowy „Dobre i tanie”! Niestety po kilku puszeczkach chóralnie stwierdziliśmy, że goście od marketingu (pewnie gościówy też) to niezłe ściemniacze. Przerobiliśmy ich hasło na znacznie bardziej adekwatne: ”Dobre bo tanie”! Może nie takie medialne, ale jednak znacznie bliższe prawdy.&lt;br /&gt;Tak więc wziąłem na start SOBBRA. Rozsądny gabaryt 0,65 jak na Ślonzoka przystało (zawsze mnie te piwka 0,25l bawiły). Piana wyglądała całkiem sympatycznie, aczkolwiek wiadomo pierwsza szklanka to takie bardziej płukanie szkła niż degustacja. Niestety druga szklanka nadal smakowała jak płukanie szkła. Delikatny sikacz (potwierdziłem sprawdzając procenty – 4,2% - a ja co niby jakiś Czech, żeby takie erzace pić). Smak trochę podobny do tradycyjnego piwa malijskiego, które piliśmy (tak tak, Ala też próbowała) w kraju Dogonów. No może z tą wielką różnicą, że tamto było ciepłe. Tutaj też przebijał się delikatny smak kwasowości, którego piwosz na całym świecie nie powinien tolerować. W każdym razie nie przepuściłem nawet ostatniej kropli, więc aż takiego dramatu nie było. Problem w tym, że jak człowiek gardziel do Książęcego Tyskacza przyzwyczai..... Kolejny mój strzał to Barkina. Drugie burkińskie piwo. Bardzo podobne walory i moc, aczkolwiek teraz wydaje się smaczniejsze. A może to po prostu ta druga butelka 0,65 zaczyna działać. Podsumowując, piwko może i nie jest jakimś wielkim majstersztykiem, ale po tym całym dzisiejszym kurzu (kabina Montka robi się czerwona na każdej dziurze, kiedy tumany kurzu i laterytu unoszą się ze wszystkich naszych betów, nie licząc tego co wpada przez okna, dach i nawiewy), który skonsumowałem, piwko świetnie spełniło swoje zadanie przepłukując gardło. A poza tym trochę głowa cieszyć.....Buteleczki uwidocznione na zdjęciach........cdn....&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-7227160212856642157?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/7227160212856642157/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=7227160212856642157' title='Komentarze (12)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/7227160212856642157'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/7227160212856642157'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/01/15-stycze-burkina-wita.html' title='15 styczeń – Burkina Wita'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXBqmwRxqBI/AAAAAAAAAUE/g1ZE3qvpsEU/s72-c/2009.01.15+Baobaby+i+Ala+(2).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>12</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-8183847426721490410</id><published>2009-01-15T11:07:00.001+01:00</published><updated>2009-01-16T12:17:20.937+01:00</updated><title type='text'>14 styczeń – Dzień drugi trekingu</title><content type='html'>&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXBsmUCt8ZI/AAAAAAAAAUk/87sxlae9JVs/s1600-h/2009.01.14+Treking+Kraina+Dogonow.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXBsmUCt8ZI/AAAAAAAAAUk/87sxlae9JVs/s200/2009.01.14+Treking+Kraina+Dogonow.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5291848967631270290" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXBsRMCqTuI/AAAAAAAAAUc/2qlvntLURA4/s1600-h/2009.01.14+Treking+Kraina+Dogonow+(5).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXBsRMCqTuI/AAAAAAAAAUc/2qlvntLURA4/s200/2009.01.14+Treking+Kraina+Dogonow+(5).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5291848604706295522" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXBr6ZN72BI/AAAAAAAAAUU/iOfZg_DDf5g/s1600-h/2009.01.14+Treking+Kraina+Dogonow+(4).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXBr6ZN72BI/AAAAAAAAAUU/iOfZg_DDf5g/s200/2009.01.14+Treking+Kraina+Dogonow+(4).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5291848213106251794" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXBrfnHmAfI/AAAAAAAAAUM/1dYtOadKAAg/s1600-h/2009.01.14+Treking+Kraina+Dogonow+(3).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXBrfnHmAfI/AAAAAAAAAUM/1dYtOadKAAg/s200/2009.01.14+Treking+Kraina+Dogonow+(3).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5291847752981283314" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Wstajemy trochę później. Przewodnik już nam zagląda do namiotu. Jakoś nie mamy klimatu do wielkiej toalety i tu kolejny ukłon w kierunku nawilżanych chusteczek z domu. Wyruszamy o 8:30. Trasa początkowo wiedzie wiejską drogą. Następnie wspinamy się na klif, przechodzimy przez wioskę, w której przewodnik każe nam uważać. Jest tu dużo świętych miejsc i dotknięcie lub naruszenie każdego z nich kosztuje zapłatę w postaci owcy lub kozy (cholera wie ile takie zwierzaki tutaj kosztują). Ostrożnie idziemy za naszym przewodnikiem. Piwa dzisiaj nie pijemy, więc moja dyskusja z nim jest zupełnie zerowa. Docieramy do naszej oberży w Sandze. Rozliczamy się z przewodnikiem dając mu dodatkowo jakieś gadżety w postaci misiów i starych kaset Lady Pank (to była myśl żeby ich nie wyrzucać, da się je tu nieźle przehandlować) oraz moich rozerwanych spodni. Nawet moja stara nokia, posklejana taśmą (ale kolorowa) całkiem się tutaj spodobała. Niestety jest to mój jedyny telefon, więc nie jestem bardzo skłonny do zamian. Przynajmniej na razie....&lt;br /&gt;Przepakowujemy torby i ruszamy dalej. Droga będzie laterytowa, więc nie ma sensu się teraz myć, bo znów się uświnimy. Dzisiaj planujemy przejechać całe 40km i zatrzymać się w Bandiagarze. Droga wydaje się lepsza niż przedwczoraj, a na pewno nikt jej nie naprawiał. W Bandiagarze znajdujemy nocleg za jakieś 15E. Całkiem sympatyczny.  Teraz siedzę w miłej lokalnej knajpce, pijemy piwo i herbatę (zgadnijcie kto pije co:). Zaserwowali nam fantastyczne jedzenie. Chyba jedno z lepszych w ostatnim czasie, a co tam jedno z lepszych - najlepsze w Mali prawdopodobnie. Ja dostałem wołowinkę z grzybami oraz zapiekane ziemniaczki, a Ala frytki z brochette, czyli naszym szaszłykiem, z baraniny tym razem. Jutro ruszamy do Burkiny. Wizę niby powinniśmy dostać na granicy, ale wiadomo jak tutaj jest.....Inshallah!&lt;br /&gt;Acha jeszcze mała dygresja, tak żeby Was powkurzać... Wiecie jak jest pięknie jak człowiek ma problemy z odtworzeniem daty i dnia tygodnia. W zasadzie każdy dzień jest piątkiem i sobotą! Taki kompletny luz i nawet te znienawidzone poniedziałki są bardzo przyjemne! Ale jak ja to mawiam, każdy jest kowalem swojego losu (wulgarne komentarze i pogróżki proszę śląc na priva)! Teraz daliśmy chłopakom w barze kasetę Lady Pank i właśnie słuchamy w Czarnej Afryce w buszbarze Lady Panków! A Panki jadą z tym koksem: „W kieliszku już się pieni dla Rock'n'Rolla hołd”! Tak więc Wasze zdrowie!&lt;br /&gt;Czesc zdjec dodamy juz nastepnym razem, bo internet tutaj bardzo powolny.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-8183847426721490410?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/8183847426721490410/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=8183847426721490410' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/8183847426721490410'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/8183847426721490410'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/01/14-stycze-dzie-drugi-trekingu.html' title='14 styczeń – Dzień drugi trekingu'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SXBsmUCt8ZI/AAAAAAAAAUk/87sxlae9JVs/s72-c/2009.01.14+Treking+Kraina+Dogonow.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-6680357595343169172</id><published>2009-01-15T11:02:00.003+01:00</published><updated>2009-01-15T11:29:22.026+01:00</updated><title type='text'>13 styczeń – Treking w Krainie Dogonów</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SW8P2Tl9ofI/AAAAAAAAAT0/b3okfsn2XKk/s1600-h/2009.01.13+Treking+Kraina+Dogonow+(2).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 134px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SW8P2Tl9ofI/AAAAAAAAAT0/b3okfsn2XKk/s200/2009.01.13+Treking+Kraina+Dogonow+(2).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5291465512830476786" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SW8O6LlNY-I/AAAAAAAAATs/IABbqT7zeK0/s1600-h/2009.01.13+Treking+Kraina+Dogonow+(9).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SW8O6LlNY-I/AAAAAAAAATs/IABbqT7zeK0/s200/2009.01.13+Treking+Kraina+Dogonow+(9).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5291464479887680482" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SW8OiXXB8JI/AAAAAAAAATk/57dS7X-ekQY/s1600-h/2009.01.13+Treking+Kraina+Dogonow+(23).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SW8OiXXB8JI/AAAAAAAAATk/57dS7X-ekQY/s200/2009.01.13+Treking+Kraina+Dogonow+(23).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5291464070732574866" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SW8NwOPm6JI/AAAAAAAAATc/kaSrtdWWdZ8/s1600-h/2009.01.13+Treking+Kraina+Dogonow+(25).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SW8NwOPm6JI/AAAAAAAAATc/kaSrtdWWdZ8/s200/2009.01.13+Treking+Kraina+Dogonow+(25).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5291463209292064914" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SW8NOqPopTI/AAAAAAAAATU/QME9PGb1t50/s1600-h/2009.01.13+Treking+Kraina+Dogonow+(36).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SW8NOqPopTI/AAAAAAAAATU/QME9PGb1t50/s200/2009.01.13+Treking+Kraina+Dogonow+(36).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5291462632692819250" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SW8M0deR-iI/AAAAAAAAATM/-0FRABKtQ0o/s1600-h/2009.01.13+Treking+Kraina+Dogonow+(43).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SW8M0deR-iI/AAAAAAAAATM/-0FRABKtQ0o/s200/2009.01.13+Treking+Kraina+Dogonow+(43).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5291462182587988514" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SW8Md3BH75I/AAAAAAAAATE/nST6hh71CnE/s1600-h/2009.01.13+Treking+Kraina+Dogonow+(53).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SW8Md3BH75I/AAAAAAAAATE/nST6hh71CnE/s200/2009.01.13+Treking+Kraina+Dogonow+(53).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5291461794308026258" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SW8MESyn4TI/AAAAAAAAAS8/SrqhPVYBdrM/s1600-h/2009.01.13+Treking+Kraina+Dogonow+(60).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SW8MESyn4TI/AAAAAAAAAS8/SrqhPVYBdrM/s200/2009.01.13+Treking+Kraina+Dogonow+(60).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5291461355086799154" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SW8LxNAXTTI/AAAAAAAAAS0/nldS-i24pdw/s1600-h/2009.01.13+Treking+Kraina+Dogonow+(69).JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SW8LxNAXTTI/AAAAAAAAAS0/nldS-i24pdw/s200/2009.01.13+Treking+Kraina+Dogonow+(69).JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5291461027116305714" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Przewodnik jest punktualnie. Dzisiaj mamy do przejścia znacznie dłuższy odcinek niż dnia następnego. Rano jest dość chłodno. Przewodnik narzuca konkretne tempo, ale dajemy radę. Na pytanie o przerwę odpowiadamy przecząco. Za którymś razem nie pyta, tylko sam zarządza przerwę. Widać się chłopaczysko zmęczyło. Docieramy do pierwszej wioski. W sumie szybciej niż przypuszczaliśmy. Idziemy dalej. W kolejnej wiosce postój i uzupełnienie płynów. Ja dzielę się piwem z przewodnikiem. Gdybyśmy wzięli 3-dniowy treking na tej samej trasie, właśnie tutaj mielibyśmy nocleg. Jest 10 rano!!! Oni chyba myślą, że biali to inwalidzi, dla których kilka godzin marszu to dawka śmiertelna. Ano tak, zapomniałem, oni mają głównie turystów z Francji. Na takich rzeźników ze Śląska nikt tu nie jest przygotowany! Niby muzułmanin, ale piwko żłopie. Wspinamy się coraz wyżej, wioski podobne do siebie, ale za to te widoki!!!! Wielki Rów Afrykański to małe piwo, przy tym! Jest tak pięknie, że nawet zmęczenia nie czujemy. Wspinamy się po kamieniach i dogońskich drabinkach. Rozpadliny skalne i przepaście wyglądają niesamowicie. Są też pozostałości domków Tellemów (podobno byli bardzo niskiego wzrostu i czerwonoskórzy, jak podają legendy), którzy, żyli tutaj przed Dogonami, kiedy to około XIV wieku Dogoni przegnali ich stąd, zagarniając te tereny na pola uprawne. Do swoich niedostępnych domów skalnych wspinali się po lianach. Dogonowie to jeden z najbardziej oddanych tradycjom ludów w Mali. Ich wierzenia to animizm, mają swojego boga Ammę, od którego wszystko się wywodzi, są znakomitymi astronomami (od zawsze twierdzili, że Syriusz składa się z 3 gwiazd, co współczesnym astronomom udało się dopiero potwierdzić dzięki super silnym teleskopom w 1995 roku), na każdym kroku wystawiają fetysze mające ich chronić przed złymi mocami, po radę udają się do wioskowego hogona, który jest odpowiedzialny za organizowanie wszelkich ceremonii, 'poświęcanie' fetyszy itp. Część Dogonów przyjęła wiarę muzułmańską albo chrześcijańską, ale i tak dalej wyznają wierzenia swojego ludu. Raz na 60 lat odbywa się największe święto Dogonów – Sigui, kiedy to Syriusz jest w specjalnym położeniu. Dogoni wyrabiają na tę okazję ogromne maski (do 10 albo więcej metrów), odbywają się ceremonialne tańce i wielkie obchody. Także wakacje roku 2027 mamy już zaplanowane:) Turystyka miała wielki wpływ na ten obszar i jego mieszkańców, ale bardziej pozytywny niż negatywny, bo biedni Dogoni masowo przenosili się swego czasu do większych wiosek i miast w poszukiwaniu pracy, a od momentu odkrycia ich regionu przez turystykę (wg naszego niewiele wiedzącego przewodnika – początek lat 80-tych), zaczęli napływać z powrotem, wiedząc, że za turystyką zawsze idą pieniądze.&lt;br /&gt;Coś niesamowitego. Jedne z piękniejszych widoków w naszym życiu, a coś tam jednak już człowiek widział i nie był to tylko Wirek Ratusz w Rudzie Śląskiej:) Mijamy kolejne wioski, a widoki zapierają dech w piersiach. Tereny wyglądają wspaniale do wspinaczki górskiej (tutaj myślimy o koledze Cyrusie). Znów się zatrzymujemy w oberży. Są też Francuzi. Przewodnik mówi nam, że dostaniemy materac i możemy się położyć i wypocząć. Jako, że przewodnik mówi tylko po francusku moja konwersacja z nim ogranicza się do dzielenia piwa (ci, którzy mnie znają wiedzą, że ja to małomówny chłopak jestem). Ala mówi, żeby on się położył skoro jest zmęczony. My nie potrzebujemy tego. Francuzi zjedli i idą na sjestę na dachu. Rzeczywiście chyba słabe organizmy. Nie dość, że do stóp góry dojechali autem to już są zmęczeni. Dobra dam im spokój, bo ktoś sobie jeszcze może pomyśli, że się na nich uparłem i ich nie lubię, a to nieprawda. Po prawie godzinnej przerwie ruszamy dalej. Zostało jakieś 2h marszu. Najpierw zejście ze skał, a później droga przez równinę.  Nuda panie jak na polskim filmie! Nic się nie dzieje. W wiosce gdzie mamy spać odbywa się targ. Obskakują nas dzieciaki. Kupujemy tomaty i idziemy do naszej oberży. Zaczyna się szarówka. Zamawiamy jedzenie, rezerwujemy namiot. Pokoje są wszystkie zajęte, więc będziemy spali na dachu pod namiotem. Mam nadzieję, że będzie cieplej niż na pustyni. Popijamy herbatę i piwo czekając na jedzenie. Mija godzina, później druga. Zaczynamy się irytować, głównie Ala, bo ja to jednak rozumiem african time (poza tym chyba nie jestem aż tak głodny:) Po interwencji i dwuipółgodzinnym oczekiwaniu dostajemy jedzenie. Jest to yam, tak bardzo przez mnie oczekiwany. Jeszcze nie ugniatany jak w Nigerii, ale zawsze coś. Spotkany malijski przewodnik, który studiował w Nigerii powiedział, że w Ghanie już te wszystkie nigeryjskie przysmaki dostanę. Inshallah!&lt;br /&gt;Jutro mamy jakieś 2,5h marszu. Luzik. To jak wypicie małego piwa naraz:)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-6680357595343169172?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/6680357595343169172/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=6680357595343169172' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/6680357595343169172'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/6680357595343169172'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/01/13-stycze-treking-w-krainie-dogonw.html' title='13 styczeń – Treking w Krainie Dogonów'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SW8P2Tl9ofI/AAAAAAAAAT0/b3okfsn2XKk/s72-c/2009.01.13+Treking+Kraina+Dogonow+(2).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-210356897164625430</id><published>2009-01-15T10:46:00.005+01:00</published><updated>2009-01-15T11:01:17.024+01:00</updated><title type='text'>12 styczeń – Wyżyna i Klif Bandiagary</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SW8JK--4HFI/AAAAAAAAASs/tadcwTmCBKg/s1600-h/2009.01.12+Droga+do+Sangi+%286%29.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SW8JK--4HFI/AAAAAAAAASs/tadcwTmCBKg/s200/2009.01.12+Droga+do+Sangi+%286%29.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5291458171493686354" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SW8InV3TQbI/AAAAAAAAASk/Cy_tp_HiUsI/s1600-h/2009.01.12+Droga+do+Sangi+%2812%29.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 150px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SW8InV3TQbI/AAAAAAAAASk/Cy_tp_HiUsI/s200/2009.01.12+Droga+do+Sangi+%2812%29.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5291457559160635826" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SW8IREqzC_I/AAAAAAAAASc/rzYN453QRt8/s1600-h/2009.01.12+Droga+do+Sangi+%2815%29.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 150px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SW8IREqzC_I/AAAAAAAAASc/rzYN453QRt8/s200/2009.01.12+Droga+do+Sangi+%2815%29.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5291457176587668466" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SW8H2ZyQdLI/AAAAAAAAASU/qWGk4-dqg6M/s1600-h/2009.01.12+Droga+do+Sangi+%2816%29.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SW8H2ZyQdLI/AAAAAAAAASU/qWGk4-dqg6M/s200/2009.01.12+Droga+do+Sangi+%2816%29.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5291456718399632562" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SW8HEOavbyI/AAAAAAAAASM/bo9bHkw-CGU/s1600-h/2009.01.12+Droga+do+Sangi+%2821%29.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SW8HEOavbyI/AAAAAAAAASM/bo9bHkw-CGU/s200/2009.01.12+Droga+do+Sangi+%2821%29.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5291455856354750242" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Jak było planowane wstajemy rano i ruszamy na miasto. W planie jest zjedzenie omleta na ulicy (świetny - testowany dzień wcześniej), wymiana waluty oraz po raz kolejny przyspawanie rury. Musimy tez zatankować, bo wskaźnik spada poniżej Ľ. Nasz spawacz od razu nas rozpoznał i przystąpił do pracy. Stwierdził, że miejsce w którym jest rura jest zardzewiałe, ale da radę to jakoś inaczej naprawić. W międzyczasie śniadanko z masą lokalnych oraz setkami much. Dziwnym trafem jakoś żaden biały się na takie coś nie decyduje, choć jest ich tam sporo. Dopełnieniem śniadanka jest baranina z grilla. Zadowoleni i najedzeni idziemy odebrać auto, a tu kolejna niespodzianka. W kole tkwi wielki gwoźdź i nasz spawacz zaraz chce go wyciągać. Powstrzymałem go natychmiast z obawą, że gwóźdź jest na tyle długi, że przebił oponę. Jedziemy do poleconego przez niego „wulkanizatora” i oczywiście okazuje się, że gwóźdź wlazł 5cm w oponę. No pięknie. Wulkanizator rusza do roboty prosząc mnie o lewarek i klucz do opon. Nie no panie, pełny profesjonalizm! Mamy już rączkę do lewarka wykonaną wcześniej przez naszego spawacza, więc idzie to dość sprawnie. Co mnie zdziwiło, to że musiałem sam nią kręcić, w sumie to zniżka powinna być. W Nigerii takie praktyki są nie do pomyślenia. No ale to są pozostałości francuskiego kolonializmu....jedyne co dobre pozostało po nich to chyba bagietki.... A wracając do naszego spawacza – po wykonaniu roboty nie chciał pieniędzy, potraktował to jako reklamację. Ale oczywiście zapłaciliśmy, bo przecież to nie jego wina, że auto zardzewiałe.&lt;br /&gt;W każdym razie po 30 min. opona jest naprawiona. Wszystko ręczna robota, aż miło popatrzeć, niestety aparat był głęboko zakopany i nie ma zdjęć, a szkoda. O wyważeniu opony nie ma mowy i ciężarki są mocowane dokładnie w tych samych miejscach co poprzednio. Na szczęście miejsca te wyróżniają się znacznie, gdyż są dużo mniej zakurzone. W międzyczasie Ala poszła do banku zmienić „jewro”. Nie dość, że bank okazał się być znacznie dalej niż sądziliśmy, to jeszcze nie zmieniali tam waluty. Pojechaliśmy na stację sprawdzić po ile paliwo i zapytać gdzie można wymienić szmal. Oczywiście taki serwis prowadził pan na stacji. Wymieniliśmy 100E po trochę słabszym kursie, zatankowaliśmy Montka i w trasę. 48km po asfalcie. Później 101km po laterycie i bruku! Tak bruku! Droga była wyłożona kamieniami zalanymi jakimś spoiwem. Niestety nie była to taka jakość jak za „wujka Adolfa”, więc prędkości raczej wielkiej nie rozwijaliśmy, za to te widoki! Na tych terenach pustynia zaczyna ustępować pola żyźniejszym terenom i robi się coraz bardziej zielono. Najchętniej, to by się człowiek tam zatrzymał, otwarł piwko, siedział i rozmyślał nad beznadzieją swojego zagonionego życia w sojuzie jewropejskim....ech mówię Wam Afrykę albo się kocha ponad wszystko albo się jej nienawidzi.  U nas to jednak zdecydowanie miłość i chyba miłość odwzajemniona. Jak na razie Afryka jest dla nas bardzo gościnna. Przejechaliśmy nasze 101km i do Sanga zostało 40km. Z Sangi planowaliśmy zrobić 3 dniowy treking po krainie Dogonów. Ostatnie 40km, to jazda po kamieniach, dziurskach i innych rozpadlinach. Dzieciaki rozbestwione przez francuskich turystów (coś się nad biednymi żabojadami pastwię dzisiaj) skaczą, wydzierają się, w nadziei, że dostaną prezent. Przy każdym zatrzymaniu szczelnie otaczają auto krzycząc: „Madame, Monesiur – cadeau (prezent), foto, foto”. Oczywiście chcą aby zrobić sobie z nimi foto, a później zbierać za to opłatę. Dramat! Nierozważni turyści rozdający podarki i słodycze na prawo i lewo doprowadzili do bardzo niesympatycznej atmosfery! Ten odcinek zajmuje nam prawie 1,5h. Po drodze mijamy 3 samochody, przy których nasz Montek wygląda jak niemowlak. Auta są bardzo profesjonalnie przygotowane do bardzo trudnych wypraw, a pewnie żaden z nich nie zrobił tyle km po pustyni co my! Wyprzedzamy ich, gdyż ciągle spoglądają w swoje gps i inne elektroniczne cuda. My jak zwykle jedziemy na czuja, bo droga wydaje się oczywista. Dojeżdżamy do Sangi, pierwszy kampig dopiero się buduje, ale w drugim znajdujemy nocleg. Właściciel chce 10tys., ale widząc, że wsiadamy w auto aby szukać dalej „zjeżdża” z ceną do 7,5tys., co nas już zadowala. Na parkingu stoi żiguli, czyli sławetna łada. Dwóch turystów z Rosji przyjechało nią do Mali. Widzieliśmy ich już w Timbuktu. Ja jak zwykle z wielkim zainteresowaniem przyglądam się ich żiguli, bo już od dłuższego czasu choruję na takie auto. Niestety taka bryka z lat 70-tych jest w Polsce prawie niedostępna.&lt;br /&gt;Ruszamy na miasto rozeznać sytuację. Negocjujemy ceny za przewodnika. Przeważnie turyści biorą tzw. pakiet „all inclusive”. Przewodnik+spanie+jedzenie. Nas interesuje sam przewodnik. Po długich targach w kilku miejscach znajdujemy przewodnika za 10tys. na dzień za dwie osoby. Biorąc pod uwagę jakie ceny śpiewali na początku, to całkiem niezłe. Mamy w planie treking dwudniowy, który według przewodnika książkowego powinien trwać 4 dni, a według lokalnych przewodników 3 dni. Niektórzy odmówili zrobić to w dwa dni, bo normalnie robią w 3, a krócej to im za trudno (chcemy chodzić, a nie biwakować)! Chłopcy chyba nie wiedzą co to znaczy Śląskie Charaktery! Targu dobijamy i przy okazji dajemy się  zaciągnąć do sklepu z pamiątkami. W oczy rzuca mi się maska. Jest anglojęzyczny sprzedawca. Dobrze, z takim zawsze coś potarguję! Pytam o cenę i gość wali 100tys. (jakieś 150E).  Ala mówi, że ta maska jest piękna i musi ją mieć. Wybucham śmiechem i zaczynam sypać do niego w pidżin english! Gościu pyta skąd jestem, a ja mu na to że z Nigerii. Show must go on! Mówię, że jestem Afrykańczykiem i ma nie patrzeć na mój kolor skóry. Zaczyna się poklepywanie po plecach, przepychanie, śmiechy i nagle on mówi, skoro jestem jego bratem, to da mi uczciwą cenę 25tys.CFA! No brzmi lepiej, ale nadal za dużo. Kontynuuję show, pełno lokalnych wokół patrzy i przyklaskuje, cieszy się. Chyba jeszcze nie widzieli, żeby biały mógł być taki równy gość. Mówię, że w Bamako są niższe ceny i oni w kraju Dogonów zupełnie zwariowali z cenami. Na pytanie ile zapłacę mówię, że 10tys.! Gość w szoku wychodzi, wraca za chwilę z właścicielem sztandu. Okazuje się, że właściciel był kiedyś w Nigerii w Sokoto, recytuję odwiedzone przeze mnie miejscowości, lecą kolejne zdania w pidżin english i właściciel mówi -  dobra sprzedaję za 10tys. Ala stoi w szoku i pakuje maskę. Masa lokalnych chłopaków przybija mi „piątki”. W bardzo miłej atmosferze wracamy do naszego hoteliku, gdzie czeka na nas smakowita kolacja. Jutro o 7 ruszamy!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-210356897164625430?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/210356897164625430/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=210356897164625430' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/210356897164625430'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/210356897164625430'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/01/12-stycze-wyyna-i-klif-bandiagary.html' title='12 styczeń – Wyżyna i Klif Bandiagary'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SW8JK--4HFI/AAAAAAAAASs/tadcwTmCBKg/s72-c/2009.01.12+Droga+do+Sangi+%286%29.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-8962708897056095716</id><published>2009-01-12T10:35:00.001+01:00</published><updated>2009-01-12T10:36:49.006+01:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Cos ostatnio  pomieszalismy w ustawieniach i podobno komentarzy nie mozna bylo dodawac. teraz juz jest chyba OK&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-8962708897056095716?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/8962708897056095716/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=8962708897056095716' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/8962708897056095716'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/8962708897056095716'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/01/cos-ostatnio-pomieszalismy-w.html' title=''/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-7920956980499442232</id><published>2009-01-11T20:09:00.001+01:00</published><updated>2009-01-11T20:09:52.641+01:00</updated><title type='text'>11 styczeń – Z pustyni do Krainy Dogonów</title><content type='html'>&lt;span style="font-family: Arial;" lang="PL"&gt;Po 3 dniach spędzonych na pustyni, pełni piasku, po toalecie składającej się z mycia zębów i używania niemowlęcych chusteczek, jesteśmy bardzo zadowoleni z uczestnictwa w festiwalu. Nie pokładaliśmy w nim żadnych oczekiwań, nie wiedząc w ogóle czego się spodziewać, a okazał się niesamowitym wydarzeniem międzykulturowym.&lt;span style=""&gt;  &lt;/span&gt;Nieważny piasek, nieważne cream-creamy (takie mini osty przyczepiające się do ubrań i ciała, których jest tutaj zatrzęsienie i co rusz trzeba sobie kolec z nogi wyciągać), nieważne zimno w nocy, a upał za dnia. Byliśmy uczestnikami najbardziej niezwykłego festiwalu muzycznego na świecie i teraz sami możemy potwierdzić, że właśnie taki jest.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;  &lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family: Arial;" lang="PL"&gt;Rano wstaliśmy o &lt;st1:metricconverter productid="7, po" st="on"&gt;7, po&lt;/st1:metricconverter&gt; 4 godzinach snu, bo wczorajszy koncert zakończył się o 3. Chłopcy przehandlowali swój namiot na pamiątki od Tuarega z Nigru, który o 7 rano stawił się po odbiór zapłaty towarowej. Kiedy podnieśli namiot, żeby go złożyć, okazało się, że leżał na gnieździe skorpionów!! Kilka skorpionów rozbiegło się w różnych kierunkach, a przerażony Tuareg (w końcu człowiek pustyni) kazał nam uciekać, bo ugryzienie skorpiona&lt;span style=""&gt;  &lt;/span&gt;może być śmiertelne i nomadzi żyjący na pustyni bardzo się go boją. Reszta pakowania przebiegła w nerwowym patrzeniu pod stopy, czy nie biegają gdzieś te jadowite bestie. Zaskoczył nas rozmiar skorpionów, które są malutkie – największe miały jakieś 8cm długości razem z ogonem, delikatnie zielonkawe, ale zlewające się z piaskiem i ciężko je było zauważyć. Charakterystyczny, podniesiony do góry ogon budził respekt, nawet przy niewielkich rozmiarach.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family: Arial;" lang="PL"&gt;Trasa powrotna przebiegła sprawnie, chcieliśmy jak najszybciej dojechać do Timbuktu, przepakować auto i dotrzeć na prom, bo dziś każdy będzie chciał się stąd wydostać. Pożegnaliśmy się w oberży ze Szwajcarami, ale jest szansa na ponowne spotkanie wkrótce, bo też jadą do Burkiny i Ghany. Gdyby nie to, że mamy mnóstwo rzeczy w aucie, pewnie dalej jechalibyśmy razem, bo okazali się bardzo sympatyczni. Po dojechaniu na prom okazało się, że jest kolejka na ponad 30 samochodów, a na jeden prom wchodzi maksymalnie 12, kursują dwa tam i z powrotem. Czekaliśmy w sumie prawie 4 godziny. O mało co czekalibyśmy tylko 3 godziny, ale jakiś VIP przekonał strażników, żeby wpuścili go&lt;span style=""&gt;  &lt;/span&gt;bez kolejki i tym sposobem zajął nasze miejsce na promie. Przez 5 dni, od kiedy jechaliśmy ostatnio tą trasą, znacznie się polepszyła – zasypali największe dziury i jedzie się już znacznie sprawniej. Będziemy spać w Douantzie, a jutro rano ruszamy do Krainy Dogonów. Marzymy o prysznicu i prawdziwym łóżku, tym bardziej, że w Krainie Dogonów nie będzie żadnych oberż, tylko spanie na dachu i znów chusteczki dla niemowląt w roli prysznica. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family: Arial;" lang="PL"&gt;Kolejna relacja już z Burkiny Faso, około 16 stycznia.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-7920956980499442232?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/7920956980499442232/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=7920956980499442232' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/7920956980499442232'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/7920956980499442232'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/01/11-stycze-z-pustyni-do-krainy-dogonw.html' title='11 styczeń – Z pustyni do Krainy Dogonów'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-8906024360765108673</id><published>2009-01-11T20:07:00.001+01:00</published><updated>2009-01-11T20:34:08.827+01:00</updated><title type='text'>8-10 styczeń Festival au Desert, Essakane</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWpJW2iQWRI/AAAAAAAAASE/2yamOKAydMk/s1600-h/2009.01.08-10+Festival+au+Desert+Essakane+%2817%29.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWpJW2iQWRI/AAAAAAAAASE/2yamOKAydMk/s200/2009.01.08-10+Festival+au+Desert+Essakane+%2817%29.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5290121369245210898" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWpJBh_iQkI/AAAAAAAAAR8/x9C2PnwPshA/s1600-h/2009.01.08-10+Festival+au+Desert+Essakane+%2822%29.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWpJBh_iQkI/AAAAAAAAAR8/x9C2PnwPshA/s200/2009.01.08-10+Festival+au+Desert+Essakane+%2822%29.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5290121002953622082" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWpIwJjhEfI/AAAAAAAAAR0/rnYeSC_dBms/s1600-h/2009.01.08-10+Festival+au+Desert+Essakane+%2827%29.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWpIwJjhEfI/AAAAAAAAAR0/rnYeSC_dBms/s200/2009.01.08-10+Festival+au+Desert+Essakane+%2827%29.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5290120704335876594" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWpIcD_4YkI/AAAAAAAAARs/X0VkNHEE1xU/s1600-h/2009.01.08-10+Festival+au+Desert+Essakane+%2831%29.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWpIcD_4YkI/AAAAAAAAARs/X0VkNHEE1xU/s200/2009.01.08-10+Festival+au+Desert+Essakane+%2831%29.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5290120359246848578" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWpIMCxN0eI/AAAAAAAAARk/ojpZjB0vAK0/s1600-h/2009.01.08-10+Festival+au+Desert+Essakane+%2832%29.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWpIMCxN0eI/AAAAAAAAARk/ojpZjB0vAK0/s200/2009.01.08-10+Festival+au+Desert+Essakane+%2832%29.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5290120084038996450" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWpIAmVuHBI/AAAAAAAAARc/GjSpOMVLVSI/s1600-h/2009.01.08-10+Festival+au+Desert+Essakane+%2838%29.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWpIAmVuHBI/AAAAAAAAARc/GjSpOMVLVSI/s200/2009.01.08-10+Festival+au+Desert+Essakane+%2838%29.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5290119887428918290" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWpHxzBoaxI/AAAAAAAAARU/-5GfJsavtcM/s1600-h/2009.01.08-10+Festival+au+Desert+Essakane+%2848%29.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWpHxzBoaxI/AAAAAAAAARU/-5GfJsavtcM/s200/2009.01.08-10+Festival+au+Desert+Essakane+%2848%29.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5290119633136282386" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWpHkEh3PjI/AAAAAAAAARM/j9wl2G5p2Jk/s1600-h/2009.01.08-10+Festival+au+Desert+Essakane+%2856%29.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWpHkEh3PjI/AAAAAAAAARM/j9wl2G5p2Jk/s200/2009.01.08-10+Festival+au+Desert+Essakane+%2856%29.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5290119397316705842" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWpHOY5O9CI/AAAAAAAAARE/yhxb7wYyb7c/s1600-h/2009.01.08-10+Festival+au+Desert+Essakane+%2860%29.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWpHOY5O9CI/AAAAAAAAARE/yhxb7wYyb7c/s200/2009.01.08-10+Festival+au+Desert+Essakane+%2860%29.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5290119024826315810" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;W tym roku odbywa się IX edycja Festiwalu na Pustyni. Jest to najbardziej odległy od cywilizacji i najmniej dostępny z festiwali muzycznych na świecie. Odbywa się w niesamowitej scenerii Sahary, pośród wydm postawiona jest scena, a same wydmy, jak w amfiteatrze, służą za widownię. Oprócz samej muzyki afrykańskiej, atmosferę festiwalu tworzy cała jego otoczka – namioty z kozich skór, kramy z pamiątkami i jedzeniem, przechadzające się wielbłądy, Tuaregowie w turbanach i kaftanach. Tereny pustynne w Mali zamieszkują głównie Tuaregowie, dlatego też można ich spotkać w największej liczbie na festiwalu i jako widownię i jako obsługę, a też część występujących to zespoły tuareskie. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;  &lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;Droga z Timbuktu do Essakane (70km) jest dość trudna, miejscami piach jest tak głęboki, że wiele aut się zakopywało (nawet Land Cruisery i Mercedesy G miejscami nie dawały rady podjeżdżać pod piaszczyste górki, ale nasz Montek spisywał się dzielnie), a jeden Holender jadący wypożyczonym 'samochodem terenowym' chińskiej marki Hover spalił nawet sprzęgło. Nasza niedawno przyspawana rura znów odpadła na nierównym terenie. Trzeba będzie iść z reklamacją do spawacza, co pewnie zrobimy, bo będziemy przez jego miasteczko znów przejeżdżać. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;Przy bramie sprzedawano opaski wstępu po 130E od osoby, mimo wcześniejszych zapewnień miejscowych w Timbuktu, że trzeba kupić u nich, bo na festiwalu nie będą już sprzedawali biletów. Noclegi oczywiście w namiotach, a w naszym przypadku pod moskitierą, bo namiotu nie wzięliśmy. O tej porze roku na Saharze temperatura waha się od 35 stopni w dzień do 5 w nocy, więc za bardzo się nie wygrzejemy pod samymi tylko śpiworami. Nasi Szwajcarzy mają namiot, który na zakończenie festiwalu chcą wymienić na jakieś pamiątki. Dobry pomysł, może też tak zrobimy z Filipa zegarkiem. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;Rozpoczęcie festiwalu ma nastąpić o 15:30, ale jak to bywa w Afryce, godziny nie są jakoś specjalnie przestrzegane, więc mają dość duży poślizg. Na początku oglądamy paradę wielbłądów, słuchamy mowy powitalnej, a następnie na scenę wchodzi pierwszy zespół. Po paru nutach wiemy już, że muzyka tuareska nie należy do naszych ulubionych. Zawodzą, jęczą, walą w bębenki i grają na instrumencie zwanym &lt;i style=""&gt;ngoni&lt;/i&gt;, prekursorze banjo. Kolejne występy też nie powalają nas na kolana. Na szczęście jako ostatni punkt programu zapowiedziany jest Salif Keita, jeden z największych muzyków malijskich. Nie zawodzi naszych oczekiwań. Ten murzyński albinos jest rozpoznawalny na całym świecie jako propagator muzyki z tej części świata, w wersji bardziej przyswajalnej przez ludzi spoza kontynentu:). Jako pierwszy wnosi energię na scenę i publiczność się ożywia, tańcząc w rytm jego piosenek. Niesamowita jest jedna rzecz – lokalna publiczność porusza się, jakby była urodzona do tańca: płynne ruchy, rytmicznie, dosłownie każdy – od chłopca sprzedającego herbatę po VIP-ów zaproszonych na festiwal. W porównaniu z nimi poruszające się figurki białych turystów wyglądają jak roboty, nie ma w nich tej płynności, rytmiczności i spontaniczności. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;Drugi dzień mija nam bardzo leniwie od rana, ponieważ koncerty są wieczorami. Jest co prawda mała scena, na której od 15 grają lokalne zespoły, ale tuareskie zawodzenie w ogóle do nas nie przemawia.&lt;span style=""&gt;  &lt;/span&gt;Wylegujemy się w słońcu po zimnej nocy, chodzimy po 'sztandach' z jedzeniem i pamiątkami. Zakup tych ostatnich planujemy na jutro, ponieważ ostatniego dnia festiwalu na pewno ceny da się mocniej ponegocjować. W Timbuktu ostrzegano turystów, żeby kupili hektolitry wody, zapasy jedzenia, a najlepiej wykupili all inclusive pakiet na festiwal po 400E od osoby (co na naszych oczach zrobiło 4 Austriaków) i wtedy nie będą się martwić o nic. Oczywiście na miejscu okazało się, że są tabuny sprzedawców wszystkiego, od wody poprzez zimne piwo, ryby, a wręcz całe 'restauracje'. Ceny nie zwalające z nóg, więc można się spokojnie u nich żywić. Koncerty dnia drugiego ma uświetnić występ słynnego Bassekou Kouyate, który jest wirtuozem wspomnianej wcześniej &lt;i style=""&gt;ngoni, &lt;/i&gt;ale w bardziej nowoczesnych aranżacjach. Poprzedzające go zespoły średnio nam się podobają, ale tak jak wczoraj, ostatni koncert jest naprawdę dobry. Bassekou gra rewelacyjnie na &lt;i style=""&gt;ngoni, &lt;/i&gt;a towarzysząca mu wokalistka nie może się powstydzić swojego głosu. W Afryce jest pewien ciekawy zwyczaj obrzucania grającego zespołu pieniędzmi albo prezentami. Robią to głównie bogatsi ludzie, którzy wchodzą na scenę i na głowę śpiewającego sypią banknoty. Naliczyliśmy dobre kilkaset tysięcy CFA, zegarek i pierścionek dla wokalistki oraz perfumy dla Bassekou. Koncert kończy się o 2 nad ranem. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;Po zachodzie słońca zaczyna się robić chłodno, więc organizatorzy porozstawiali na wydmach coś na kształt naszych pamiętnych koksowników, tylko w mniejszej postaci. Ludzie, dla których nie ma miejsca blisko sceny, siedzą na wydmach ogrzewając się przy piecykach. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;Trzeci dzień przeznaczamy na zakupy pamiątkarskie. Na festiwal zjechało mnóstwo sprzedawców z całego Mali, a nawet sąsiedniego Nigru z biżuterią, figurkami, maskami, tkaninami i wszelkiego rodzaju ustrojstwem. Na festiwalu mają swój dystrykt, gdzie kręci się pełno turystów. Wybór jest ogromny, a ceny – kosmiczne. Rzeczy, które kupiliśmy w Bamako mają tutaj dwukrotnie wyższą cenę wywoławczą niż w stolicy. Nie dziwota, musieli to daleko wieźć. Wybieramy parę przedmiotów, dowiadujemy się cen od tych sprzedawców, którzy mają najładniejsze rzeczy, sprawdzamy jeszcze w paru innych miejscach, po czym odchodzimy. Każdy oczywiście woła, że to ostatni dzień i mają super ceny, ale chcemy wziąć ich jeszcze na przetrzymanie. Metoda skutkuje, bo po opuszczeniu targu dogonił nas jeden ze sprzedawców ze swoim towarem i sprzedał za proponowaną przez nas cenę. Po jakimś czasie wracamy i kończymy zakupy zestawem ręcznie robionych srebrnych łyżeczek inkrustowanych hebanem. Jesteśmy w sumie lżejsi o 80E, ale za takie niesamowite pamiątki warto tyle zapłacić. Czekamy na wyścigi wielbłądów. W programie festiwalu jest taka pozycja i każdy od pierwszego dnia jej oczekuje, bo jest przekładana z dnia na dzień. W pewnym momencie widzimy, że na małej scenie odbywa się wręczanie nagród wielbłądom i ich właścicielom. Okazało się, że to nagrody za wygląd wielbłąda przyozdobionego tradycyjnymi skórzanymi dodatkami, a wyścigu nie będzie... Szkoda, bo miała to być duża atrakcja. Włócząc się po sekcji z jedzeniem podchodzi do nas Tuareg sprzedający swoje wyroby i oferuje nam piękny otwieracz do butelek. Cena wywoławcza zabójcza, bo 70E. Po długich targach udaje się ją zbić do 15E oraz zegarka (jakaś bezwartościowa reklamówka). Finn i Val obserwują nas z podziwem, bo im targowanie się wcale nie wychodzi, kupują z reguły za 80% ceny wywoławczej, a nie za max. 25% jak my. Pomagam też Valowi potargować się przy zakupie dużego sztyletu, gdzie udaję jego żonę niezadowoloną z wydawania pieniędzy na zbędne przedmioty. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;Ostatni koncert ma uświetnić oprócz mniej znanych artystów, Vieux Farka Toure, wykonujący utwory nieżyjącego od 3 lat największego muzyka malijskiego Alego Farka Toure, oraz Habib Koite. Publiczność lokalna szaleje słysząc przeboje swojej największej gwiazdy. Wszyscy rzucają się w tany i śpiewają razem z zespołem. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;W zeszłym roku festiwal ściągnął 2000 gości. Ile było w tym roku – nie wiemy jeszcze, ale podobna liczba jest prawdopodobna. Spotykaliśmy ludzi z Australii, USA, całej Europy i Afryki. Taki festiwal jest wspaniałym sposobem na propagowanie muzyki malijskiej, a co za tym idzie zachodnioafrykańskiej. Każdy, wyjeżdżając stąd, będzie rozpowszechniał informacje o samym festiwalu i muzyce z tego regionu.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-8906024360765108673?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/8906024360765108673/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=8906024360765108673' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/8906024360765108673'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/8906024360765108673'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/01/8-10-stycze-festival-au-desert-essakane.html' title='8-10 styczeń Festival au Desert, Essakane'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWpJW2iQWRI/AAAAAAAAASE/2yamOKAydMk/s72-c/2009.01.08-10+Festival+au+Desert+Essakane+%2817%29.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-377698928515507447</id><published>2009-01-11T20:06:00.001+01:00</published><updated>2009-01-11T20:21:29.200+01:00</updated><title type='text'>6-7 styczeń Timbuktu</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWpGUWDf-FI/AAAAAAAAAQ8/2yhM9u13i0Y/s1600-h/2009.01.06+Droga+do+Timbuktu+%282%29.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWpGUWDf-FI/AAAAAAAAAQ8/2yhM9u13i0Y/s200/2009.01.06+Droga+do+Timbuktu+%282%29.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5290118027631654994" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWpGB6vpbxI/AAAAAAAAAQ0/PzApPkB3-5I/s1600-h/2009.01.06+Droga+do+Timbuktu+%284%29.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWpGB6vpbxI/AAAAAAAAAQ0/PzApPkB3-5I/s200/2009.01.06+Droga+do+Timbuktu+%284%29.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5290117711062986514" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWpFaeDfbFI/AAAAAAAAAQs/dHHKwd88shg/s1600-h/2009.01.06+Droga+do+Timbuktu+%2813%29.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWpFaeDfbFI/AAAAAAAAAQs/dHHKwd88shg/s200/2009.01.06+Droga+do+Timbuktu+%2813%29.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5290117033346690130" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWpE4Aaq0AI/AAAAAAAAAQk/2Ap4I4yRW58/s1600-h/2009.01.07+Timbuktu+%283%29.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWpE4Aaq0AI/AAAAAAAAAQk/2Ap4I4yRW58/s200/2009.01.07+Timbuktu+%283%29.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5290116441275289602" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWpEe9KZChI/AAAAAAAAAQc/3Ii2b-7OIPk/s1600-h/2009.01.07+Timbuktu+%287%29.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWpEe9KZChI/AAAAAAAAAQc/3Ii2b-7OIPk/s200/2009.01.07+Timbuktu+%287%29.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5290116010904979986" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;Z Mopti wyruszyliśmy planowo, wiedząc, że w pewnym momencie trasa do Timbuktu będzie trudna. W jednej z relacji z wyprawy, które czytaliśmy, grupa jadąca Citroenem pokonała 195km w 15 godzin. Nastawiliśmy się więc na najgorsze. W miasteczku Douantza, gdzie zjeżdża się z drogi asfaltowej na drogę nieutrwadzoną, dokonaliśmy szybkiego zabiegu u Montka, mianowicie lokalny mechanik przykręcił nam śrubę w tłumiku, która wcześniej wypadła, co powodowało straszny hałas z rury, a także przyspawaliśmy rurę przy prawym progu, która zaczęła odpadać. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;  &lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;Droga okazała się całkiem dobra, utwardzona laterytem, trzeba było tylko uważać na dziury i tarkę, jednak po prawie 100km zaczął się horror. To, co ktoś nazwał drogą zaczęło być dziurą na dziurze, a jak się kończyły dziury, to zaczynała się ogromna tarka, po której nie dało się w żaden sposób jechać. Dodatkową atrakcją były osły wylegujące się w piasku, które nie reagowały na żadne dźwięki i nie ruszały się ze środka drogi, więc trzeba je było powoli omijać. Nie jechaliśmy co prawda 15 godzin, a tylko 4, ale z tego pierwsze 100km zrobiliśmy w trochę ponad godzinę, a drugą część w 3. Jest nadzieja, że droga będzie się sukcesywnie polepszała, bo na pierwszych 100km widzieliśmy parę walców i robotników równających drogę, więc pewnie za jakiś czas uda im się naprawić całość trasy. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;Żeby dotrzeć do Timbuktu trzeba przeprawić się przez Niger. Czekając na prom poznaliśmy dwójkę Szwajcarów, którzy potem okazali się naszymi towarzyszami na najbliższe 4 dni. Prom płynie znacznie dłużej niż ten w Djenne, więc mieliśmy czas trochę pogadać i dowiedzieć się, że Finn i Valentin też jadą na festiwal. Bo klamka już zapadła – jedziemy na festiwal! Drogo, to fakt, ale taka okazja zdarza się tylko raz w życiu. Jesteśmy w odpowiednim miejscu i czasie, tego nie można zmarnować, bo potem moglibyśmy żałować niewykorzystanej szansy. W czasie przeprawy promowej Montkowi został oddany należyty hołd przez jednego z płynących z nami Malijczyków – zaczął się modlić w jego kierunku... Może był dla niego uosobieniem jego bóstwa (nie bierzemy pod uwagę prozaicznego wyjaśnienia, że Montek stał akurat w tym kierunku, gdzie znajduje się Mekka, bo muzułmanie zawsze modlą się kierując się twarzą w stronę Mekki). Do Timbuktu dotarliśmy już w ciemnościach, czego bardzo nie lubimy, bo tutejsze hoteliki są bardzo słabo oznaczone i szukanie ich po zmroku jest dużo trudniejsze. Trafiliśmy dodatkowo na termin największego obłożenia, jako że za 2 dni festiwal. Po dość długich poszukiwaniach udało nam się znaleźć pokój na jedną tylko noc, mimo że na festiwal jedziemy pojutrze. Ale nic to, martwić się będziemy potem. Jeszcze tylko parę piwek ze Szwajcarami w barze i tak zakończyliśmy dzień.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;We środę rozpoczęliśmy zwiedzanie Timbuktu. To miasto legenda. Każdy je zna z nazwy, ale mało kto umie zlokalizować. Kojarzy się z pustynną oazą otoczoną palmami, pośród wydm, pełną karawan... Nic bardziej mylnego. Owszem, Timbuktu było jednym z najważniejszych punktów postoju karawan, skąd na południe wożono sól, a na północ złoto, mieszkało tam wielu uczonych, było kilka meczetów (do dziś zachowały się trzy, które są jednymi z najstarszych w Afryce Zachodniej) i szkół koranicznych, ale dobre paręset lat temu zaczęło popadać w zapomnienie, by całkowicie stracić swoją rolę. Dziś jest to małe miasteczko, pełne kramów, 'przewodników' nagabujących turystów, obnośnych sprzedawców wszystkiego, nie różniące się niczym od innych afrykańskich miasteczek. Ale pielgrzymki turystów ciągną tutaj nieprzerwanie, przybywają wabieni legendarną nazwą i mitem miasta. Dodatkową atrakcją jest odbywający się w niedalekim Essakane Festiwal na Pustynii, o którym więcej jutro.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;Udało nam się znaleźć drugi nocleg na tarasie oberży, w której nocowali nasi Szwajcarzy. W międzyczasie postanowiliśmy im trochę pomóc, żeby nie musieli płacić horrendalnych cen dojazdu na festiwal i zaproponowaliśmy wspólną wyprawę do Essakane. Trzeba będzie zostawić w oberży opony, puste baniaki na paliwo i jeszcze parę rzeczy, żeby można było na tyle opróżnić auto, aby dało się złożyć tylne siedzenia. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;Nie mamy biletów na festiwal, ale chcemy je kupić przy bramie wjazdowej, bo a nuż będzie trochę taniej, a poza tym wybuchła dziś afera z podrabianymi wejściówkami w postaci bransoletek. Pewien lokalny cwaniaczek zrobił na własną rękę bransoletki, wyglądające dość profesjonalnie (a nawet bardziej profesjonalnie od oryginalnych, jak się potem okazało) i sprzedawał turystom po 130E za jedną. Do nas też się zgłosił, ale nie wyraziliśmy na szczęście chęci zakupu u niego. Nabrał w ten sposób kilkadziesiąt osób. Został złapany od razu, ale nie wiemy czy wszyscy oszukani turyści odzyskali pieniądze.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-377698928515507447?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/377698928515507447/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=377698928515507447' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/377698928515507447'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/377698928515507447'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/01/6-7-stycze-timbuktu.html' title='6-7 styczeń Timbuktu'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWpGUWDf-FI/AAAAAAAAAQ8/2yhM9u13i0Y/s72-c/2009.01.06+Droga+do+Timbuktu+%282%29.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-2546797611638585290</id><published>2009-01-06T09:38:00.003+01:00</published><updated>2009-01-06T10:02:14.480+01:00</updated><title type='text'>5 styczeń – Djenne i Mopti</title><content type='html'>&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5288102947890355618" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWMdnRCzXaI/AAAAAAAAAQU/MHJ7-qOll-4/s200/2009.01.05+Djenne+(11).JPG" border="0" /&gt; &lt;div&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWMdOSw2-rI/AAAAAAAAAQM/5JnRQUwg0NI/s1600-h/2009.01.05+Djenne+(27).JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5288102518855236274" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWMdOSw2-rI/AAAAAAAAAQM/5JnRQUwg0NI/s200/2009.01.05+Djenne+(27).JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; &lt;div&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWMcxv7TvNI/AAAAAAAAAQE/71_nVV6D6hY/s1600-h/2009.01.05+Djenne+(29).JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5288102028467485906" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWMcxv7TvNI/AAAAAAAAAQE/71_nVV6D6hY/s200/2009.01.05+Djenne+(29).JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;  &lt;div&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5288101764975115122" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWMciaV1O3I/AAAAAAAAAP8/tWVPHq_-y0M/s200/2009.01.05+Mopti+(8).JPG" border="0" /&gt; &lt;div&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWMcPChppDI/AAAAAAAAAP0/QeMFPBVaOCg/s1600-h/2009.01.05+Mopti+(13).JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5288101432164721714" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWMcPChppDI/AAAAAAAAAP0/QeMFPBVaOCg/s200/2009.01.05+Mopti+(13).JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; &lt;div&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWMb1UAZ0wI/AAAAAAAAAPs/b3fTRDtR_Ts/s1600-h/2009.01.05+Mopti+(20).JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5288100990180512514" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWMb1UAZ0wI/AAAAAAAAAPs/b3fTRDtR_Ts/s200/2009.01.05+Mopti+(20).JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5288100745129570658" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWMbnDHtMWI/AAAAAAAAAPk/a1_yYoBU7lE/s200/2009.01.05+Mopti.JPG" border="0" /&gt; &lt;div&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWMbP3qMznI/AAAAAAAAAPc/GuZ8_aG0Eg4/s1600-h/2009.01.05+Mopti+(23).JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5288100346916032114" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWMbP3qMznI/AAAAAAAAAPc/GuZ8_aG0Eg4/s200/2009.01.05+Mopti+(23).JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;Zabytkowy meczet mamy „pod nosem”. Ilu tu turystów. To jakiś dramat. Jest poniedziałek, więc dodatkowa atrakcja to targ, na który zjeżdżają okoliczni sprzedawcy. Musimy szybko zobaczyć meczet i się ewakuować. Każdy chce białasowi coś sprzedać, każdy zaprasza na taras, z którego można zobaczyć lepiej stary meczet. Oryginalny meczet został zbudowany w XIII wieku, ale w XIX w. uległ całkowitemu zniszczeniu, ponieważ budowle z gliny mają to do siebie, że po każdej porze deszczowej trochę budynku ubywa. W 1907r. zbudowano obecny meczet, w miejscu i na wzór starego. Co roku, po deszczach, ok. 4000 ochotników zjeżdża do Djenne, aby uzupełniać braki i zniszczenia powstałe podczas mokrego sezonu.&lt;br /&gt;Oglądamy co trzeba i wracamy do naszej noclegowni. Auto nadal całe, a niedoszły pilnowacz potwierdza, czy zapłaciliśmy. Cóż, relacje z tym jegomościem, nie są najlepsze. Dolewamy oleju, wytrzepujemy filtr powietrza (w sumie nadal całkiem czysty) i labiryntem wydostajemy się z Djenne. Prom rzeczywiście przewozi nas już bez dodatkowej opłaty. Mamy około 130km do przebycia. W Mopti meldujemy się koło południa Większość miejsc jest zajętych, ale znajdujemy wreszcie nocleg całkiem sympatyczny. Ceny w Mopti są dwukrotnie wyższe – od spania poprzez internet i jedzenie. Francuscy turyści bardzo podbili stawki, a kręcą się ich tutaj setki. Idziemy w stronę portu na Nigrze. Jest to najbardziej ruchliwy port na tej rzece w Mali. Tutaj znajduje się główny punkt przeładunkowy soli płynącej z Timbuktu. Ciągle nagabują nas miejscowi 'przewodnicy' oferując wszelkiego rodzaju wycieczki i usługi. Mopti to główna baza wypadowa do Timbuktu oraz Kraju Dogonów, więc zakres ich oferty jest naprawdę szeroki. Ale daje się ich łatwo spławić, jak rozmawiamy z nimi po polsku. Robimy parę fotek i zasiadamy w bardzo przyjemnej knajpce z widokiem na zatoczkę Nigru. Tutaj też jemy świetną afrykańską kolacje (podstawowa zasada – dania afrykańskie w Afryce, a nie jakieś europejskie cuda, które wszyscy Francuzi zamawiają). Wieczór mija bardzo sympatycznie przy muzyce i piwku. Nawet Ala zasmakowała w tym złocistym napoju (chyba jakiś cud!!!!). Dopisek Ali – mam katar i słabo smak czuję, to pewnie dlatego, a piwo lepiej gasi pragnienie niż słodka Cola:)&lt;br /&gt;Jutro ruszamy do Timbuktu. Miasto – legenda. Potem, w zależności od tego, czy pojedziemy na festiwal muzyczny niedaleko Timbuktu (cena wstępu zabójcza, 160E od osoby, chcemy się dowiedzieć czy jest możliwość uczestniczenia tylko w paru koncertach, za odpowiednio mniejsze pieniądze, bo nie mamy czasu na słuchanie muzyki przez 3 dni niestety), wracamy w okolice Mopti, by udać się na pieszy trekking po Krainie Dogonów. Nie wiemy jak będzie z netem, ale nie spodziewamy się, że cywilizacja tam się aż tak rozprzestrzeniła... Może się zdarzyć, że przez około tydzień się nie odezwiemy, ale się nie martwcie – będziemy przeżywać nowe przygody, które Wam potem skrzętnie opiszemy:)&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-2546797611638585290?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/2546797611638585290/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=2546797611638585290' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/2546797611638585290'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/2546797611638585290'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/01/5-stycze-djenne-i-mopti.html' title='5 styczeń – Djenne i Mopti'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWMdnRCzXaI/AAAAAAAAAQU/MHJ7-qOll-4/s72-c/2009.01.05+Djenne+(11).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-8505332878313434724</id><published>2009-01-06T09:26:00.007+01:00</published><updated>2009-01-06T10:03:29.047+01:00</updated><title type='text'>4 styczeń – Baobaby</title><content type='html'>&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWMYLhdUqBI/AAAAAAAAAPM/3uYRuY1xy3c/s1600-h/2009.01.04+Baobaby+(12).JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5288096973702080530" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWMYLhdUqBI/AAAAAAAAAPM/3uYRuY1xy3c/s200/2009.01.04+Baobaby+(12).JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; &lt;div&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWMX4tMAJ-I/AAAAAAAAAPE/lTWBLTMMjbU/s1600-h/2009.01.04+Baobaby+(11).JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5288096650433144802" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWMX4tMAJ-I/AAAAAAAAAPE/lTWBLTMMjbU/s200/2009.01.04+Baobaby+(11).JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; &lt;div&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWMXXt0hnfI/AAAAAAAAAO8/dFfk8mir-Jw/s1600-h/2009.01.04+Baobaby+(10).JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5288096083667426802" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWMXXt0hnfI/AAAAAAAAAO8/dFfk8mir-Jw/s200/2009.01.04+Baobaby+(10).JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;  &lt;div&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5288095870635811970" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWMXLUN1JII/AAAAAAAAAO0/BRSpxAZoA_g/s200/2009.01.04+Baobaby+(6).JPG" border="0" /&gt; &lt;div&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWMW9yNY8DI/AAAAAAAAAOs/Lj6I5QToHIM/s1600-h/2009.01.04+Baobaby+(4).JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5288095638168858674" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 134px; CURSOR: hand; HEIGHT: 200px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWMW9yNY8DI/AAAAAAAAAOs/Lj6I5QToHIM/s200/2009.01.04+Baobaby+(4).JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; &lt;div&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWMWcfEbWTI/AAAAAAAAAOk/Mhu11GnIpFI/s1600-h/2009.01.04+Baobaby+(3).JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5288095066095311154" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWMWcfEbWTI/AAAAAAAAAOk/Mhu11GnIpFI/s200/2009.01.04+Baobaby+(3).JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;Baobab to symbol Afryki. Rośnie na całym kontynencie, ale dopiero dziś zobaczyliśmy je w tej części Afryki po raz pierwszy. Ryszard Kapuściński napisał o baobabach: Jak słoń pośród innych zwierząt, tak baobab pośród drzew: nie ma sobie równych. Baobaby mają bardzo grube pnie i gałęzie przypominające korzenie. Według wierzeń, tysiące lat temu baobab rozgniewał jednego z bogów i ten wyrwał go z ziemi i posadził z powrotem do góry korzeniami, stąd wygląd jego gałęzi. Do chwili obecnej wierzy się, że baobaby posiadają magiczne moce. Potrafią przetrwać najdłuższe susze, żyją po kilkaset lat. Ludzie używają ich też w celach praktycznych: po wielkich deszczach w zagłębieniach w pniu zbiera się woda, jego owoce wykorzystywane są w celach spożywczych, a ze skorup owoców robione są naczynia albo używane są jako opał. Także liście się nie marnują – można z nich robić sos, są też wykorzystywane jako medykament. Ale najwięcej chyba powiedzą zdjęcia....&lt;br /&gt;Jedziemy z Bamako w stronę Djenne – bardzo turystyczna wieś z zabytkowym i chyba najbardziej charakterystycznym dla Mali glinianym meczetem. Droga całkiem przyzwoita. Zaskoczyło nas oznaczenie miast i wiosek. Zawsze jest znak z nazwą, ograniczenie do 50km/h, a jako że nie mają radarów to przy wjeździe i wyjeździe z takiej mieściny były różnego rodzaju progi zwalniające. Są tez inne znaki drogowe, co w Afryce jest raczej luksusem. Mamy około 510km do przejechania. Ostatnie 30km należy odbić z głównej drogi. Przejazd mija dość monotonie. Pozostają tylko pozostałości po blokadach policyjnych i celnych, ale nikt już na nich nie zatrzymuje. Po przejechaniu 480km pytamy o drogę, bo właśnie w tych okolicach powinno być odbicie z głównej trasy. Okazuje się, że to jeszcze 40km dalej. Książka przewodnik, znów ma niedokładne dane. Po przejechaniu prawie 40km znów pytamy i okazuje się, że to kolejne 20km. W sumie docieramy do zjazdu. Droga nadal asfaltowa. Wkoło busz. Dojeżdżamy po prawie 30km do promu. Mamy zapłacić 3000CFA za bilet powrotny. Chcemy oczywiście bilet w jedną stronę, przewidując kolejna opłatę przy wyjeździe. W momencie gdy jest nasza kolej wjazdu na 3-samochodowy promik okazuje się, że stawka jest już nocna – 4500. Wycofujemy się natychmiast. Przejeżdżają wszystkie osobówki (nawet te za nami), ciężarówki i autobus. Po dość długim czasie, jak zostajemy sami podchodzi do nas gość z promu i pyta, czy płacimy? Po krótkiej dyskusji tłumaczy, że czarni nie oszukują białych i że to jest urzędowa cena+dodatek nocny. Zapewnia, że bileciki które nam da, umożliwią nam powrót bez opłat następnego dnia. Nie mamy wyjścia i pakujemy się na prom. Nasze polskie rejestracje SL wzbudzają zaskoczenie u pewnych Francuzów, z racji przebytego dystansu (niektórzy robią to na rowerze, więc w sumie nie wiem co za wielka sztuka). W Djenne kilka 'spalni' z przewodnika jest zajętych. W jednej oferują nam nocleg na dachu. 3000CFA (jakieś 4.5E) od osoby. Bierzemy. Przynoszą materac, jakoś udaje nam się zamocować moskitierę i rozkładamy śpiwory. Nad ranem jest dość chłodno, ale bardzo przyjemnie. Przed spaniem jakiś samozwańczy pilnowacz oferował swoje usługi, ale powiedziałem (raczej pokazałem), że mam alarm i że sam będę pilnował. Pokazał, że ok, ale rano mogę mieć przebite opony. Trochę mnie to zestresowało, ale pomyślałem, że jak coś będzie nie tak z autem to wiem do kogo atakować. Noc pod gwiazdami zapowiadała się całkiem nieźle. Martwiły tylko toalety połączone z prysznicami, po części bez zamykania i strasznie cuchnące. Po raz kolejny przydał się płyn do płukania ust...&lt;br /&gt;Jutro rano zwiedzamy Djenne, w którym ma się odbywać słynny Targ Poniedziałkowy pod meczetem.&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-8505332878313434724?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/8505332878313434724/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=8505332878313434724' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/8505332878313434724'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/8505332878313434724'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/01/4-stycze-baobaby.html' title='4 styczeń – Baobaby'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWMYLhdUqBI/AAAAAAAAAPM/3uYRuY1xy3c/s72-c/2009.01.04+Baobaby+(12).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-7778152226152423620</id><published>2009-01-04T11:01:00.000+01:00</published><updated>2009-01-04T11:04:13.971+01:00</updated><title type='text'>3 stycznia – stolica Mali, Bamako</title><content type='html'>&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWCJgM9XTOI/AAAAAAAAAOc/aNDOcv5x-u8/s1600-h/2009.01.03+Bamako.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5287377148860386530" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWCJgM9XTOI/AAAAAAAAAOc/aNDOcv5x-u8/s200/2009.01.03+Bamako.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;Dzisiejszy dzień poświęciliśmy na rekonesans stolicy. Początkowo chcieliśmy tutaj wyrabiać wizę do Burkiny Faso, ale że trafiliśmy na długi weekend, musielibyśmy za wiele dni spędzić w Bamako, a że jest możliwość otrzymania wizy na granicy, postanowiliśmy że tak właśnie zrobimy. Odwiedziliśmy dziś zadziwiająco dobre jak na Afrykę Muzeum Narodowe ze zbiorami figur, masek i tkanin z całego Mali. Później udaliśmy się na poszukiwanie polecanego przez przewodnik sklepu z pamiątkami. Trasa wiodła przez lokalne targowisko. Niesamowite zbiorowisko ludzi, hałasu, wszelkiego towaru, samochodów i smrodu. Sprzedawano tam wszystko: używaną odzież, stare beczki po oleju, pataty, banany i cokolwiek sobie można wyobrazić. Tłum ludzi płynął w obydwie strony, starając utorować sobie drogę między minibusami, motorkami oraz samochodami. Trzymaliśmy kurczowo plecak i torbę oraz portfele, bo takie miejsce to raj dla kieszonkowców. Nie robiliśmy żadnych zdjęć, żeby nie przyciągać niepotrzebnego zainteresowania do naszego aparatu ukrytego w torbie, a także w obawie, że fotografowanym ludziom może się to nie podobać, bo bieda wyglądała z każdego kąta. W pewnym momencie weszliśmy w część, w której sprzedawano jakieś warzywa i mięso, a z odpadków bił tak straszny odór, że nawet nam, przyzwyczajonym do dziwnych zapachów, odebrało dech w piersi i na bezdechu przebiegliśmy szybko przez ten odcinek. Koło targu znajdowała się nowa siedziba GM. Firma słabo stoi finansowo, więc w ramach szukania oszczędności zmienia trochę image i przenosi się do tańszych krajów. Tak naprawdę, to Filip się nie zwolnił, tylko dostał transfer tutaj do Bamako, do nowo otwartej siedziby...) Po przejściu przez targowisko szliśmy nadal w kierunku sklepu, którego ani widu ani słychu. Przeszliśmy parę dobrych kilometrów, ale sklepu nie znaleźliśmy. Zastaliśmy tylko mały znak, że sklep został przeniesiony, ale podążając za strzałką nie znaleźliśmy niczego. Jednak spacer nie był stracony, ponieważ udało nam się namierzyć wulkanizatora, który ma maszynę do wyważania kół, z którego usług musimy jutro skorzystać. Po 4 godzinach marszu w upale i słońcu szczęśliwi wróciliśmy do naszego hoteliku, aby wkrótce wyruszyć na kolejny targ, gdzie tym razem sprzedawano pamiątki. Udało nam się zrobić super interes kupując 2 maski, mini drzwiczki drewniane oraz stołeczek pochodzące z różnych plemion malijskich. Filip krzyczał, przekomarzał i godził się z handlującymi Malijczykami, aby osiągnąć naszą cenę, co trwało ponad godzinę, ale finalnie zapłaciliśmy 32E zamiast 110E, których żądali.&lt;br /&gt;Jutro udajemy się do Djenne, gdzie znajduje się słynny na cały świat gliniany meczet. Jeszcze nie wiemy czy jest to trasa na jeden dzień, bo z drogami tutaj różnie bywa. &lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-7778152226152423620?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/7778152226152423620/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=7778152226152423620' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/7778152226152423620'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/7778152226152423620'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/01/3-stycznia-stolica-mali-bamako.html' title='3 stycznia – stolica Mali, Bamako'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SWCJgM9XTOI/AAAAAAAAAOc/aNDOcv5x-u8/s72-c/2009.01.03+Bamako.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-4587804746609631756</id><published>2009-01-03T12:25:00.006+01:00</published><updated>2009-01-03T12:35:48.830+01:00</updated><title type='text'>2 styczeń – Do Bamako</title><content type='html'>&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV9Nd2WEkkI/AAAAAAAAAOU/jC5pFqGSC5A/s1600-h/2008.01.02+Bamako+(3).JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5287029662755885634" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 134px; CURSOR: hand; HEIGHT: 200px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV9Nd2WEkkI/AAAAAAAAAOU/jC5pFqGSC5A/s200/2008.01.02+Bamako+(3).JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5287029134072890338" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV9M_E2OQ-I/AAAAAAAAAOM/LxH4VUYLVqQ/s200/2009.01.02+Trasa+do+Bamako+(5).JPG" border="0" /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV9MxFK--EI/AAAAAAAAAOE/r5x5VGuU3ow/s1600-h/2009.01.02+Trasa+do+Bamako+(3).JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5287028893641799746" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV9MxFK--EI/AAAAAAAAAOE/r5x5VGuU3ow/s200/2009.01.02+Trasa+do+Bamako+(3).JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV9MncMadXI/AAAAAAAAAN8/hAZgF8ZVR4E/s1600-h/2008.01.02+Trasa+do+Bamako+(8).JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5287028728023119218" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 134px; CURSOR: hand; HEIGHT: 200px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV9MncMadXI/AAAAAAAAAN8/hAZgF8ZVR4E/s200/2008.01.02+Trasa+do+Bamako+(8).JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; &lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV9LlNUiZuI/AAAAAAAAANs/nNikdSeyf2A/s1600-h/2008.01.02+Bamako+(2).JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5287027590159296226" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV9LlNUiZuI/AAAAAAAAANs/nNikdSeyf2A/s200/2008.01.02+Bamako+(2).JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;Rano sprawnie wymieniamy pieniądze po mało atrakcyjnym kursie (dziś banki zrobiły sobie długi weekend, więc jesteśmy na łasce lokalnych 'wymieniaczy'). Wykupujemy też 2-miesięczne ubezpieczenie dla samochodu, jest ponoć ważne we wszystkich krajach ECOWAS (wolne tłumaczenie: Ekonomiczna Wspólnota Afryki Zachodniej), czyli powinno nam wystarczyć do końca podróży. Udajemy się też z powrotem do celników w celu wyrobienia Laissez Faire Touristique, które to pozwolenie umożliwi nam poruszanie się po terytorium Mali samochodem. Jest to chyba jakaś nowość, bo ani w przewodniku ani w relacjach, które mamy (początek 2007), nikt o takim dokumencie nie wspomina. Ale nie jest to żaden wymysł żądnych łapówek urzędników granicznych, bo mają wszelkie druki, wystawiają kwitek, więc widać wprowadzili jakiś nowy sposób zarabiania na zmotoryzowanych turystach.&lt;br /&gt;Teraz trochę o kraju. Mali ma jeszcze większą powierzchnię niż Mauretania, 1,2mln km2, z czego 60% to pustynia. Mieszka tutaj ok.10,5 mln ludzi. PKB per capita – 850 USD. Mali jest 3 producentem złota w Afryce. Głównym wyznaniem jest islam – ok. 80-90%, jest też 2% chrześcijan. Reszta to animiści. Jednak na ulicach nie widać, że to państwo w większości islamskie. Dziewczyny chodzą z odkrytymi głowami, w obcisłych ubraniach. Mimo że etnicznie mieszkańcy są dość zróżnicowani, żyją między sobą bezkonfliktowo. Z jednym wyjątkiem. Są nim Tuaregowie, czyli nomadzi żyjący na Saharze. W obręb granic Mali po uzyskaniu niepodległości w latach 60-tych, została włączona duża część Sahary wraz z jej ludnością, czyli głównie Tuaregami. Krajem rządziły, i nadal rządzą ludy pochodzące z południa kraju, które pamiętają dawne czasy, kiedy to Tuaregowie napadali na ich wioski i brali w niewolę tysiące ludzi. Kolejne rządy po macoszemu traktowały Tuaregów i ich ziemie, co doprowadziło w latach 90-tych do krwawych konfliktów, w wyniku których Mali ogarnęła prawie wojna domowa. Od tego czasu jest mniej więcej spokój, ale niedawno się dowiedzieliśmy, że w połowie grudnia 2008 Tuaregowie zabili 20 żołnierzy na północy kraju, jakieś 160km od Nara. Widzieliśmy dziś wozy opancerzone i żołnierzy z karabinami na pick-upach jadących w tamtym kierunku, więc pewnie nadal coś jest na rzeczy.&lt;br /&gt;Powyżej kilka zdjęć z trasy.&lt;br /&gt;Bamako wita nas trudnościami ze znalezieniem noclegu, najazd turystów do tanich hotelików spowodował, że większość fajnych miejsc jest zajęta. W końcu udaje nam się znaleźć jakieś lokum, w którym, ku naszemu zdziwieniu, mieszka Polak – pan Tadeusz, wykładowca na Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu, który co parę lat bierze roczny urlop i jeździ po świecie. Miał bardzo przykrą przygodę w Mauretanii – chodząc po godzinie 24 w miasteczku Ayoune w poszukiwaniu noclegu został napadnięty i ukradziono mu cały sprzęt (droga kamera, sprzęt do nagrywania dźwięku) oraz pieniądze. Do tego go trochę poturbowano. W planie miał roczną podróż, ale teraz będzie musiał to niestety zweryfikować, tym bardziej, że nagranie filmu o muzyku malijskim, które go tutaj przywiodło będzie niemożliwe. Wieczorem zasiedliśmy razem przy herbacie i piwie (marzenie Filipa o zimnym napoju chmielowym wreszcie się spełniło, recenzja dla zainteresowanych później), a dołączył do nas pewien Malijczyk, który w latach 60-tych przez 3 lata mieszkał w Polsce, ucząc się technologii w cementowni koło Lublina, a przy okazji grając w piłkę nożną w lokalnym klubie piłkarskim Chełmianka. Do dziś pamięta nasz język! Mówił wolno, ale potrafił się dogadać, tylko czasem dorzucając francuskie słówka. Przyniósł na spotkanie zdjęcia i listy, które otrzymywał od swoich polskich kolegów. O naszym kraju ma niesamowicie pozytywne zdanie, spotkał się tam z samą życzliwością. Powiedział, że przestał już pisać do kolegów, bo z pisaniem ma problem i nie wie jak napisać większość słów. Wtedy wpadliśmy na pomysł podarowania mu naszego małego słownika francuskiego, który wzięłam z domu. Pan Somita miał łzy w oczach, kiedy mu wręczałam upominek. Powiedział, że teraz będzie mógł odnowić kontakt ze swoimi dawnymi kolegami. U góry zdjęcie z p. Tadeuszem i p. Somitą podczas naszego spotkania w naszej przyhotelowej 'restauracji'.&lt;br /&gt;Co do języka właśnie – w Mali francuski jest językiem urzędowym, więc większość społeczeństwa nim włada. Ale mówią strasznie niewyraźnie, dodając często jakieś ekstra sylaby (typu 'la' na końcu zdania) i często nie wiadomo nawet, że to nadal francuski język. Mam nadzieję, że się szybko przyzwyczaję do tej śmiesznej wymowy.&lt;br /&gt;A propos piwa. W Mali jest już w zasadzie ogólnodostępne. Mają rożne rodzaje piwa importowanego, więc zacząłem od togijskiego „Flag” (taka sama nazwa jak w Maroku, więc pewne obawy były). Piwo puszkowe, 0.5 litra – 1000CFA (1E=650CFA). Cena dość wysoka, ale zdecydowanie akceptowalna. Togijska Flaga miała niezły smak, aczkolwiek aromat puszki do mnie nie przemawia. Delikatna goryczka przebijała się na pierwszy plan, po pierwszych łykach. Piwo było dobrze schłodzone, 5.2% alkoholu, więc całkiem przyzwoicie. Ogólnie piwo smaczne, ale nie takie, które zapamiętam na dłużej.&lt;br /&gt;Kolejne podejście (uwiecznione zdjęciem) to już Malijskie piwo „Castle”. Jak się okazało, ekstrakt jest tutaj przywożony i piwo jest rozlewane i butelkowane tutaj. Tak więc wygląda na to, że proces fermentacji zachodzi gdzie indziej. Piwo kosztowało również 1 tys CFA, ale za to było butelkowe (na szczęście brązowa butelka, a nie jakaś zielona żaba) i w rozmiarze około 0.6 litra. Piszę około, bo jakoś się im zapomniało napisać mililitrów. Zwalam to na karb tego, ze etykieta była noworoczna z życzeniami na 2009, więc pewnie brakło z tyłu miejsca na pojemność. Piwo było zimne (znów z gwinta, więc o pianie .....), zawartość alkoholu 5.2%. W smaku początkowo całkiem sympatyczne, ale później następował dziwny posmak, który już kiedyś poznałem w piwie nigeryjskim Harp. Nie wiem czym jest to spowodowane, złym myciem butelek czy złym kapslowaniem. W każdym razie gdyby nie ten posmak wrażenia byłyby niezłe. Co do kapsla, to po otworzeniu, butelka była zardzewiała, więc coś z tym myciem i kapslowaniem może być na rzeczy. Nie ma jednak co wybrzydzać, bo Mauretania dała mi w kość i tutaj już jest znacznie lepiej. A dopiero raj czeka w Ghanie:)&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-4587804746609631756?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/4587804746609631756/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=4587804746609631756' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/4587804746609631756'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/4587804746609631756'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/01/2-stycze-do-bamako.html' title='2 styczeń – Do Bamako'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV9Nd2WEkkI/AAAAAAAAAOU/jC5pFqGSC5A/s72-c/2008.01.02+Bamako+(3).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-7987594750130771016</id><published>2009-01-02T19:30:00.003+01:00</published><updated>2009-01-02T19:35:54.297+01:00</updated><title type='text'>1 styczeń – Nowy Rok w trasie</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV5eYEuJCdI/AAAAAAAAANk/EjkKOkvaj9Y/s1600-h/2009.01.01+Guma+.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV5eYEuJCdI/AAAAAAAAANk/EjkKOkvaj9Y/s200/2009.01.01+Guma+.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5286766780256684498" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV5eI5DPpNI/AAAAAAAAANc/2VJYknk7ldg/s1600-h/2009.01.01+Guma++%283%29.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV5eI5DPpNI/AAAAAAAAANc/2VJYknk7ldg/s200/2009.01.01+Guma++%283%29.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5286766519425934546" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV5d5bhqfWI/AAAAAAAAANU/2WV4RowJxvM/s1600-h/2009.01.01+Trasa+miedzynarodowa+do+Mali+%283%29.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV5d5bhqfWI/AAAAAAAAANU/2WV4RowJxvM/s200/2009.01.01+Trasa+miedzynarodowa+do+Mali+%283%29.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5286766253802421602" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;Plan na dziś mamy ambitny: chcemy wydostać się z Oualaty, dojechać do granicy malijskiej oraz dotrzeć do pierwszego malijskiego miasteczka. W sumie jest to niewiele ponad 300km, ale po 'polnych' drogach, więc zabierze z pewnością cały dzień. Trasa powrotna z Oualaty wydała się już bajecznie prosta, choć były momenty, że i Montkowi i nam robiło się gorąco z emocji w głębokich piaskach. W Nemie wydaliśmy ostatnie ugija na dotankowanie i zjechawszy z asfaltowej drogi ruszyliśmy na południe do Mali. Trasa przebiega przez półpustynię, trochę przez pagórki. Jest to droga gruntowa, mocno wyjeżdżona przez samochody. Obok biegnie kilka konkurencyjnych ścieżek, o których, nauczeni wcześniejszym doświadczeniem, wiedzieliśmy, że też biegną w tym samym kierunku, są jedynie 'objazami' drogi głównej, która miała albo wielkie koleiny albo tarkę, więc tez korzystaliśmy z nich, żeby oszczędzić Montka i siebie. Jedziemy sobie spokojnie, a tu nagle słyszę krótki gwizd. Po kilku sekundach mówię Filipowi, żeby się zatrzymał i sprawdził czy nie złapaliśmy gumy. Niestety tak. Jakiś wstrętny kamień rozpruł na min. &lt;st1:metricconverter productid="10 cm" st="on"&gt;10 cm&lt;/st1:metricconverter&gt; z boku oponę, która nadaje się już tylko do wyrzucenia. Jak dobrze, że mamy w zapasie 4 sztuki! Przystępujemy do wymiany. Znaczy Filip przystępuje, a ja jako asystent jestem od podawania kluczy, kamieni i czego bądź. Wymiana opony o średnicy ok. &lt;st1:metricconverter productid="80 cm" st="on"&gt;80 cm&lt;/st1:metricconverter&gt; nie należy do najłatwiejszych. Po pierwsze miejsca, w których można podstawić lewarek są dziwnie ulokowane, z trudnym dostępem. Po drugie, samochód trzeba bardzo wysoko podnieść. Lewarek, który mamy w samochodzie był wypróbowany w Polsce tylko na sucho, więc nie wiemy jak zadziała w praktyce. Dodatkowo gdzieś zapodziało się pokrętło do lewarka, więc trzeba będzie używać klucza. Po dwóch podejściach okazało się jednak, że lewarek nie jest wstanie wystarczająco podnieść samochodu. Trzeba znaleźć inne miejsce podłożenia go. Jedyne odpowiednie, jakie Filip znajduje, mieści się w głębi samochodu, zaraz za kołem. Chwilę wcześniej próbowaliśmy zdjąć poluzowane już koło, ale okazało się, że jest zbyt przygniecione ciągle ciężarem samochodu, niestety włożyć się go z powrotem nie udało. Żeby spuścić lewarek i przenieść go w nowe miejsce musimy jakoś unieruchomić na obecnej wysokości samochód. Gumę złapaliśmy przez kamień, teraz jego pobratymcy muszą nam posłużyć pomocą. Znajdujemy kilka dużych płaskich kamieni, z których robimy piramidki w dwóch miejscach, żeby móc wyciągnąć lewarek. Zaczyna się najbardziej ryzykowna część operacji: Filip musi podłożyć lewarek w nowym miejscu, a w tym celu musi wejść pod auto, i to w miejscu, które trzyma się z jednej strony tylko na kamieniach (typowo afrykańskie standardy, widać, że szybko się asymilujemy). Na szczęście udaje się sprawnie podłożyć lewarek i podnieść go na tyle, żeby ciężar samochodu przeszedł z niepewnych kamieni na niego. Teraz już pozostaje tylko dźwiganie samochodu, by po około 15 minutach kręcenia wywindować go do upragnionej pozycji. Zakładamy nowe koło, zbieramy narzędzia i można ruszyć dalej. Cała operacja zabrała nam 1,5 godziny. Mauretańczycy przejeżdżający obok nas zawsze się zatrzymywali pytając czy nie potrzeba nam pomocy. Sympatyczni ludzie. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;Docieramy w końcu do ostatniego miasteczka w Mauretanii – Adel Bagrou. Tam odprawa celna (gliniana chata, na środku pseudo biurko, ściany brudne, na biurku gruba warstwa kurzu). Szkoda że w takich miejscach nie można robić zdjęć. Znalezienie tego przybytku też nie było łatwe, nie jest on w żaden sposób oznaczony. Musieliśmy się posłużyć pomocą policjanta, który gniotąc się ze mną na przednim siedzeniu (tył mamy cały zawalony rzeczami) podjechał z nami do odprawy. Co dziwniejsze, pieczątkę wyjazdową dostał tylko Montek, którego przy wjeździe do Mauretanii wbili Filipowi w paszport. Nam żadnych pieczątek wyjazdowych nie dano. Dowiadujemy się, że odprawę po stronie malijskiej robi się 50km dalej, w pierwszym większym miasteczku Mali - Nara. Mimo że jest już 17:45 decydujemy się na dalszą drogę, żeby dotrzeć do Nara. Całkowita ciemność zapada tutaj o 18:30, więc tylko część drogi uda nam się pokonać za dnia. Nigdy wcześniej nie próbowaliśmy jazdy po bezdrożach po ciemku... Ale mimo obaw, nie tracimy głównego szlaku i po 2 godzinach docieramy do Nara. Na posterunku policji, bez oglądania czy mamy wizę czy nie, a która jest obowiązkowa, wbijają nam pieczątki wjazdowe. Informują nas też, że trzeba jeszcze pojechać do stanowiska celników. Trafiwszy tam dowiadujemy, że dziś już nie pracują, mamy przyjechać następnego dnia. I tak nie planowaliśmy już dziś kontynuować podróży w stronę Bamako, więc nie sprawia nam ta informacja żadnego problemu. Kolejne wyzwanie – znalezienie noclegu. Miasteczko jest malutkie, ale znalezienie 'hotelu' po ciemku (parę rachitycznych latarń rzuca pewne światło w okolicach targu, ale to wszystko) nie jest łatwe. Błądzimy tam i z powrotem po głównej ulicy, wchodzę do kilku domostw, żeby zapytać o jakiekolwiek namiary. Zobaczyliśmy w pewnym momencie na niebiesko oświetloną restaurację 'Titanic”. Okazuje się, że właściciel dysponuje pokojem. Pokazuje mi go i nawet ja, przyzwyczajona do spania w przeróżnych dziwnych miejscach o mało się nie pukam w głowę słysząc cenę 11E za ten barłóg. Do tego nie ma wody bieżącej, jest tylko studnia za domem. Wolę spać w samochodzie, za darmo i w lepszych warunkach. W końcu udaje się znaleźć Hotel de Ville, czyli Hotel Miejski. Mają nawet bieżącą wodę, a na tym nam najbardziej zależy, bo jesteśmy pokryci solidną warstwą kurzu. Pokój jest obskórny i niezbyt czysty, dobrze że żarówka daje bardzo mało światła i nie musimy&lt;span style=""&gt;  &lt;/span&gt;się temu dokładnie przyglądać. Są takie momenty w podróżowaniu, że człowiek chciałby się teleportować do czystego, schludnego mieszkanka, z ciepłą wodą, prądem, pełną lodówką (Filip dodaje: i barkiem:). Ale na szczęście kolejny dzień zawsze przynosi nowe, niezapomniane wrażenia i o tych chwilach słabości od razu się zapomina..... A wręcz zapomina się momentalnie po wzięciu chłodnego prysznica:)&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-7987594750130771016?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/7987594750130771016/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=7987594750130771016' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/7987594750130771016'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/7987594750130771016'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/01/1-stycze-nowy-rok-w-trasie.html' title='1 styczeń – Nowy Rok w trasie'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV5eYEuJCdI/AAAAAAAAANk/EjkKOkvaj9Y/s72-c/2009.01.01+Guma+.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-5286265012721422167</id><published>2009-01-02T19:24:00.007+01:00</published><updated>2009-01-02T19:38:20.454+01:00</updated><title type='text'>31 grudnia – Oualata, czyli Sylwester na końcu świata</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV5c6eIFmCI/AAAAAAAAANM/t4l-iZ4IFOQ/s1600-h/2008.12.31+Oualata+%286%29.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV5c6eIFmCI/AAAAAAAAANM/t4l-iZ4IFOQ/s200/2008.12.31+Oualata+%286%29.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5286765172168693794" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV5coOjN8WI/AAAAAAAAANE/b2m0LKswTuE/s1600-h/2008.12.31+Oualata+%2810%29.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV5coOjN8WI/AAAAAAAAANE/b2m0LKswTuE/s200/2008.12.31+Oualata+%2810%29.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5286764858749874530" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV5cbQe2s3I/AAAAAAAAAM8/F_KLTwr2V5M/s1600-h/2008.12.31+Oualata+%2814%29.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV5cbQe2s3I/AAAAAAAAAM8/F_KLTwr2V5M/s200/2008.12.31+Oualata+%2814%29.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5286764635930145650" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV5cObYHjjI/AAAAAAAAAM0/pL7-qGYFaUM/s1600-h/2008.12.31+Oualata+%2831%29.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 134px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV5cObYHjjI/AAAAAAAAAM0/pL7-qGYFaUM/s200/2008.12.31+Oualata+%2831%29.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5286764415516380722" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV5cA75ZUOI/AAAAAAAAAMs/tKkiL9CIaS0/s1600-h/2008.12.31+Sylwester+w+Oualacie+%289%29.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 134px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV5cA75ZUOI/AAAAAAAAAMs/tKkiL9CIaS0/s200/2008.12.31+Sylwester+w+Oualacie+%289%29.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5286764183727722722" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;Wstajemy rano i zaskakuje nas bardzo mocny wiatr. Jako, że wkoło jest pustynia to piach wdziera się wszędzie. Wychodząc z namiotu staramy się biegać zakrywając oczy i usta. Jemy śniadanie, zabieramy nasze napoje z lodówki (nie są idealnie schłodzone – widać lodówka nawet na „4” działa systemem afrykańskim, czyli robi sobie przerwy na ...pracę). Jedziemy jeszcze na komisariat dopełnić formalności (to ostatnie miasto przed granicą z Mali) gdzie jesteśmy dokładnie spisani, co wydaje się trwać wiecznie. Policjanci twierdzą, że jak mamy auto 4x4 to droga jest ok. No to ruszamy po raz kolejny na podbój pustyni. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;  &lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;Sam wyjazd z „miasta” nie jest łatwy, ale po kilkukrotnym pytaniu o drogę wydostajemy się na piaskową szosę. Droga wydaje się prosta i całkiem czytelna, pytamy jeszcze kilka razy i wszystko jest ok. Droga rozwidla się kilka razy, my trzymamy się prawej, jak zostaliśmy poinstruowani. Chyba będzie bułka z masłem tym razem. Widzimy jak trzech lokalnych majstruje coś przy studni, więc postanawiamy potwierdzić kierunek na Oualatę i......jak to? Nie ta droga, oni chyba żartują! Nasi Mauretańczycy są jednak pewni i pokazują w zupełnie innym kierunku mówiąc, że ta „nasza” droga wiedzie do zupełnie innej wiochy. Cholera, co robić, może jednak mają rację. Przypominamy sobie, że po drodze było takie większe rozwidlenie. Wracamy tą samą drogą, ale jakoś rozwidlenia nie widać. Na szczęście jest pick-up jadący z przeciwnej strony. Po krótkiej rozmowie kierowca upewnia nas, że mamy się trzymać najbardziej wyjeżdżonej, „głównej” drogi. Wracamy więc na szlak wkurzeni na wcześniejszych Mauretańczyków, którzy zawrócili nas z dobrej drogi. Już obmyślamy plan zemsty, kiedy nagle dojeżdżamy do rozwidlenia, którego przed chwilą nie umieliśmy znaleźć. A jednak zbyt wcześnie osądziliśmy trzech panów spotkanych wcześniej. Droga jest całkiem przyjemna, czasami tylko spore koleiny i nawet nasz prześwit okazuje się za mały i trzemy podwoziem o grunt. Tutaj pustynia jest porośnięta trawą i jedziemy zupełnie spokojnie. Wizja zakopania się tutaj jest raczej mało realna. Po drodze spotykamy kolejne samochody (z turystami nawet) i potwierdzamy kierunek na Oualatę. Cały czas się zastanawiamy jak ludzie z relacji, którą posiadamy mogli się tutaj zgubić. Droga może trochę bardziej wymagająca niż Nowy Świat na Halembie przed remontem:). Ma być 110km, ale trochę pobłądziliśmy na początku, więc pewnie będzie koło 125km. Jaki tu spokój lalalala, nic się nie dzieje lalala.....&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;Dość twarda droga, zaczyna się pomału przekształcać w piasek, Ala sugeruje włączenie napędu na 4 koła. No i się ku..a zaczęło! Piach coraz głębszy i zaczyna się jazda jaką już bardzo dobrze znamy. Jedziemy cały czas na klimie, ale piach i kurz wdzierają się pomimo tego do środka. W ustach mam cierpki smak kurzu z naszej drogi (przykry smak, prawie tak samo kiepski jak metaliczny smak na tomografii komputerowej, po której prawie zemdlałem, ale tutaj nie mogę sobie pozwolić na taki luksus, choć omdlenie bym przyjął z wielką ulgą). Montek zaczyna się dławić na drugim biegu, zaczyna też wydawać coraz dziwniejsze dźwięki, temperatura rośnie. Wyłączamy klimę i jedziemy dalej. Tym razem przegięliśmy, pewnie się zaraz zakopiemy i taki będzie koniec sylwestrowej wyprawy. Czy my nie możemy jakoś tak normalniej funkcjonować, a nie od ekscesu do ekscesu! Mieliśmy przecież jechać prosto do Mali. Tam mają już piwo i pewnie wszystko jest łatwiejsze:) No nic, jedziemy dalej, ale nie jest dobrze. Oczywiście są kozy i kamele, ale żadnego wypasacza! Jasne, jak potrzeba, to nie ma się kogo zapytać! Droga niby dość czytelna, ale zaczyna&lt;span style=""&gt;  &lt;/span&gt;prowadzić na coraz głębszy piach. Znów pakujemy się w niezły kanał, a ja już naprawdę mam tego serdecznie dość. Albercik, a miało być tak pięknie, telewizja, radio, wywiady... Praktycznie się nie odzywamy do siebie, tylko wspólnie wydajemy jęki na kolejnych podskokach na muldach (a wolniej nie mogę jechać, bo się zatrzymamy i wiadomo co będzie) oraz odgłosy ulgi, kiedy uda się nam resztkami mocy wyrwać z głębokiego piachu! No panie, aleśmy sobie sylwestra zafundowali. Jeździmy po pustyni w prawie 40 stopniowym upale, bez żywej duszy na horyzoncie, nie wiemy nawet czy to dobry kierunek (kompas niby pokazuje dobry, ale to nie jest żaden wyznacznik w takich sytuacjach), zaraz się zakopiemy na dobre – i to się ma nazywać Wielkie Wakacje, podróż życia, aha to ja dziękuję. Nie wstanę, tak będę siedział! A najlepsze jest to, że my jeszcze za takie „przyjemności” płacimy kupę szmalu! Czyste wariactwo! Jeszcze 30 minut temu myślałem, że ta relacja będzie nudna i pewnie się zawiedziecie łatwością dojazdu! No tak, myślał indyk o niedzieli.......&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;W pewnym momencie wjeżdżamy na coś twardszego, więc możemy się zatrzymać. Jestem wściekły i stwierdzam: „Na 99% jedziemy w złym kierunku. Już ponad 120km i nic nie widać. To jest niemożliwe. Gdzie ta pieprzona Oualata??”. Na horyzoncie widzimy wieżę telefoniczną, ciężko stwierdzić, czy jest za czy przed górami. Skoro jest wieża to musi być osada (niby logiczne, ale tutaj ten dział matematyki/statystyki stanowczo się nie sprawdza), w sumie to nic nie musi. No dobra ok, ostatnia szansa, jedziemy do wieży i jak nic nie będzie to wracamy. Montek ciężko brnie przez coraz bardziej kopne piaski, coś zaczyna coraz bardziej piszczeć. Piach dostał się już wszędzie, więc nie ma się co dziwić. Jedziemy dalej, a ja coraz bardziej kurczowo trzymam kierownicę. Tutaj się nawet nie da zawrócić. No nie, na dodatek są jakieś wydmy, jasny szlag! Nie lubić, nie lubić. Rozpędzamy bestię i wdrapujemy się na górę. Na szczęście nie ma już więcej wydm a na horyzoncie kamele i kozy. Jedziemy dalej, piach dość konkretny, ale widać już wieżę całkiem blisko, a oprócz tego majaczy chyba jakiś domek, czy namiot! Dodaję gazu, adrenalina uderza konkretnie. Coraz więcej śmieci koło drogi, tu coś musi być. Tak, to zdecydowanie jest domek i nawet jacyś ludzie. Tutaj cytat o bocianie znów bardzo przydatny. Na płocie domku napis WALATA!!! Jak dla mnie może być nawet sralata (Oulata, Walata, czy to ważne)! Dojechaliśmy. Sahara - Montek Team 0:2, a bramki na wyjeździe liczą się podwójnie:)&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;Osada rzeczywiście całkiem urokliwa. Założona została w XIII wieku i była ostatnią oazą dla karawan jadących w stronę Timbuktu w Mali. Domy zbudowane z kamienia i gliny mają fantastyczny ceglasty odcień, a uroku dopełniają wzory malowane przy drzwiach i oknach, zarówno na zewnątrz jak i wewnątrz domostw. Po przyjeździe dekujemy się w oberży, wyciągamy plecaki i worek ze schłodzonymi napojami z rozpalonego Montka i szturmujemy na miasto. Oczywiście trzeba najpierw dobić targu. Ala dogrywa cenę pokoju na 5 tys. Chłop wołał 10 tys. ale jak zobaczył, że idziemy dalej to spuścił z tonu. Przygotuje nam też kolację wieczorem na godzinę 19 (oczywiście płatną dodatkowo). Będą gołębie faszerowane daktylami, wołowina z warzywami i kuskus. Miasto jest małe więc po godzinie obeszliśmy je całe, a na trasie towarzyszy nam grupa dzieciaków. One chyba pierwsze słowo zamiast mama i tata mówią „cadeau”, czyli prezent. Nie jesteśmy zwolennikami dawania prezentów (choć mamy ich sporo w samochodzie, ale chcemy je dawać w innych okolicznościach), jednak widać poprzedni turyści zdążyli już „zepsuć” te dzieci, które automatycznie na białego reagują hasłem: „Madame/Monsieur cadeau”! &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;Wracamy do naszej izdebki, w której na podłodze jest piasek, a ściany zdobią kolorowe malunki. Na dworze jest bardzo ciepło i nasza komnata wydaje się wspaniałą oazą chroniącą przed upałem i natrętnymi dzieciakami. Po odpoczynku znów ruszamy na miasto (zdecydowanie jedziemy jutro dalej, bo tutaj można jajko znieść z nudów). Ala łapie jedno z dzieci i woła: ”you are my cadeau now”. Murzyniątka bardzo zadowolone dają nam po chwili spokój. Wracamy do pokoju. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;Jest jedzenie. Całkiem smaczne, ale dobrze, że ja też nie wziąłem gołąbków, bo z tego to się nie da najeść. Kończymy o 19:35, Ala mówi, żebyśmy już wypili szampana (w końcu w Chinach już po 24), ale ja jestem twardy. Musimy wytrwać przynajmniej do 23 Waszego czasu, czyli naszej 22. Cava całkiem zimna, będzie smakowała jak nigdy......&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;Jak się rzekło, wytrzymaliśmy. Chwilę po 23 otworzyliśmy Cave. Teraz siedzimy, z laptopa leci Baranek Kultu, piękne gwiazdy nad nami. Zupełnie inny ten Sylwester, ale dzięki temu będzie niezapomniany...&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku! &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-5286265012721422167?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/5286265012721422167/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=5286265012721422167' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/5286265012721422167'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/5286265012721422167'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/01/31-grudnia-oualata-czyli-sylwester-na.html' title='31 grudnia – Oualata, czyli Sylwester na końcu świata'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV5c6eIFmCI/AAAAAAAAANM/t4l-iZ4IFOQ/s72-c/2008.12.31+Oualata+%286%29.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-425637239228798675</id><published>2009-01-02T19:17:00.007+01:00</published><updated>2009-01-02T19:40:08.439+01:00</updated><title type='text'>29 i 30 grudnia – Route de l'Espoir</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV5bfYJ28mI/AAAAAAAAAMk/NvneO-rZp24/s1600-h/2008.12.29+Route+de+l%27Espoir.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 134px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV5bfYJ28mI/AAAAAAAAAMk/NvneO-rZp24/s200/2008.12.29+Route+de+l%27Espoir.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5286763607197413986" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV5baeatQRI/AAAAAAAAAMc/LC_OOQX91lc/s1600-h/2008.12.29+Route+de+l%27Espoir+%286%29.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV5baeatQRI/AAAAAAAAAMc/LC_OOQX91lc/s200/2008.12.29+Route+de+l%27Espoir+%286%29.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5286763522979348754" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV5bRhpknTI/AAAAAAAAAMU/bkxrXL1gWL8/s1600-h/2008.12.30+Timbedra+%287%29.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV5bRhpknTI/AAAAAAAAAMU/bkxrXL1gWL8/s200/2008.12.30+Timbedra+%287%29.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5286763369228180786" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV5bBZwtk8I/AAAAAAAAAMM/q1js1rZZOHk/s1600-h/2008.12.30+Timbedra+%283%29.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV5bBZwtk8I/AAAAAAAAAMM/q1js1rZZOHk/s200/2008.12.30+Timbedra+%283%29.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5286763092232737730" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV5azw9HZ2I/AAAAAAAAAME/Jjrjbv9Luio/s1600-h/2008.12.30+Timbedra+%289%29.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV5azw9HZ2I/AAAAAAAAAME/Jjrjbv9Luio/s200/2008.12.30+Timbedra+%289%29.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5286762857940608866" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;Tytułowa Droga Nadziei wiedzie ze stolicy Nawakszut do najdalej wysuniętego na południowy wschód miasta Mauretanii – Nemy. Trasa ma około 1100km.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;  &lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;Rano oczywiście po zsumowaniu budżetu okazuje się, że znów mamy za mało lokalnej kasy, więc żwawo szturmujemy wcześniej wypróbowany bank. No i ZONK! Okazuje się, że banki są zamknięte, a co lepsze będą dopiero otwarte po nowym roku 5 stycznia. Niech to szlag. Jak nie urok, to ....... Zawsze coś musi być. Oczywiście natychmiast atakują nas „zmieniacze” lokalni. Pierwszy kurs wzbudził we mnie atak śmiechu. 310UM (w banku ostatnio dostaliśmy 360UM), Ala informuje zmieniaczy o tym kursie, ale na nich nie robi to wrażenia. Twardo kierujemy się w stronę prywatnych kantorów, a kurs rośnie:) 320, za chwilę wołają za nami 330 no i wreszcie zdesperowani wołają: Monsieur, 335 Ugija! Na drzewo myślimy sobie, idziemy do kantoru, tam już powinni mieć zweryfikowany wyższy kurs Euro. Wpadamy do kantorku, a tam mało sympatyczny gość rzuca 330UM. Jako, że kompletnie nie jest skłonny do negocjacji, wychodzimy od niego, a na dworze czekają już nasi szeryfowie od zmiany. Dobijamy targu, zmieniając 150E, sprawdzamy jeszcze, czy zwitki po 10tys. są rzeczywiście dziesiątkami, oni macają nasze Euro. Oczywiście nie chcą nam wydać końcówki mówiąc, że należy im się prowizja. Ja bez wahania z uśmiechem na ustach wkładam rękę do kieszeni w koszuli jednego z nich i walę po angielsku: ”My friend give me 50E back, my comission!” Gościu w delikatnym szoku patrzy na mnie i jak to Afrykańczyk w takich przypadkach zaczyna się śmiać. 50E zostaje mu w kieszeni, a ja dostaję moją resztę. Nasi nowi koledzy (chyba Ryśki się nazywali, bo wszystkie Ryśki to fajne chłopaki) sugerują, żeby zmienić więcej kasy, bo później kurs będzie gorszy i żeby kupić jak najwięcej benzyny, bo też będzie droższa. Nie do końca słuchamy ich rad (człowiek jednak durny jest) i tankujemy tylko bak+baniaki na 45 litrów. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;So, off we go...Tak więc ruszamy. Droga przez większość czasu ma być asfaltowa i dobrej jakości. Grzejemy Montkiem jak wariaci, osiągamy nawet zawrotną prędkość 120km/h, ale nie za często. W sumie po co kusić los, to jednak Afryka i za chwilę może się skończyć asfalt, bez żadnej informacji. Trasa nudna, typowo jak polski film. Nic się nie dzieje. Po drodze staramy się dotankować paliwa, ale nie jest to wcale takie proste. We wszystkich miasto-wioskach owszem, stacje benzynowe piętrzą się jedna na drugiej i we wszystkich jest gasoil (potocznie znany u nas pod nazwą diesel – jakieś takie durne zwyczaje francuskie tu mają, we Francji diesel to gasole – bzdura jakaś. Cały Świat na dieslu jeździ a Franciki jak zwykle cudują), ale naszej esencji (tutaj nazywa się essence lub normale) to już ani słychu ani widu. Jedziemy dalej na luziku, bo przecież to Afryka więc nie ma się co na zapas przejmować. Tutaj zawsze się znajdzie rozwiązanie, nawet w najgorszej sytuacji. Przed nami jest duże miasto (duże to znaczy, że taka ulica jak widać na jednym ze zdjęć powyżej jest dłuższa i jest na niej więcej sztandów – dla nie Ślonzoków straganów). Dojeżdżamy do Kiffa po zmroku. W bilansie dnia na konto Montka można dopisać, dwa małe ptaszki, kota i niezliczoną ilość owadów, które stają się łupem „nocnego polowania” . Prawie metropolia. Kilka ulic ze sztandami. Luksus panie! Znajdujemy całkiem sympatyczną oberże, gdzie za 3tys. możemy się wyspać w wielkim namiocie z kilkoma lokalusami. Gospodyni widząc nasze białe mordy decyduje się dać nam jednak pokoik. Oczywiście grzecznie dziękujemy i potwierdzamy, że cena zostaje taka sama, bo jak ma być więcej, to my jednak namiocik weźmiemy. Nasza gospodyni mówi, że banki już jutro działają (no cóż łyknęliśmy jak pelikany wczorajsze info, że banki cały tydzień będą zamknięte – 1:0 dla zmieniaczy). Gospodyni obiecuje też, że podzwoni żeby się dowiedzieć gdzie esencję zatankujemy, bo nam się wieczorem na żadnej stacji nie udało jej wypatrzyć. Ruszamy jeszcze na „miasto” w poszukiwaniu netu i żarcia. Z netem się udało z żarciem tak średnio. W sumie wszędzie były wbite na stelaże i rozciągnięte kawałki różnych zwierzaków, ale to jednak nadal było surowe. Niby trochę okurzone, opiaszczone i podsuszone, ale to nawet do mnie nie przemawiało. Widać nie byłem głodny (mieliśmy na drogę kanapki z serkami brie, camembert i szynkami zakupionymi jeszcze w Espania). W „piekarni” kupiliśmy bagietki i po słodkim rogalu, który popchnęliśmy odrdzewiaczem (coca-cola) i poszliśmy spać. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;Rano ruszamy znów w miasto. Trzeba zmienić kasę (coś nam to liczenie budżetu nie wychodzi, chyba mam złe nawyki z pracy, w GM zawsze jakoś się budżet zamykał, nawet jak się nie zamykał). Bank rzeczywiście otwarty, Ala idzie się zapytać o kurs. Zastanawiam się ile wtopiliśmy na wymianie u zmieniaczy, bo w banku pewnie znów będzie 360UM. Ala wychodzi, mina nie tęga, podchodzi do okna, coś chyba jest nie tak! Wsiada do auta i pada magiczna kwota 245UM! Job twoju mać! Co to niby ma być. Rabunek w biały dzień, a na dodatek na komentarz, że w Nawakszut w banku płacą 360, opryskliwy „okienkowy” odesłał nas do Nawakszut. No moi drodzy, bank w Afrika to jednak nadal instytucja. Nie ma, że boli. Oni dyktują warunki! Szturmujemy kolejny, jest lepiej 300. Idziemy do trzeciego. Znów 300, ale zaraz ma być dajrektor i może da więcej (fajnie tak, dyro sobie decyduje: „Fajna biała mordka, dam im &lt;st1:metricconverter productid="310 a" st="on"&gt;310 a&lt;/st1:metricconverter&gt; może &lt;st1:metricconverter productid="315”" st="on"&gt;315”&lt;/st1:metricconverter&gt;). Staje na 310 (a więc jednak zmieniacze do końca nas nie nabrali). Nie jesteśmy zachwyceni, ale to jednak lepiej niż 245. To tak jak ze szklanką, w połowie pełną lub w połowie pustą – zależy jak się spojrzy. Lepiej więc policzmy ile zarobiliśmy w stosunku do kursu 245, niż ile straciliśmy od 335:) Plan w połowie wykonany, ale nadal nie mamy esencji. Montek zaczyna błyskać pomarańczowym dystrybutorem. Rezerwa oznacza jakieś 80km. Mamy jeszcze 40 litrów w bańkach, ale to też nie haj lajf! Objeżdżamy wszystkie stacje, na jednej mają 40 litrów w baniakach, ale rezygnujemy. Jedziemy na stacje przed wjazdem do miasta. Wczoraj w nocy nie wszystkie były otwarte, a ponoć któraś ma mieć esencję. Dupa blada. Miasto jest bez paliwa, króluje diesel. Ja bez piwa, Montek bez paliwa – mam już dość Mauretanii. Policjant sugeruje, że w oberży zaraz za ich posterunkiem jest szpec, co nam paliwo załatwi. Człowiek jeszcze komuny trochę pamięta, więc taki numer to standard. Jedziemy do oberży, ale niestety obwoźnej stacji nie ma. Jeden z chłopaków tam pracujących wybiera numer i daje słuchawkę. Po drugiej stronie gość niezłą angielszczyzną mówi: „No problem I am coming, wait for me 15 minutes.” Pięknie, jest jakiś progres. Typowo po afrykańsku siadamy spokojnie i zaczynamy drzemkę. Auto stawiamy w cieniu i jest luksus. Śpiew ptaków, upał, pełny relaks. Za to kocham Afrykę. Aczkolwiek patrząc na Montka wolałbym mieć pełny bak (po cholerę wczoraj na klimie jechaliśmy, to zawsze kilka litrów). Jeden z chlopców przynosi nam krzesła plastikowe. Siadamy więc wygodnie i dalej drzemka. Mija 45 minut. To Afryka, żadne z nas nie liczyło, że Petrolman będzie tutaj za 15 minut. Po 90 minutach nasza cierpliwość się kończy. Wsiadamy w auto i jedziemy do gościa, który miał 40 litrów w bańkach. Na stacji bierze mnie to kamerlika (tylko bez żadnych podtekstów mi tutaj) i na kalkulatorze wbija cenę 30tys! Coś to do mnie nie dociera, ale kojarzę, ze wczoraj za 100 litrów zapłaciliśmy jakieś 29tys. Pytam go jaka jest cena za litr, a on po kilku kliknięciach na kalkulatorze wyświetla 750!!! Wypadam z kamerlika jak poparzony, drę się w stronę auta, gdzie siedzi Ala: „Debil, nie uwierzysz ile on chce! 750UM za litr (to przy naszej ostatniej wymianie daje 2,5 E za litr), wolę tego Montka sam ciągnąć albo ze 4 osły kupić niech one ciągną. Murzina wycedza jeszcze jakieś 600, ale ja nadal tempem sprinterskim zmierzam do auta i wtedy pada ostateczna kwota 450, co nadal mnie nie przekonuje. Szybka decyzja, dolejemy 45 litrów z baniek i jedziemy do Ayoune. Tam coś musi być (dość już tych podziemnych ciuciubabek). Dojeżdżamy do TinTane – jakieś 80km przed Ayoune. Po drodze nasze plany ulegają zmianie. Mieliśmy jechać do Nemy, a później znów przez pustynię (może lepiej, że się plany zmieniły) do Oualaty. Podobno bardzo malownicza osada na Saharze (droga znów miała być karkołomna i z relacji innych ekip wiemy, że szybko zgubili drogę na pustyni i wracali po śladach na GPS nie dojeżdżając do Oualaty). Teraz chcemy już tylko dojechać do Bamako w Mali. Na tym paliwie raczej niewykonalne, ale mamy nadzieję, że po stronie malijskiej uda się zatankować, choć na na drodze do Bamako same wiochy. Jadę bardzo oszczędnie, takim trybem zrobimy może nawet 500km na tym paliwie. W TinTane pytamy na każdej stacji i nagle Eureka!!!! Jest normal! Aż się wierzyć nie chce. Oczywiście ołowiówka ma większą końcówkę, więc aby nalać trzeba wykorzystać kawałek drutu aby wcisnąć klapkę zabezpieczająca. Lejemy powoli paliwo do baku i jak już jest prawie pełno wyciągamy baniaki. Tankujemy po 25 litrów do każdego z nich. W sumie 125 litrów. Ruszamy w drogę do Ayoune bardzo zadowoleni, że nie skusiliśmy się na paliwo po 750UM wcześniej. Robimy szybką kalkulację (tym razem trochę dokładniej) i okazuje się, że na tym paliwie (nawet jeśli już w Mauretanii nie zatankujemy) możemy jechać do Oualaty i wystarczy nam aż do Bamako. Jako, że droga miała się rozwidlać dopiero w Ayoune decydujemy się kolejny raz na podbój pustyni. Naszym poprzednikom się nie udało, ale ja mam świetnego pilota (lepszego niż GPS), Montek to też twarda bestia, więc może damy radę Inshallah!&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;Reszta drogi mija nam zupełnie spokojnie. W Nemie meldujemy się przed 19. Kupujemy wodę i zakotwiczamy w oberży z namiotami. Właśnie jak to piszę to łażą po mnie jakieś owadziska i strasznie mnie to wkurza. Aha, wykorzystaliśmy jeszcze naszego gospodarza, ma też Boutique, co tutaj oznacza sklep (taki chlyp, pyp, mydło i powidło). A w sklepie jest lodówka. Wpakowaliśmy mu do zamrażalki nasze wody na jutro, oraz kiełbaski i hiszpańską Cava na sylwestra. Cava (czyt. kaba) to hiszpańska odmiana szampana i jak sami Hiszpanie twierdzą dużo lepsza od francuskiej, bo u nich jest więcej słońca i wina są lepsze. Wiadomo w Polsce i tak króluje „ruskoje igristoje” - taki to postkomunistyczny sentyment. Lodówkę miał nastawioną na „1”, co raczej nie za bardzo chłodziło napoje (w sumie jak tutaj jest 40 stopni w ciągu dnia to może i one się chłodne wydają), więc wykorzystałem okazję i podsztalowałem sprzęcicho na „4” jak Ala zagadywała go o mięcie i mam nadzieję, że Cava będzie jutro idealna.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;Tytułowa droga nadziei, stała się dla nas drogą nadziei na paliwo, a jak już mówiłem wcześniej, nadzieja zawsze umiera ostatnia, to znów się udało. Zawsze mówię, że mam dużo szczęścia, choć nie jestem w niedziele rodzony jak mój tata.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoBodyText" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span  lang="PL" style="font-family:Arial;"&gt;Jutro ruszamy znów w pustynię! Oby znów się udało!&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-425637239228798675?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/425637239228798675/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=425637239228798675' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/425637239228798675'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/425637239228798675'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2009/01/29-i-30-grudnia-route-de-lespoir.html' title='29 i 30 grudnia – Route de l&apos;Espoir'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SV5bfYJ28mI/AAAAAAAAAMk/NvneO-rZp24/s72-c/2008.12.29+Route+de+l%27Espoir.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-6868554217347274357</id><published>2008-12-29T21:33:00.002+01:00</published><updated>2008-12-29T21:39:35.451+01:00</updated><title type='text'>29 grudnia W strone Mali</title><content type='html'>Jechalismy dzis caly dzien na wschod Mauretanii, po drodze oprocz wielbladow na szosie, zdechlych krow i oslow, wiele atrakcji nie bylo. Zdjecia dorzucimy juz w Bamako, w Mali. Odezwiemy sie tez prawdopodobnie dopiero stamtad, bo tu juz coraz mniejsze miasteczka i wioski i z netem moze byc problem. W niedziele planujemy dotrzec do stolicy, wiec czekajcie cierpliwie na kolejne opisy przygod, bo takie na pewno beda...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-6868554217347274357?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/6868554217347274357/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=6868554217347274357' title='Komentarze (8)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/6868554217347274357'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/6868554217347274357'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2008/12/29-grudnia-w-strone-mali.html' title='29 grudnia W strone Mali'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><thr:total>8</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-8006348127430713135</id><published>2008-12-28T20:30:00.001+01:00</published><updated>2008-12-28T20:36:37.503+01:00</updated><title type='text'>28 grudnia - Nawakszut reaktywacja</title><content type='html'>Rankiem, po zjedzeniu śniadania (jeszcze zapasy z Polski), dolaliśmy do Montka 40 litrów paliwa, 20 to jeszcze polska benzyna, a 20 z Maroka. Tutaj już niestety nie ma benzyny bezołowiowej, więc lejemy ołowiówkę, która na dodatek jest bardzo marnej jakości: pewnie część z Was pamięta zielone paliwo z lat 80-tych, które miało całe 76 oktanów. Tutaj paliwo chyba nie jest wiele mocniejsze, gdyż zawory w Montku zaczęły grać lepiej niż filharmonia śląska i częstotliwość zmiany biegów zaczęła być nużąca. Mamy wielką nadzieję, że w Mali polepszy się jakość benzyny, która ma być niestety droższa niż tutaj.&lt;br /&gt;Jesteśmy z powrotem w Nawakszut, w naszym fajnym hosteliku z WiFi. Jutro rano jedziemy w stronę granicy z Mali, ale mamy do pokonania ponad 1000km, więc pewnie sama droga zajmie nam ze 2 dni, co zresztą potwierdza przewodnik. Przed granicą chcemy jeszcze odwiedzić jedną oazę na Saharze. Najprawdopodobniej koło czwartku przekroczymy granicę z Mali.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-8006348127430713135?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/8006348127430713135/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=8006348127430713135' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/8006348127430713135'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/8006348127430713135'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2008/12/28-grudnia-nawakszut-reaktywacja.html' title='28 grudnia - Nawakszut reaktywacja'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-8327684095037192341</id><published>2008-12-28T18:57:00.005+01:00</published><updated>2008-12-28T19:12:14.823+01:00</updated><title type='text'>27 grudnia – Camel Trophy</title><content type='html'>&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVfARQ4kEUI/AAAAAAAAAL8/R70jDRTSkTM/s1600-h/2008.12.27+Camel+trip+(2).JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5284904090565087554" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVfARQ4kEUI/AAAAAAAAAL8/R70jDRTSkTM/s200/2008.12.27+Camel+trip+(2).JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; &lt;div&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5284903767418168802" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVe_-dEVZeI/AAAAAAAAAL0/RPJRvNWrAYY/s200/2008.12.27+Camel+trip+(6).JPG" border="0" /&gt; &lt;div&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5284903312754480450" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVe_j_UEFUI/AAAAAAAAALs/CjiK4FKBnDw/s200/2008.12.27+Camel+trip+(9).JPG" border="0" /&gt; &lt;div&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVe_UumNcjI/AAAAAAAAALk/ajz4INNeAwU/s1600-h/2008.12.27+Camel+trip+(22).JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5284903050569151026" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVe_UumNcjI/AAAAAAAAALk/ajz4INNeAwU/s200/2008.12.27+Camel+trip+(22).JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5284902432598913570" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVe-wwen8iI/AAAAAAAAALc/4rKboZNUhI4/s200/2008.12.27+Oaza+Legueilla+(4).JPG" border="0" /&gt; &lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVe-b4iAK5I/AAAAAAAAALU/MrpLz6kIYdI/s1600-h/2008.12.27+Oaza+Legueilla+(12).JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5284902073983314834" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVe-b4iAK5I/AAAAAAAAALU/MrpLz6kIYdI/s200/2008.12.27+Oaza+Legueilla+(12).JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Rano obudziły nas muchy, które bzyczały tak, że umarły by się z tego obudził. Na śniadanie Ahmed poczęstował nas makaronem z sardynkami i kawą z mlekiem. O 8 ruszyliśmy na pieszy podbój Sahary. Szły z nami 2 wielbłądy, ale jeden nieosiodłany, taka rezerwa, gdyby pierwszy się za bardzo zmęczył. Wielbłądy prowadził ich przewodnik, a z nami szli Ahmed i jego brat. Na pustyni zasada jest taka, że wielbłądy są od noszenia bagażu, a ludzie idą obok nich, ale że my bagażu nie mieliśmy, mogliśmy też na nie wsiadać.&lt;br /&gt;Jako że dzień wcześniej przyleciał długo oczekiwany samolot z turystami francuskimi, o tej samej porze co my wyruszyło kilka dużych grup, na szczęście po krótkim czasie rozeszliśmy się w różnych kierunkach. Po 3 godzinach marszu (12-15 km, w zależności od obranej trasy) dotarliśmy do oazy. Bardzo malowniczo położona pomiędzy wydmami. Jak przystało na oazę – obfituje w wodę. Studnię wystarczy wykopać tam na głębokość 4m, żeby dotrzeć do źródła wody, a na przykład w Chinguetti często 30m głębokości nie wystarcza, żeby dokopać się do wody. Wysokie palmy daktylowe dają dużo cienia i jest pod nimi naprawdę chłodno. Co do chłodu – teraz jest najzimniejszy czas w Mauretanii, o czym już pisaliśmy, i rdzennym mieszkańcom pustyni jest teraz zimno, pomimo 30-35 stopni w ciągu dnia. Nasi przewodnicy byli poubierani następująco: 2x t-shirt, na to bluza, a na to jeszcze wiatrówka. Na głowie obowiązkowy turban. I w ogóle się nie rozbierali w czasie marszu, mimo że było gorąco (dla nas). Z kolei my dla ochłody skorzystaliśmy z dobrodziejstwa oazy i basenu, który tam był. Gliniana wanna ok. 2x3m wypełniona wodą. Na dnie piasek. Nie była to krystalicznie czysta woda, ale ważne, że zimna, więc nie wybrzydzaliśmy i wskoczyliśmy do środka. Po godzinnym ochładzaniu się, Ahmed zaserwował obiad: taki sam jak śniadanie, czyli makaron z sardynkami i odrobiną pomidora bodajże. Około 15 udaliśmy się w drogę powrotną. Tym razem chcieliśmy już wykorzystać wielbłądy w większym zakresie, bo w tamtą stronę, tylko na ostatnim odcinku wsiadłam na chwilę. W tym przypadku jazda była dość przyjemna (dużo wygodniejsze siodło niż na pustyni Thar w Indiach), o ile wielbłąd nie stroi fochów i nie próbuje siadać, bo gdyby się w tym momencie nie trzymać siodła, można się nieźle poturbować.&lt;br /&gt;Po trzech godzinach marszu dotarliśmy z powrotem do Chinguetti. Ahmed zapraszał nas ponownie na nocleg do siebie i na kolację do Aishy, ale podziękowaliśmy serdecznie, bo po pierwsze, chcieliśmy wziąć prysznic, a po drugie w końcu coś dobrego zjeść. Nasz znajomy Corrado z Włoch już wcześniej polecił nam oberżę, w której on mieszkał, do tego za przystępną cenę, tam też się udaliśmy. Właściciel Abdu serwował również posiłki, a że Corrado je polecał, skusiliśmy się także na kolację. I to był dobry wybór. Ksour, kuskus z rodzynkami, gulasz z kurczaka świetnie doprawiony. Po pustynnej wędrówce było to bardzo dobre ukoronowanie dnia. Po deserze dołączyła do nas 17-letnia żona Abdu, Nana, z półroczną córką. Abdu kupił Nanę za 1 wielbłąda jak miała 15 lat. Przy 'zakupie' podpisał z rodziną kontrakt, że nie weźmie sobie kolejnej żony, mimo, że zezwala mu na to religia. Ale Abdu to Casanova z Chinguetti (bez kilku zębów na przedzie, wzrost 155cm) i wymyślił sobie plan, że najpierw będzie miał 3-4 dzieci z obecną żoną, a potem pojmie następną, też oczywiście 15-16 latkę. Już tłumaczę w czym tkwi sedno sprawy. W Mauretanii i kobieta i mężczyzna może się rozwieść ze współmałżonkiem, ale robią to tylko kobiety, które mają maksymalnie dwoje dzieci. Jeżeli ma już więcej niż dwójkę, nie zrobi tego, ponieważ nie ma już żadnych szans na ponowne zamążpójście, rodzina też nie będzie chciała jej przyjąć z taką gromadką, a ona sama na siebie i dzieci nie zapracuje, bo tylko nikły procent kobiet tutaj wykonuje pracę zawodową. Więc Abdu ma taki właśnie plan: jak obecna żona będzie miała już 3-4 dzieci, to kontrakt, który podpisał z jej rodzicami oficjalnie złamie, pojmując kolejną żonę, a Nana się nie będzie mogła temu sprzeciwić, bo nie będzie miała jak utrzymać dzieci.&lt;br /&gt;Takie spotkania są szalenie interesujące, bo w ten sposób można się dowiedzieć prawdziwych historii ludzi, którzy tutaj żyją. Abdu, mimo że posiada 2 oberże i kilka domów, wcale nie jest zamożnym człowiekiem, bo jest niestety jedynym synem w swojej rodzinie, więc na nim spoczywa utrzymanie rodziców i pozostałych niezamężnych sióstr. Zaczęliśmy Abdu i Nanie pokazywać zdjęcia, które mamy na laptopie z naszego mieszkania, urodzin, wesel itp., żeby im też przybliżyć trochę naszą odmienną kulturę. Oglądanie zdjęć skończyło się na tym, że Abdu chciał kupić większość naszych koleżanek na kolejne żony (maksymalna kwota sięgnęła nawet 200 wielbłądów za Karolinę:). Nana nie pozostała mężowi dłużna i chciała w pakiecie kupić Michała i Mikusia za 40 wielbłądów. A jak zobaczyła tors Mikusia, to aż piszczała z uciechy:)&lt;br /&gt;Nasz wesoły wieczór zakończył się późno, ale takich chwil nie warto skracać, bo pozostawiają niezapomniane wrażenia. Jutro z samego rana ruszamy z powrotem do Nawakszut.&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-8327684095037192341?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/8327684095037192341/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=8327684095037192341' title='Komentarze (8)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/8327684095037192341'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/8327684095037192341'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2008/12/27-grudnia-camel-trophy.html' title='27 grudnia – Camel Trophy'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVfARQ4kEUI/AAAAAAAAAL8/R70jDRTSkTM/s72-c/2008.12.27+Camel+trip+(2).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>8</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-3660105252715764542</id><published>2008-12-28T18:42:00.003+01:00</published><updated>2008-12-28T18:56:54.325+01:00</updated><title type='text'>26 grudnia – Ouadane</title><content type='html'>&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVe9fxwfMcI/AAAAAAAAALM/tnLE7MykgIY/s1600-h/2008.12.26+Ouadane+(24).JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5284901041372869058" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVe9fxwfMcI/AAAAAAAAALM/tnLE7MykgIY/s200/2008.12.26+Ouadane+(24).JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; &lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5284899504711585842" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVe8GVP40DI/AAAAAAAAAK8/t6jzzLH_V6M/s200/2008.12.26+Ouadane+(21).JPG" border="0" /&gt; &lt;div&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVe7Y6JITUI/AAAAAAAAAK0/Fqjh1M9j2kI/s1600-h/2008.12.26+Tin++Labbe+(4).JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5284898724341370178" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVe7Y6JITUI/AAAAAAAAAK0/Fqjh1M9j2kI/s200/2008.12.26+Tin++Labbe+(4).JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;Pojechaliśmy dziś do oddalonego o 140km od Chinguetti miasteczka Ouadane. Droga była okropna, po garbach na drodze nie dało się po prostu jechać. Często zjeżdżaliśmy na bok, widząc ślady innych samochodów, które też próbowały omijać ten koszmar, żeby im się auta nie rozleciały. Dobrze, że dzień wcześniej przymocowaliśmy drutami kratę wlotu powietrza z przodu samochodu, która nam się trochę już obluzowała, bo na pewno by na tej drodze odpadła. A i tak puścił nam jakiś spaw w tłumiku albo dziurę zrobiliśmy o jakiś kamień, bo Montek wydaje dźwięki jak po home tuningu.&lt;br /&gt;Miasteczko Ouadane to kolejna oaza. Została założona w XII wieku przez Berberów i przez wiele wieków stanowiła ważny punkt tranzytowy dla karawan przewożących złoto, sól i daktyle. Do dziś zachowały się bardzo malownicze ruiny starego miasta. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na mały obiad w przydrożnej restauracji. Zaserwowali nam lokalny przysmak: ksour – naleśnik na słono, zrobiony z ciemnej mąki, podawany z gulaszem warzywno-mięsnym. Bardzo pyszna potrawa. Jeszcze chyba tego nie pisaliśmy, ale w tej części świata (jak i zresztą w Azji), ziemniak traktowany jest jako zwykłe warzywo, na równi z marchewką czy kapustą, tak więc występuje jako składnik wszelkich warzywnych mieszanek. Te z kolei je się z ryżem, chlebem czy innymi tzw. 'zapychaczami', ale ziemniak w tej roli nie występuje.&lt;br /&gt;Niestety do Chinguetti musieliśmy wracać tą samą koszmarną drogą, chyba że zdecydowalibyśmy się na wzięcie przewodnika, który by nam wskazał drogę przez pustynię, ale po przygodach w parku mamy na razie dość jeżdżenia po piasku.&lt;br /&gt;Wieczór spędziliśmy znów u Aishy, jedząc tym razem tagine z kozy. Jednak części kozy, które zostały użyte do przygotowania potrawy odbiegają od tego, co jestem w stanie przełknąć i na Filipa talerzu wylądowały jelita, ogon i inne dziwne kawałki kozy. Filip dzielnie poradził sobie z jedzeniem i pokazał zadowolonej gospodyni pusty talerz. Jak do tej pory, to było nasze najgorsze jedzenie. W kolacji uczestniczyli też dwaj Amerykanie, podróżujący po świecie od 10 miesięcy. Dali nam kilka cennych rad dotyczących Mali, skąd właśnie przyjechali.&lt;br /&gt;Na nocleg zostaliśmy zaproszeni do Ahmeda, z którym jutro mamy się udać na wycieczkę po pustyni na wielbłądach, do oazy, gdzie podobno jest basen!&lt;br /&gt;Domostwo Ahmeda okazało się bardzo tradycyjne – układ podobny jak u Aishy. Spaliśmy w dużym pokoju, chyba gościnnym, gdzie czuło się mocno zapach kóz, a much latało setki. Wychodek, gdzie mieliśmy się też myć, odstraszył nas od wszelkich ablucji i zadowoliliśmy się wilgotnymi chusteczkami dla niemowląt, których na szczęście wielką paczkę wzięliśmy z domu.&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-3660105252715764542?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/3660105252715764542/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=3660105252715764542' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/3660105252715764542'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/3660105252715764542'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2008/12/26-grudnia-ouadane.html' title='26 grudnia – Ouadane'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVe9fxwfMcI/AAAAAAAAALM/tnLE7MykgIY/s72-c/2008.12.26+Ouadane+(24).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-5176168872536013052</id><published>2008-12-28T18:02:00.006+01:00</published><updated>2008-12-28T19:10:04.359+01:00</updated><title type='text'>25 grudnia - Chinguetti</title><content type='html'>&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVe5t_HXycI/AAAAAAAAAKs/A2yiFqOeDyE/s1600-h/2008.12.25+Trasa+do+Chinguetti+(11).JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5284896887430171074" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVe5t_HXycI/AAAAAAAAAKs/A2yiFqOeDyE/s200/2008.12.25+Trasa+do+Chinguetti+(11).JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; &lt;div&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVe5aE7CFmI/AAAAAAAAAKk/vITpaUQcgAY/s1600-h/2008.12.25a+Chinguetti+(12).JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5284896545391646306" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVe5aE7CFmI/AAAAAAAAAKk/vITpaUQcgAY/s200/2008.12.25a+Chinguetti+(12).JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; &lt;div&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVe4RY0ePrI/AAAAAAAAAKc/2VewbQJ7v18/s1600-h/2008.12.25b+Wieczor+u+Ahmeda+(6).JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5284895296602390194" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVe4RY0ePrI/AAAAAAAAAKc/2VewbQJ7v18/s200/2008.12.25b+Wieczor+u+Ahmeda+(6).JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;  &lt;div&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVe37v1vavI/AAAAAAAAAKU/H3o3YjbdqhE/s1600-h/2008.12.25b+Wieczor+u+Ahmeda+(14).JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5284894924824603378" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVe37v1vavI/AAAAAAAAAKU/H3o3YjbdqhE/s200/2008.12.25b+Wieczor+u+Ahmeda+(14).JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; &lt;div&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVe1B0XYeSI/AAAAAAAAAKM/n1Rp9Z2iySw/s1600-h/2008.12.25b+Wieczor+u+Ahmeda+(16).JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5284891730583779618" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 134px; CURSOR: hand; HEIGHT: 200px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVe1B0XYeSI/AAAAAAAAAKM/n1Rp9Z2iySw/s200/2008.12.25b+Wieczor+u+Ahmeda+(16).JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;Rankiem opuściliśmy Nawakszut w kierunku północnym na płaskowyż Adrar. Czytając relacje innych wypraw, które odbyły się na tych terenach, to właśnie tam najwięcej samochodów miało problemy z przegrzewaniem się. W porze gorącej temperatury przekraczają 50 stopni w cieniu. Na szczęście my jesteśmy w Mauretanii w najchłodniejszym okresie i na płaskowyżu Adrar temperatury spadają tylko do 35 stopni, a w nocy nawet do 20. Tak więc Montek nie miał problemów z wysoką temperaturą i dzięki temu dotarliśmy sprawnie do celu. Jedyną niedogodnością była sama droga, która za miejscowością Atar z asfaltowej przechodzi w szutrowo-żwirowo-laterytową, a jej główną cechę stanowi tzw. tarka w poprzek drogi, co czyni jazdę uciążliwą dla pasażerów i zabójczą dla zawieszenia samochodu. Na dość krótkim odcinku droga jest pokryta asfaltem (wspina się mocno w górę) – i tu ciekawostka: zrobili ją Chińczycy w zamian za prawo połowu ryb w Mauretanii.&lt;br /&gt;Do miasta docelowego, którym jest Chinguetti dotarliśmy po 7 godzinach jazdy. Ta miejscowość swego czasu stanowiła perłę tej ziemi, będąc VII najważniejszym miastem islamu, gdzie mieściło się 25 szkół koranicznych oraz 12 meczetów, a każda karawana (niektóre liczące nawet do 30 000 wielbłądów) zatrzymywała się w tej oazie. Miasto słynie też z kilku bibliotek przechowujących stare islamskie inkunabuły. W okresie prosperity żyło tam 20 000 mieszkańców. Dziś pozostało już tylko 1500 osób, które żyją głównie z turystyki. Niestety ta ostatnia od zeszłego roku mocno podupadła. Do 2007 z Francji były regularne tanie loty do Ataru (80km dalej) i stamtąd Francuzi tłumnie jeździli na zorganizowane wycieczki do Chinguetti i innych pobliskich osad. Jednak zeszłoroczne zabójstwo czwórki francuskich turystów na terytorium Mauretanii, późniejsze ataki tych samych muzułmańskich ekstremistów na wojska mauretańskie na pustyni, czego skutkiem było odwołanie rajdu Paryż-Dakar, spowodowało, że Francuzi momentalnie wstrzymali prawie wszystkie wycieczki do Mauretanii, pomimo tego, że ekstremiści jak na razie zostali uciszeni. Małe miejscowości, jak właśnie Chinguetii, bardzo na tym cierpią.&lt;br /&gt;Spacerując po starym mieście, które w przewodniku zostało bardzo barwnie opisane, a w rzeczywistości okazało się raczej zbieraniną budynków zbudowanych z kamienia, gliny i łajna, posiadających tylko drzwi od strony ulicy, zaczepił nas pewien mężczyzna, który zaproponował nam domowe jedzenie po dobrej cenie. Oczywiście z takiej okazji należy skorzystać. Umówiliśmy się, że za godzinę, po zwiedzeniu starego miasta, przyjdziemy we wskazane miejsce. Tak też zrobiliśmy. Ahmed zabrał nas do domu swojej znajomej - Aishy. Okazało się, że te wszystkie drzwi, które widać z ulicy są drzwiami na podwórka. Wokół takiego podwórka są wejścia do różnych pomieszczeń mieszkalnych oraz dla zwierząt, pośrodku ujęcie wody, w rogu toaleta itp. Ahmed zaprowadził nas do jednego z pokoi. Gliniana podłoga przykryta dywanem, gołe, gliniane ściany. Nie używa się tutaj stołów i krzeseł, jedzenie spożywa się na podłodze, opierając się o poduszki, a śpi się albo bezpośrednio na ziemi albo na materacu. Jako wyposażenie służyła półka zrobiona, jakżeby inaczej – z gliny. Często w pokojach nie ma okien, a jeżeli są, to są malutkie i położone blisko ziemi. Gospodyni Aisha zaserwowała nam kuskus z kurczakiem i warzywami (raczej średni), a na deser herbatę. Najlepsze miało nastąpić: Aisha wyciągnęła bęben i zaczęła grać. Ubrali mi na głowę turban, założyli kaftan i zaczęłam tańczyć z córką Aishy. W następnej kolejności udało im się nawet wyciągnąć Filipa, który tańczył z mężczyznami (w międzyczasie dołączył do nas jeszcze Włoch). To nie lada wyczyn, biorąc pod uwagę jego zamiłowanie do tańca. Po sesji tanecznej gospodarze poprosili nas o zaśpiewanie jakiejś polskiej piosenki. A jako, że to czas świąteczny, zaśpiewaliśmy kilka kolęd. Na koniec Aisha zaproponowała zrobienie mi malunków z henny na dłoniach, ale nie będąc zwolenniczką tego typu 'makijażu dłoni' wymyśliłam w żartach, żeby Filip kazał sobie namalować „R” (dla niewtajemniczonych – symbol jego ukochanej drużyny piłkarskiej). Oczywiście Filipowi pomysł się bardzo spodobał. Miał nawet przy sobie naklejkę z logo klubu, która posłużyła jako wzór. I tym sposobem Aisha po raz pierwszy robiła mężczyźnie hennę, i to nie byle jaką:) Na koniec Filip podarował jej naklejkę (wlepka z napisem 'Ruch Pany'), a ona przykleiła ją na honorowym miejscu na ścianie w pokoju, obok zdjęć swojej rodziny!! Powiedziała, że każdemu gościowi będzie teraz ten prezent pokazywała. Filip w zamian za swój upominek dostał od niej szal, z którego można zrobić turban. Przesympatyczny wieczór. Na jutro umówiliśmy się znów na kolację i spotkanie, pomimo nie najlepszej kuchni Aishy.&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4551721218661675525-5176168872536013052?l=afrykazachodnia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/feeds/5176168872536013052/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4551721218661675525&amp;postID=5176168872536013052' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/5176168872536013052'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4551721218661675525/posts/default/5176168872536013052'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afrykazachodnia.blogspot.com/2008/12/25-grudnia-chinguetti.html' title='25 grudnia - Chinguetti'/><author><name>Ala i Filip</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11109888363364826703</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SO0ZbaWO5kI/AAAAAAAAAAM/o6CUhLm1l14/S220/2008.05.05+Monastyr+Hincu+(14).jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVe5t_HXycI/AAAAAAAAAKs/A2yiFqOeDyE/s72-c/2008.12.25+Trasa+do+Chinguetti+(11).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4551721218661675525.post-8427643101982116472</id><published>2008-12-24T22:44:00.006+01:00</published><updated>2008-12-24T23:13:19.326+01:00</updated><title type='text'>24 grudnia – Wigilia</title><content type='html'>&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVKz3kMGUgI/AAAAAAAAAJs/GPAv2BUkfwk/s1600-h/2008.12.24+Targ+rybny+(6).JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5283483080047612418" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 150px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVKz3kMGUgI/AAAAAAAAAJs/GPAv2BUkfwk/s200/2008.12.24+Targ+rybny+(6).JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVKzN8fdjlI/AAAAAAAAAJk/z868vw2l7rw/s1600-h/2008.12.24+Targ+rybny+(8).JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5283482365016772178" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVKzN8fdjlI/AAAAAAAAAJk/z868vw2l7rw/s200/2008.12.24+Targ+rybny+(8).JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; &lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVKyp8c8EOI/AAAAAAAAAJc/IF9mZUDFlZg/s1600-h/2008.12.24+Targ+rybny+(17).JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5283481746530898146" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVKyp8c8EOI/AAAAAAAAAJc/IF9mZUDFlZg/s200/2008.12.24+Targ+rybny+(17).JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5283479648183217922" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 134px; CURSOR: hand; HEIGHT: 200px" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVKwvzf3bwI/AAAAAAAAAJU/rr4jNrNanfw/s200/2008.12.24+Targ+rybny+(16).JPG" border="0" /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVKu_v6ZkzI/AAAAAAAAAJM/MCZTor5zMe0/s1600-h/2008.12.24+Wigilijna+wieczerza+(4).JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5283477723075416882" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; WIDTH: 200px; CURSOR: hand; HEIGHT: 134px" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_woPLCCV1ID0/SVKu_v6ZkzI/AAAAAAAAAJM/MCZTor5zMe0/s200/2008.12.24+Wigilijna+wieczerza+(4).JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Jak przystało na Wigilię, postanowiliśmy zjeść dziś kolację choć trochę przypominającą naszą polską, czyli składającą się z ryby, bo inne potrawy z naszych tradycyjnych dań są tutaj abs
